niedziela, stycznia 25, 2026

14. Sopel


 

 

Stałem oparty o reling i rozmyślałem nad wydarzeniami ostatnich miesięcy. Doktorka chciała, żebym nie zatajał już nic przed nią, ale przecież nie powiem jej o spotkaniu z Omenem, bo pytaniom nie będzie końca. Nie obejdzie się też bez powrotu do wydarzeń z przeszłości, pewnie też dobierze się do mojej protezy. Mam przeczucie, że prędzej czy później i tak będę do tego zmuszony, ale oby jeszcze nie teraz, bo to są ostatnie rzeczy, o których mam ochotę komukolwiek opowiadać.
Całe te wielkie manewry też mnie prawie w całości ominęły - albo siedziałem w hangarze razem z Eve, gdzie spotkaliśmy Riko i później jej już nie zobaczyliśmy, albo w areszcie, i widziałem tylko zakończenie, które w praktyce przemknęło mi przed oczami. To zresztą nie były już manewry, a prawdziwe działania wojenne.

Obecnie płynęliśmy na Sopel celem uzupełnienia zasobów, reorganizacji i przygotowania się do “najważniejszej akcji tej wojny”. Zapasy do pozostałych okrętów grupy uderzeniowej dostarczały na bieżąco mniejsze statki i okręty, ale “Arka” była zbyt duża i konieczne było zbliżenie się do bazy. Przeważająca większość kadetów wychowała się też w tamtejszym sierocińcu, więc była to dobra okazja do paru dni wolnego i odwiedzenia miejsca, które było dla nich domem. Ja i na przykład Derpi nie pochodziliśmy stamtąd, dlatego byliśmy ciekawi, jak ta baza w ogóle wygląda.

Przy relingach pojawiało się coraz więcej osób, każdy chciał zobaczyć ten moment: chwilę, gdy wypływamy z oceanu czarnej mazi na normalne wody.
- Kurwa mać, ale wieje - z moich rozmyślań wyrwało mnie pojawienie się Doktorki, w towarzystwie Gigi i Eve trzymającej Kena. Wszystkie były ubrane w czarne kombinezony z hełmami; ja zresztą też, zapewniały świetną ochronę termiczną i dlatego nawet nasza mentorka też zdecydowała się taki ubrać.
Zbliżamy się do bieguna północnego, inaczej nie będzie - mruknęła Gigi, reagując na bądź co bądź trafną uwagę swojej przełożonej.
- Te skafandry byłyby całkiem wygodne - Doktorka kontynuowała, niezrażona postawą podopiecznej - gdyby nie trzeba było wkładać tych rurek, potem je trzeba czyścić, bo będą śmierdzieć…
- Proszę pani! - Tym razem to Eve zareagowała.

Derpi i Monter, a nawet Gamoń i Młotek stanęli obok nas, bo też wyszli zobaczyć, jak lotniskowiec opuszcza czarny ocean i wypływa na okołobiegunowe wody. Wszyscy byli ubrani w kombinezony i hełmy, zapewniające ochronę przed zimnem. Maź nie rozprzestrzeniała się po najzimniejszych regionach, widocznie to były warunki niesprzyjające dla… jak Omen to nazwał? “Habitatu”?


W końcu przekroczyliśmy tę barierę, czarna maź kończyła się jak nożem uciął. Po chwili “Arka” znacznie przyspieszyła, gdyż napęd nie musiał już mielić gęstszej niż woda mazi.

Niedługo potem na horyzoncie pojawiła się krępa sylwetka okrętu… a może statku?

- To nasz “Guren”, lodołamacz! - Podekscytował się Monter. Pomalowany na ciemnoczerwono kadłub był widoczny z daleka, podobnie jak jaskrawozielone lądowisko dla helikopterów.

Dało się usłyszeć lekkie poruszenie, bo oto Kapitan i kilku oficerów właśnie wsiadało do windy prowadzącej na górny pokład. Starali się ją otaczać i zasłaniać, ale i tak widzieliśmy jasny kombinezon i drobną sylwetkę Riko - nawet nie wiedziałem, że jest na “Arce”! Nie tylko Eve, ale też i Derpi wykonali jakieś nerwowe ruchy.
- Kto to jest?! - Spytał mój kolega. Popatrzyłem na Doktorkę błagalnie.
- Nasz gość specjalny. Nie przejmuj się tym. - Ucięła.
Derpi tylko poprawił hełm na głowie i nic więcej nie powiedział.

Gdy helikopter zaczął wracać, Doktorka wezwała naszą grupę do windy.
- Teraz nasza kolej. Miałam was tam zabrać miesiące temu na “Meteorze”, no ale wyszło jak wyszło. Resztę kadetów do Sopla będą transportować mniejsze statki i okręty dowożące zaopatrzenie, żeby nie było pustego przebiegu, no ale oni muszą jeszcze poczekać. Większość z was stamtąd pochodzi, ale Kotuś i Derpi nie, dlatego to świetna okazja by im pokazać to miejsce, a i wy zobaczycie, co się zmieniło przez te lata. Taki jest plan przynajmniej… Tędy, proszę wycieczki! - Przywołała nas gestem ręki.

Helikopter zabrał nas na lodołamacz. W przeciwieństwie do załóg okrętów, ci z “Gurena” byli do nas życzliwie nastawieni, wydawali bojowe okrzyki gdy schodziliśmy z lądowiska, jeden mężczyzna nawet poklepał mnie po plecach. Nie tego się spodziewałem, ale nie mówię nie.
Zaprowadzili nas pod pokład i poczęstowali ciepłą zupą, dużo smaczniejszą od tego, co nam serwowali na “Arce”. Tam były głównie rzeczy bez smaku, “by zapewnić odpowiednią ilość białka”. Podróż miała jeszcze trochę potrwać, dlatego siedzieliśmy pod pokładem, w ciepłej kajucie, i po raz pierwszy od długiego czasu nie mieliśmy nic do roboty.

- Sopel istnieje już od dawna, ale chyba tylko sam Milioner wie, od kiedy dokładnie. Pozwolił tam założyć stację badawczą nad wirusami… - Zaczęła Doktorka.
- Ale moment - przerwał Derpi - kim dokładnie jest ten Milioner?
- Tego nikt za bardzo nie wie - Doktorka próbowała się podrapać po metalowym czole. - Nikt nigdy go nie widział. Moim zdaniem to są oni, jakaś enklawa żyjąca za zamkniętymi drzwiami, i to dosłownie. Wiecie, Pionierzy mieli różne pomysły, zanim życie je zweryfikowało… Komunikują się albo za pomocą wybranych przedstawicieli, albo przez głośniki w zamkniętych drzwiach. Stację założył lider Pionierów, zwany Milionerem właśnie, musieli dołączyć potem do niego inni i to wszystko rozbudowywać, ale nie komunikowali się ze światem zewnętrznym.
- A później? - Zapytałem.
- Parędziesiąt lat temu przybył tam statek badawczy i poprosił o miejsce na bezpieczne badanie wirusów, bakterii i tak dalej.
- Czy to był “Meteor”? - Miałem przed oczami sterany rejsami statek z dźwigiem.
- Nie, jeszcze starszy.
- A to pamiętam - wtrącił się Derpi. - Przypływali na nim wykładowcy, ale już od miesięcy ich nie było. - Co się z nimi stało?
- Umarli.
- Co?!
- Wirus, który badali, zainfekował tam wszystkich i dla bezpieczeństwa wypłynęli możliwie najdalej od Sopla. W końcu kontakt radiowy umilkł, a statek zaczął dryfować, nie widzieliśmy sensu w sprawdzaniu dokładnie. Zbombardowali krypę i poszła na dno. Ryzyko zawodowe.

Wszyscy zamilkli, przejęci nie tylko losem badaczy, ale też zimnym pragmatyzmem.

