Ekran zgasł. Na drzwiach został tylko czarny, pusty ekran, w którym odbijała się moja pokiereszowana twarz. Bark, gdzie jeszcze do niedawna była filamentowa proteza, iskrzył od czasu do czasu.
- To było całe twoje nagranie, bez montażu, bez cenzury. - Głos Milionera rozbrzmiewał z głośników, ale brzmiał tak, jakby stał tuż obok mnie. - Nie ta wersja, którą puszczają na telebimach w całym Soplu.
Byłem naćpany tabletkami, które dał mi doktor Ryuuji. Bez nich nie byłbym w stanie usiedzieć w miejscu. Choć gdy zamykałem oczy, przed oczami dalej przewijały mi się obrazy z ataku na Inselhorn: wybuchy, zatonięcie “Arki”, kraksa, trupy, Eve…
- Młody człowieku, słyszysz mnie? Jesteś bohaterem!
- Nie jestem. Mało brakowało, a wszyscy byśmy tam zginęli.
- Uszkodziłeś konwerter energii, wyłączając barierę! Mechy tych waszych Modliszek rozwaliły Oko! Nasza kochana Mistral przylazła na wyspę i uratowała was!
Zazwyczaj tego typu kpiący ton mnie nie ruszał. Nie dzisiaj. Postanowiłem nie korygować jego błędnych informacji na temat tego, ile dokładnie mechów poleciało i kto je pilotował. Niech spada.
- Mistral jest szalona. Uszkodzona na umyśle tak samo, jak na ciele. Zakładam, że wie pan, kto jest za to odpowiedzialny.
- Wiem. I o tym chcę właśnie porozmawiać…
- Wyłącznie twarzą w twarz.
- Nie mówię nie, ale to będzie wymagać… pewnego przygotowania.
- Mam czas.
Doktor Ryuuji obiecał, że zrobi wszystko, by proces adaptacji u Eve przebiegł możliwie najmniej boleśnie. Dobrze wiedziałem, że ten skurwysyn po prostu chce dokładnie poznać protezy nóg, z którymi się obudziła.
Mistal podniosła wtedy nas oboje i zdjęła nam hełmy z kamerami, reszty z tego fragmentu nie pamiętam. Musiała nas zanieść do swojego statku, mknąc szybko na swoich licznych nogach.
Potem byliśmy wewnątrz jej małego, samowystarczalnego statku. Położyła mnie na stole i przyjrzała się z bliska mojemu iskrzącemu barkowi, wyciągając głowę na swojej nienaturalnie długiej szyi.
- Ça va vite guérir, ne t'inquiète pas!
- Nie rozumiem…
- Synu! Będzie dobrze! - Powiedziała entuzjastycznie z wyraźnym akcentem, dała mi jakiś zastrzyk i bezceremonialnie zdjęła ze stołu, kładąc na podłodze. Nie było tam wiele miejsca.
Widziałem jeszcze, jak zabrała się za Eve. Nie powinna zrobić jej krzywdy, ale też nie była osobą, której mogłem w stu procentach ufać.
Mistral wyjęła ze szklanej szafy dwie małe, filamentowe nogi, włożyła je do tego przeklętego, przezroczystego pudła i rozpoczęła na monitorze kalibrację rozmiaru i kształtu - nie miałem pojęcia, czy protezy na Soplu w ogóle miały taką funkcję. Może właśnie to było to, co tak zaintrygowało Ryuujiego w mojej własnej? To była ostatnia myśl, zanim ponownie straciłem przytomność, pewnie od zastrzyku.
Następne wydarzenia mocno mi się mieszają: leżę na kamienistej plaży, wokół biegają ludzie, kolejni przypływają szalupami i kutrami i wyskakują na brzeg. Krzyki, zamieszanie. Zielona bariera na chwilę się włączyła, by zaraz zgasnąć. Jakaś rakieta startuje po rampie prosto w niebo, a bariera znowu się włącza. Oni wszyscy czegoś ode mnie chcieli, nic nie rozumiałem, chyba zacząłem się szarpać i krzyczeć, może kogoś uderzyłem, nie pamiętam dokładnie.
Doszedłem do siebie w jakimś pomieszczeniu już na płynącej “Asuce”, siedzę na krześle obok łóżka Eve i trzymam ją za rękę. Patrzę na nią, jest przytomna, ma bladą twarz i płacze. Leży na łóżku, czerń filamentowych protez wyraźnie się odcina od bieli prześcieradła. Spod jej ud wycieka tłusty, żółto-brązowy aseptyczny płyn, brudząc prześcieradło. Eve zauważyła, że patrzę na nią i zaczyna wyć.
