Siedziałem na krześle obok Eve. Co chwilę popatrywała na otwarte drzwi prowadzące do powoli wypełniającej się sali. Ścisnęła mocniej moją rękę.
- Stresujesz się - stwierdziłem.
- Trochę.
- Będzie dobrze.
- Wiem.
Słyszeliśmy szum rozmów, szuranie krzeseł, skrzypienie kółek. Czekaliśmy tu na doktora Ryuujiego; po drugiej stronie pokoju siedziała na swoim wózku Gigi, która bardzo się starała na nas nie patrzeć.
- A co z nią… - Wyszeptałem.
- Nic mi nie mówiła. - Wzruszyła ramionami Eve.
- A czy naprawdę jesteś pew…
- Jestem - syknęła.
Romi też była z nami, ubrana w te same luźne ciuchy co Eve. Siedziała znudzona i albo machała nogami, albo podpierała głowę na wielkiej metalowej dłoni. Na lewym policzku miała przyklejony wielki biały plaster, bo niedawno wyjęli jej zszywki i całość musiała się trochę podgoić.
Wszystkie trzy panie starannie unikały patrzenia na siebie, tak właśnie zauważyłem. Eve naciągnęła kaptur dresu na głowę i wsadziła ręce do kieszeni swoich szerokich spodni, bo oto właśnie do naszego pokoju wszedł doktor Ryuuji, który wyglądał na nieobecnego myślami i chyba tylko podążająca za nim jak cień Ceci utrzymywała go na właściwym torze. Zignorował wszystkich innych w pomieszczeniu i podszedł do nas.
Położył ręce na kolanach Eve, ta zauważalnie się wzdrygnęła. Popatrzył na nią nieobecnym wzrokiem.
- Czy jesteś gotowa?
- Tak.
- To jest bardzo ważne…
- Wiem.
- Dobrze… dobrze. - Poklepał ją po dłoni i zwrócił się do Ceci.
- Czy są już wszyscy?
- Wszyscy - sprawdziła na mobilce.
Odetchnął głęboko.
- Jeśli ktoś się nie zgodzi, jeśli ktoś się wygada… - Spojrzał z ukosa na Romi. Ta łypnęła na niego wzrokiem i wiedziałem, że chciała mu w pierwszym odruchu pokazać środkowy palec, ale powstrzymała się. Zamiast tego uśmiechnęła się do niego promiennie.
- Na mnie możecie liczyć - dodała z szelmowskim uśmiechem. - Wypełnię swój obowiązek - zasalutowała energicznie.
- Dobrze, dobrze… - Pomruczał doktor Ryuuji, znowu trochę nieobecny.
- Panie doktorze! - Nie wytrzymała Gigi. - Przecież to jest… nieracjonalne! Nawet nie rozumiemy dokładnie, jak to w ogóle działa! Zwykłe impulsy elektryczne…
- Ja wiem, jak to działa. Ale nie potrafimy ich odtworzyć. Nie potrafimy powtórzyć efektu.
Doktor Ryuuji spotkał się z problemem, którego rozwiązanie wymykało się jego zdolnościom poznawczym i wyraźnie zaburzało mu porządek świata. To było coś więcej, niż frustracja.
- To dlaczego chcemy to nagle aplikować na tak szeroką skalę? - Zaatakowała Gigi. - Taką nienaukową metodę? To już są bardziej jakieś zabobony, gusła…
- Po pierwsze: bo to działa. Po drugie: bo może nam wszystkim pomóc. Po trzecie: potrzebuję danych do badań.
- Ale tak nagle… - Gigi była nieugięta.
- Lepszej okazji nie będzie. - Doktor nie zamierzał tłumaczyć się przed Gigi.
Wziął swoją walizkę, odetchnął głęboko i wyszedł przez drzwi na salę. Romi też założyła swój kaptur. Gigi mruczała coś gniewnie pod nosem. Eve wstała i podeszła do otwartych drzwi, żeby lepiej widzieć przemówienie doktora Ryuujiego, które właśnie się zaczynało.
Zdziwiło mnie, jak szybko się ogarnął i jak sprawnie zaczął przemawiać do zgromadzonego tłumu.
- Dziękuję wam, bohaterowie! - Zwrócił się do grupy około pięćdziesięciu młodych, potężnie umięśnionych mężczyzn.
Niektórzy stali o własnych siłach, niektórzy byli na wózkach albo przywieziono ich na szpitalnych łóżkach. Żaden z nich nie miał wszystkich kończyn: stracili je podczas bitwy, o przepraszam: rzezi na Inselhorn, ale przeżyli. Niektórzy nie mieli rąk, inni nie mieli jednej albo obu nóg.
Wszyscy słuchali z uwagą. Wszyscy słuchali z nadzieją.
- Straciliście tak wiele w heroicznej walce o życie nas wszystkich. Ale nie zostawiamy was samych!
Przypomniała mi się sterta worków z ciałami tych, których tam zmasakrowano. Zostały na Inselhorn.
- Przejdę do sedna. Wszyscy słyszeliście o protezach filamentowych. - Doktor Ryuuji wyjął z teczki czarne, metalowe ramię, zapewne niedawno wydrukowane. Po sali rozległ się szum rozmów. - Znacie efekty uboczne. Ale wiecie też, jakie mogą dać możliwości.
Doktor przeczekał pierwszą falę szumu rozmów.
- Mamy eksperymentalne rozwiązanie.
Względna cisza.
- Udoskonaliliśmy protezy filamentowe. Nie powinno już boleć.
Ryk zaskoczenia na sali. Eve uśmiechnęła się do mnie, ścisnęła za rękę w geście wsparcia, choć go nie potrzebowałem. Romi też się uśmiechała tą połową twarzy, którą mogła, i poruszała palcami swoich filamentowych dłoni sprawdzając, czy wszystko działa tak, jak należy.
- Prezentacja: Pacjent 1 stracił na Inselhorn obie nogi, czyli około jednej trzeciej masy ciała. Proszę do nas!
Eve naciągnęła maseczkę na twarz, włożyła czarne okulary i założyła kaptur na głowę.
- Powodzenia tam - mruknąłem.
Eve wyszła pewnym, choć powolnym krokiem na salę. Była boso, jak zresztą prawie zawsze teraz; mówiła, że tak jest jej wygodniej. Filamentowe stopy stukały o posadzkę.
- Pacjent jest teraz w pełni sprawny. Proszę zademonstrować.
Eve przeszła przed pierwszym rzędem widzów, potruchtała trochę w tę i wewtę.
- Jak wszyscy wiecie, filamentowe protezy nie tylko spełniają wszystkie funkcje zastępowanej kończyny, ale również znacznie podnoszą jej sprawność.
Na ten znak Ceci przyciągnęła, z wyraźnym trudem, słup z workiem treningowym i nacisnęła stopą przycisk wysuwający podstawki blokujące jej kółka. Urządzenie treningowe teraz stało pewnie w miejscu.
Eve podeszła powoli i zaczęła wymierzać workowi solidne kopniaki. Mimo małego zamachu worek odskakiwał i kołysał się od posiadających potężną moc uderzeń.
Kopniaki Eve były coraz szybsze: jej drobna sylwetka demonstrowała teraz potężną moc.
W końcu odskoczyła do tyłu, wybiła się wysoko, obróciła w powietrzu i kopnęła w worek z taką siłą, że ten po prostu urwał się z łańcucha i zatrzymał z łoskotem dopiero na przeciwległej ścianie, powodując kilka wyraźnych pęknięć.