- Czy będziemy mogli odwiedzić sierociniec? - Spytała Eve.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo już go nie ma, przynajmniej takiego masowego jak wasz. Prawie wszystkie sieroty, które zdołały dotrzeć po bombardowaniu na Sopel, trafiły na “Arkę”.
- A nasze koleżanki…?
- Zostały na Soplu, by rodzić dzieci. No co tak na mnie patrzycie! - Doktorka zwróciła się z pewnym wyrzutem do Eve i Gigi. - Nie moja decyzja. Każda samica… to znaczy każda kobieta zdolna do porodu bez szkody dla własnego zdrowia fizycznego i psychicznego przyda się na Soplu. Sama urodziłam dwójkę, czyli wymagane minimum…
- Eee?! Co? Jak?
- Gremlinku, chyba nie muszę ci tłumaczyć, skąd się biorą dzieci? Eve też raczej wie, biorąc pod uwagę jej…
- Proszę pani!
- Ale, tego… ojciec?
- Raczej strzykawka. Mi jest szkoda czasu na bzdury, więc wybrałam inseminację domaciczną i urodziłam obowiązkowe minimum, żeby mieć potem spokój.
- A… gdzie one teraz są? Kto się nimi opiekuje?
- W przedszkolu, albo może już w szkole. Zajmują się nimi natalki, porządnie wychowają moje córki.
- Natalki?
- Są dobre w byciu rodzicami i nauczycielkami, mają swoją pracę, a ja mam swoją. Logiczna sprawa. Mój ojciec miał z tym pewien problem, ale to człowiek starej daty.

Cisza, która zapadła, była jeszcze dłuższa niż poprzednio. Nawet Doktorka uznała za stosowne nie kontynuować tego tematu.

- A co jeśli… - Odważyłem się przerwać tę gęstniejącą atmosferę. - Jakaś kobieta… może, ale nie chce rodzić dzieci?
- Jeśli ewaluacja psychiatryczna wykaże, że byłaby z tego większa szkoda niż pożytek dla potencjalnej mamy, to z przymusu nic dobrego nie wyniknie. Dokładnych statystyk nie znam, ale odsetek takich przypadków jest niski, a dla każdego praca się znajdzie… Aha, skoro zacząłeś ten temat, to był taki ciekawy przypadek, mówili na nią Piratka… Szalona kobieta, której nie powierzyłabym metalowych kulek pod opiekę, a co dopiero dziecka.
- Piratka? Coś słyszałam, porwała sporo cennego sprzętu i uciekła sama małą łodzią na ocean? - Podjęła Eve.
- Tak, podobno do dzisiaj gdzieś tam krąży, czasem podobno ją ktoś tam zobaczy na horyzoncie… Według mnie to raczej bzdury, ale pewności nie mam. W sumie po tym zdarzeniu trzeba było skorygować trochę politykę rodzinną… A ty, Kotuś, co taki zmartwiony?
- Eee… Czy wie pani, jak ta Piratka miała na imię?
- Mistral.

Tak bardzo żałowałem, że podjąłem ten wątek i postanowiłem się już do końca podróży nie odzywać. Im mniej na ten temat, tym lepiej.

***

- Chodźcie! - Rozentuzjazmowani marynarze lodołamacza wezwali nas na pokład. - Zbliżamy się!

Trochę szkoda było opuszczać ciepłe wnętrze, ale z drugiej strony to była wyjątkowa okazja. Wyszliśmy na podkład, by zobaczyć to, co było na horyzoncie pod kłębami ołowianych chmur. Zobaczyłem gigantyczną skorupę lodową, w którą tu i ówdzie powbijane były tungstenowe pręty, niezdolne ją przebić. Wzrok przyciągały dwa ziejące czernią tunele w lodzie, prowadzące do leżących za nimi jaskiń - naturalne formacje, które zostały poszerzone i wzmocnione przez przybyłych tu ludzi. Jedna jaskinia była stocznią, druga stanowiła przystań prowadzącą do doków i dalej do poszczególnych sektorów bazy. Większość mężczyzn pracowała tam przy drążeniu nowych tuneli i pomieszczeń.

Eve oparła się o reling tuż obok mnie.
- Poznałyście się z Gigi w sierocińcu? - Spytałem.
- Nie do końca, znałyśmy się z widzenia, ale byłyśmy w osobnych grupach… Ale w szpitalu leżałyśmy na tej samej sali i jakoś tak się zaprzyjaźniłyśmy. Potem razem trafiłyśmy na “Arkę”...

Przyczyny tej, delikatnie mówiąc, niechęci Gigi wobec mnie teraz stały się jasne - z jej punktu widzenia wszedłem pomiędzy nią a koleżankę z dzieciństwa. Gigi właśnie regulowała swoje okulary w cienkich oprawkach, aby zrobić zbliżenie na wlot jaskiń, albo na powbijane pręty. W sumie zastanawiałem się, po co jej były okulary, skoro wzrok zazwyczaj korygowało się prostym zabiegiem - teraz dopiero to zrozumiałem. Ile człowiek jest w stanie zauważyć rzeczy, gdy ma czas spokojnie się nad nimi zastanowić.

Zaczęliśmy wpływać do tunelu. Jego wlot był podpierany potężnymi łukami z czarnego metalu - skała i lód mogły tworzyć naturalne formacje, ale po co ryzykować zawalenie się. Patrzyłem w górę na te łuki i plątaniny rur i kabli i uświadomiłem sobie, że już to kiedyś widziałem, dawno temu, w dzieciństwie. Czy byłem kiedyś na Soplu? Najwyraźniej musiałem być, wtedy…
Nie. Za dużo ostatnio myślałem o przeszłości, czyli dokładnie to, czego nie chciałem robić. Niestety nie dawało się od tego kompletnie uciec.


W końcu lodołamacz wpłynął do oświetlonej trupiobladym światłem przystani, emitowanym przez potężne reflektory. Kanciaste budynki zbudowane były z beżowej skały - materiału, którego było pod dostatkiem dzięki poszerzaniu bazy. Musieliśmy poczekać, aż najpierw wysiądzie grupa Kapitana wraz z Riko. Trzymaliśmy się z dala i tylko widzieliśmy, jak wsiadają do wojskowego pojazdu transportowego i znikają w jednym z kilku tuneli.

Widzieliśmy… kolorowe dekoracje i transparenty z napisami typu “DO BOJU” i tym podobne, ustawiana też była scena z czarnych, metalowych rusztowań. Oraz tablica z kolorowymi bohomazami, najprawdopodobniej dziecięcymi rysunkami.

- O, widzę, że przygotowania idą pełną parą - zauważyła Doktorka.
- To znaczy? - Spytał Monter.
- Wiesz, ludzie cieszą się, że ktoś walczy za nich. Aha, ani słowa nikomu o Oku, po co siać panikę.

Na nas żaden pojazd już nie czekał, musieliśmy iść piechotą. Nie był to jakiś problem, mieliśmy dzięki temu więcej czasu na dokładne obejrzenie wszystkiego.

To była najstarsza część bazy, powstała prawie sto lat temu. Budynki tuż przy przystani były używane teraz głównie jako magazyny i pokoje administracji - ale jeden, tuż obok stacji szybkiej kolejki, był izbą przyjęć. Jak wyjaśniła Doktorka, można tam było zająć się prostymi kontuzjami, ewentualnie zdiagnozować pacjenta i szybko odesłać kolejką w głąb bazy, gdzie była dużo bardziej zaawansowana placówka medyczna. Obecnie szykowano tu tymczasowe noclegownie dla przybywających kadetów.

Kiedyś tu był też dział badawczy zajmujący się protezami - spojrzała wymownie na moją - ale po popisie Piratki cały pozostały sprzęt przeniesiono do szpitala. Idziemy dalej, proszę wycieczki… - Skierowaliśmy się w stronę stacji. Obok wejścia były około trzymetrowej wielkości wrota z czarnego metalu, na oko bardzo solidne.

- Co to jest? - Spytał Młotek, rzadko wyrażający werbalnie swoje myśli.
Drzwi prowadzące do sektorów Milionera, jest ich kilka w całej bazie. Wszelkie drążenia nowych tuneli muszą być wcześniej z nim uzgodnione i zatwierdzone…
- A że tak spytam - wtrąciła się Gigi - po jaką cholerę mamy słuchać kogoś, kogo nawet nikt nie widział?
- Ponieważ korzystamy z jego reaktorów. Mamy już własne, jak i alternatywne źródła zasilania typu energia słoneczna z mobilnych baterii na powierzchni czy geotermalna, ale nadal sporą część zasilania dostarcza nam on, zupełnie za darmo. Dopóki nie następujemy sobie na odcisk, to jest to całkiem korzystne… Poza tym Milioner ma kilku posłańców, to usprawnia komunikację. Tak, to dobry układ - Doktorka pokiwała z przekonaniem głową.
- Czy będziemy mogli zobaczyć stocznię? - Spytał Monter, ledwo kryjący swoje podekscytowanie.
- Teraz nie, może później. Stocznia ma potężne drukarki, odchodzą też z niej tunele do magazynów amunicji, rakiet i innych niebezpiecznych rzeczy, aby oddalić je od sektorów mieszkalnych. Jeśli dobrze pamiętam, teraz niewiele się w niej dzieje, po wypuszczeniu “Fubuki” i “Yukikaze” drukują głównie małe, szybkie łodzie transportowe do zbierania filamentu i tym podobne, a i te niezbyt często.
- Mimo to chciałbym zobaczyć…
- Ja też - do Montera dołączył Derpi. - Nawet samoloty nie są drukowane?
- W sumie sama nie wiem - Doktorka znowu próbowała się podrapać po metalowej powierzchni swojej głowy. - Chyba nie. Brakuje pilotów. W każdym razie wycieczka do stoczni jest w planach.

Czekając na kolejkę przestudiowaliśmy szybko mapę wszystkich sekcji Sopla, który wwiercał się w skałę na dziesiątki metrów w głąb i wiele kilometrów wszerz - cała baza w chwili obecnej mieściła prawie osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Było to ostatnie istniejące duże skupisko ludzkie na powierzchni planety.
Poszczególne sekcje łączyła szybka kolej, ale w razie jej awarii można było przejść pieszo albo użyć pojazdu kołowego, bo obok głównego tunelu był też nieco mniejszy tunel bezpieczeństwa. Na wszelki wypadek pobraliśmy tę prostą mapę na nasze mobilki.




Wsiedliśmy, a Ken pobiegł za nami.

Po krótkiej jeździe wysiedliśmy w Laboratorium.
- Powinno wam się spodobać, szczególnie naszemu Gremlinkowi. - Gigi powstrzymała się od komentarza, tylko założyła ręce na piersi. - Aha, i może zdejmijcie te hełmy, tu jest już w miarę ciepło i gdy będziemy zjeżdżać jeszcze niżej, to ubranie w ogóle nie będzie wskazane…
- Co proszę? - Spytała Eve.
- Zobaczymy jeszcze, na ile wystarczy nam czasu. No, chodźmy, proszę wycieczki.



Również ludzie w Laboratorium byli do nas przyjaźnie nastawieni, uśmiechali się, niektórzy podnosili do góry zaciśnięte pięści w geście wsparcia i zwycięstwa. Próbowaliśmy się uśmiechać w odpowiedzi, mi to wychodziło niemal równie źle co Gigi.

Mijaliśmy gabinety pełne różnych urządzeń, medycznych i innych. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro.

- Tutaj są moje laboratoria - Doktorka wykonała zapraszający gest. - Tutaj jest moja stacja robocza, no i przy okazji sypialnia no i przy okazji jadalnia i pokój odpraw. - Faktycznie, pomieszczenie było tym wszystkim. Ciężko było objąć rozumem takie nagromadzenie obiektów na tak małej przestrzeni.
- A co to jest? - Gigi wskazała na stół, na którym leżały jakieś… walcowate, rurkowate przedmioty, wyjątkowo nie z czarnego metalu, zamiast tego wykonane z jakiegoś na oko miękkiego materiału, dość skomplikowane.
- Sztuczne krtanie, wraz z kawałkiem tchawicy. Dla Trzy i Pięć, bo pomyślałam sobie, że mogłyby chcieć zacząć znów mówić.
- One… działają? - Spytała Gigi.
- Tak, puścisz przez nie powietrze i mówią całkiem sprawnie. Zaprojektowałam te prototypy na podstawie mojej krtani, tak więc mówią moim głosem jak na razie. Trochę śmieszne, trochę straszne, muszę przyznać. Nie do końca wiem jeszcze, jak im to wmontować, by działało i nie bolało tak bardzo jak protezy…
- Jak to “bolało”?!
- Co? To nie wiecie? Kotuś wam nie opowiadał? - Wszyscy spojrzeli na mnie i na moje prawe ramię. - Przynajmniej jeśli chodzi o kończyny to mamy z grubsza dwa typy: funkcjonalne oraz prawdziwe zastępstwa… Albo najlepiej będzie, jak wam pokażę, chodźmy do sektora szpitalnego. Uwaga, może być niewesoło.

Było. Mijaliśmy sale pełne łóżek, w których leżeli ludzie starzy i schorowani, niezdolni do samodzielnego poruszania się. Coś, czego na “Arce” zdecydowanie nie było. Widzieliśmy ludzi ciężko rannych, podłączonych do urządzeń podtrzymujących ich funkcje życiowe. Przechodziliśmy szybko, żeby nie gapić się na nich jak na eksponaty.
I wreszcie skrzydło poświęcone kończynom: składanie połamanych i montowanie protez.

- Tutaj zakładamy protezy zwyczajne: są to po prostu nakładki na kikuty, spełniają swoje role, są nieinwazyjne. Nie ma z nimi większego problemu. - Powiedziała, gdy przez szybę obserwowaliśmy paru mężczyzn uczących się na nowo chodzić, korzystając z poręczy i protez nóg wykonanych z materiału o kolorze zbliżonym do koloru skóry.

Poszliśmy nieoświetlonym już korytarzem dalej, w głąb budynku. Doktorka wstukała coś na swojej mobilce i zapaliły się światła. Otworzyła drzwi do pomieszczenia, gdzie było kilka pustych łóżek i szklane szafy… pełne czarnych protez dłoni, ramion, nóg.

- Eksperymentalne protezy filamentowe. W odpowiedniej konfiguracji filament świetnie przewodzi impulsy elektromagnetyczne, dlatego można zrobić z niego również protezy nie tylko idealnie imitujące prawdziwe kończyny, ale również znacznie je przewyższające: silniejsze, wytrzymalsze… Jest tylko jedna wada - Doktorka spojrzała na mnie i skinęła głową. - Proces adaptacji jest bolesny jak jasny skurwysyn. Środki przeciwbólowe nie za bardzo działają, Właściwie to ponad połowa ochotników, na których to testowaliśmy, oszalała i musieliśmy ich… To znaczy… - Doktorka po raz wtóry próbowała podrapać się po metalowym czole - Mieliśmy kilka sukcesów, ale tłumu ochotników jakoś nie ma.

Eve spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami w ten sam sposób, w jaki często patrzyła na Kena: jak na zwierzątko, którym trzeba się zaopiekować. Z jednej strony poczułem ukłucie irytacji, z drugiej było to nawet przyjemne.

- Spokojnie, mi nic nie jest - uniosłem ręce w obronnym geście. - U mnie było to trochę inaczej… nieważne.
- Właśnie ważne. Od dawna chciałam cię o to dopytać, ale nie było na to czasu. Twoja proteza jest podobna do naszych, ale tak na oko bardziej zaawansowana, a na pewno inna. Chciałabym się temu przyjrzeć, tak na poważnie. Choć to zajmie sporo czasu…
- Którego teraz nie mamy, prawda? - Spojrzałem wyczekująco na Doktorkę.

Spojrzała na mnie z namysłem, studiując swoimi goglami.

- No niech ci będzie. Ale siądziemy do tego, gdy zrobi się spokojniej, i wszystko mi opowiesz. - Nachyliła się do mnie. - Tego ci już nie odpuszczę. - Szepnęła tak, żebym tylko ja mógł usłyszeć.

Jeszcze trochę pochodziliśmy po kompleksie szpitalno-laboratoryjnym, tym razem już po spokojniejszych jego sektorach. Zwiedzaliśmy sale drukowania urządzeń medycznych, roboty operacyjne, pracownie chemiczne. W pewnym momencie zauważyłem, że Doktorka i Eve obie zostały z tyłu, co bardzo mnie zdziwiło, bo nie było między nimi zażyłości, delikatnie mówiąc - teraz na czele grupy stanęła Gigi. Dyskretnie je obserwowałem i zauważyłem, że nagle Doktorka odciąga Eve do jakiegoś pustego pomieszczenia, które sami przed chwilą mijaliśmy. Bardzo mnie to zaintrygowało: wiem, że nie wolno tak robić, ale podkradłem się i zacząłem podsłuchiwać.

- Ale proszę pani! To jest…!
- To jest naturalne i pożyteczne, zresztą nie powinna być to dla was żadna nowość.
- Ale my… to…
- To jest dla dobra wszystkich. Jesteście najlepszymi kandydatami, jakich mamy. Pomożecie mi… To znaczy nam to zbadać…
- Czy ja wiem… - Byłem w stanie rozpoznać w głosie Eve silne, stłumione emocje.
- Twoje opory bardzo mnie dziwią, muszę przyznać. - Doktorka też była w kropce. - Nie znam się na tych sprawach zbyt dobrze, ale… chyba będziecie potrzebować mieszkania? Normalnie trzeba czekać, ale… Mogę coś załatwić. Co ty na to?
- Ja… My nie myśleliśmy w ogóle nad tym… Wojna, “Arka”...
- To pomyślcie. I pamiętaj: jesteście najlepszymi kandydatami.
- Ale jeszcze nie spytaliśmy o jego zgodę…
- Nawet nie żartuj. To przecież chłop.

Rozmowa chyba się zakończyła i odbiegłem od drzwi tak szybko, jak to było możliwe. Gdy dołączyły z powrotem do naszej grupy, Eve była cała czerwona.


Nasza wycieczka po szpitalu zakończyła się i spiesznie opuszczaliśmy to miejsce. Większość z nas była szczęśliwa, że mogliśmy wreszcie sobie stamtąd pójść - może tylko na Gigi to miejsce nie zrobiło negatywnego wrażenia. Kena musieliśmy zostawić w recepcji na czas wizyty, dlatego on też cieszył się, że mógł na powrót do nas dołączyć.

- Teraz jedziemy do sektorów mieszkalnych. Składają się z trzech dużych, naturalnych jaskiń przystosowanych na kwatery mieszkalne oraz pięciu mniejszych, już wydrążonych przez nas, w miarę jak przybywało ludzi. Nie było łatwo i nie każdy ma takie same warunki, ale powoli pracujemy nad tym. Na Ziemi podobno bywało dużo gorzej, ha!

Ziemia. Też mi porównanie.

***


 Kolejka przejeżdżała przez środek gigantycznej jaskini, w ścianach której wykute były bloki mieszkalne, pełne malutkich - z naszej perspektywy - okienek. Dno jaskini również zawierało budynki i ulice, po których chodzili ludzie i jeździły pojazdy, głównie dostawcze. Sklepienie było zabudowane siatką reflektorów imitujących światło słoneczne - dużo jaśniejsze niż to zazwyczaj na powierzchni rzecz jasna, które zazwyczaj było przyćmione przez ciężkie chmury, blokujące światło dwóch słońc.
- Imitują nasz 26-godzinny cykl dobowy! - Poinformował nas Monter. - Faktycznie dużo się zmieniło, jest więcej kolejek! A nasz sierociniec był w drugiej jaskini! - Wyglądało na to, że nasz kolega znowu się uruchomił.
- Oprócz tych pięciu mniejszych jest jeszcze szósta, najmniejsza jaskinia - wtrąciła Doktorka. Jest połączona z Pierwszą i robi za centrum administracyjne. W Drugiej teren waszego sierocińca przerobili na park, przedszkole i szkołę. Trzecia to już tylko i wyłącznie bloki mieszkalne. W budowie jest teraz centrum rekreacji: stadion i takie tam. Ale to jeszcze trochę zajmie…
- A gdzie teraz jedziemy? - Spytała Gigi, obok której siedziała milcząca Eve ze wzrokiem utkwionym w tulonym przez nią Kenie.
- Do Drugiej. Jest tam ktoś, kto chce się z wami spotkać…

Oby nie ten cały Milioner, pomyślałem. Podobno chciał mnie zobaczyć: dobrze pamiętam, co Doktorka mówiła mi jeszcze na “Noel”. 

- Potem pewnie pojedziemy do ogrodów i wrócimy do Pierwszej. Planowałam też zjazd na dół: tam dalej wszystko się buduje, ale część już została oddana do użytku. Chociaż czekajcie…

Doktorka sprawdziła nową wiadomość na mobilce.

- Słuchajcie, właśnie dostałam aktualizację programu załadunku i mamy dużo więcej czasu, niż sądziłam. To zarówno źle, jak i dobrze. Dobra, przesiadamy się tutaj. - Wyjrzeliśmy za okno, by zobaczyć zbliżającą się stację.

Wyszliśmy na peron, stało tam kilku ludzi w różnym wieku, wszyscy patrzyli na nas z podziwem.

- W ramach ciekawostki - podjęła wątek Doktorka - pierwsza grupa kadetów już przybyła, nie wiem, czy załapali się na huczne powitanie, ale kogoś na pewno kopnie ten zaszczyt… - Nasza mentorka miała na myśli przygotowaną scenę i dekoracje. W sumie ucieszyłem się, że nas ominęło to zamieszanie.

Kolejki jeździły bardzo regularnie. Nie wiedziałem, czy są zautomatyzowane, czy w kabinie siedział kierowca, bo czarne szyby nie przepuszczały światła. Po zaledwie kilku minutach jazdy przez tunel rozpostarła się przed nami kolejna gigantyczna jaskinia, która podobnie jak pierwsza pełna była wykutych w skale mieszkań. Kolejka zatoczyła koło, dojeżdżając na stację przed wielką szklaną kopułą w centrum kompleksu. Wysiedliśmy bez słowa, podeszliśmy do barierki okalającej kopułę i spojrzeliśmy parę metrów w dół.

Choć tu i tam dało się zauważyć przy ulicach pojedyncze drzewa czy klomby z kwiatami, to kopuła okalała bajeczny park, pełen soczystej, zielonej trawy, potężnych drzew, przecinających się ścieżek ogrodzonych krzewami. Całość była zalana żywym, żółtym światłem, dużo przyjemniejszym dla zmysłów niż trupioblade światło reflektorów u sklepienia jaskiń.

Mi, i zapewne również Eve, natychmiast przypomniała się psia utopia, którą mieliśmy zaszczyt zwiedzić parę miesięcy temu. Zresztą psy były również i tutaj, biegały sobie, bawiły się albo leżały. Ale przede wszystkim widzieliśmy mnóstwo kobiet z dziećmi, tak mnóstwo dzieci! Te mniejsze były w wózkach, te nieco większe biegały albo siedziały w piaskownicach. Kobiety, w bardzo różnym wieku, opiekowały się nimi, organizowały zabawy. Gdzieniegdzie przechadzali się mężczyźni w uniformach podobnych do ekip naprawczych na “Arce”. Niektórzy zamiast pracować, rozmawiali z kobietami.

Moje pierwsze wrażenie było takie, że wszyscy są tacy spokojni, wręcz szczęśliwi: nie spieszyli się nigdzie, nie byli spięci, atmosfera była zupełnie inna niż na lotniskowcu. Nie znałem za bardzo takiego podejścia i kontrast był uderzający.
Znowu mnie zdziwiło, jak bardzo różni byli ci ludzie: dzieci, młodzi, pomarszczeni starcy. Wszyscy dużo lżejszej budowy, bardziej przypominającej naszą Doktorkę, którą postrzegałem za bardzo wątłą i chudą, natomiast po raz kolejny okazało się, że to my jesteśmy naprawdę potężnie zbudowani - tutaj ta różnica była jeszcze bardziej widoczna, niż na “Noel”.

Kilka kobiet spojrzało górę i pomachało do nas, odmachaliśmy niepewnie.

- Pasożytku, taka uwaga: tutaj nikt nie jest pod działaniem witaminek.
- T-to znaczy…?
- To znaczy, że lepiej pilnuj chłopa.

Eve nie kontynuowała wątku, a ja dalej nie rozumiałem do końca, o co tutaj chodzi.

Zeszliśmy schodkami, które obok miały też rampę dla wózków.

- Trzeba było wcześniej zmienić ten kombinezon na coś normalnego - zauważyła Doktorka. - Te buty są jak forteca, mają tyle klamr łączących je z nogawkami, aż chciałabym…

Eve nic nie powiedziała, tylko usiadła na trawie i kilkoma sprawnymi ruchami odpięła klamry swoich butów, w końcu miała lata praktyki. Ściągnęła swoje śnieżnobiałe skarpetki, jej stopy były małe i delikatne, tak samo zresztą jak jej dłonie. Zaczęła chodzić po trawie. Popatrzyła na mnie zaskoczona.
- Chodź. - Pociągnęła mnie za rękę. Doktorka się przyglądała nam obojgu z zainteresowaniem.
- Ale po co…?
- Ściągaj buty.

Posłuchałem, ciekaw nowego doświadczenia.

I faktycznie: krótko przystrzyżona trawa łaskotała mnie w stopy, które chyba nigdy nie miały kontaktu z taką powierzchnią: zawsze to były metalowe pokłady, nic innego nie pamiętam. Było to niesamowite uczucie. Reszta grupy podążyła za nami, reagując z podobnym zdumieniem. Nie tylko Gamoń i Młotek się uśmiechali, nawet Gigi przestała być naburmuszona i stąpała ostrożnie, podekscytowana. Ken biegał od krzaka do krzaka i obwąchiwał wszystko, sam podlał też parę roślin.

- Pomoże mi któraś z tymi buciorami… albo lepiej nie. Dobra, proszę wycieczki, wszystko, co dobre, zawsze się kończy! Chodźcie już, czeka ktoś na was.

Spiesznie założyliśmy skarpetki i buty, zresztą wokół nas zgromadził się mały tłumek. Sądząc po twarzach, patrzyli na nas trochę z rozbawieniem, trochę z politowaniem. Nie było to w pełni komfortowe przeżycie, ale przynajmniej nie zauważyłem żadnych oznak wrogości, co samo w sobie było plusem.

Szliśmy ścieżką pośród drzew, zieleń i jasne światło było kolejnym wspaniałym doznaniem. Po chwili ścieżka otworzyła się na okrągły, piaszczysty plac, pośrodku którego był mały staw, otoczony kilkoma ławkami. Przed stawem stała czekająca na nas para wysokich ludzi. Mężczyzna i kobieta, obejmowali się. Gabrielle i Padel.

- No witajcie. Dawno się nie widzieliśmy. - Powitał nas nasz niedoszły kolega.
- Witamy na Soplu. - Gabrielle prawą dłoń trzymała na swoim wyraźnie zaokrąglonym brzuchu. Gigi pokazała nieśmiało palcem i przyjęła pytający wyraz twarzy. - To będzie zdrowy chłopiec. - Odpowiedziała z łagodnym uśmiechem Gabrielle.
- To… wspaniale! - Eve klasnęła w dłonie. - A jak tam w ogóle… - Jej paplanina uruchomiła się z pełną mocą i razem z Gigi zatonęły w rozmowie, odchodząc od reszty grupy. My i Doktorka zostaliśmy z Padlem.
- Pracuję teraz przy planowaniu instalacji wentylacyjnych. Nie jest to może wymarzona robota, ale to wszystko trzeba zasilić, zbudować systemy awaryjne, kanalizację… Każda praca jest ważna. Wasze zadanie jest w tej chwili najważniejsze, ale my też staramy się robić tyle, ile się da… - Wskazał na park. - Nie tego jeszcze za wiele, ale będzie więcej, cały czas nad tym pracujemy. Opowiem wam…

Kolejne paręnaście, albo parędziesiąt minut spędziliśmy na słuchaniu o systemach zasilania, wentylacji i drążenia na Soplu. Ostrzegał przed okazyjnymi wstrząsami, bo niektóre warstwy trzeba było wysadzać. Było to fascynujące i zrozumiałem, jak bardzo ograniczone pojęcie o wszystkim mieliśmy na “Arce”, gdzie technologia była używana do kilku bardzo sprecyzowanych zadań. Na Soplu trzeba było myśleć o wszystkim i rozwiązywać dużo więcej niespodziewanych problemów technicznych, logistycznych i innych. Na lotniskowcu większość załatwiano drukiem 3D z uniwersalnego w większości sytuacji filamentu, natomiast tutaj zagadnienia były wielokrotnie bardziej złożone i filament często był tylko jednym z komponentów - niezbędnym, ale nie jedynym.

W końcu trójka dziewczyn wróciła do nas.
- Wybaczcie, ale ja muszę już wracać, dostałem tylko krótką przerwę na tę specjalną okazję - Padel każdemu z nas uścisnął dłonie. Gabrielle uśmiechała się promiennie do wszystkich, a Doktorka cierpliwie czekała w milczeniu na koniec spotkania, uważnie wszystkich obserwując.
- A ja muszę jechać na kolejne badania - Gabrielle przewróciła oczami. - Męczące są te wycieczki do szpitala, ale z drugiej strony dostaliśmy świetne mieszkanie w Pierwszej, lepsze nawet, niż dostają młode małżeństwa!

Pożegnaliśmy się i szliśmy na stację, zamyśleni. W ciszy czekaliśmy na przyjazd kolejki.

- I jak, podobało się? No to zapamiętajcie to dobrze: o to walczymy. Jeśli przegramy, wróg wypali to wszystko do skały macierzystej.

Byłem pewien, że zapamiętamy.

***

Dalej myślałem nad tym wszystkim podczas naszej jazdy do ogrodów, siedząca obok mnie Eve też milczała, zatopiona we własnych myślach.

- Oho, zaczęło się - powiedziała Doktorka, wyglądając przez okno wagonu. - Spójrzcie tam.

Jakiś potężny projektor emitował obraz na sklepienie jaskini, co widzieliśmy bardzo dobrze, bo właśnie wjeżdżaliśmy do Pierwszej - stamtąd mieliśmy pojechać dalej do ogrodów. Transmisja pokazywała liczną grupę naszych kolegów kadetów w pełnym rynsztunku, którzy byli entuzjastycznie witani przez tłum w przystani, grała muzyka, były wiwaty i okrzyki. Ktoś przemawiał, były uściski dłoni i poklepywanie po plecach. Musiało to być przyjemne, przynajmniej w małych dawkach.

Kolejka przejechała przez całą jaskinię, po drodze zatrzymując się na kilku stacjach, na których nikt nie wsiadał - widocznie większość ludzi śledziła ceremonię powitalną. Potem był tylko dość długi tunel.

- Przed nami ogrody. Mało popularne miejsce, z kilku różnych przyczyn. - Wyjaśniła Doktorka.

Wysiedliśmy, kolejka pojechała dalej. Nagle poczuliśmy lekki wstrząs, w sumie Padel ostrzegał nas przed nimi. Ken skulił się, ale Eve zaraz wzięła go na ręce. Gdy nie nastąpiły kolejne, ruszyliśmy pieszo za Doktorką.

- Dalej są już tylko magazyny strategiczne, trzeba do nich zjechać stąd na dół. Ale chodźmy do pierwszego działu, tu jest naprawdę dużo do zobaczenia.

Faktycznie, przejście przez ogrody hydroponiczne zajęło nam trochę. Widzieliśmy niezliczone rzędy półek z naczyniami, z których wyrastały rośliny mające wyżywić dziesiątki tysięcy ludzi. Padel mówił nam, jak ważne jest bezpieczeństwo ciągłości zasilania tego działu i doprowadzenie źródeł wody. Mijaliśmy ludzi doglądających wszystkich systemów i kontrolujących parametry, wszyscy byli bardzo skupieni i nie zwracali na nas szczególnej uwagi.

- Dobrze, proszę wycieczki… A teraz fragment, do którego mało kto zagląda. Ja nie mam z nim problemu, ale niektórzy tak. Farmy białka znacie, na “Arce” też takie są, nie jest to przyjemny widok…

Za kolejnymi przesuwanymi drzwiami, na wielkich, metalowych stołach pulsowała czerwona tkanka. Postawni mężczyźni w białych uniformach odkrawali wielkimi nożami kawałki, pakowali w folię i umieszczali w wózkach, które potem były wywożone do chłodni. Doktorka powiedziała, że albo były transportowane do magazynów strategicznych, albo do sekcji mieszkalnych, gdzie stawały się komponentem racji żywnościowych, dystrybuowanych wśród mieszkańców.

- Podobno na Ziemi, dawno temu, hodowano zwierzęta, zabijano je i ćwiartowano na mięso, zamiast hodować samą tkankę. Ziemia, ha! - Podsumowała Doktorka. Zerknąłem na Eve: ona i trzymany przez nią Ken rozglądali się po tym groteskowym pomieszczeniu tak samo niepewnie. - A teraz chodźmy do tej, zdaniem niektórych, kontrowersyjnej sekcji. Jest też tam przejście bezpośrednio ze stacji, ale najpierw chciałam wam pokazać całą resztę.

Szliśmy w milczeniu, zaniepokojeni, co taka osoba jak Doktorka może podejrzewać za bycie niestosownym czy kontrowersyjnym. Minęliśmy jedną odnogę, do której mieliśmy wrócić w drodze powrotnej, i poszliśmy na sam koniec korytarza. Ken zaczął się wiercić, ale po chwili my też to poczuliśmy.

- Lepiej załóżcie hełmy, one trochę filtrują powietrze. - Nasza mentorka wydała polecenie. W sumie tylko Derpi nosił hełm przez prawie cały czas, reszta ściągnęła swoje jakoś jeszcze w parku. - Może zostaw tego stwora na zewnątrz - powiedziała do Eve, która o dziwo posłuchała bez protestu. Przeszliśmy przez otwarte drzwi, a Ken został z tyłu i uważnie nas obserwował.

Naszym oczom ukazała się połać ziemistej masy, od której byliśmy odgrodzeni barierką. Mimo filtrów w hełmach czuliśmy zapach, który w większym stężeniu musiał być duszącym smrodem.

- Dlaczego to ma być takie, nie wiem, kontrowersyjne? - Spytałem.
- Tak trafiliśmy, że nie muszę tego wyjaśniać, tylko sami to zobaczycie.

Czterech mężczyzn w brązowych kombinezonach i w maskach gazowych na twarzach wniosło potężną skrzynię z nieznanego mi materiału. Spojrzeli pytająco na Doktorkę, ale ta tylko skinęła głową i pomachała ręką w geście wyraźnie wskazującym na to, że mają po prostu dalej robić swoje.
Mężczyźni weszli na pomosty rozwieszone nad połacią czarnej, miękkiej gleby. Położyli skrzynię ostrożnie na pomoście, odsunęli wieko i we czwórkę podnieśli jej zwartość. Były to owinięte białą, lekką tkaniną zwłoki Gustavusa, naszego potężnego kolegi, który zmarł w wyniku przedawkowania pewnego komponentu witaminek.  Mężczyźni wprawnym ruchem wrzucili zwłoki do gleby, w której zaczęły się natychmiast zanurzać, a po chwili zniknęły całkowicie.

- Ja nazywam to miejsce kompostownikiem, ale już parę razy mówili mi, że to określenie jest “niestosowne”. Po mojemu to zabobony, pozostałości prymitywnego, ziemskiego myślenia, ale rzeczywistości oszukać się nie da. - Spojrzała na nas, stojących bez ruchu. - Nie mamy czasu i miejsca na te wszystkie pogrzebowe bzdury, a to jest najbardziej ekonomiczne wyjście. Powstałą w ten sposób glebą dywersyfikujemy produkcję żywności, ale administracja uznała, żeby… nie ogłaszać tego na telebimach, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. Poza tym nie zapominamy o tych, którzy odeszli - wróćmy się kawałek, jeszcze coś wam pokażę.

Wróciliśmy do rozwidlenia i tym razem skręciliśmy w odnogę. Po drodze znajdowała się wnęka pełna kwiatów, małych przedmiotów typu koraliki czy wstążki, było też kilka figurek - niektóre były wykonane ręcznie, ale było też parę wydrukowanych. Oba typy przedstawiały Skur… to znaczy Pierwotnego. Paliły się też dwie świece.

- Ktoś tu niedawno był… W każdym razie, dla jasności: ja tego nie pochwalam. - Doktorka podniosła ręce do góry w geście rezygnacji, a Gigi jej intensywnie potakiwała. - To są zabobony, które mieliśmy zostawić, ale niektórzy dalej je wloką za sobą. No ale cóż może zmienić naturę człowieka? - Wykonała udawany gest rozpaczy. - No dobra, chodźmy dalej. Czasy mamy teraz trudne i są ważniejsze problemy.

Weszliśmy do wysokiego na kilkanaście metrów prostokątnego pomieszczenia. Wszystkie ściany do wysokości paru metrów zapełnione były masywnymi, szerokimi na około pięćdziesiąt centymetrów czarnymi płytkami. Każda miała wygrawerowana imię i podobiznę ludzkiej twarzy.

- Tak upamiętniamy żołnierzy, którzy polegli w obronie resztek ludzkości. To jest miejsce szacunku dla ich poświęcenia w obronie… Zaraz, a kto ty jesteś?! - Doktorka wskazała na wysoką postać w czarnym kombinezonie, stojącą na drabinie i próbującą powiesić coś na jednej z tablic. Obok drabiny leżał jej hełm.
- To Siobhan! - Gigi wskazała nowo przybyłą Hienę oskarżycielsko palcem.
- Kto? - Zdziwiła się Doktorka.
- No… Kosa! Złaź stamtąd, nie wygłupiaj się! - Krzyknęła Gigi.

Kosa zeskoczyła zwinnie na posadzkę. Na najnowszej tablicy powieszone było kilka wstążek i dyndająca na sznurku figurka wydrukowana z czarnego metalu.

- Dosyć mam już tych twoich wygłupów! Zdejmij te śmieci z plakietki!
- To nie są śmieci - Kosa mówiła tonem takim, jakby wyjaśniała coś krnąbremu dziecku. - Dzięki temu dusza naszego kolegi Gustavusa… - Ciche metaliczne pacnięcie oznajmiło, że Doktorka właśnie klepnęła się dłonią w czoło. - … Trafi pod opiekę Pierwotnych.

Gigi rozłożyła ręce w geście rozpaczy.

- Koleżanko, tyle razy ci mówiłam, że Pierwotni to w pełni logiczne zjawisko. Jeszcze go nie rozumiemy, ale istnieje, da się nagrać, zmierzyć, efekty ich działań są rzeczywiste, tak samo jak drugiego słońca. W przeciwieństwie do tej twojej “duszy”. - Głos Gigi na początku był pełen pasji, ale teraz po prostu brzmiał zimną nienawiścią.
- To jak wyjaśnisz Cud Gabrielle? - Spokojnie zapytała Kosa.
- Jaki cud… Aha, ciąża. Nie wiem, nie potrafię. Ale to nie znaczy, że w przyszłości tego nie zrozumiemy. Natomiast ty, zamiast podejść do sprawy logicznie, odstawiasz cyrk i robisz sobie te szkaradne filamentowe tatuaże! Myślisz, że nie wiem?!

Spojrzałem na Eve. Ta rzuciła mi swoimi wielkimi oczami spojrzenie krzyczące “tylko nie mów nikomu”.

- Jest tyle pytań, na które nie masz odpowiedzi. - Siobhan uśmiechnęła się lekko i spojrzała w górę, chyba nie patrząc na nic konkretnego. - Ja mam. Objawienia były jeszcze na Ziemi, tak więc normalne jest, że pojawili się również tutaj, i to w dodatku w chwili naszej próby! - Kosa weszła w tryb kazania, podobnie jak podczas spotkań na lotniskowcu. - Nie ignoruję nauki. Tylko ta nauka, cała nasza wiedza o wszechświecie zawiera tyle luk, opiera się na tylu karkołomnych założeniach, a ja mam je wszystkie zignorować? - Teraz chodziła w te i wewte po pomieszczeniu z uniesionymi ramionami, że nawet Gigi i Doktorka patrzyły w zdumieniu. - Zignorować w obliczu tego, co widziałam na własne oczy, czyli istoty przybyłej znikąd, ignorującej zasady grawitacji, dokonującej cudów? Zaprawdę, powiadam wam! - Zatrzymała się tuż przy drabinie. - To nie jest przypadek! Nie ma tutaj przypadku, Pierwotni to bogowie, których musimy błagać o opiekę nad naszymi duszami i…

W tym momencie nastąpił kolejny wstrząs, przed którymi ostrzegał nas wcześniej Padel. Plakietka z imieniem i podobizną Gustavusa odpadła i z pełnym impetem uderzyła Kosę w głowę, nokautując ją na miejscu. 

***

Było z tym trochę zamieszania, bo gdyby nie natychmiastowa pomoc Gigi i Eve, ich koleżanka pewnie by umarła chwilę potem, bo tak rozległe były pęknięcia czaszki. W rekordowo szybkim czasie zabrano ją tunelami awaryjnymi do szpitala, ale zdaniem Doktorki w ciągu najbliższych miesięcy na “Arkę” już nie wróci. A mieliśmy ponownie wypływać za kilka dni.

- No dobrze, proszę wycieczki… - Doktorka najwyraźniej mocno nad czymś dumała. - Jest już prawie dwudziesta piąta, jestem wykończona tym wszystkim… - Potarła ze znużeniem metalowe czoło. - A wy?

Rozejrzałem się po reszcie grupy.

- Niespecjalnie. - Z powodu całej tej wyprawy żadne z nas nie odbyło regularnego treningu i nasze ciała się go domagały, dlatego mieliśmy jeszcze sporo energii. Gigi była w miarę opanowana, a z Eve stres związany z wypadkiem Siobhan też chyba zaczął już opadać.
- No i prawidłowo. Zresztą o tej godzinie nie powinno być tłoku, dlatego jeszcze pojedziemy z z ostatnim punktem programu, czyli centrum rekreacyjnym. Budują je gdzieś pod nami, ale bezpośredniego przejścia stąd nie ma: musimy się wrócić do Pierwszej i stamtąd pojechać na dół, ale powinno pójść szybko.
- Skoro nie jest jeszcze gotowe, to po co tam jedziemy?
- By zobaczyć coś, czego na “Arce” na pewno nie ma. Będziecie mieli niespodziankę. Przyjmijmy, że to taka nagroda za dobrą służbę.

Już wizyta w parku była wystarczająco przyjemna, tak więc nie za bardzo wiedziałem, czego można się było spodziewać. Sądząc po uśmieszku Doktorki to wszystkiego.

Wysiedliśmy na jednej ze stacji w Pierwszej i cofnęliśmy się trochę do Laboratorium, by zostawić Kena w recepcji. Już rozkładały się tam przybyłe z “Arki” Hieny, które tam tymczasowo zakwaterowano na czas zaopatrywania lotniskowca; wszystkie kochały psiaka na zabój, tak więc Ken prawie nie miał nam za złe, że go na chwilę opuszczamy. Wróciliśmy do Pierwszej, przeszliśmy kawałek od pierwszej stacji i przeszliśmy do wielkiej, pomalowanej na żółto klatki, za którą mieściła się duża winda, która nieco przypomniała mi tę na “Noel”. Eve chyba nie zwróciła na to podobieństwo uwagi, raczej wyglądała na zatopioną w myślach; może zastanawiała się, dokąd prowadzi nas Doktorka.

Zjeżdżaliśmy windą na dół już kawałek czasu, zaczęło robić się nam ciepło w naszych kombinezonach. Zapewniały one regulację termiczną do pewnego stopnia, ale nie na tyle, by w pełni skompensować wzrost temperatury.

- Im głębiej pod ziemią, tym cieplej - wyjaśniła Doktorka, która zaczęła niezgrabnie rozpinać swój kombinezon. - Niektórzy tam stale przebywający chodzą po prostu w minimalnym ubraniu albo w ogóle bez, wzorem podziemnych baz na Księżycu…
- Przepraszam, na czym? - Odezwał się Derpi.
- Naturalny satelita Ziemi, taka malutka niby-planeta krążąca wokół większej. Tutaj tego nie mamy, ale za to mamy dwa słońca! Choć o tym drugim lepiej nie przypominajcie Siobhan, bo też zacznie się do niego modlić… O ile się kiedyś obudzi… Nieważne.
- Wspomniała pani o bazach podziemnych? Że tam chodzą bez… - Eve przypomniała rozpoczęty wątek.
- No tak, jeśli pamiętacie z jakichś wykładów, to ziemski Księżyc nie ma atmosfery. Prawie wszystkie osiedla są pod ziemią, gdzie wysoka temperatura, oświetlenie i parę innych czynników spowodowały, że kolejne pokolenia po prostu przyzwyczaiły się do tych warunków i przestały nosić ubrania, dla nich to naturalne.
- Dla nas nie! - Zaprotestowała Eve.
- To poczekaj, aż zjedziemy jeszcze niżej.

Winda w końcu się zatrzymała i wszyscy wysiedliśmy. Po krótkim marszu olbrzymim, wykutym w skale korytarzem, skręciliśmy w mniejszy, aż w końcu przeszliśmy do wyłożonych błękitnymi płytkami pomieszczeń. Kontrast z wcześniejszym korytarzem używanym do transportu ciężkich maszyn był uderzający.
- Chodźmy do szatni - zarekomendowała Doktorka.
- Zaraz, a gdzie jest damska? - Rozglądała się zaniepokojona Eve.
- Co? Szatnia jest jedna.
- Ale…
- Ale co?
- Albo nic, przynajmniej jest kurtyna pośrodku…

Zaczęliśmy się rozbierać z kombinezonów i przepoconej bielizny. Uplecione z czarnych włókien kombinezony były dość ciężkie, dlatego starannie złożyliśmy je jak nas uczono i położyliśmy na podłodze, zamiast wrzucać do delikatnie wyglądających pojemników. Oczywiście słyszeliśmy wszystko, co się dzieje za szmacianą kurtyną przedzielającą pomieszczenie na połowy.

- Do tych butów chyba potrzeba śrubokręta i wiertarki - narzekała Doktorka. - No, w końcu zeszły! - Słyszeliśmy stuknięcie butów o wyłożoną płytkami posadzkę.
- Nie rozumiem, z czym pani ma problem. - Eve chyba nie mogła się powstrzymać od wbicia szpili.
- Teraz część z tymi rurkami… Kotuś, chodź no tu, pomożesz mi! - Doktorka zaczęła mnie wołać.
- Nie! - Krzyknęła Eve.
- Co nie?
- Ja pomogę! I robi to pani specjalnie!
- Co specjalnie? Nic specjalnie. Zresztą sama widzisz, nie wychodzą…
- Gigi, pomóż mi, błagam cię!

W sumie cała nasza piątka już tylko czekała, owinięta ręcznikami, i słuchała tego, co się działo za kurtyną.

- No dobra, teraz ty, Pasożytku, rozbieraj się. Na co czekasz, na księcia z bajki?
- Ja… dopiero po pani…! - Tutaj problemem był chyba ten nieszczęsny tatuaż. Gigi go wypomniała Kosie i Eve nie chciała się z nim teraz obnosić, tak przynajmniej się domyślałem.
- A ty co znowu?
- Bo ja nie…
- Słuchaj no, koleżanko: oficjalnie to służycie pode mną i jeśli coś ci rozkażę, to macie to zrobić: ty, Kot, cała reszta. Rozumiesz to?

Przez chwilę panowała totalna cisza.

- No niech ci będzie. Ale nie zapominaj, że dalej jesteś w wojsku. Chodź, Gremlinku! I ściągnij te okulary, po co ci one, do zbliżeń na kolegów? Panowie, naprzód marsz!

Wyszliśmy wszyscy z szatni. Mieliśmy ręczniki owinięte wokół pasa, a Gigi miała dłuższy, którym szczelnie owinęła całe ciało. Doktorka nie przejmowała się niczym i była kompletnie nago, swój ręcznik trzymała na przedramieniu. Nasz wzrok najbardziej przyciągały filamentowe żyły, którymi była połatana, co zresztą nam zaprezentowała jeszcze przy pierwszym spotkaniu.

- Pod prysznice, raz! - Najwyraźniej przypomniała sobie, że może nam wydawać komendy i bardzo jej się to spodobało.
Prysznice nie miały żadnych przegród ani stojaków, dlatego położyliśmy nasze ręczniki na ziemi, weszliśmy do płytkich brodzików i puściliśmy wodę. Była cudownie ciepła! Z dozowników na ścianach wzięliśmy na dłonie mydło w płynie, szybko się namydliliśmy i spłukaliśmy. Gigi stała przez chwilę i gapiła się na nas, po czym sama zrzuciła ręcznik i też dołączyła, najwyraźniej uznając, że ma sensu się czymkolwiek przejmować.

- Gdzie ta niedojda? - Doktorka wypatrywała Eve, ale ta wciąż się nie pokazywała. - Robi takie cyrki, a ma szczęście, że tak późno wieczorem prawie nikogo tutaj nie ma… No nic, teraz chodźmy do głównej atrakcji: gorących źródeł. Tylko dokładnie wypłukajcie mydło z brodzików!

Pokierowała nas do kilkumetrowej niecki z parującą wodą.

- Panowie dokopali się do źródeł gorącej wody i urządzili taki luksus dla wszystkich - Doktorka wskazała dłonią. - Korzystajcie!

Upuściła ręcznik na posadzkę i ostrożnie zeszła po stopniach do basenu z parującą wodą, wydając przy tym jęki rozkoszy. Nigdy nie słyszałem naszej mentorki wydającej tego typu odgłosy i zatrzymało mnie to na chwilę, ale zaraz również i my weszliśmy, najpierw ostrożnie i z niedowierzaniem, a potem zalało nas uczucie błogiego relaksu, gdy zanurzyliśmy się w ciepłej wodzie po szyje. Gigi też zrzuciła ręcznik i dołączyła do nas, siadając na umieszczonej jakiś metr pod powierzchnią wody ławce.
Siedzieliśmy się tak przez pewien czas w milczeniu.

W końcu przyszła Eve, szczelnie opięta ręcznikiem, ale z mokrymi włosami, więc musiała wziąć prysznic gdy już sobie poszliśmy. Nie ściągając go, wlazła do basenu i usiadła na ławce po mojej prawej stronie.

Doktorka tylko popatrzyła się na nią swoimi goglami, ale było jej chyba zbyt błogo, żeby czynić Eve jakieś uwagi. A ta osiągnęła swój cel: filamentowego tatuaża nad piersią nikt nie zauważył.

Nie wiem jak długo tak siedzieliśmy, po prostu rozkoszowałem się tą chwilą. Było mi ciepło, przyjemnie, nie było żadnego zadania, które trzeba było wykonać na wczoraj. Dzisiaj zobaczyłem tak wiele rzeczy, nad którymi będę najprawdopodobniej jeszcze długo rozmyślał, a te przyjemne fragmenty, jak wizyta w parku i widok Eve biegającej boso po trawie… Ten widok miałem cały czas przed oczami, nawet gdy zamknąłem oczy. Spojrzałem na nią, miała zamknięte oczy i była zanurzona w ciepłej wodzie aż po podbródek. Uśmiechała się błogo. Nie wiem, czy było jej wygodnie w ciężkim od wody ręczniku, ale chyba przestała zwracać na to uwagę.

- Szkoda, że nie ma już sierocińca… - Wymruczała półprzytomnie.
- Co ja ci poradzę - odburknęła Doktorka. - Twoja wychowawczyni… wiadomo, co się z nią stało. Gdy większość sierotek przeniesiono na “Arkę”, to wszyscy odet- to znaczy zwolniło to tak dużo miejsca, że nie było sensu utrzymywać tej placówki. Ale parę zdjęć ocalało, przeglądnęłam je sobie dzisiaj. Mogę wam przesłać, takie chude dziecko z ręką w majtach i kryjące się za plecami innych to chyba byłaś ty, tak przynajmniej było podpisane.
- To ja może podziękuję za takie zdjęcia… - Wymruczała Eve.
Gigi siedziała niewzruszona.

- Zresztą znalazłam parę innych, Henri i Tell siedzą na podłodze i grają w jakieś gry planszowe…
- Przepraszam, kto? - Wtrącił się Derpi.
- No, Gamoń i Młotek. - Nasi koledzy w odpowiedzi pokiwali głowami. - Monter siedzi sam, układa z klocków jakieś zamki…
- Pamiętam! Miałem parę zestawów, ciągle mi je zabierali, to zacząłem robić elementy sam… - Przypominał sobie Monter.
- Ciekawe historie. - Derpi zastanowił się na głos.
- Ty i Kotuś dołączyliście do załogi dużo później, prawda?
- Zgadza się, ja mieszkałem na jednym ze statków, gdzie przez lata radziliśmy sobie sami. Ale pewnej nocy nastąpił potężny wybuch i mój statek poszedł na dno jak kamień, ja uciekłem w szalupie ratunkowej i gdyby nie transmiter alarmowy, to pewnie bym tam zginął marnie… Chyba nikt nie ocalał oprócz mnie…

Derpi opowiadał o tym dość spokojnie, ale kto wie, co się naprawdę w nim kotłowało. Niech ma swoje tajemnice, a ja mam swoje. Gdy mnie odratowali z dryfującego statku, to długo zajęło, nim zacząłem rozumieć co się w ogóle wokół mnie dzieje. Gdy w końcu uznali, że nadaję się do kontaktu z ludźmi, to zaczęli mnie puszczać do mesy na krótkie posiłki. Tam jakoś dosiadał się do mnie Derpi, który wtedy miał jeszcze zwyczaj mówienia tego “derp” do ludzi, na szczęście ostatnio mu jakoś przeszło. W sumie w naturalny sposób się zakumplowaliśmy ze względu na podobne pochodzenie - on dołączył do załogi sporo wcześniej niż ja, ale pewnie cały czas czuł się obco zestawiony z grupą, w której większość osób jakoś się tam znała jeszcze z dzieciństwa w sierocińcu. Nigdy nie miałem czasu się nad tym poważniej zastanowić, dopiero teraz te fakty do mnie wracały.


Tak siedzieliśmy lub leżeliśmy w cudownie ciepłym basenie, senni, zrelaksowani, tracący poczucie czasu. Ta chwila była… magiczna i miałem nadzieję, że pozostali kadeci też będą mieli okazję tego doświadczyć. Z tego, co słyszałem, mieli zacząć od jutra.



- No proszę! Nie wiedziałam, że ktoś tu jest! - Obcy, damski głos wyrwał nas z zamyślenia. Wszyscy zwróciliśmy się w stronę korytarza, który prowadził do pryszniców.

Właśnie nadchodziła wysoka kobieta z brązowymi włosami upiętymi nad głową. Podobnie jak Doktorka, była kompletnie naga i niosła ręcznik na przedramieniu, ale tu podobieństwa się kończyły: wielkie piersi podskakiwały przy każdym jej kroku, a szerokie biodra kołysały się rytmicznie. Na pozbawionym włosów łonie znajdował się… filamentowy tatuaż, układający się w spirale i kwiatowe wzory. Wzrok każdego samca z naszej grupy skupił się wyłącznie na niej i żadna bezpieczna dawka witaminek nie mogła temu zapobiec.

Kobieta zamachała przyjaźnie, położyła ręcznik na posadzce i zaczęła usadawiać się po mojej lewej stronie.

- To niegrzecznie się tak gapić! - Syknęła mi w ucho Eve na tyle głośno, że wszyscy słyszeli.
Ależ skarbie, nie ma problemu, mi to nie przeszkadza! - Kobieta zaprzeczyła radośnie i nachyliła się, żeby położyć rękę na ramieniu Eve w uspokajającym geście. Jej piersi przycisnęły się do mojego ramienia na tyle mocno, że zaczęło mi się robić naprawdę gorąco, ale postanowiłem wytrzymać. - No proszę, postawny, młody mężczyzna z protezą prawej ręki.

Nowo przybyła mierzyła mnie wzrokiem, trwało to chwilę. W końcu nawet Doktorka zaczęła patrzeć na nią wyczekująco.

- Tak w ogóle to jestem Lily. Czasem nazywają mnie Lilitu. Milioner chce cię widzieć. Bądź jutro o dziewiątej przed wrotami w przystani.

Mimo panującej gorącej atmosfery, w tym momencie mnie zmroziło.

- Tylko nie zaśpij! - Dodała radośnie.