- Porządnie cię naćpali, młody człowieku - głos Milionera znowu przywołał mnie do rzeczywistości, krył w sobie przyganę. - Ta twoja koleżanka… Eve, jak się czuje?
- Jeszcze nie wiemy. Mają mi dać znać po badaniu. Doktor Ryuuji powiedział, że zajmie się jej protezami osobiście. Aha, Eve to moja żona.
- Co?! - Milioner był wyraźnie zaskoczony i miałem z tego dużą satysfakcję. - Podczas twojej ostatniej wizyty jeszcze tak nie było, z tego co pamiętam… No, gratulacje.
- Dziękuję.
- Czy wiesz, dlaczego proces adaptacji protezy filamentowej może być taki bolesny?
- Muszą się utworzyć połączenia nerwowe z materiałem stworzonym z filamentu. To trwa.
- Tak, ale to nie jest dokładna odpowiedź.
- Wiem.
- Filament to materiał idealny do przewodzenia impulsów elektrycznych. Nasze mózgi wysyłają sygnały elektryczne, na które reaguje między innymi tkanka mięśniowa. Filament uczy się naszych reakcji, wysyła sygnały zwrotne… które mogą być brutalne. I trafiają bezpośrednio do mózgu.
- I na tym nie koniec.
- Dokładnie, idea posiadania nowej kończyny zagnieżdża się w twoim mózgu właśnie na podstawie tych sygnałów. Niektórzy nie są w stanie tego sobie przyswoić. Doktor Ryuuji to bardzo inteligentny człowiek, ale pewnych prostych rzeczy jeszcze nie rozumie…
- Jeśli tylko jest w stanie pomóc Eve…
- Kto wie. A może ty jesteś w stanie to zrobić.
- Jak?
- Widziałem to wyraźnie na nagraniu. Przywróciłeś ją do życia. Czy wiesz dokładnie, co zrobiłeś?
- Nie. Coś mnie tknęło, nie wiem dokładnie.
- Byłbyś w stanie to powtórzyć?
- Na pewno nie w tym stanie.
- Mistral nie zajęła się twoją urwaną protezą, ciekawe… Może oceniła, że to dla ciebie nie jest duży problem. Intrygujący tok myślenia.
- Dlaczego pan tak mówi?
- Mówiłeś, że ojciec opowiadał ci o paradoksie Banacha-Tarskiego.
- Tak. A że mało z tego zrozumiałem, to inna sprawa.
- To normalne! Ha ha ha! - Milioner zaśmiał się szczerze. Czy przy pierwszym spotkaniu też mi tak działał na nerwy? - Spróbuję ci wyjaśnić ponownie, w możliwie prostych słowach. Co z tym zrobisz to już zależy od ciebie. A teraz wyobraź sobie sferę, dowolnego koloru. Masz już?
- Mam.
- Ta sfera składa się z nieskończonej ilości punktów. A nieskończoność… rządzi się innymi prawami. Dodasz jeden punkt do nieskończoności i dalej będziesz miał nieskończoność. Podzielisz ją na dwa i dalej będziesz miał nieskończoność, tylko w dwóch zbiorach. Czy któryś będzie większy lub mniejszy? Nie, dalej to będzie nieskończoność, nawet gdy ją podzielisz. Czyli wszystkie nieskończoności są takie same, prawda?
- Tak…?
- Nie. Istnieje nieskończoność policzalna i niepoliczalna. W tej pierwszej każdemu punktowi możesz przypisać liczbę naturalną: jeden, dwa, trzy i tak dalej. W niepoliczalnej nie ma takiej możliwości, bo pomiędzy liczbami jest nieskończenie wiele stanów pośrednich: innymi słowy: różnica między tymi nieskończonościami to jak liczenie zero, jeden, dwa, trzy i tak dalej porównać do liczenia wszystkich ułamków między zero a jeden. Rozumiesz?
- No raczej…?
- Na tej sferze, którą masz w głowie, możesz zaznaczyć nieskończoną ilość punktów. Oszczędzę ci matematycznego dowodu, dlatego w dużym, bardzo dużym uproszczeniu: oznacz nieskończenie wiele punktów na sferze kolorem białym, każdemu punktowi nadaj jakieś oznaczenie liczbowe: punkt pierwszy, drugi i tak dalej. potem do ich współrzędnych dodaj jeden i oznacz te nowe punkty kolorem czerwonym. Potem weź z powierzchni sfery punkty czerwone. Ile będziesz miał wtedy sfer?