- Też możecie to mieć. - Doktor Ryuuji bezlitośnie wykorzystał najwłaściwszy moment. - Sprzęt do tego zabiegu znajduje się obecnie na okręcie zmierzającym na Inselhorn, tak więc musielibyście się zgodzić na rejs i pozostanie tam, ale…
Nie słuchałem już dalej. Miałem pewność, że wszyscy się zgodzą.
***
Gdy Ceci zaczęła ze swoją mobilką zbierać zgody od zgromadzonych na sali, doktor Ryuuji przyszedł do nas.
- To było… bardzo dobre przemówienie, doktorze - podrapałem się w zakłopotaniu po głowie.
- おつさま。。。 - mruknęła Eve.
- Ceci mu napisała - Gigi uśmiechała się złośliwie. Doktor zignorował nas wszystkich i podszedł do Romi.
- Nie było potrzeby wołać ciebie, tak więc już podziękujemy…
- Po takim pokazie nie wiem, co musiałabym im pokazać, by to przebić! … Zaraz, jak to “podziękujemy”? Płynę z wami!
- Aha? - Zdziwił się doktor. Uważał Romi za obiekt, którego użyteczność się skończyła, ale ona najwyraźniej miała inne plany.
***
To zresztą była dziwna sytuacja: po tym, jak Eve wstała po zdarzeniu w parku, Gigi natychmiast zadzwoniła do Ceci. Po tylu tygodniach (miesiącach?) ciszy znowu znaleźliśmy się w centrum ich zainteresowania, pan doktor przyjechał do parku osobiście. Zaraz zresztą porwał nas na testy - trafiliśmy do osobnych pomieszczeń, gdzie opowiedziałem mu w prostych słowach, co się stało: wyobraziłem sobie, że moja ręka znowu istnieje i faktycznie, powstał nowy filament. Dotknąłem protez Eve i wyobraziłem sobie, że znowu chodzi, chyba przekazałem jej te myśli i ona je przyjęła. Nie opowiadałem mu o wizji i o tym, że Eve próbowała się wykończyć.
Spodziewałem się, że doktor Ryuuji odrzuci to wyjaśnienie jako nienaukowe, ale on tylko potakiwał, głęboko zamyślony. Pomruczał trochę i poszedł do Eve. Czekałem przez długi czas, niecierpliwiąc się coraz bardziej, aż w końcu Ceci poprosiła mnie do pokoju obok, gdzie siedziała… Romi, uśmiechając się niepewnie. Jej wielkie dłonie położone były na stole. Wszedł do nas doktor Ryuuji.
- Dotknij - polecił. Nie w głowie mi były głupie komentarze, dlatego dotknąłem palcem protezy dłoni Romi. Popatrzyłem pytająco na doktora.
- Mam zrobić coś konkretnego? - Spytałem.
- Spróbuj… pomyśleć o mniejszych dłoniach, czy coś takiego.
- Ale ja…! - Zaczęła protestować Romi, ale ja już zdążyłem sobie przypomnieć, jak podczas naszego pierwszego spotkania w przystani przesuwała palcem po mojej klatce piersiowej. Wyobraziłem sobie jej małe dłonie. W mojej głowie pojawił się obraz czarnych, filamentowych kulek zbliżających się do siebie; przestrzenie między nimi robiły się mniejsze.
Filamentowe protezy faktycznie zaczynały się zmniejszać.
- Ja nie chcę takich! - Zaprotestowała Romi. - Chcę takie, jak były!
Wyobraziłem sobie jej łapska tak wielkie, jak podczas naszej rozmowy w szpitalu. Bez wytwarzania nowych porcji filamentu pokazujące się w mojej głowie kulki nieco oddaliły się od siebie, a dłonie Romi wróciły do nieproporcjonalnie dużych rozmiarów.
- Hej, a robicie protezy tych bardziej miękkich części ciała? - Zapytała z szelmowskim półuśmiechem. Żaden z nas nie zareagował, więc odpuściła do końca spotkania z tego typu uwagami.
- A więc jesteś w stanie to powtórzyć. - Stwierdził doktor Ryuuji.
- Najwyraźniej tak.
- Pomożesz kolegom, którzy stracili kończyny na Inselhorn?
- Tak.
- Wyjdźmy.
Zostawiliśmy Romi siedzącą przy stole i niewiele rozumiejącą z tego, co się dzieje.
- Potrafisz dochować tajemnicy?
- Oj tak.
- Inez… Doktorka… Pamiętasz ją?
- Tak.
- Prowadziła pewne badania, a gdy trafiła na “Arkę”, to bardzo zainteresowała się tym, co robi wojsko, które działa niezależnie od Komitetu Sopla… Wiesz, to dwie różne struktury, które są zmuszone do współpracy, ale żadne się z tego nie cieszy. Wojsko utrzymuje wiele rzeczy w tajemnicy, szczególnie teraz, gdy przejęliśmy Inselhorn… No dobrze - otrząsnął się z rozmyślań. - Teraz ja też zrozumiałem, że aby dokonać więcej, muszę… Być bliżej wojska. Komitet jest ważny, ale wojsko oferuje więcej możliwości. I chcę przejść na ich stronę.
- Czy można nieco jaśniej…?
- No tak. Chcę, żebyś razem ze mną popłynął na Inselhorn. Chcę, żebyś pomógł w adaptacji protez wszystkim żołnierzom, których tu nam przywieźli. To będzie mój prezent dla wojska. Nie chcę, żebyś komukolwiek o tym mówił. Zgadzasz się?
- Jeśli Eve się zgodzi, to tak.
- Przekonaj ją.
- To jej decyzja… Poza tym tyle się wydarzyło, że potrzebujemy trochę cza-
- Pospieszcie się - uciął doktor Ryuuji i poszedł szybkim krokiem w kierunku swojego laboratorium.
Potem siedziałem na krześle w poczekalni i czekałem, aż wypuszczą Eve. Podobno zabrali ją na jakiś “prosty zabieg”, nie miałem pojęcia jaki. W końcu drzwi się odsunęły i wyszła, ostrożnie stawiając drobne kroki.
- Dziękuję - pomachała ręką w stronę Gigi.
- Do usług - odpowiedziała, bez większych emocji. - Tylko uważaj podczas… no wiesz. I nie róbcie wiesz czego.
- Wiem.
Stała tak jeszcze chwilę, patrząc to na mnie, to na Gigi.
- No idź do niego! - Ponagliła Gigi i odjechała wózkiem do swoich spraw.
Podszedłem do Eve.
- I jak tam? - Nie wiedziałem jak zacząć inaczej.
- Żyję. Chodzę. - Uśmiechnęła się niepewnie.
- Wracamy do mieszkania?
Zesztywniała na chwilę.
- Co się stało?
- Nie, nic. Wracamy.
Patrzyliśmy bez słowa na przesuwające się obrazy za oknem kolejki, głównie były to upstrzone lampami szare ściany tunelu.
- Wiesz, jest taki rejs…
- Wiem. Gigi i Ceci mi mówiły.
- Doktor Ryuuji chce, żebym…
- Płyńmy.
- Co? Ale…
- Jeśli tylko chcesz.
- Nie sądziłem, że będziesz chciała opuszczać Sopel… W końcu to jest nasze miejsce, tak mówiłaś…
- Stało się więzieniem. Ile tam leżałam, gapiąc się w sufit? Walcząc z bólem, powstrzymując się od naciśnięcia przycisku?
- Czy ty… No wiesz, potrzebujesz ten specyfik?
- Nie. Wiesz, wtedy, w parku… Też wydawało ci się, że lataliśmy, prawda? Jestem pewna…
- Tak.