- Dwie… Jedną białą i drugą czerwoną…?
- Dokładnie! To jest oczywiście duże uproszczenie, panowie matematycy pewnie by się zaraz do mnie przyczepili, ale podstawowe pojęcie już masz.
- Tak, to interesujące ćwiczenie na wyobraźnię, tylko bez zastosowania praktycznego. Nie można rozebrać czegoś na nieskończoną liczbę kawałków…
- A teraz wyobraź sobie, że ta sfera jest czarna, jak filament.
- No dobra, ale… o?
- Ludzkość przyjęła pewne aksjomaty i wszystko na nich oparliśmy, a jeśli coś do nich nie pasuje, to ignorujemy to, uznając za niemożliwe. W miejscu, z którego wywodzi się Ekspedycja, przyjęto aksjomaty zgoła odmienne.
- Oni potrafią w praktyce…?
- Tak. Teoretycznie mogliby wypełnić substancją, który my ogólnie nazywamy filamentem, cały wszechświat. W praktyce nawet to ma swoje ograniczenia, bo impulsy elektryczne, czyli to, czym w dużym uproszczeniu Ekspedycja faktycznie jest, już podlegają znanym nam aksjomatom…
- To znaczy?
- Jak to wyjaśnić… Nasza rajska planeta krąży wokół jednej gwiazdy, tak samo jak Ziemia. Ekspedycja przybyła z planety swobodnej, która nie jest przyciągana grawitacją żadnej gwiazdy i mknie samotnie przez wszechświat. Sami nie wiedzą, jak do tego doszło, może ich planeta została wybita z orbity jakimś uderzeniem… W każdym razie pod skalistą powierzchnią, zasilana wciąż gorącym rdzeniem planety, istnieje sobie świadomość w postaci impulsów elektrycznych w morzu filamentu. Ta świadomość potrafi sterować filamentem tak, jak my naszymi mięśniami.
- Ale… jak oni się tutaj pojawili?
- Tą samą drogą, co my! Ha ha ha!
- Dlaczego się pan śmieje?
- Bo to idealna okazja, abym ci opowiedział historię tego, jak się tu znaleźliśmy.
- Na początku znowu próbował pan wyciągnąć ode mnie opowieść o moim ojcu, potem zaczął o filamencie i Ekspedycji, a teraz przerywa nagle i chce opowiadać historię Pionierów? Po co to wszystko?
- Chcesz rozmawiać twarzą w twarz, a ja powiedziałem, że wymaga to przygotowań. I właśnie cały czas cię przygotowuję. Rozumiesz?
- Rozumiem.
- No to usiądź spokojnie, bo to trochę zajmie.
***
- Nowe wynalazki drastycznie zmieniały oblicze ludzkości, tak było od zawsze. My, ludzie, adaptujemy się do sytuacji i zmieniamy relatywnie szybko, co Ekspedycję nieustannie fascynuje… Ciekawskie łobuzy z nich. Ale do rzeczy: reaktory zimnej fuzji w połączeniu z kilkoma innymi przełomowymi odkryciami, jak na przykład farmy białka, zapewniły minimum przeżycia całej ludzkości, po raz pierwszy w jej historii. Jak sądzisz, jakie zmiany wtedy zaszły na Ziemi?
- Nie jestem zbyt dobry z historii… Nie wiem, wszyscy się cieszyli?
- Jak najbardziej nie. Bardzo duża grupa ludzi po prostu odpuściła, zajmując się bezwartościowymi dla ogółu rzeczami: konsumowaniem popkultury równającej do najmniejszego wspólnego mianownika, albo jej tworzeniem. Nie wiem, które gorsze! Ha ha ha!
- To znaczy… Nie pracowali?
- Większość. Ale szybko wyodrębniła się mała grupa, która dla odmiany pracować i uczyć się bardzo chciała. Nauka języków, praca naukowa, projektowanie, inżynieria… Ta nieliczna grupa ludzi potrzebowała czegoś dużo bardziej… zaangażowanego, by stłumić swoje wątpliwości egzystencjalne, o których mówiłem ci przy naszym poprzednim spotkaniu. I oni pierwsi zrozumieli, jak wielkie możliwości mają. I teraz masz leniwą, gotującą się we własnym sosie masę, oraz małą grupę sprytnych ludzi wiedzących, czego chcą. Jaki będzie tego efekt?
- Konflikt?
- I to niemal natychmiast! Ludzie z nudów mogą zacząć niszczyć rzeczy dookoła, celowo utrudniać sobie życie… Albo jeszcze inaczej: Dostojewski, taki ziemski pisarz, opisywał, jak to w człowieku tkwi potrzeba buntu wobec ustalonego porządku…
- I do czego to doprowadziło?
- Niektóre grupy zaczęły wierzyć w bzdury o rzekomej szkodliwości reaktorów zimnej fuzji, automatycznych farm i tak dalej i zaczęli przeciwko nim protestować. Więcej, zaczęli je niszczyć! Choć żaden z nich potrafił ich zbudować… Ci nieliczni, którzy to potrafili, stanęli przed wyborem: czy uszczęśliwiać ludzi wbrew ich woli?
- I co wybrali?
- Zwiali na Księżyc. To satelita Ziemi, taka mała…
- To akurat wiem.
- Tam założyli bazę i w miarę dobrze sobie żyli. Ziemia przez pewien czas płonęła, a ludziom znacznie się pogorszyło, ale ostatecznie zostali głównie ci, którzy lepiej rozumieli, na co spożytkować swój czas i umiejętności. Ewolucja!
- No dobrze, ale czy już dochodzimy do momentu przybycia tutaj?
- W sumie tak. Sprawy toczyły się swoim torem, gdy pewnego dnia wykryliśmy anomalię grawitacyjną, czy też czasoprzestrzenną: kwadrat, a może sześcian, o stałych wymiarach… i o stałej pozycji. Constans między środkiem Księżyca a środkiem Ziemi. Absurd, który według naszej wiedzy na temat praw rządzących wszechświatem nie ma prawa istnieć. Nie wiedzieliśmy od kiedy się tam znajduje, czy pojawiła się dopiero niedawno, czy może miliony lat temu. Odkryta przypadkowo, podczas rutynowych pomiarów.
- Czy to właśnie…?
- Tak, ale powoli. Obudowaliśmy ten “kwadrat” laboratorium kosmicznym i szybko okazało się, że jest to… otwór w czasoprzestrzeni, z braku lepszego określenia. Nie mieliśmy pojęcia dokąd prowadzi, tak więc pierwsze, co tam puściliśmy, to kabel z kamerą na końcu. I pierwsze, co zrozumieliśmy to fakt, że jest to przejście tylko w jedną stronę, bo żadne sygnały w drugą stronę już nie docierają. Puściliśmy nadajnik, jeden, drugi, trzeci, ale ich sygnały też nie docierały do nas: ani przez anomalię, ani przez przestrzeń kosmiczną. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie trafiają wysyłane przez nas obiekty. Jakiż to był fascynujący problem do rozwiązania!
- I co zrobiła ludzkość?
- Obudziła się. Gdy na gruzach konfliktu wyrosło nowe, pewne siebie społeczeństwo, po rozbudowie bazy na Księżycu przyszedł okres pewnej stagnacji, czy też po prostu nudy: pojawiła się narracja, że odkryto już wszystko, co byliśmy w stanie, że osiągnęliśmy już wszystko jako gatunek. Że potrzeba bodźca z zewnątrz, by móc dalej się rozwijać. Jak większość narracji, również i ta była uproszczeniem tak dużym, że ocierała się o kłamstwo, ale ludzie w nią wierzyli. Odkrycie anomalii zbiegło się w czasie w tym poglądem i w rezultacie cała ludzkość praktycznie rzuciła się do pracy. Najtęższe umysły, przypadkowi geniusze, potężna moc obliczeniowa no i gigantyczne inwestycje zostały zaangażowane w rozwiązanie problemu dowiedzenia się, co jest po drugiej stronie anomalii i gdzie dokładnie znajduje się wyjście.
- I jak rozwiązano ten problem?