- W każdym razie… Nie chcę już tu być. Jeśli nie muszę - popatrzyła na mnie prosząco.
- No, nie musimy, popłyniemy chyba “Asuką”...
- Inselhorn przerobili w krótkim czasie na potężną bazę, z kompleksami mieszkalnymi, fabrykami, potrzeba mnóstwo rąk do pracy, nie tylko związanej z wojskiem. Mówi się nawet o zakładaniu kolejnych baz, bo opanowali tę technologię barier…
- O?
To dopiero byłby przełom: dużo większy niż adaptacja protez.
- No i… Robilibyśmy to, co potrafimy, wiesz, jak na “Arce”. Nienawidziłam tego miejsca do czasu, jak przydzielili nas do wspólnych zadań… - Zamknęła oczy.
Byliśmy tak potwornie zmęczeni.
- Zresztą wojna się jeszcze nie skończyła.
Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, choć do tej pory starałem się o tym w ogóle nie myśleć.
Od razu poszliśmy spać, ale wiedziałem, że Eve budziła się kilkukrotnie i szła do łazienki. Wolałem jej o to nie pytać.
Nad ranem, kiedy już oboje wstaliśmy, zacząłem:
- Tak naprawdę to ja też chcę płynąć. Od początku chciałem, tylko, no wiesz… - Wskazałem ręką na pokój. Nie oddaliśmy jeszcze stojaka na kroplówki.
Popatrzyła na mnie znacząco.
- Ja mogę wyruszać choćby jutro.
Spojrzałem na kamienną, wypolerowaną podłogę, potem na puste łóżko i wreszcie na Eve. Byłem tu tylko dlatego, że ona mnie mnie tu przyprowadziła, sam nie miałem żadnego innego pomysłu, a przynajmniej nie do teraz.
- Pakujemy się.
***
Doktor Ryuuji kazał nam poczekać kilka dni. Jak rozumiałem, moja decyzja była kluczowa dla całego przedsięwzięcia, choć mogę się tylko domyślać do czego by się posunęli, gdybym odmówił. Formalnie dalej byliśmy w wojsku, choć po bitwie zapanował taki chaos, że mało kto się tym przejmował. Wszystkie siły wojskowe i istotną część siły roboczej Sopla przerzucono na Inselhorn, by tam zbudować nasz historyczny, pierwszy przyczółek - choć Oko nad nami już nie wisiało i nikt już nie atakował Sopla, to nie mieliśmy pojęcia, co szykuje orbita. Nie trzeba być geniuszem żeby przewidzieć, że coś na pewno planują i nie będą się nam biernie przyglądać w sytuacji, gdy znienacka zniszczyliśmy ich popisową broń. Wielkim kosztem, ale jednak - a teraz jeszcze gromadzimy siły na kolejną, tajemniczą akcję, bo przecież tak po nic nie wyciągaliby kilkudziesięciu kalekich żołnierzy ze szpitala i wieźli na paskudną, skalistą wyspę pośrodku czarnego oceanu.
Wojsko oczywiście zamierzało trzymać karty przy sobie i nie wtajemniczać ludzi zarządzających Soplem bardziej, niż jest to konieczne, a doktor Ryuuji właśnie zamierzał zmienić obozy - wzorem nieodżałowanej Doktorki, której zaczęło mi autentycznie brakować, bo coraz lepiej zaczynałem rozumieć, jak mocno opiekowała się naszą grupą i co się zaczęło dziać, gdy jej zabrakło. A czy szanowny pan doktor byłby gotowy na tak wielkie poświęcenie, jakiego bez wahania dokonała nasza mentorka?
Pozostawało jeszcze pytanie dotyczące Milionera. W ogóle się ze mną nie kontaktował po tym, jak mu wszystko… no, prawie wszystko opowiedziałem na temat mojego ojca. Nie dziwię mu się, to musiał być dla niego szok. Może lepiej na razie o nim nie myśleć, skoro się gdzieś zaszył.
Zresztą wreszcie miałem czas i ochotę nad tym wszystkim się zastanowić i jakoś podsumować: akurat siedzieliśmy na skalistym brzegu przystani, ja i Eve, która próbowała zapalić skręta - takiego samego, jakie Doktorka zazwyczaj miała w kieszeni. Oboje mieliśmy naciągnięte na głowę kaptury, ja dodatkowo miałem robocze rękawice - nasze kombinezony bojowe były schowane w plecakach. Wątpię, by to przebranie mogło zmylić uważnego obserwatora, ale może chodziło tylko o zachowanie pozorów.
Eve rozgniotła z niesmakiem skręta o kamień. Wiedziałem, że chciała jeszcze potrenować kopniaki, bo niesamowicie jej się to spodobało, a teraz musiała nosić spodnie i dodatkowo buty, choć wolała wszędzie chodzić boso. Cieszyłem się, że to jedyny problem, jaki w tej chwili ma.
Po raz pierwszy od długiego czasu patrzyłem wyczekująco w przyszłość. Ciekawe, co myślą sobie inni, którym obiecano powrót do pełnej sprawności, a nawet więcej? Byłem pewien, że zdołam im wszystkim pomóc. Czy dołączy do nas Monter? Co z Młotkiem, który został na Inselhorn, czy dali go do planowania jakiejś nowej akcji? Bo Gigi na żadne rejsy się nie nadaje…
- No hej tam! Pomóżcie mi!
Odwróciłem się. Ze stacji ku przystani powoli zjeżdżała na wózku Gigi, trzymając na kolanach sporą torbę.
- Co ty tu robisz?! - Krzyknęła do niej w odpowiedzi Eve.
- Płynę z wami! - Spodziewałem się, że Gigi odpowie w jakiś złośliwy sposób, ale nawet nie.
- No co ty? Przecież ty nie możesz… - Zaczęła Eve.
- Nie mów mi, czego nie mogę - Gigi pokiwała ostrzegawczo palcem.
Eve podbiegła do niej uważając, by nie przejść w szaleńczy sprint, który mógłby zwrócić uwagę, i poprowadziła wózek po pochyłym terenie, podczas gdy Gigi przytrzymywała wielką torbę na kolanach.
- Przecież na Inselhorn dalej jest ta bariera, pod którą tak ciężko się poruszać… - Zacząłem.
- A pomyśl trochę, jak te wszystkie ekipy inżynierskie tam mogą pracować? Bariera jest sferą, oni wydrążyli sięgające niżej tunele. Tam już mieszkają całe rodziny, do prac w sferze używają egzoszkieletów… Rozumiesz to?
- No rozumiem…
- Mają na “Asuce” zrobić mi taki egzoszkielet, bym mogła sterować nogami. Jeden z powodów, dla których chcę płynąć.
Aha. Więc również Gigi coś obiecali.
Łódź patrolowa już niedługo będzie wyruszać - Eve wskazała na grupę mężczyzn gromadzących się na molo. Wśród nich wmieszało się kilku żołnierzy, którzy mieli obie nogi, by powoli ich przemycać na krążącą w okolicach Sopla “Asukę”. Miało to nawet pewne szanse powodzenia, biorąc pod uwagę, że w przystani pracowało teraz wyraźnie mniej osób.
W końcu przyszedł czas wejścia po trapie. Obejrzałem się tylko raz, na wrota Milionera; teraz będziemy już poza jego zasięgiem. Chyba.
***
Bez problemów dotarliśmy na okręt. Gigi potrzebowała trochę pomocy, ale liczne silne ręce przeniosły wózek bez problemu.