- Splątanie kwantowe. Próbowaliśmy różnych teorii, ale ostatecznie udało nam się w ten sposób. Wyobraź sobie, że dwie różne cząstki mają wspólny stan kwantowy. Pomiar stanu jednej cząstki natychmiast ustala stan drugiej, choćby znajdowały się niewyobrażalne odległości od siebie. Szybciej, niż prędkość światła. Wcześniej uważano komunikację za pomocą tego dalej nie do końca poznanego zjawiska za niemożliwą, bo wymuszenie konkretnego stanu na jednej ze splątanych cząsteczek zrywa ich splątanie…
- Zgubiłem się…
- W każdym razie, po odrzuceniu kilku aksjomatów, skoncentrowaniu się na samym fakcie obserwacji lub jego braku i potężnych wydatkach energetycznych rozwiązaliśmy ten problem. Po setkach testów zbudowaliśmy i przesłaliśmy przez anomalię, kawałek po kawałku, najdroższe jak na tamten czas urządzenie stworzone przez ludzkość. Zaczęło się samo składać po tej drugiej stronie i czekaliśmy cierpliwie na sygnał.
- Udało się?
- Na ekranie, linia po linii, piksel po pikselu, zaczął pojawiać się obraz rajskiej planety. Niebieskie oceany, pokryte bujną roślinnością kontynenty. Była to jedna z najwspanialszych chwil w historii ludzkości.
- To musiało być… cudowne. - Rozmarzyłem się. - A potem ludzie z orbity wszystko zniszczyli… W ogóle jak daleko od Ziemi znajduje się nasza planeta?
- Nie wiemy dokładnie.
- Co?! - Tym razem ja byłem zaskoczony.
- Światło gwiazd potrzebuje czasu, by do nas dotrzeć. To, co możemy aktualnie zaobserwować, to tak naprawdę stan z przeszłości: sprzed tysięcy, setek tysięcy, milionów i miliardów lat. Krótko mówiąc: nie za bardzo jesteśmy w stanie dopasować obserwowane tutaj gwiazdozbiory do tych, które możemy aktualnie obserwować na Ziemi.
- I to znaczy…?
- Że jesteśmy bardzo, bardzo daleko. Całe galaktyki od Ziemi. Mamy kilka hipotez co do lokalizacji, ale stuprocentowej pewności brak. Przynajmniej jesteśmy w tym samym wszechświecie, ha ha ha!
- Tak, to świetnie. No ale ludzie, jak tu przybyli z Ziemi? Wszyscy jesteśmy potomkami Pionierów, prawda?
- To ciekawa sprawa. O tym zasadniczo się nie mówi; to fascynujące, jak stronnicza może być historia… Ale do rzeczy: najekonomiczniejszym rozwiązaniem stał się druk 3D. Posłaliśmy, w kawałkach rzecz jasna, drukarki 3D i zaczęliśmy tworzyć części baz orbitalnych. Mniej więcej w tym czasie na obrazach z satelit pojawiła się czarna plama na oceanie, czyli habitat Ekspedycji. Przybyli tą samą drogą, co my, czyli przez swoją własną anomalię, która była w stałej odległości od ich planety, a filament i część świadomości przepchnęła się przez nią bez większego problemu… Ale do rzeczy: dość szybko zbudowaliśmy funkcjonalny zespół orbitalny, gotowy na przyjęcie badaczy gotowych na obserwację i późniejszą eksplorację planety. Co do transportu…
- No właśnie, bo tego nie jestem w stanie sobie wyobrazić.
- Projekt przyciągnął specyficzną grupę ludzi. Odważni, postępowi, nie splątani tabu i zabobonami z przeszłości. Chcący pracować, uczyć się, głodni wiedzy. Elita spośród grupy, która przetrwała wcześniejsze… niepokoje. Wybraliśmy takich, którzy według mnie potrafili współpracować, niektórzy mówili na to “rasizm” czy “dyskryminacja”, ale według mnie to była jedyna droga do sukcesu. Poza tym nic ich to nie kosztowało…
- Znowu odbiega pan od tematu. Niech zgadnę: teleportacja?
- Co? Nie, splątanie kwantowe to jedno, przesyłanie składających się z ogromnej ilości cząsteczek obiektów i składanie ich na nowo to drugie…
- No więc jak?
- Do drukarek 3D możesz załadować różne rodzaje filamentu…
- No tak, ale… Nie. Niemożliwe.
- Ależ jak najbardziej. Dlatego do projektu zgłosiła się specyficzna grupa ludzi, którzy nie bali się tematów uznawanych za tabu. Na przykład tego, co stanie się z ich duszami po skopiowaniu ich sieci neuronowej do nowo wydrukowanej istoty ludzkiej.
- Dusza… - Byłem oszołomiony tymi informacjami. - Kosa wspominała coś o tym…
- Kto?