Znowu byliśmy na okręcie, czułem kołysanie pod stopami i spojrzałem na zasnute ołowianymi chmurami niebo, zza których oświetlały nas bez przerwy dwa słońca. Odetchnąłem i spojrzałem na Eve. Miała rumieńce.
- Gdzie tu można potrenować? - Spytała.
- Wątpię, żeby mieli tu hale sportowe jak na “Arce”, więc zostaje pokład… - Odpowiedziałem niepewnie.
- Mi pasuje - zaczęła ściągać buty, przyciągając uwagę naszych kolegów z “Arki”, których na okręcie było już całkiem sporo.
Zaczęła rozgrzewkę od kilku podskoków, pobiegała trochę i zaczęła wykonywać kopniaki w powietrzu. Był to niesamowity spektakl, siła dwóch nóg znacząco przewyższała możliwości moje i mojej protezy.
Przerwał nam doktor Ryuuji.
- Stop, stop! Nie potrzebujemy już więcej prezentacji!
- Ale panie doktorze…
- Chodźcie za mną. Zaraz będzie wsiadać ostatnia grupa. Będziecie mi potrzebni.
Doktor bardzo szybko wczuł się w swoją wojskową rolę, jak się okazuje. Dużo szybciej niż Doktorka… Znowu o niej pomyślałem. Czy doktor Ryuuji miał zamiar nam ją zastąpić? Prawdopodobnie tak.
Postawił nas przed ścianą ekranów pokazujących obraz z kamer rozlokowanych w różnych punktach okrętu.
- Tutaj - wskazał. Widzieliśmy pusty korytarz. - Patrz uważnie na wszystkich.
Zaczęli przechodzić żołnierze z “Arki”, szli w kierunku kamery i mijali ją w ostatniej chwili, chyba była w jakiś sposób zamaskowana. Niektórych kolegów znałem z widzenia, innych ledwo kojarzyłem. Wszyscy muskularni, wszyscy kalecy: niektórym brakowało jednej lub obu rąk, niektórzy z trudem poruszali się o kulach, inni byli na wózku. Liczyłem, było ich w sumie czterdziestu siedmiu.
- Jeśli dobrze rozumiem twoją zdolność, musisz sobie zwizualizować myśl i przekazać ją w elektrycznej postaci poprzez protezę.
No tak. Tak to działa, z naukowego punktu widzenia.
- Pan to… mierzył? Badał? - Spytała Eve.
- Próbowałem. Nasze aparaty nie są wystarczająco czułe, by wykryć jakąkolwiek różnicę między tym, jak to nazwać, myślowym przekazem a zwykłymi strumieniami elektronów.
- Bo, wie pan, Gigi mówi, że to jest, no, nieracjonalne i w ogóle…
- Panna Gigi nie rozumie wielu rzeczy - syknął doktor Ryuuji, ucinając wątek.
Jak na zawołanie na ekranie właśnie pojawiła się Gigi, wyraźnie o coś wkurzona, mocno kręcąca kółkami wózka. Najwyraźniej chciała odbudować sprawność rąk i nie chciała korzystać z silników.
- A to wasza kolejna koleżanka… - Doktor machnął ręką w kierunku ekranu, na którym widzieliśmy dumnie kroczącą Romi. - Spróbujcie jej pomóc z treningiem, inaczej nie poradzi sobie na Inselhorn.
- Spróbujemy… - Spojrzałem z ukosa na Eve, która jednak nie paliła się do tego pomysłu, sądząc po minie.
- A to jeszcze jedna ochotniczka, też spróbujcie jej pomóc. - Na ekranie pojawiła się nieznana nam dziewczyna: dość wysoka, ale wątła. Nie kojarzyłem jej w ogóle.
- Kto to jest?
- Imienia nie pamiętam, nazywają ją Mimi. Pracowała w przystani jako kierowca medyczny i zachowała dyskrecję na temat naszych spraw, dlatego zgodziłem się zabrać ją ze sobą, bo bardzo się zaangażowała. Raczej małomówna. W sumie to nie przypominam sobie, by się w ogóle odzywała… No nieważne, a teraz chodźmy. - Zdążyłem jeszcze dostrzec na ekranie pewnie kroczącego Montera z w pełni już sprawną ręką, ale doktor ponaglał, więc wyszliśmy z pomieszczenia.
Weszliśmy do pokoju, w którym był już rozłożony parawan, stół i krzesło. Chemiczny zapach mówił nam, że jest to pomieszczenie przeznaczone do celów medycznych. Gigi wyciągała z szafki opatrunki i kładła je na blacie.
- To tutaj zaczniemy procesy adaptacyjne. Czasu mamy mało, ale przy trzech-czterech adaptacjach dziennie skończymy przed dotarciem na Inselhorn.
Ramy czasowe nie przerażały mnie, bo jeśli mogę w tak łatwy sposób pomóc, to pomogę. Gorzej, że nie miałem pojęcia czy to w ogóle zadziała, bo oprócz testu na Romi żadnych innych prób nie było. Trochę zaskakująco dla mnie, Gigi wyraziła moje wątpliwości na głos, po ostentacyjnym rzuceniu opatrunków na blat.
- Ale panie doktorze, skąd pewność, że to w ogóle działa? Mieliśmy za mało prób, to jest po prostu… nieracjonalne!
- Widziałem wystarczająco dużo na przykładzie Pacjentki Zero żeby wiedzieć, jak wysoka jest szansa powodzenia. - Doktor odparł sucho i nie przejmując się więcej fochami Gigi sprawdził coś na mobilce. - Pierwszy pacjent gotowy do operacji, kolejny będzie zaraz po nim. Ty też się przygotuj, odpocznij teraz jeśli potrzebujesz, bo za jakieś dwie godziny przywieziemy go tutaj.
- Ale panie doktorze…! - Gigi postanowiła znowu zwrócić na siebie uwagę. - Czy ta cała Pacjentka Zero istnieje w ogóle…?! Słyszałam o niej parę razy, ale naprawdę ciężko mi jest uwierzyć, że ona…
- Oczywiście, że istnieje. Jest tutaj z nami na okręcie, jako plan awaryjny.
- Co?! - Gigi była bardzo zaskoczona, natomiast ja i Eve nie mieliśmy kompletnie pojęcia o co, czy też o kogo chodzi. Doktor Ryuuji dostrzegł naszą reakcję, ponownie ignorując Gigi.
- Pacjentka, którą poddałem eksperymentalnej operacji neurochirurgicznej celem uratowania życia… - Zamyślił się. - Może będzie lepiej ją wam przedstawić. Choć może nie dotykajcie jej swoimi protezami, bo potencjalnych skutków po prostu nie znam, a teraz nie możemy ryzykować. - Wstukał coś na swojej mobilce. - Zaraz powinna tu być.
Cała nasza trójka popatrzyła po sobie. Po chwili usłyszeliśmy powolny, rytmiczny stuk czegoś o metalową posadzkę korytarza, aż otworzyły się drzwi.
Stała w nich wysoka, nieco chuda, ale niepozbawiona mięśni żeńska postać, nieco przygarbiona. Podpierała się długim, metalowym kijem, a twarz miała zasłoniętą brązową, chropowatą deską przywiązaną do głowy, która przypominała drewnopodobny pokład “Arki”. Ubrana była w czarny, obcisły kombinezon, z którego jednak zwisały dodatkowo jakieś potargane łachmany, które kiedyś mogły być suknią, płaszczem lub czymś podobnym. Zajęło mi chwilę, nim ją poznałem.
- Kosa? - Spytałem.
- Siobhan! - Ucieszyła się Eve.