- Nasza koleżanka z grupy Hie… dziewczyn na lotniskowcu. Wzywała Pierwotnych, żeby uratowali dusze poległych czy coś takiego. Chwilę potem miała poważny wypadek, ledwo przeżyła, tyle jej przyszło z ich pomocy…
- Ciekawe… Niektórzy mówią, że przypadków nie ma, zresztą zastanów się: trafiła do szpitala i nie brała udziału w desancie. Dzięki temu uniknęła masakry…
Zamyśliłem się.
- Zgłosiło się ponad milion osób - podjął wątek Milioner. - W końcu mieli tylko postać chwilę w urządzeniu i wrócić do domu, a tylko ich kopie trafią do odległej galaktyki, gdzie zostaną na resztę życia. Po ostrej selekcji i testach odrzuciliśmy ponad połowę, pozostawiając dość jednolitą grupę z podobnymi poglądami. Równość dla wszystkich, braterstwo, odrzucenie wielu reguł rządzących życiem na Ziemi. Nowy, wspaniały świat!
- I co poszło nie tak?
- Drukarki 3D nie są idealne. W makroskali wszystko było w porządku, wzór istoty ludzkiej był idealny, ale po jakimś czasie zaczęły ujawniać się problemy. Najczęstszy to bezpłodność u kobiet, które rodzą się z ustaloną już ilością komórek jajowych i nie wytwarzają żadnych nowych w trakcie życia… Nieważne. Drugi najczęstszy to problemy z kończynami, niesprawne nogi, ręce… Podejrzewaliśmy problemy przy kopiowaniu sieci neuronowej, ale pewności nie ma. Na początku nie miało to wielkiego znaczenia: ideały były silniejsze! Obserwowaliśmy planetę z orbity, debatując, czy już czas na jej zasiedlenie, no i pracowaliśmy wspólnie w naszych bazach na orbicie. Budowaliśmy kolejne, czerpiąc surowce z pasa asteroidów, starając się przy okazji budować również od podstaw nową społeczność… Wiesz, że w wielu ziemskich językach rzeczowniki i imiona kończące się na “a” oznaczają rodzaj żeński? Stąd nowa tradycja unikania nadawania imion żeńskich kończących się na “a” dziewczynkom, aby nie wtłaczać je w tradycyjne żeńskie role…
- Kiedy to prysło?
- Bardzo szybko. “Cóż może zmienić naturę człowieka”... - Dodał Milioner kwaśno. - Podział niby zaczął się od różnicy poglądów, w sensie czy zasiedlać planetę, skoro najwyraźniej inni przybysze już tam są, a konkretniej habitat Ekspedycji. Ale tak naprawdę powodem była dyskryminacja zdrowych, tych bez żadnych defektów, wobec ludzi, którzy mieli mniej szczęścia. Dość powiedzieć, po prostu nie pytając pozbawionej defektów większości, zebraliśmy się do lądownika i zaczęliśmy się osiedlać w tym czekającym na nas zielonym raju.
- Od jakiegoś czasu mówi pan “my”. Do tej pory myślałem, że chodzi o całą grupę Pionierów, ale teraz… Ile pan ma lat…?
- Czas obrotu tutaj różni się od tego ziemskiego, więc prostego porównania nie ma, ale około stu czterdziestu. Wliczając moje czterdzieści dwa na Ziemi, gdzie sfinansowałem urządzenie splątania kwantowego oraz skan wzorca. Pojawiłem się jako pierwszy, żeby zademonstrować, że wynalazek działa.
- Aha… Ale sto czterdzieści? Jakim cudem…?!
- Twarzą w twarz, sam tego chciałeś - dodał ze złośliwą satysfakcją.
Uspokoiłem się i zamilkłem.
- W każdym razie to był najwspanialszy czas. Budowaliśmy, tworzyliśmy, nawet współpracowaliśmy z orbitą, wysyłając im surowce. Poznawaliśmy tę niemal całkowicie pozbawioną fauny planetę… No i mnożyliśmy się. Na potęgę, zwiększając naszą liczebność.
- Aha…?
- Pierwsza kobieta poroniła dwoje moich dzieci. Dopiero następna dała mi syna, który urodził się bez rąk.
- Co?!
- Tak, dobrze słyszałeś - dodał lekko rozbawiony Milioner.
- Ech… Twarzą w twarz?
- Dokładnie.
- No to nie mogę się doczekać.
- Już niedługo. Krótko: szukałem lekarstwa dla siebie i dla niego. Ja i mój zespół nawiązał kontakt z Ekspedycją, nauczyliśmy się od siebie naprawdę wiele. Zaczęliśmy wdrażać tę wiedzę, niektóre pomysły zyskały popularność, jak użycie filamentu do drukowania, inne niekoniecznie i trzeba było się… Usunąć w cień… Poza tym konflikt z orbitą eskalował, część ludzi zaczęła bawić się w wojnę drukując sobie zabawki jak myśliwce i lotniskowce, po odcięciu ich od surowców orbita zrzuciła na nas piekło przy okazji rozbijając habitat Ekspedycji, którzy przestali się przejmować i podobnie jak my rozprzestrzenili po planecie wszędzie tam, gdzie im pasowało. Historia najnowsza w skrócie, resztę chyba znasz.
- Jeszcze Pierwotni…
- Ach, o nich będzie jeszcze krócej, bo sami niewiele wiemy. Ale to już może za chwilę… Może lepiej wstań. Chyba już wiesz, kogo możesz się spodziewać…?
- Chyba tak.
Podniosłem się z lekkim trudem. Brak ręki doskwierał.
Szczęknął zamek drzwi z wyłączonym teraz ekranem. Mogłem je pchnąć i wejść.
- Śmiało.
Pchnąłem je i zobaczyłem małą, słabo oświetloną skalną grotę. Jej wylot wypełniała pionowo ściana filamentu, która falowała lekko. Wtedy z jej powierzchni zaczęła wyłaniać się ludzka sylwetka - w miarę wysoki, szczupły mężczyzna; w sile wieku, z krótką brodą. Czarna powierzchnia jego twarzy i ubrania była gładka i odbijała słabe światło pod różnymi kątami. Wyłonił się niemal całkowicie z czarnej ściany i teraz widziałem, że na plecach miał płaszcz, podpierał się laską i utykał na prawą nogę.
Jego twarz i umieszczone w niej świdrujące mnie oczy, choć bardziej przypominały metalowy posąg, były dla mnie dostatecznie wyraźne nawet w tym słabym świetle.
Przełknąłem ślinę.
- I jak? Rozumiesz już, po co były te pochody i przygotowania?
- Tak. Dzięki temu jest mi łatwiej uwierzyć w to, co widzę.
- No właśnie. - Mężczyzna uśmiechnął się ze zrozumieniem. - Chciałeś wiedzieć o Pierwotnych…
- Tak, załatwmy to szybko.
- Pierwotni mieszkańcy tej rajskiej planety dalej tutaj żyją, ale… trochę obok. W jakimś sąsiednim układzie współrzędnych.
- Dlaczego nas tu zaprosili?
- Co proszę? - Milioner wyraźnie się zdziwił. - Ach, oni prawdopodobnie nie wiedzą, że istniejemy, a przynajmniej większość z nich. Ekspedycja próbowała mi to tłumaczyć, ale jeszcze tak wiele nie rozumiem… Choć pewne rzeczy są całkiem ciekawe. Czy wiesz, że istnienie naszego wszechświata opiera się na regułach tak specyficznych i kruchych, że wystarczy minimalna zmiana jednej z wartości i wszystko przestanie istnieć, a my nawet nie będziemy tego świadomi? Może fala nieistnienia właśnie pędzi przez przestrzeń kosmiczną ku nam…
- To znaczy?
- To znaczy coś takiego. - Milioner pstryknął palca
- Co to było?!
- Ot, taka sztuczka, nie przejmuj się. - Odpowiedział Milioner z uśmiechem. - Ekspedycja mi wyjaśniła. Pierwotni są zdolni do dużo poważniejszych ingerencji i aktualnie znajdują się… gdzieś indziej, wraz z dobrodziejstwem inwentarza.
- Z czym?
- Ze swoim superkomputerem, bo to on według moich podejrzeń tworzy tę całą sytuację.
Niezrozumienie musiało być wypisane na mojej twarzy.
- No dobrze, pisane na Ziemi science fiction eksplorowało również ten koncept już zetki lat temu i wydaje mi się, że to było właśnie tak… Pierwotni musieli stworzyć urządzenie, superkomputer, który może zmieniać nasz wszechświat jak tylko chce. Prawdopodobnie podlega trzem prawom robotyki, bo twórca samodzielnie myślącej, wszechmocnej maszyny musi jej wmontować jakieś zabezpieczenia. I ten boski superkomputer zaczął tworzyć im raj, przy okazji eliminując wszystkie możliwe zagrożenia, jak na przykład inne cywilizacje, stąd te tunele w czasoprzestrzeni sięgające zarówno na Ziemię, jak i ku planecie Ekspedycji…
- Ale… nic złego nam nie zrobiły?