- O kurwa! - Zareagowała Gigi. - Ty… - Zatrzymała się zmieszana. W końcu kompletnie zapomnieliśmy o niej. - Eee… Tyle się wydarzyło…
Kosa skierowała ukryte za deską oblicze na Gigi.
- Nie urodziłam się po to, by tylko umrzeć. - Odpowiedziała.
Nikt nie wiedział, co na to odpowiedzieć.
- Eee, to bardzo fajnie, że z tobą już wszystko w porządku! - Zagaiła Eve. - A ty czemu płyniesz na Inselhorn?
- By spełniło się moje życzenie.
- O, to świetnie! A jakie?
- Poznać Kod Zbawienia.
- O! To… co?
Spojrzałem na Gigi. Ta tylko uśmiechnęła się złośliwie.
- O, i co w tym celu musisz zrobić? - Spytała niewinnie.
- Wypowiedzieć życzenie przed Czarną Gwiazdą.
- I ta Czarna Gwiazda ci odpowie…
- Przestań. - Doktor Ryuuji postanowił zatrzymać tę rozmowę tu i teraz. - Pacjentka Zero nie jest jeszcze w pełni komunikatywna, ale poczyniliśmy znaczne postępy. A teraz… Panno Shevaun, proszę zademonstrować.
Kosa wyciągnęła przed siebie swój filamentowy kij. Ten szybko zwinął się w pierścień i zmniejszył się, wciąż wisząc w powietrzu: Kosa ubrała go jak bransoletkę. Po chwili bransoletka zaczęła się powiększać w sporej wielkości torus, który za chwilę przestałby się mieścić w pomieszczeniu.
Dokonać takich sztuczek z filamentowym materiałem ja już nie byłem w stanie, a już na pewno nie bez dotykania go.
- Panno Shevaun, wystarczy… - Doktor Ryuuji ostrożnie dotknął jej ramienia. Obiekt wrócił do kształtu takiego pręta, z jakim przyszła. - Pacjentka Zero posiada pewną dozę kontroli nad materiałem filamentowym i jest w stanie kontrolować go myślami, tak jak to rozumiemy.
Gigi skrzywiła się w jakże często widzianym przeze mnie grymasie dezaprobaty.
- Aha, pacjentka potrafi też… powodować nadnaturalne fenomeny. - Tu już doktor Ryuuji podrapał się w zakłopotaniu po karku, w niecharakterystycznym dla niego geście. - Ale w związku z, hm, niedostatkami komunikacyjnymi i niezbadaną naturą tych fenometów poprosiłem pacjentkę o ograniczenie tych działań do niezbędnego minimum. Niemniej jednak, panno Shevaun, proszę zademonstrować, tylko nic z ogniem proszę…
Kosa wyciągnęła rękę przed siebie i otworzyła dłoń. Utworzyła się nad nią mała, biała chmurka, która szybko się skropliła. Siobhan odwróciła dłoń i mała ilość wody wylała się na metalową podłogę.
- I to w zasadzie wszystko. Niestety na razie jeszcze nie wiemy, w jaki sposób ten fenomen jest wywoływany. W każdym razie: gdyby adaptacja filamentowych protez była dla pana - to mnie doktor miał teraz na myśli - z jakiegoś powodu trudna, to Pacjentka Zero mogłaby, prawdopodobnie, w jakiś sposób pana wspomóc… A przynajmniej pomogłaby nam jeszcze lepiej zrozumieć zachodzące procesy i ostatecznie pomóc nam je replikować bez udziału czynnika ludzkiego. Chciałbym zbudować prototyp generatora impulsów, które by pana zastąpiły, niestety na chwilę obecną brakuje nam na ten temat wiedzy i możliwości.
Spojrzał prosto w deskę, która zakrywała twarz Kosy.
- Każdego dnia jestem bliżej Kodu Zbawienia. - Oznajmiła.
- Cieszymy się. - Doktor odpowiedział sprawnie. Najwyraźniej miał już sporo doświadczenia w komunikowaniu się z naszą koleżanką. - Dziękuję za przybycie i demonstrację, panno Shevaun.
W milczeniu odprowadzaliśmy Kosę wzrokiem, gdy ta powolnym, miarowym krokiem wychodziła przez drzwi. Eve próbowała jej nieśmiało pomachać na pożegnanie.
- W każdym razie! - Przerwał ciszę doktor Ryuuji. - Wkrótce przywieziemy pierwszego pacjenta.
Próbowałem rozmazać rozlaną wodę stopą, żeby szybciej wyschła i żeby nikt się nie poślizgnął.
***
Pierwszy pacjent miał instalowaną protezę lewej nogi, przywieźli go mocno naćpanego eksperymentalnym środkiem przeciwbólowym, który doktor Ryuuji testował wcześniej na Eve. Zgodnie z poleceniem siedziałem za parawanem, tak, żeby mnie nie widział. Jego łóżko wsunęli tak, abym miał swobodny dostęp. Wyobraziłem sobie ludzką nogę, nasze wspólne treningi, bieganie po drewnopodobnym pokładzie “Arki”. Dotknąłem jego protezy. Poczułem jakby lekki przepływ prądu, a potem nic - spodziewałem się jakiejś wizji czy czegoś podobnego, podobnie jak w przypadku Eve, ale nic takiego nie miało miejsca.
Natomiast mój towarzysz broni najwyraźniej poczuł się wyraźnie lepiej: zaczął poruszać stopą protezy, a potem jej palcami. Przed chwilą był jeszcze otępiały, teraz słyszałem zza parawanu, jak usiadł na łóżku. Próbował chwycić za parawan i zobaczyć, co dokładnie mu robiono, ale asystenci poinstruowani przez Ceci przytrzymali go na łóżku i szybko wywieźli.
Ceci zaglądnęła do mnie za parawan i pokazała uniesiony w górę kciuk.
Reszta tego dnia i kolejne upływały podobnie: czekałem jakieś dwie-trzy godziny na kolejnych pacjentów, wyobrażałem sobie kończyny w ruchu i dotykałem ich ukryty za parawanem (teraz dodatkowo miałem nosić hełm, na wypadek gdyby ktoś się nagle zerwał: jakby nie wiedzieli kim jestem, gdy zobaczą moją protezę, ale nie chciało mi się na ten temat sprzeczać). To w jakiś sposób nie tylko sprawiało, że proteza działała tak, jakby była normalną częścią ciała, ale również otrzeźwiało pacjenta ze środków przeciwbólowych; na szczęście rośli sanitariusze byli na posterunku by przytrzymać szczęśliwca w miejscu w trakcie jego wybuchu radości.
Między pacjentami albo ćwiczyłem pompki i przysiady, albo czytałem na mojej mobilce podręczniki i instrukcje, ale bez specjalnego zaangażowania: podobno czas rejsów wydłużył się znacznie ze względu na zwiększoną gęstość czarnych fal, dla porównania na Ziemi można było dystans między Soplem na Inselhorn przebyć wyraźnie szybciej, ale kogo to teraz obchodzi? Może Monter ma na swojej prywatnej mobilce bardziej zróżnicowane materiały… Chociaż może go lepiej o to nie prosić.
Standaryzowane wojskowe posiłki nie były delikatesami, ale… dobrze było wrócić do znanej rutyny po loterii, jaką były racje żywnościowe rozdawane na Soplu. W końcu wieczorem, gdy skończyły się operacje na dany dzień, mogłem wrócić do kajuty, gdzie po około godzinie przychodziła do mnie też Eve, prosto spod prysznica: boso, w krótkich spodniach i wycierająca ręcznikiem mokre włosy, bo ją z kolei zatrudnili przy treningach i rehabilitacji: rano odbywał się trening dla żołnierzy i nowicjuszy jak Romi czy Mimi, a po posiłku nieco lżejsza rehabilitacja tych, którzy parę godzin temu byli jeszcze kalekami.
Promieniała.
- Bez żadnych problemów? - Spytała.
- Żadnych. A u ciebie?
- Romi się porzygała podczas biegania, kazałam jej to wycierać - powiedziała, nie bez satysfakcji. - Mimi też słabo, ale coś z tego będzie.
- Aha… Tylko biegacie po pokładzie, czy robicie też resztę programu?
- To nie “Arka”, nie mamy wiele sprzętu ani miejsca, ale pobiegać zawsze można - podniosła wysoko zgiętą w kolanie nogę, nie mogąc się nacieszyć odzyskaną sprawnością i nowo nabytą siłą.
Cieszyło mnie to.
Cieszył mnie też powrót do rutyny wojskowej i do spokoju umysłu, jaki oferowała: wiedziałem, co miałem robić, robiłem to dobrze, wszystko szło sprawniej, niż nawet w optymistycznym scenariuszu doktora Ryuujiego - po pierwszy paru dniach on i jego zespół zwiększyli liczbę operacji nawet do sześciu dziennie, a wielkość protezy regulowała się automatycznie w momencie adaptacji, więc odpadała im kwestia doboru rozmiaru. Miałem przeczucie graniczące z pewnością, że nad drukiem nowych protez czuwał Monter.
Zadanie Eve też przynosiło efekty: Romi, mimo podawania jej ograniczonego miksu witaminek, zacisnęła zęby i trenowała z przerażającą determinacją, w końcu osiągając minimum sprawnościowe Hien, aż nawet Eve przestała ją przy mnie obgadywać. Mimi podobno radziła sobie bardzo dobrze i czasem nawet doganiała facetów, wzbudzając w tym pewien podziw u Eve.
Ona sama pozostawała niedościgniona w testach sprawnościowych, nawet przez tych z protezami obu nóg: potężne nogi niosły małe ciało z potężną mocą, choć może to dlatego, że miała więcej czasu na adaptację i rozwinięcie umiejętności posługiwania się protezami? Tak wiele jeszcze nie wiedzieliśmy na ten temat.
A jeśli już mowa o chceniu to wojsko podjęło decyzję, że znowu będą nam podawać miks witaminek, który miał na nas wiadome działanie. Teoretycznie moglibyśmy poprosić Gigi o pomoc w tej sprawie, ale biorąc pod uwagę przejścia Eve niespecjalnie nawet o tym myślałem. Mieliśmy własne zadania i musieliśmy się na nich skoncentrować przed przybyciem do celu, poza tym nasza kajuta była bardziej ciasna niż na “Arce” i we dwójkę do jednej koi nie było szans się zmieścić. Ale słyszałem, że na Inselhorn miał być dla nas, weteranów, cały osobny budynek, więc może tam będzie szansa na jakąś intymność. Ale tak, jak było teraz, też całkiem mi pasowało.
Posiłki jadałem sam, gdy wszyscy już rozeszli się do swoich zajęć: Eve, rehabilitanci i nowicjusze do treningu, zespół medyczny i pacjenci do operacji. Nie rozumiałem, po co te pozory tajemnicy, ale skoro miało to w czymś pomóc, to ja nie miałem z tym problemu. Był też czas zastanowić się nad pewnymi sprawami: na przykład taką, że przestałem być kimś wyjątkowym. Przez jakiś czas byłem panem bohaterem, to się jednak powoli kończyło: kilkadziesiąt osób miało protezy podobne do moich, a często lepsze i mocniejsze, z Eve na czele. No dobrze, może nie potrafią ich sobie odtworzyć, ale nie życzę im znalezienia się w takiej sytuacji. Dodatkowo pomoc w ich adaptacji teoretycznie mogłaby zostać udzielona przez Kosę, która nie dość, że posiadła dużo większą kontrolę nad filamentem, to na dodatek potrafi wywoływać nadnaturalne fenomeny - obecnie na bardzo małą skalę i praktycznie bezużyteczne, ale jestem pewien, że doktor Ryuuji nie odpuści tej możliwości gdy tylko zakończy obecny projekt, który chce podać wojsku jako wpisowe do ich struktur. Ciekawe, jak mój ojciec zareagowałby na myśl, że wpychanie ludziom filamentu do mózgu może dać takie efekty? Ile “materiału do badań” by zużył? Lepiej o tym nie myśleć.
Ostatni pacjent nalegał, aby wyjść z gabinetu o własnych siłach, co zresztą mu się bez większych problemów udało. Popołudnie miałem spędzić w naszej kajucie, tak więc leżałem i czekałem na Eve, która jakoś nie przychodziła; w końcu napisałem do niej. Odpowiedziała: “badania u Gigi, poczekaj”. Jakie badania?
Czas mijał i zacząłem się niepokoić. Kajuta nie nadawała się do dreptania w kółko, więc w końcu z niej wyszedłem i po cichu ruszyłem w stronę gabinetów.
Przemykałem się trochę, choć w tej sekcji okrętu obecnie nie było prawie nikogo. Światła na okręcie przygasły i zaczynała się wieczorna pora, panowała ta krótka pauza pomiędzy zmianami, którą tak lubiłem. W końcu dotarłem do gabinetów, gdzie za jedną z szyb paliło się światło i dobiegały jakieś głosy: Gigi i Eve.
- …już o niej nawet nie mówię, a jeszcze jest ta cała Romi. Ona się będzie pieprzyć z każdym, mówię ci.
- Dokładnie.
- Pewnie już pół okrętu przeruchała. Wiesz, ja tego w ogóle nie rozumiem, jak można się tak prowadzić.
- Dostaje ekstra wycisk na treningu, poza tym bierze witaminki, może to ją w końcu uspokoi.
- Kurestwo jest w głowie, nie w ciele. - Podsumowała Gigi.
Chwila ciszy.
- Jak tam po zabiegu? Operacje plastyczne, szczególnie tak wrażliwych miejsc, to nie mój resort, ale…
- Po paru dniach było wszystko w porządku. Dzięki wielkie.
- Nie ma sprawy. A tak w ogóle, co ciebie tak wyciągnęło z gniazdka? Tak ciężko harowaliście na to…
- Wiesz przecież.
- Domyślam się. Ścieżka donikąd?
- Mniej więcej tak.
- W skalnej dziurze cuda się raczej nie zdarzają, co nie?
- Nie inaczej.
- Szanse na to, że czyniący te tak zwane cuda Skurwiel się znowu objawi, są teraz jeszcze niższe, niż były, ale mimo to…?
- Zawsze jakaś to szansa.
Gigi westchnęła i zmieniła temat.
- Dobra, mam wyniki… Jak zwykle mętlik w hormonach, no ale inaczej nie będzie. - Powiedziała spokojnie.
- Aha. - Eve przytaknęła bez entuzjazmu.
- Dalej czekam na próbki od naszych nowicjuszek, one dostają nieco inny miks, ale i tak warto sprawdzić, jak to im wpływa na cykl miesiączkowy…
- Co? Aha, no tak, one mają.
- Normalnie nie powinno się podawać witaminek zdrowym kobietom, ale modyfikowałam je trochę i tak sobie myślę, że może da to tym z Sopla jakiś inny wybór niż obowiązkowa ciąża…
Dopiero teraz dotarło do mnie, że to zdecydowanie nie była rozmowa przeznaczona dla moich uszu i zacząłem się dyskretnie oddalać, by grzecznie poczekać na Eve w kajucie.
- Ja tam bym chciała.
- No ja wiem o tym. - Odrzekła oskarżycielsko Gigi. - Tak w ogóle to przyczepiłaś się do największego niedojdy na “Arce”, przecież facet ledwo co był w stanie mówić na początku! Myślałam, że jest jakiś niebezpieczny, że wzięli na pokład jakiegoś psychopatę…
Gigi, tak bardzo cię w tej chwili nienawidzę.
- Oj tam, przesadzasz. - Zbyła ją Eve.
- Dał ci coś w ogóle? Prezent, czy coś? Jak to się w ogóle zaczęło?
- Tak po prostu wyszło. Wiesz, świat nie jest racjonalny - dodała Eve z przekąsem.
- Nie sprowokujesz mnie. Tak dobrze cię znam, może nawet lepiej, niż ty siebie.
- Może to los nas tak złączył…
- No dobrze, kochana - westchnęła Gigi - przyznaję ci to, zaczynasz mnie wkurzać. - Mogłem sobie tylko wyobrazić, jak poprawia swoje okulary na nosie. - Nie ma czegoś takiego jak determinizm, niektóre rzeczy się po prostu dzieją losowo, każdy układ ma większą lub mniejszą entropię, którą można zmierzyć, szukanie konkretnych przyczyn tam, gdzie ich nie ma, to zajęcie dla jednostek narcystycznych, które uważają, że świat się kręci wokół nich. - Pewnie teraz wskazuje oskarżycielsko palcem na Eve.
- Już dobrze, przepraszam. Wiem, czuły punkt. Nie powinnam była.
Gigi odetchnęła głęboko.
- Wiesz, nigdy nie przestałam o tym myśleć - podjęła na nowo.
- O ucieczce?
- Tak. Do dzisiaj tego nie rozumiem. Do końca wierzyli, że nic się nie stanie, choć zagrożenie wisiało już nad głowami, i to dosłownie. - Gigi pewnie teraz kręciła w głową w geście niedowierzania. - Zamknęli mnie w pokoju, choć wszyscy naokoło już uciekali na statki. Wyrzuciłam pościel przez okno, choć i tak nie miałam miękkiego lądowania, obtarłam sobie łokcie i kolana, ale co z tego. Pewnie leżą tam dalej, pod tonami gruzu, ale ja żyję. I wiesz dlaczego? Bo nie wierzę w duchy w przedmiotach, brodatego dziadka w chmurach, w przeznaczenie, szczęście i pecha. No i nie wierzę w przeznaczoną nam miłość, że ktoś tam czeka na ciebie. Nie ma czegoś takiego.
- I jesteś szczęśliwa z tym?
- Szczęście jest odwrotnie proporcjonalne do inteligencji - odwarknęła Gigi.
- Nie jesteśmy maszynami.
- No popatrz, nie tak znowu dawno temu chciałaś strzelić samobója, a teraz mi wypominasz, jak to mi jest źle? Osoba, która przez faceta wylądowała na wózku?
Już dawno powinienem przestać podsłuchiwać i oddalić się, ale popełniałem w życiu dużo cięższe grzechy. Przysunąłem się bliżej drzwi.
- U mnie był ktoś, kto popychał ten wózek, a u ciebie?
Rzadko kiedy słyszałem tak jadowity głos u Eve.
- Bo co, bo zwabienie sobie faceta to taka trudna sprawa? Miałam ich więcej. A jak ci tak mocno popychanie w głowie, to pamiętam ten wasz eksperyment i te twoje kubeczki, to było chore i obrzydliwe, robiliście to jak zwierzęta, tyle ci powiem…
- Pytam: gdzie są ci twoi faceci?
- Eve, kochana, dlaczego chcesz mnie zranić? Powiem ci takie coś: jeszcze przed szpitalem starałam ci się pomóc, byłaś głupim dzieciakiem, które nie potrafiło się zachować wśród ludzi. Na “Arce” to wręcz pasożytowałaś na mnie lub innych dziewczynach, we wszystkim ci trzeba było pomagać, bo albo się bałaś, albo wstydziłaś czegoś…
- To ty mi wymyśliłaś to durne przezwisko, prawda?
- Co? Ja… nie…
Po raz pierwszy w trakcie tej rozmowy Gigi była autentycznie zmieszana.
- Może to przez ten mecz koszykówki? Gdy wybili ci zęby i wzięli do składu mnie zamiast ciebie…
- No żesz kurwa! - Gigi uderzyła pięścią w stół. - Flaki z siebie wypruwałam, żeby ci pomagać, a ty mnie tak teraz traktujesz?! A gdy tylko pojawił się jakiś frajer, to odrzuciłaś mnie, jak starą rzecz?!
- Ja też chcę ci tylko pomóc. Jestem twoją przyjaciółką... Zawsze nią byłam.
- Ty…! Co? Niby jak chcesz mi pomóc?
- Adaptacja protez. Powinien poradzić coś też na twoją.
- To nie jest kończyna! To są w ogóle jakieś… nieracjonalne bzdury… - Gigi zaczęła się zastanawiać.
- Teraz to już jest racjonalny proces. Mierzalny, powtarzalny… Musimy tylko dokładnie zbadać wyniki, żeby to zrozumieć… A tobie przy okazji pomoże. Wszystko pójdzie dobrze, mogę zadzwonić po Adama już teraz…
Gwałtownym ruchem wyszarpnąłem z kieszeni moją mobilkę, by ją wyciszyć.
-Jakiego Ada… aha, Kot. No w sumie… No w sumie… Możemy spróbować, mieliśmy sto procent sukcesów do tej pory, doktor Ryuuji zgromadził bazę odczytów…
Miałem wrażenie, że Gigi próbuje przekonać samą siebie.
- Będzie dobrze. - Usłyszałem stukot bosych, filamentowych stóp o posadzkę. Eve podchodziła do Gigi. - Pomożemy ci. - Chyba ją przytuliła.
- No niech ci będzie… Przygotuję stół…
- Daj mi znać gdy będziesz gotowa, wtedy poślę wiadomość - usłyszałem już z oddali, starając się zrobić jak największy dystans od gabinetu w możliwie najkrótszym czasie.
***
- No cześć - przywitałem się.
- O, szybko się zebrałeś!
- Eee… dla ciebie wszystko!
- Pff, no co ty dzisiaj? - Eve machnęła ręką. - Słuchaj, jest jeszcze jeden zabieg do wykonania, taki poza planem…
- Ach tak?
- Wiesz, proteza w kręgosłupie Gigi nie działa tak, jak powinna…
Jak wiele innych dokonań doktora Ryuujiego, pomyślałem sobie. Facet eksperymentuje na żywych organizmach. Nie on pierwszy.
- Tak, jest sparaliżowana od pasa w dół….
- Pomyślałam sobie, że może jesteś w stanie jej pomóc.
- Dała się przekonać? - Zapytałem niewinnie. - Pokaz Kosy tak jej nie pasował, że w ogóle nie porusza tego tematu…
- Pogadałyśmy sobie na spokojnie i dała się przekonać. - Eve uśmiechnęła się szeroko. - I jak?
- Jeśli tylko Gigi nie będzie robić problemów…
- Nie będzie, właściwie to już jest przygotowana.
- Aha. To dobrze.
Eve chwyciła mnie za nadgarstek protezy i pociągnęła za sobą.
Na łóżku czekała już Gigi. Leżała na brzuchu, była nago. Filamentowa proteza wpijała się czarnymi szponami w jej kręgosłup, dalej po skórze ciągnęły się pobladłe już blizny. Proteza zaczynała się gdzieś w połowie klatki piersiowej i kończyła tuż nad pośladkami, lekko lśniącymi w intensywnym świetle lamp. Na chwilę stanąłem jak wryty.
- Eee… - Zacząłem. - Jaki był twój proces adaptacji? - Zacząłem.
- Ból odcinka piersiowego minął po paru dniach, a od odcinka lędźwiowego nic nie czuję. - Gigi przytuliła gąbkowatą poduszkę, na której oparła głowę. Popatrzyła na mnie lekko wystraszonym wzrokiem.
- Aha…
- Słuchaj, nie leż tak na golasa, sama proteza wystarczy - Eve wkroczyła do akcji i okryła prawie całe pośladki Gigi białym, cienkim prześcieradłem. - No, do roboty!
Podrapałem się po głowie. W przypadku kończyn musiałem sobie wyobrazić, jak ręka czy noga się poruszają i tyle wystarczyło, więc tutaj muszę zrobić coś podobnego, prawda?
Przejechałem delikatnie dłonią po protezie Gigi. Zadrżała.
Spojrzałem na stojącą z boku Eve. Patrzyła na to szeroko otwartymi oczyma i miała rumieńce, ale już było za późno, by się wycofać. Próbowałem sobie wyobrazić, jak poruszają się plecy Gigi… Ale jedyne, o czym byłem w stanie teraz myśleć, to jej… aktywność, którą odbywała na dzień przed atakiem na Inselhorn, z kilkoma moimi kolegami naraz.
Gigi jęknęła raz, a potem drugi. Cofnąłem dłoń.
- Ją to chyba boli… - Zwróciłem się do Eve.
- Myślę, że nie - odpowiedziała zmieszana. - Eee, rób dalej!
Posłuchałem, ale dalej nie mogłem wyrzucić z umysłu tej sceny, która tak mocno utrwaliła mi się w pamięci. Gigi znowu zaczęła jęczeć, ale moje zabiegi chyba zaczęły mieć również pożądany efekt: jej wystające spod prześcieradła stopy zaczęły się poruszać i napinać.
- Gigi, czujesz już nogi? - Spytałem.
- Mmmphhh! - Jęknęła mocno. Stopy rozluźniły się i znowu stały się bezwładne. Na prześcieradle pod Gigi rozszerzała się mokra plama.
- Eve, może przestańmy…? Ona najwyraźniej cierpi, sama zobacz…
- Eee, to nie to! Próbuj dalej! - Odpowiedziała, chyba była na skraju paniki.
No dobra, skup się człowieku. Proteza kręgosłupa. Mistral.
Dodatkowe kończyny wpijające się w jej ciało, pęczniejące czarne żyły łączące długi, czarny kawałek egzoszkieletu z dodatkowymi parami rąk i nóg. Błyskawicznie adaptująca się proteza, łącząca z innymi. Silny kawałek egzoszkieletu.
Jeszcze raz dotknąłem protezy Gigi, teraz już mając pewność, że to właściwe rozwiązanie. Jej plecy gwałtownie wygięły się do góry, by potem opaść na łóżko. Ciężko teraz oddychała. Patrzyłem na nią przez chwilę.
- Gigi, czy teraz możesz… - Zaczęła Eve.
- Mogę.
Poruszyła palcami u stóp, potem całymi stopami. Lekko zgięła nogi w kolanach, ale z powodu atrofii mięśni na niewiele więcej mogła sobie teraz pozwolić.
- Gigi! Tak się cieszę! - Eve chwyciła ją za rękę. - Teraz tylko rehabilitacja i będziesz chodzić!
Gigi wyszarpnęła szybko swoją dłoń z jej uścisku.
- Tak, dzięki wielkie. - Otarła dłonią pot z czoła i wytarła załzawione oczy. Rumieńce powoli bladły na jej policzkach. Odsapnęła. Spojrzała do góry, prosto na mnie, ale nie byłem w stanie odczytać jej intencji.
- Przepraszam, wszystkie zabiegi do tej pory obeszły się bez bólu, nie wiem, co dokładnie poszło nie tak…
Gigi patrzyła na mnie tępo przez chwilę, potem przeniosła wzrok na Eve.
- Koleżanko…
- Tak?! - Eve stanęła prawie na baczność.
- Nikomu ani słowa, rozumiesz?
- T-tak! - Pokiwała Eve z zapałem.
- Czuję już nogi i inne części ciała też, ale jeszcze trochę minie, nim zacznę chodzić. Na razie będę używać tego, co i tak planowałam na Inselhorn, czyli egzoszkielet…
- Przepraszam, co? - Zainteresowałam się nagle.
- Mówiłam ci przecież! Prace budowlane dalej odbywają się pod osłoną zwiększającą grawitację, coś tam naregulowali, ale i tak ekipy budowlane z Sopla w większości przypadków używają zaawansowanych egzoszkieletów. Niektóre są tak wielkie jak mechy, które miały Modliszki, teraz już odpowiednio przerobione, by każdy mógł nimi operować… Ale ja mam już przygotowany mały egzoszkielet. - Cierpliwie wyjaśniała Gigi. - Zresztą wkrótce sami zobaczycie. Eve, pomóż mi wstać. A ty wynocha do siebie.
Popatrzyłem jeszcze krótko na Eve, która wyganiała mnie gestem dłoni.
***
Staliśmy na dziobie “Asuki”, gdzie na horyzoncie już wyraźnie było widać Inselhorn. Zwiększyłem zbliżenie hełmu: wyspa, która była wcześniej skalistym zębem sterczącym z czarnego oceanu teraz była opleciona potężnymi rurami, upstrzona kanciastymi budynkami, zbudowana została cała przystań dla małych łodzi transportujących ludzi, sprzęt i zasoby. Wykonano olbrzymią pracę, która zmieniła drapieżny skalny kształt w industrialny chaos, ale ja akurat cieszyłem się na tę zmianę. Eve chyba też, sądząc po tym, jak mocno ściskała mnie za rękę.
- Pamiętasz, jak się objawił zielony EPM? Ciekawe, gdzie jest teraz…
Gdyby nie nagrania, to pewnie pamiętałbym z całej akcji tylko kolorowe plamy.
- Nie wiem dokładnie co nas czeka, ale na pewno będzie to dużo pracy.
- Na pewno.
Obejrzałem się za siebie: Gigi dalej na wózku, ale już niedługo wsiądzie do swojego egzoszkieletu. Potem Monter. Obok niego Romi, bez hełmu i dalej z długimi włosami, do czego to doszło w tym wojsku. Postawna i milcząca Mimi. Obok niej wysoka Kosa, z twarzą zakrytą tą deską. I czterdziestu siedmiu chłopa, którzy dzięki mnie odzyskali swoje życie i bardzo chcieli się do czegoś przydać. Razem z nimi doktor Ryuuji, trzymający w ręce swój hełm i zastanawiający się, czy go ubrać, jakby wahał się przed wstąpieniem na drogę bez powrotu, która prowadziła go wprost w objęcia wojska. Milcząca Ceci.
Jeszcze raz uważnie przyjrzałem się Inselhorn, tym razem koncentrując się na największej nowości: olbrzymiej czarnej kuli niejako przyczepionej do brzegu wyspy, która w rzeczywistości była taką samą barierą energetyczną, jaka otaczała Inselhorn, tylko zabarwioną na czarno, aby nikt z zewnątrz nie mógł wejrzeć do środka. Nie było takiej potrzeby, bo było dla mnie oczywiste, że w środku nie może się znajdować nic innego jak wrak podniesionej z odmętów czarnego oceanu “Arki”.