- To świadczy o tym, że Pierwotni nie są tak głupi jak my z zapewnieniem nudnego dostatku wszystkim: zrozumieli dostatecznie wcześnie, że raj jest niemożliwy.
- Dlaczego?
- W dużym uproszczeniu: im czegoś jest więcej, tym mniejszą ma wartość. Albo inaczej: twój mózg przyzwyczai się do pozytywnych bodźców i będziesz ich potrzebował coraz więcej, by cokolwiek poczuć. Jeśli superkomputer zapewni ci wszystkie dobra materialne i wieczne życie, to praca i wysiłek stracą wszelkie znaczenie. Zostanie tylko nuda i beznadzieja. Przypuszczam, że ta cecha łączy wszystkie trzy cywilizacje, które tu się znajdują, mimo tak wielkich różnic.
- A jest więcej cywilizacji?
- Gdzieś pewnie tak, ale nic mi o nich nie wiadomo. W każdym razie: podejrzewam, że wśród Pierwotnych jest frakcja, która hamuje tworzenie totalnego raju, stąd taka sytuacja, a nie inna. Zresztą jej symbolem jest nasze drugie słońce…
- Tak?
- Nasza rajska planeta krąży wokół jednej gwiazdy, ale słońca mamy dwa. Druga gwiazda… tkwi nieruchomo w przestrzeni kosmicznej, prawie nie ma grawitacji, po prostu jest. Jej istnienie można wyjaśnić tylko działaniem Pierwotnych, to największe świadectwo ich mocy. I jeszcze jedno: ta gwiazda od czasu do czasu robi się ciemniejsza, ale potem wraca do normalnej jasności.
- Co to może znaczyć?
- To chyba odzwierciedlenie konfliktu między frakcjami Pierwotnych. Wiem jedno: jeśli ta gwiazda stanie się czarna, to pewnie przestaniemy wtedy istnieć, bo zwolennicy raju wygrali. Ale na razie nic na to nie wskazuje.
- Aha… A ten inny konflikt, z Ekspedycją?
- No właśnie: mogliby wymazać ich w nanosekundę, a tego nie robią. Ekspedycja teoretycznie może rozepchać wszechświat filamentem, a tego nie robi. Trzymają się nawzajem w szachu i walczą innymi sposobami i w innych wymiarach… Zazwyczaj… To chyba spór etyczny lub filozoficzny… My, ludzie, nie dysponujemy takimi mocami i możemy tylko stać obok i próbować się uczyć. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. - Milioner uśmiechnął się, ściana filamentu za nim zafalowała łagodnie. Patrzył na mnie wyczekująco.
- Pana syn… Nazywał się Xavier?
- No i po co te podchody? - Napomknął mnie łagodnie Milioner. - Ale tak, to był mój Xavier.
Odetchnąłem głęboko. Przetrawienie tego ogromu informacji w tak krótkim czasie było niemożliwe, a to przecież był fakt najważniejszy. Myśl człowieku, myśl! O co mu może chodzić?
- Po co ta cała skomplikowana opowieść?
- Żebyśmy wiedzieli mniej więcej to samo. Żeby cię przygotować na spotkanie ze mną. Żebyś opowiedział mi wszystko, co wiesz, tak jak ja właśnie opowiedziałem tobie.
- To nie jest jakaś zbieżność imion, niesamowity przypadek…?
- Przypadki? Co najwyżej ciekawe wzorce. Mówiliśmy o tej rannej dziewczynie od ratowania dusz, a przecież to dotyczy też ciebie bezpośrednio! Nie mów, że nie zauważyłeś…
- Ech…
- No śmiało! Jak nazywa się ta planeta?
- No, rajska planeta… Eden.
- Twoja kole- to znaczy żona to…?
- Eve.
- A ty jak masz na imię?
- … Adam.
- I kim ja jestem?
- Moim dziadkiem.
- No widzisz! A teraz… Opowiesz mi wszystko, całe swoje dzieciństwo na statku oraz wszystko, co robił Xavier, aż do samego końca. Większość znam, więc nie musisz tego przede mną ukrywać. Chcę poznać tylko kilka brakujących szczegółów.
Wziąłem krzesło i po raz pierwszy w życiu opowiedziałem komuś całą prawdę.
niedziela, marca 22, 2026
19. Opowieść sprzed stu lat
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz