niedziela, marca 08, 2026

18. Punkt zwrotny 1

 


Biegliśmy za Kapitanem w stronę schodów prowadzących na najniższy poziom lotniskowca, wszędzie było słychać wycie alarmów. Nie miałem pojęcia, na co moglibyśmy się tam przydać, ale żadnych innych instrukcji nie dostaliśmy.

- Raport! - Kapitan spytał przez wyjętą w biegu mobilkę. - Aha. Rozumiem.

Nie wyjaśnił nam nic, ale i tak mieliśmy już za chwilę zobaczyć to na własne oczy.

Za drzwiami maszynowni kłębiły się chmury pary, zobaczyliśmy mnóstwo personelu biegającego we wszystkie strony z gaśnicami i innymi sprzętami. Szef techników zatrzymał się przed kapitanem i zasalutował.

- Damy radę? - Zadał krótkie pytanie Kapitan.
- Damy. Będziemy płynąć trochę wolniej, ale nic poważniejszego nie powinno się dziać. Raczej.
- Raczej?

Odpowiedziało mu milczenie.

- Przyczyna?
- Podejrzewamy czynnik zewnętrzny… - Szef techników spojrzał niepewnie na naszą grupę, stojącą za plecami Kapitana.
- Śmiało.
- Jakiś ładunek wybuchowy. Niewielki, ale precyzyjnie podłożony. Celowe działanie. Sabotaż.
- Ale kto… Jak… - Kapitan podrapał się po karku. - To musiał być ktoś z naszych… Ale dlaczego… - Zastanawiał się na głos przez chwilę, w końcu podjął decyzję. - Ty tam w hełmie, Monter, poszperaj z innymi po maszynowni czy nie ma tu jeszcze jakiejś niespodzianki. Gamoń i Młotek, szykujcie helikopter do startu, szczególnie wy musicie obserwować przebieg desantu. Gigi i Inez, wróćcie do szpitala okrętowego, bo nie wiadomo, co jeszcze się dzisiaj wydarzy. A wy - Kapitan wskazał na mnie i Eve - odeskortujcie Riko pod moją kajutę i pilnujcie jej do mojego powrotu, nie powinna była w ogóle tu przychodzić.

Wycie alarmu ustało. Szliśmy korytarzem całą piątką, czy wręcz szóstką, bo Ken człapał ostrożnie przy Riko. Sytuacja w miarę się wyjaśniła i byliśmy trochę spokojniejsi, bo kolejne wybuchy nie następowały. Nadal jednak wszyscy się zastanawialiśmy, kim może być potencjalny sprawca.
Dziewczynka szła ze spuszczoną głową, trzymając Eve za rękę, aż w końcu się zatrzymała. Wyglądała na zdeterminowaną. Przywołała gestem Eve, która kucnęła przy niej, i zaczęła jej coś cicho mówić, gestykulując coraz żywiej.
Rozmawiały tak przez chwilę i z niepokojem obserwowałem, jak Eve była coraz bardziej spięta.
- Słuchaj… - Przywołała mnie gestem, bo Doktorka i Gigi odeszły już od nas kawałek. - To, co mówi Riko… Te siły porządkowe na orbicie, ta ich policja, w języku najczęściej używanym na orbicie nazywa się… Teraz pomału… 警備 to “defence”, Durchsetzung to “enforcement”, potem Regulation… DER Police… Przypomniało jej się, gdy Kapitan…

Zamarłem.

- Nie. - Przeszył mnie dreszcz. - Nie, to niemożliwe. Przecież… Zaraz, gdzie on jest?!
- Był z nami w maszynowni… Chociaż nie wiem, obaj z Monterem byli w hełmach… Proszę pani! - Eve zawołała Doktorkę. Riko zaczęła się trząść.
- No czego tam?
- Ma pani podgląd naszych lokalizacji?
- No tak - wyjęła swoją mobilkę. - A co się dzieje… - Podeszła do nas z Gigi i spoważniała, widząc nasze miny.
- Gdzie jest teraz Derpi?
- Zaraz… W maszynowni, razem z Monterem, we dwójkę łażą praktycznie wszędzie…
- Proszę zadzwonić do Montera i upewnić się! - Praktycznie krzyczałem.

Doktorka spojrzała na mnie i bez słowa wybrała połączenie.
- Monter, sierotko ty moja, czy twój kolega Derpi jest w pobliżu?
- Co? A nie, nie ma go właśnie, nie wiem, gdzie zniknął…
- Sygnał pokazuje, że jest tuż obok ciebie.
- No to źle pokazuje, bo nie wiem, gdzie… - Chwila przerwy. - Zaraz, jedna z moich kieszeni jest otwarta… O kurwa, co to jest!
- Mów, co widzisz.
- To kawałek skóry z włosami, cały w zaschniętej krwi?!

Doktorka opuściła mobilkę od ucha. Słychać było tylko stłumione “halo!” Montera.

- Derpi zniknął. Wyciął sobie chip wraz z kawałkiem skóry, już jakiś czas temu. To on musi być sabotażystą. Chciał spowolnić “Arkę”. Ostatnio cały czas chodził w hełmie, żeby nie było widać opatrunku.
- I niby gdzie chce teraz uciec? Jesteśmy na środku oceanu! - Krzyczałem. Moje myśli były w rozsypce. - Odlecieć? Zaraz… Proszę dać znać Gamoniowi i Młotkowi, żeby uważali na niego!

Doktorka zaczęła do nich dzwonić, a ja gorączkowo myślałem, jak mogłem tego nie zauważyć. Chwyciłem się za głowę i zacząłem chodzić nerwowo po korytarzu.

- Słuchaj… - Zaczęła Eve. - Może pójdziemy do jego… to znaczy do waszej kajuty? Może coś tam znajdziemy? To niedaleko…
- To jest myśl - rzuciła Doktorka, cały czas trzymając słuchawkę przy uchu.

Zostawiliśmy Riko z Gigi i pobiegliśmy do kajut. Otworzyłem z impetem drzwi.
Części bagażu Derpiego nie było, a konkretniej jego plecaka, który miał ze sobą na Soplu. Większość ubrań została.

- No i gdzie on może być…
- Eee… Ken? - Zaproponowała Eve.
- No jasne… Wydaj mu polecenie!

Daliśmy psu ubranie Derpiego do powąchania. Ten pokręcił się chwilę i pobiegł w kierunku, który doskonale znałem. Do hangaru, gdzie spędzał z Monterem tyle czasu.

Dobiegliśmy tam chyba w rekordowym tempie. Już z daleka widziałem to, czego zacząłem się po drodze obawiać: drzwi do kwater Modliszek były otwarte. Stanęliśmy przed korytarzem.

- Czy to… - Eve spytała przestraszona.
- Leć zawiadomić każdego, włącz każdy alarm. Weź Kena ze sobą. - Mogła wysłać wiadomość swoją mobilką, ale po prostu chciałem, żeby Eve nie zbliżała się do niego. Do osoby, której nigdy o nic nie podejrzewałem, a okazała się być kompletnie nieznanym zagrożeniem. - Szybko! - Krzyknąłem.

Eve pobiegła, a ja ruszyłem korytarzem.

Za zakrętem ujrzałem leżącą na podłodze martwą Noin, jej głowa była skręcona pod nienaturalnym kątem. Pochyliłem się i ostrożnie wychynąłem zza rogu korytarza. Ubrana w czarny kombinezon i hełm sylwetka właśnie operowała jakimś podłużnym przedmiotem przy drzwiach prowadzących do pomieszczenia z Modliszkami.

- Stój! - Krzyknąłem.

Zaskoczona postać spojrzała w moim kierunku, w tym momencie otworzyły się drzwi. Sabotażysta odrzucił podłużny przedmiot i przeszedł przez nie. Dopadłem do nich, gdy się już zamykały, słyszałem szczęk rygla od wewnątrz. Jeszcze spojrzałem na tę rzecz leżącą na podłodze korytarza - była to jedna ze sztucznych tchawic, które widzieliśmy jeszcze na Soplu i które Gigi przytargała na polecenie Doktorki.

Dopadłem do szyby pokazującej wnętrze. Modliszki były w letargu, leżały bezwładnie w swoich podświetlonych na zielono wannach - zapewne odpoczywały przed swoją najważniejszą misją. Intruz położył plecak na podłodze, ściągnął hełm i odetchnął z ulgą. Był to Derpi, na karku miał biały opatrunek.

Dobijałem się przez szybę, ale była dźwiękoszczelna. Derpi zaczął wyjmować jakieś paczki z plecaka, spojrzał na mnie i wyjął mobilkę. Pokazał palcem, żebym włączył swoją.

- Derpi! Dlaczego?! - Wrzasnąłem do urządzenia.
- Odpowiedź na to pytanie powinna być oczywista. Może powinieneś raczej spytać “jak”?
- No dobra… Jak? - Bałem się mu sprzeciwiać, żeby nie wykonał jakichś gwałtownych ruchów. Zastanowiłem się. - To od ciebie po raz pierwszy usłyszałem o Modliszkach, już miesiące temu…
- No widzisz. - Rozmawiał ze mną, przyciskając mobilkę barkiem do ucha, a w międzyczasie rozkładał kolejne pakunki. - Opowiem ci wszystko, po prostu uspokój się i posłuchaj.
- Czy musisz to…
- Tak, muszę. Ta para naukowców myślała, że jest sprytna, ale capnęliśmy ich w końcu… Chcieliśmy użyć Riko jako zakładnika, ale ukryli ją gdzieś. Dopiero tutaj dowiedziałem się, że najpierw ją gdzieś zahibernowali, a potem wystrzelili na planetę, gdy nadarzyła się okazja… Ktoś tam im jeszcze pomaga… No nic, poradzą sobie…

Z przerażeniem patrzyłem, jak Derpi podłącza przewody od jednego pakunku do drugiego.

- Przyleciałem na powierzchnię tej rajskiej planety małym, trudnym do wykrycia statkiem. Przy okazji: moje doświadczenie w awiacji wyszło na testach i trochę się stresowałem, ale na szczęście nikt nie dodał dwa do dwóch. Celem było dostać się na “Arkę”, jedyny okręt na tyle wielki, by mógł ukrywać jakieś poważne zagrożenie. Było to banalnie łatwe, z orbity widzimy wszystkie większe statki pływające. Poświęciliśmy jeden, żeby stworzyć wygodne alibi… Nikt nie zadawał nadmiaru pytań, pewnie dzięki tobie, bo miałeś podobną historię, jak się okazało.
- Czy to dlatego…
- Tak, dlatego. Miałem nadzieję, że nasz informator jest właśnie na “Arce”, próbowałem to dyskretnie wybadać, używając akronimu naszej jednostki, ale tylko zapracowałem sobie na to durne przezwisko… - Pokręcił głową w geście “no cóż, stało się”. - Nieważne, ludzie dostawali gorsze. Ale trafiłem na ciebie i po oswojeniu się z widokiem filamentowej protezy próbowałem cię zwerbować, bo byłeś taki ciężko kapujący na samym początku, bardziej jak noworodek… No ale potem pojawiła się Eve, która owinęła cię sobie wokół palca. Uważaj na nią, to dużo lepsza manipulatorka ode mnie! - Pogroził mi palcem. Puściłem tę uwagę mimo uszu.
- Ale jak się tu dostałeś? Jak pokonałeś zabezpieczenia?!
- O, i to jest ciekawe pytanie. Odpowiedź: śmiesznie prosto. Prawie bez żadnych komplikacji, bo rozwiązania same wpadały mi w ręce i grzechem byłoby nie skorzystać. Miałem plan B i C i jeszcze parę, ale gdy okazja sama się nadarza… Kartę i kod dostępu Doktorki na podstawie licznych, naprawdę licznych śladów skopiowałem na drukarce 3D gdy ona i Noin poszły witać delegację kapitanów na początku manewrów. Właściwie to powinienem naszej mentorce podziękować! Nie wiem, czy zauważyłeś, ale z oczywistych względów ją wyłączono ze skanowania siatkówki. A ta byłaby skrajnie niemożliwe do podrobienia, podobnie jak identyfikacja głosowa, które w przeciwieństwie do odcisków palców macie bardzo zaawansowane… Ale znowu, problem rozwiązał się sam: sztuczne tchawice! - Derpi w tym momencie się roześmiał. - Więcej, Doktorka zabrała mnie i Montera na wycieczkę po stoczni i po magazynach, gdzie zwinąłem te wszystkie ładunki wybuchowe! - Pokazał dłonią na swoje paczuszki. - Nikt tego w tym całym zamieszaniu nie sprawdził! Nikt nawet nie podejrzewał, że macie tu szpiega! - Rozłożył ręce w geście niedowierzania i pokręcił głową.

Spojrzałem za jego plecy. Pięć zaczęła się przebudzać. Spróbowałem kupić jeszcze trochę czasu, może pomoc zdąży nadejść.

-Wspomniałeś, że nie było “prawie” żadnych komplikacji?
- No tak, pojawiła się jedna, i tylko jedna nieprzewidziana sytuacja. To znaczy oprócz Riko, bo podejrzewam, że dotarłeś tu tak szybko właśnie dzięki niej, mimo mojej małej dywersji w maszynowni. Bystre dziecko, ma to po rodzicach… - Zamyślił się.
- A co to była za sytuacja?
- Gustavus.

Zamarłem.

- Czy ty go…?
- Pośrednio. To ja dołożyłem mu witaminek dużo ponad i tak zwiększoną normę. Gigi zazwyczaj wieczorami leży tak naćpana, że szpital i laboratorium to był praktycznie mój plac zabaw. Do czasu zachipowania miałem już prawie wszystko pod ręką… Kadet Gustavus praktycznie zadusił się sam, a ja znowu miałem swobodny dostęp tam, gdzie chciałem. Bałem się trochę, że mnie wtedy zobaczyliście, bo siedziałem wtedy za zwojami filamentu, by się upewnić co do efektu, ale byliście za bardzo zajęci sobą razem z Eve… Nawet ten kundel mnie wtedy nie wywęszył…
- Dlaczego dopiero teraz uderzyłeś…?
- Żeby najbardziej bolało. - Derpi przyciągnął sobie krzesło i usiadł przed szybą, patrząc prosto na mnie. W ręku trzymał coś w rodzaju długopisu, co zapewne było detonatorem. Pięć, teraz już w pełni wybudzona, poznała Derpiego i zaczęła do niego wesoło machać kikutem, ale ten nie zwracał na nią żadnej uwagi. Zawołać nie mogła, bo podobnie jak Trzy nie miała gardła. - Teraz już nic nie zrobicie. Nawet jeśli wasz desant się uda, co jest możliwe, ale mało prawdopodobne, to instalacje na orbicie pozostaną bezpieczne. A to znaczy, że spełniłem swój obowiązek.
- Ale… dlaczego? Powiesz mi to teraz? - Byłem bliski paniki. Nie miałem żadnych opcji, a Derpi był w pełni opanowany, z pełnią kontroli nad sytuacją. Popatrywałem na Pięć, która przestała machać do Derpiego i powoli docierało do niej, że coś jest mocno nie tak.
- Oczywiście. Zagadałem cię na tyle długo, że teraz już nie zrobisz nic. - Derpi podniósł zaciśnięty w pięści detonator i ustawił swój kciuk tuż nad nim.
- No więc…? - Mój wzrok wędrował od Pięć do detonatora.
- Robię to dla swoich bliskich, oddam dla nich wszystko. Ideały Purystów są mi raczej obojętne, przecież przyleciałem na powierzchnię i żyłem między wami… I nie było tak źle… - Na chwilę zamknął oczy. - Ale nie mogę pozwolić, żeby ktoś ich skrzywdził, by zniszczył nasz dom. Będę za to walczył ze wszystkich sił. - Nachylił się ku szybie. - A czy ty byłbyś gotów oddać wszystko za swoich bliskich?

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Natychmiast przypomniałem sobie krzywdy i cierpienie, jakich byłem świadkiem dawno temu, ale nie zrobiłem nic, bo byłem zbyt przestraszony. Tylko kryłem się po kątach.

Zawahałem się na sekundę.

Derpi to dostrzegł. Skinął głową, zacisnął powieki i nacisnął przycisk.

Eksplozja zmieniła całe pomieszczenie Modliszek w kulę ognia. Szyba się wybrzuszyła i pękła w deszcz odłamków, przed którymi w ostatniej chwili zasłoniłem się protezą. Rzuciło mnie na przeciwległą ścianę, wybijając powietrze z płuc.

Leżałem przez czas jakiś na podłodze korytarza, a gdy w pełni odzyskałem przytomność, zobaczyłem jak Eve, Doktorka, Kapitan i jeszcze parę osób personelu ogląda całą scenę, zesztywniali z przerażenia.

***

Staliśmy w szeregu w kajucie kapitańskiej. Atmosfera była tak gęsta, że można ją było ciąć naszymi nożami. Monter ociekał potem, a jego twarz była ubrudzona smarem. Gamoń i Młotek rozglądali się nerwowo, powaga sytuacji chyba jeszcze do nich nie dotarła. Eve miała podpuchnięte oczy i ściskała Kena w ramionach, ale stała w miarę pewnie. W przeciwieństwie do mnie, bo chwiałem się jeszcze na nogach i oglądałem swój kombinezon, szukając wbitych kawałków szkła, które mogłem przegapić. Kapitan patrzył się tępo na swój ekran przeglądając raporty z ataku myśliwców, ale było widać wyraźnie, że jego myśli są zupełnie gdzie indziej.

Do kajuty weszły Doktorka i Gigi, ta druga umorusana sadzą i zdyszana.
- Raport.
- Oddział Modliszek nie istnieje. Zdrajca też zginął. Zostały po nich tylko zwęglone szczątki. - Podsumowała zimno Doktorka, zaraz potem zaczęła szukać skręta w kieszeni. Nie znalazła go.

Kapitan odchylił się na krześle i wciągnął głęboko powietrze.
- To był nasz ostatni as w rękawie. A jeśli szpieg kontaktował się z orbitą, to nawet tego nie mieliśmy… - Ukrył twarz w dłoniach.
- Nie sądzę. Nie wiem na pewno, ale nie wydaje mi się, by miał taką możliwość… - Odezwałem się. Kapitan nie podniósł głowy.
- To już bez znaczenia.
- Może uda się stworzyć jakiś automatyczny dron, cokolwiek… - Zaproponowała Eve, ale bez przekonania.
- Nie mamy już czasu. Bitwa praktycznie już się rozpoczęła. Poza tym te ładunki są naprawdę ciężkie, władowaliśmy je na “Noel”... Nie wiemy też, gdzie będzie znajdować się Oko, a to jest nasz główny cel. Nie mamy już nikogo, kto jest zdolny pilotować te mechy…
- Ja polecę.

Wszyscy zwrócili się ku Doktorce. Ta stała wyprostowana i patrzyła pewnie na Kapitana.

- Inez…?
- Pomagałam projektować te mechy, a drogę znam, po rampie w górę. Żadna sztuka. - Skwitowała bez emocji.
- Ale…! - Kapitan zerwał się z fotela. - Nie możesz…!
- To przez moją nieuwagę szpieg je pozabijał. Nie będę czekać na sąd polowy, biorę odpowiedzialność już teraz.
- Inez, ja… Ochronię cię…
- Nie.

Spojrzała na nas, stojących przed nią w rzędzie. Teraz ramiona trochę jej opadły.

- Proszę pani… - Eve połykała łzy, Gigi też już była na krawędzi rozklejenia się.
- Wymyśliłam sobie, że może przynajmniej dla was uda mi się zrobić coś dobrego. Tak wiele rzeczy mi się nie udało, ale może dla was… - Zamilkła. Spojrzała przez bulaj na pokryte wyjątkowo gęstymi chmurami niebo.

Odwróciła się do Kapitana, westchnęła i wyciągnęła ręce w niezdarnym geście. Ten rzucił się ją uściskać, co zaskoczyło Doktorkę na tyle, że mało się nie przewróciła, ale po chwili również odpowiedziała uściskiem.

Po dłuższej chwili Kapitan wypuścił ją niechętnie i stał tak ze spuszczoną głową, nie reagując już na nic.

- No dobra - Doktorka wskazała palcem na Gigi. - Gremlinku, idziemy. Przygotuj prochy, odejmiesz mi nogi.
- Co?!
- Ale tylko trochę nad kolanem, po co dramatyzować.

Zszokowani odprowadzaliśmy obie wzrokiem. Doktora szła pewnym krokiem, Gigi człapała za nią, chwiejąc się na boki i próbując pozbierać myśli. Obie zniknęły za rogiem.

Dźwięk ze stacji roboczej kapitana przywrócił nas do rzeczywistości i równocześnie dał znać, że wysłane wcześniej myśliwce właśnie podchodzą do lądowania.

***

Ja, Eve, Gamoń i Młotek staliśmy na górnym pokładzie “Arki”, każdy niósł kilka małych tobołków. Nie zakładaliśmy katastroficznego scenariusza, ale zgodnie z rozkazem Kapitana wzięliśmy niezbędne minimum: trochę ubrań, prowiantu, Eve miała ze sobą podstawowe lekarstwa i przyrządy medyczne, tak jak wcześniej podczas wyprawy na kontynent.
Zerwał się mocny wiatr i zaczął padać drobny deszcz, a proteza zaczęła mnie trochę mrowić - trochę jak podczas wkraczania w obszar burzy, ale nieporównywalnie słabiej, niż wtedy. Obecnie była to zaledwie drobna niedogodność.
Wsiadaliśmy do helikoptera; Eve podsadziła Kena, żeby też mógł się usadowić w środku. Monter, który zastąpił Derpiego na stanowisku pilota, miał już zastartowane systemy i zaczął odpalać silniki.
Kiedy my zapinaliśmy pasy, personel zajmował się myśliwcami, uzupełniał rakiety i amunicję. Wróciły wszystkie samoloty, podobno pierwsza linia obrony powietrznej wroga była bardzo słaba i udało się bez problemu zniszczyć drony co do jednego. Wokół wyspy latało ich niewiele więcej, ale raporty mówiły też coś o kilku znajdujących się na brzegu łodziach nieznanego typu i przeznaczenia, schowanych za barierą.

Wznieśliśmy się powoli w górę i oddaliliśmy od “Arki”, jeszcze raz spoglądając na jej długi, czarny kadłub i pokracznie wyglądające rusztowania, na których wspierał się górny pokład, obecnie wypełniony myśliwcami.

Zgodnie z naszymi rozkazami helikopter oddalił się grupy uderzeniowej, co dało nam dobry widok na wszystkie okręty. Trochę nami szarpało, bo wiatr się wzmagał i mógłbym przysiąc, że na powierzchni czarnego oceanu gdzieniegdzie można było dostrzec niebieskie łuki elektryczne, ale nie to było teraz najważniejsze. Na horyzoncie widzieliśmy już wyspę i otaczającą ją kulistą, zieloną barierę. Na żywo robiła oczywiście dużo większe wrażenie: pozbawione roślinności skały wznosiły się ku niebu, tworząc pagórek o sporej wysokości. To na nim ułożona była rampa kosmiczna, która pod koniec ostro strzelała w górę. W miejscach, gdzie było łagodne zejście do czarnego oceanu zamiast sterczących pionowo skał widzieliśmy żwirowe plaże, które ostro pięły się w górę. Po przybliżeniu obrazu kamerami widzieliśmy kilka małych, klockowatych budynków z szarego metalu niedaleko startu rampy, a poza tym wyłącznie szaro-brązowe skały.

- Inselhorn… - Powiedziała Eve.
- Że co? - Nie zrozumiałem dokładnie co mówi.
- Inselhorn, tak Riko nazwała tę wyspę. “Wyspa-Róg”.
- Aha.

Byliśmy już na tyle wysoko, że wyraźnie widzieliśmy całą grupę uderzeniową. “Asuka” trzymała się z tyłu, gotowa do wystrzału ze swojego działa szynowego, a obok płynęła “Eris”. Oba krążowniki z powodu braku widocznych okrętów wroga straciły nieco na funkcjonalności, ale railgun miał zostać użyty w pierwszej kolejności w razie zdjęcia bariery, aby precyzyjnie zniszczyć konwerter energii i umożliwić start mechowi.

 Na czoło wysunęły się oba niszczyciele, “Fubuki” i “Yukikaze”, śmiało tnąc coraz bardziej wzburzone czarne wody. Wszystkie okręty podskakiwały na coraz większych falach, helikopterem kołysało z racji silnego wiatru. Na szczycie większych fal iskrzyły niebieskie łuki elektryczne, których nie można już było ignorować, na szczęście proteza dalej nie dawała o sobie znać na tyle, bym zaczął się niepokoić.

Wszystkie okręty i nasz helikopter były już naprawdę blisko. Chyba tylko dzięki wyższym niż normalnie falom byliśmy w stanie dostrzec podskakujące na nich czarne platformy, które normalnie stapiałyby się z wodami oceanu. Klapy płaskich, kanciastych obiektów otworzyły się i odsłoniły baterie pocisków, który zostały błyskawicznie wystrzelone w naszym kierunku. Eve krzyknęła z przerażenia, ale “Fubuki” i “Yukikaze”, wyraźnie przygotowane na taki obrót sytuacji, wystrzeliły swoje rakiety z pionowych wyrzutni, które przejęły wszystkie wrogie pociski i zdetonowały je w bezpiecznej odległości. Myśliwce, które właśnie startowały z “Arki”, doleciały do pływających platform i zniszczyły je swoimi rakietami, po czym poleciały dalej w kierunku wyspy, aby rozprawić się z ostatnimi dronami, które my też byliśmy już w stanie dostrzec.

Skierowałem hełm-kamerę na pokład “Arki” i zobaczyłem, jak winda wznosi jednego, czarnego mecha, w którym zapewne siedziała nasza Doktorka, już po operacji; ścisnęło mnie w piersi, gdy o tym pomyślałem.
Humanoidalny robot wystartował niezgrabnie i poleciał w kierunku “Noel”, a po minucie ciężko wylądował na lądowisku dla helikopterów. Czekał tam już potężny ładunek i mnóstwo personelu, którzy pobiegli pomagać w jego zamontowaniu.

Zresztą cały mobilny dok szykował się do działania - przy braku widocznej obrony przeciwlotniczej zaczęły wypływać pierwsze łodzie desantowe wypełnione naszymi kolegami, ubranymi w czarne kombinezony i hełmy. Obserwowałem je i skierowałem kamerę na wyspę, gdzie za kilkanaście minut mieli dokonać desantu. Zrobiłem zbliżenie i zauważyłem, że widoczne za barierą małe łodzie zaczęły się powoli przesuwać w kierunku brzegu: bardzo powoli przenikały przez zieloną barierę i ześlizgiwały się wprost do czarnego oceanu. Myśliwce, które już rozprawiły się z nielicznymi pozostałymi dronami wiszącymi po zewnętrznej stronie bariery, natychmiast skierowały się w ich stronę i użyły działek, by je zniszczyć, oszczędzając rakiety - wcześniej zużyli większość na zniszczenie baterii wroga.
Natychmiast wszyscy zrozumieli, że to był błąd - poszarpane pociskami łodzie, specjalnie przygotowane do spełnienia swojej funkcji, uwolniły mnóstwo większych i mniejszych dronów; po jeszcze mocniejszym przybliżeniu widziałem, jak chmara mniejszych osłaniała jeden większy. Działka myśliwców mogły zniszczyć część mniejszych, ale było ich zbyt dużo - kilkanaście chmar dronów leciało w kierunku naszej grupy uderzeniowej.

Wystrzeliły parę salw w kierunku łodzi desantowych gdy przelatywały nad nimi, zatapiając dwie z nich, ale nie zatrzymały się i leciały dalej… prosto na “Arkę”, “Fubuki” i “Yukikaze”. Myśliwce wystrzeliły ostatnie rakiety, ale na chwilę przed trafieniem mała grupka dronów odłączała się od chmary, by przejąć i zdetonować pocisk w bezpiecznej odległości od reszty.

Przerażony takim obrotem spraw skierowałem szybko kamerę na wyspę, gdzie patrzyli Gamoń i Młotek. Mimo początkowych strat, pierwsze łodzie desantowe dobiły do brzegu. Nasi koledzy zaczęli z nich szybko wysiadać na żwirowe plaże. Zatrzymywali się przed zieloną barierą i powoli przechodzili przez nią, wtedy ich ruchy stawały się powolne. Pierwsze szeregi szły ociężale pod górę, trzymając w rękach jedyną broń, jaka mogła tam działać: pałki i noże.
Zerknąłem trochę wyżej i zobaczyłem, jak z szarych, klockowatych budynków zaczęły wyłaniać się kilkumetrowe sylwetki metalowych humanoidów. Po raz pierwszy ujrzeliśmy oblicze wroga, którego musieliśmy pokonać, by przetrwać.

Potężne ramiona, grube nogi, nieproporcjonalnie małe głowy, a wszystko było z szarego metalu. Nasi koledzy najpierw stanęli jak wryci na ten widok, ale potem ruszyli dalej, próbując obalić kolosów. Bezskutecznie: roboty utworzyły mur, blokując przejście dalej. Zaczęły chwytać grubymi ramionami żołnierzy w pierwszym szeregu i powoli rozrywać ich na strzępy, wyrywając kończyny lub odrywając głowy. Roboty nie były identyczne: niektóre miały potężne łapska, którymi chwytały naszych kolegów i miażdżyły w fontannach krwi.

Odwróciłem wzrok, miałem ochotę wymiotować z przerażenia. Eve dygotała, Gamoń i Młotek patrzyli jak sparaliżowani.
Moją uwagę przyciągnęły na powrót chmary dronów: pierwsza z nich doleciała do “Yukikaze” i rozproszyła się, odsłaniając wielkiego, centralnego drona, którego chroniła. Dopiero teraz mogłem dostrzec, że niósł torpedę, którą właśnie teraz zrzucił. Popłynęła wprost na “Yukikaze”, sprawnie przecinając wzburzone, czarne fale. Uderzyła w burtę, wywołując potężną eksplozję, która przechyliła okręt na bok. Pozostałe chmury dronów leciały dalej; myśliwce zatoczyły kolejne koło i spróbowały nowej taktyki: ostrzeliwały chmarę we dwójkę-trójkę, a pod tak zmasowanym ostrzałem chmara nie była osłonić drona z torpedą, który eksplodował w kuli ognia. Parę chmar zostało w ten sposób zniszczonych, ale to było nadal za mało.

Skierowałem kamerę ponownie na wyspę, gdzie trwała bitwa zupełnie innego rodzaju. Skały spływały krwią, oderwanymi kończynami i wnętrznościami, ale to nie powstrzymywało naporu naszych. Dostrzegłem, że jeden z pochwyconych żołnierzy desperacko wymachiwał pałką i trafił robota w małą głowę. Metalowa maska odpadła, a pod nią była… ludzka twarz?
Biorobot wyrwał mu ramię z pałką i odrzucił za siebie, ale wtedy ten wbił mu w głowę trzymany w drugiej ręce długi nóż aż po rękojeść. Biorobot zachwiał się, wypuścił ofiarę z rąk, znieruchomiał i padł. W powstałą w ten sposób wyrwę w szeregach zaczął powoli wlewać strumień naszych, choć wyżej czekała już kolejna linia, i kolejna. Ukształtowanie wyspy dyktowało takie ustawienie obrony, gdzie skały tworzyły wąskie podejścia.

Widząc to kapitanowie grup natychmiast chwycili za swoje mobilki, przekazując tę informację oddziałom za nimi. Wzmocniony sygnał prawdopodobnie niósł się nawet pod barierą i miałem nadzieję, że nasze usprawnienia przydały się na coś i może nawet uratują parę istnień. Bitwa rozgorzała z nową mocą, coraz więcej naszych wspinało się na brzeg.

Tymczasem usłyszałem kolejny wybuch, to właśnie “Fubuki” dostała torpedą. Tymczasem załoga “Yukikaze” próbowała się ewakuować szalupami, gdzie byli łatwym celem dla pozostałych małych dronów ocalałych z chmary, które albo ich ostrzeliwały, albo po prostu taranowały zajadle. Następne chmary leciały już w kierunku “Arki”, ignorując “Noel”. Myśliwce zrobiły kolejną rundę, ale nie zdołały zniszczyć ostatnich grup dronów. Właśnie skończyła im się amunicja działek, nie miały też już żadnych rakiet.

Rozejrzałem się wokół..

- Czy możemy coś zrobić?! - Krzyknąłem.
- Nie mam pojęcia! - Odkrzyknął Monter.
- Staranujmy tę chmarę! - Rzucił Gamoń.
- Nie! - Krzyknęła Eve. - To bez sensu!
- Musimy czegoś spróbować! - Powiedział Monter.
- Kapitan kazał nam…
- Inaczej zniszczą “Arkę!”
- Tylko zginiemy bez sensu! - Warknęła Eve. Odpięła swoje pasy, najwyraźniej gotowa powstrzymać Montera siłą.

Przez chwilę wszyscy milczeli.

- Patrzcie! - Krzyknął Młotek, pokazując na niebo.

Spojrzeliśmy. Spośród pędzonych przez wiatr po niebie ołowianych chmur zaczęło się wyłaniać… Oko. Czy tylko jako straszak, tak jak podczas manewrów, czy też było już w gotowości bojowej…?

Wystrzelony bez żadnej zapowiedzi cienki, oślepiająco jasny promień przeciął kotłujące się czarne fale i odciął kawałek rufy “Noel”, który spadł w czarne wody i zatonął. Krzyknęliśmy z przerażenia.

- Nie jest jeszcze tak źle! - Spróbował uspokoić nas Gamoń. - Pomyślcie! Promień nie jest jeszcze tak potężny, jak się spodziewaliśmy i wygląda na to, że nie może precyzyjnie trafiać w ruchome cele! - Dodał z nadzieją.

Ale w tym momencie ostatnie dwie chmary dronów, o których na chwilę zapomnieliśmy, rozproszyły się i dwie torpedy pomknęły w kierunku “Arki”. Po chwili nastąpiły dwie eksplozje w miejscach, gdzie znajdowały się śruby napędowe. W towarzystwie kolejnych, wewnętrznych już eksplozji wolno płynący lotniskowiec poruszał się jeszcze przez chwilę, a potem zatrzymał kompletnie pośród szalejących czarnych fal. Nie wiem dokładnie kiedy zaczął padać deszcz. Po szczytach fal przebiegały niebieskie łuki elektryczne.

Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na soczewkę Oka, wokół której jaśniała świetlista poświata, a powietrze zaczynało falować. Zaraz miał nastąpić wystrzał, dużo silniejszy od wcześniejszego, cienkiego promienia, wystrzelonego jakby na próbę.

I w tym momencie nad “Arką” znikąd pojawił się gigantyczny, szary kształt - nasz helikopter wzbił się już całkiem wysoko, ale i tak byliśmy niewiele wyżej od niego. Podmuch powietrza, wywołany jego nagłym rozepchnięciem się w naszej rzeczywistości, odrzucił nasz helikopter w stronę Inselhorn jak piórko.
Pierwotny, ten sam, który objawił się już parę razy wcześniej, unosił się nieruchomo nad “Arką”; nie reagował ani na szalejącą teraz burzę ani na śmiercionośną broń, która wisiała dokładnie nad nim. Sekundę potem nastąpił wystrzał z Oka, który trafił prosto w giganta. Pierwotny próbował zablokować potężny promień energii i starał się osłonić “Arkę”; widziałem, jak z wysiłkiem powstrzymuje napór promienia, a kolor tego stwora powoli zmienia się na zielono-niebieski. Niestety przegrywał tę próbę sił i opadał w dół; jego cielsko zaczęło powoli napierać na “Arkę”, wyginając jej górny pokład i ostatecznie go łamiąc.

Oślepiający promień przygniatał Pierwotnego coraz mocniej, przybliżając go do powierzchni czarnego oceanu, a “Arka” była już niemal złamana w połowie. W końcu promień ustał, z zielono-niebieskiego Pierwotnego unosił się teraz szary dym. Monter szarpał się ze sterowaniem, na które helikopter prawie nie reagował; cały czas oddalaliśmy się od sceny i mknęliśmy w stronę wyspy, ale nie mogliśmy oderwać wzroku od tego widoku. Czyżby wydarzył się kolejny cud i atak Oka został jednak zatrzymany…?

W tym momencie szalejące wokół “Arki” fale urosły na dziesiątki metrów w górę, zasilane niebieskimi łukami elektrycznymi; teraz bardziej przypominały gigantyczną paszczę. Czarne szczęki zacisnęły się na lotniskowcu i Pierwotnym i wciągnęły oba pod powierzchnię, pozostała po nich tylko nienaturalnie płaska powierzchnia. Czarny ocean żył.

To jednak nie był koniec: w miejscu, gdzie zniknął lotniskowiec i Pierwotny, w górę wystrzelił wysoki gejzer czarnej mazi, którego szczyt rozbłysł białym światłem. Z tego punktu rozeszła się fala, która po chwili dotarła do naszego helikoptera i pomknęła dalej. W tym momencie silniki helikoptera, jak również nasze kamery zgasły. Spojrzałem za siebie, w stronę wyspy, do której rzucony przez podmuch helikopter zbliżał się z przerażającą prędkością. Świetlista fala przemknęła przez zieloną sferę. Bariera zamigotała i zgasła.

- Dalej spadamy! - Wrzask Montera wyrwał mnie z szoku. Elektronika helikoptera powoli zaczęła wracać, nasze kamery też już działały. Bariera na szczęście jeszcze nie wróciła.

Byliśmy już nad samą wyspą, nawet bez pomocy kamer widzieliśmy w dole sylwetki naszych kolegów walczących z biorotobami. Docierali już do trzeciej linii obrony wroga, ale helikopter spadał zbyt szybko, żebym zdążył się zorientować do do aktualnego stanu bitwy. Monter dalej próbował odzyskać sterowność.

- Lecimy prosto na skały! - Krzyknęła Eve.

Monter spróbował desperackich manewrów i szarpnął mocno sterem, helikopterem potężnie zakołysało. Eve wyrzuciło z helikoptera, w ostatniej chwili chwyciłem ją za rękę. Spojrzała w dół, widziałem, że jesteśmy już tylko parę metrów nad wyspą.

- Puść! - Krzyknęła.

Zluzowałem uścisk protezy i zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak wylądowała pewnie na skale i przeturlała się do przodu. Helikopterem znowu zakołysało, upadłem na podłogę i poczułem uderzenie, po którym straciłem przytomność.

***

Podniosłem głowę i potrząsnąłem nią. Maskę hełmu pokrywał kurz, który rozmazałem, próbując przetrzeć wizjer kamery.
Dotarło do mnie, że leżałem na podłodze helikoptera, który rozbił się o skalistą powierzchnię wyspy, i musiał wznieść przy tym chmurę pyłu. Nie miałem pojęcia, jaki jest obecny stan bitwy, ale zdążyłem zarejestrować, że bariera jeszcze nie powróciła. 

Próbowałem wstać, ale nie byłem w stanie, bo moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Chwyciłem się oparcia fotela pilota i podniosłem. Monter siedział nieruchomo, głowę miał bezwładnie opuszczoną, spod hełmu kapała krew. Był albo nieprzytomny, albo martwy. Bałem się go ruszać i tym samym przekonać się, która z tych ewentualności jest prawdziwa. I tak w moim obecnym stanie nie mogłem mu pomóc.
Zacząłem się wyczołgiwać z wraku.

Spadliśmy w skalną nieckę, helikopter uderzył w ścianę i zsunął się po niej. Przed sobą miałem małe wzgórze o lekkim nachyleniu, które zasłaniało mi widok na brzeg. Korzystając z siły rąk zacząłem się czołgać pod górę. Chmury były już rozrzedzone i wyglądało na to, że deszcz w ogóle tutaj nie padał, może to dzięki do niedawna działającej barierze.

Oprzytomniałem trochę i na nowo rozejrzałem się po niecce. Wszędzie leżały nasze tobołki, które zabraliśmy do helikoptera; musiały wypaść podczas kraksy. Jeden z tobołków wyglądał jakoś dziwnie… Skupiłem nim wzrok. Był to Ken, leżał w kałuży krwi, jego martwe oczy patrzyły nieruchomo. Albo próbował wyskoczyć za Eve, albo wypadł podczas kraksy.
Czołgałem się dalej.

Po dłuższej chwili dotarłem do szczytu niecki, rozpostarł się przede mną widok na brzeg wyspy. Próbowałem wykonać zbliżenie kamerą w hełmie, ale ta funkcja już nie działała. W oddali widziałem dwa krążowniki: “Asukę” i “Eris”, oraz jakieś małe - przynajmniej z mojej perspektywy - wybuchy. Myśliwców nigdzie nie było widać. Oko dalej złowrogo wisiało na niebie, ale nie widać było po nim żadnej aktywności, widocznie nie było jeszcze gotowe do ponownego wystrzału. Kątem oka dostrzegłem czarny kształt po mojej prawej i spojrzałem w tamtą stronę. To był Młotek, który klęczał nad Gamoniem. Jego kolega leżał w kałuży krwi, widziałem biel wyłamanych kości przebijających od środka czarny kombinezon.

- Hej! Pomóż mi! - Zawołałem do Młotka parę razy, ale był w tak głębokim szoku, że nie reagował, nawet się nie odwrócił w moją stronę.

Zastanowiłem się, czy powinienem czołgać się dalej. Po mojej lewej miałem wysoką skałę, a droga przede mną wkrótce zacznie opadać w dół, ku plaży, gdzie mogłem albo spotkać kamratów, albo…

W tym momencie zza pagórka po mojej lewej zaczął wyłaniać się potężny kształt. To był trzymetrowy biorobot, który powoli, acz nieubłaganie kroczył w moim kierunku, był już tylko kilka metrów ode mnie. Widziałem jego potężną sylwetkę na tle bliższego ze słońc, które właśnie zaczęło się ukazywać zza rozstępujących się burzowych chmur. Nie mogłem się ruszyć, nie byłem w stanie nic zrobić.

I wtedy rozpędzona Eve skoczyła z pagórka wprost na plecy biorobota i chwyciła mocno jego szyję. Jedną ręką zerwała mu metalową osłonę, a drugą zaczęła wściekle dźgać nożem, zmieniając jego twarz w krwawą maskę. Krew bryzgała, a biorobot miotał się, próbując ściągnąć z siebie Eve, ale nie udawało mu się to. W końcu przechylił się mocno w prawo tak gwałtownie, że Eve prawie spadła z jego pleców, i chwycił jej korpus prawą ręką. Podniósł ją w górę jak trofeum, a drugą ręką chwycił za obie nogi.

Zaczął ciągnąć, a Eve zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć, które zaraz przeszło w charczenie, gdy łapsko biorobota zaczęło łamać jej żebra.
Materiał kombinezonu rozerwał się i w tym momencie biorobot wyrwał Eve obie nogi i odrzucił je za siebie, a zmiażdżonym korpusem grzmotnął o skalistą ziemię, wzbijając tuman pyłu. Oślepiony kolos chwiał się jeszcze przez chwilę, po czym padł na kolana, potem na twarz i znieruchomiał.

Czołgałem się do Eve tak szybko, jak byłem w stanie. Ściągnąłem jej hełm, jej twarz była nieruchoma. Martwa. Nie oddychała.
Sięgnąłem po iniektory, które miała przy pasie, w nadziei, że znajdę coś, co uratuje jej życie. Znalazłem jakiś stymulant. Niewiele myśląc rozerwałem protezą kombinezon nad jej sercem i wbiłem iniektor, czekając na efekt. Bez żadnej reakcji.

Gapiłem się bezmyślnie na zmasakrowany, beznogi korpus oraz na własną dłoń trzymającą iniektor. Dopiero teraz zauważyłem, że po mojej protezie przebiegają takie same błękitne wyładowania, jak po powierzchni czarnego oceanu, zanim ten pochłonął Pierwotnego razem z “Arką”. Spojrzałem na filamentowy tatuaż Eve nad jej lewą piersią.

Nie wiedząc dokładnie co to miało dać, dotknąłem go protezą. Wyładowania przebiegły z mojej dłoni na tatuaż, rozświetliły go i rozeszły się dalej po ciele Eve. Przez moment poczułem potężny ból, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Od tatuażu zaczęły rozchodzić się dalsze wyładowania, a po chwili klatka piersiowa zaczęła się poruszać. Eve oddychała. Jej twarz wykrzywił grymas bólu, ale nie odzyskała przytomności. Może to i lepiej.

Znowu spojrzałem na ocean. Nie było widać już żadnych wybuchów, a w oddali widziałem “Asukę”, teraz wyraźnie bliżej wyspy. Działo szynowe chyba szykowało się do wystrzału…?
W tym momencie zielona bariera ponownie rozpostarła się nad wyspą; dużo później, niż reszta urządzeń i maszyn, ale jednak. Dosłownie chwilę potem lufa railguna cofnęła się gwałtownie i wiedziałem, że w naszym kierunku kmnie pocisk, zbyt szybko, by ludzkie oko mogło go zarejestrować. Pół sekundy później po barierze rozeszły się potężne fale, pocisk uderzył prawie tuż nad miejscem, w którym się znajdowaliśmy. Czyżby Monter celowo próbował sprowadzić nas w to miejsce w ostatnim, desperackim manewrze…?
Fale popłynęły ku najwyższemu punktowi sfery, z której na dół zaczął schodzić pionowo w dół zielony promień, znikający za skałą po prawej. Zrozumiałem, że jesteśmy bardzo blisko budynku z konwerterem energii.
Rozwiązanie było oczywiste: wbijałem sobie dawki stymulantu w nogi, aż w końcu zaczęły robić to, co chciałem. Odrzuciłem pusty iniektor, wstałem i ruszyłem w kierunku promienia.
Jeszcze spojrzałem za siebie i upewniłem się, że Eve dalej oddycha; sprowadzenie pomocy było dla niej jedyną szansą, a w tym celu musiałem wyłączyć barierę. Ruszyłem powoli, krok za krokiem, w kierunku celu. Po drodze minąłem Młotka, który wreszcie spojrzał na mnie niewidzącymi oczami. Ani ja, ani on nie mogliśmy sobie w tej chwili pomóc.

***

Moja proteza dalej iskrzyła. Za skałą była wąska ścieżka wijąca się między skałami, która prowadziła do małych drzwi klockowatego budynku z szarego metalu. Jednym uderzeniem pięści otworzyłem je na oścież.
W surowym wnętrzu ujrzałem groteskowy widok: dwa średniej wielkości bioroboty unieruchomione w metalowym rusztowaniu. Mniejszy był przyspawany do pleców większego, a głowy obu były skierowane na okno w suficie, przez które było widać rampę startową, pozwalającą się dostać na orbitę; od lśniącego, szarego metalu odbijały się teraz promienie słońca. Odsłonięte, ludzkie twarze patrzyły na mnie przerażone, mniejszy biorobot płakał.

Nie zbliżaj się! Bo wysadzimy rampę! - Powiedział przerażony większy biorobot.
Nie rób nam krzywdy! - Załkał mniejszy żeńskim głosem.

Większy chyba blefował, ale nie interesowało mnie to za specjalnie. Miałem ochotę oboje na miejscu zamordować i nie był to wyłącznie efekt buzującej w moich żyłach adrenaliny. Ciągle iskrząca proteza sama zacisnęła się w pięść. Ich głowy trzęsły się z przerażenia, uwięzione w groteskowych, metalowych ciałach. Zbliżyłem się do nich i uważnie im się przyjrzałem. Twarz żeńskiego robota kogoś mi przypomniała…

- Riko? - Spytałem.

Wyraz ich twarzy natychmiast się zmienił, z przerażenia w zaskoczenie i nadzieję. To była para naukowców, która przekazywała nam informacje z orbity, nim zostali schwytani i w ten okrutny, groteskowy sposób ukarani. Rodzice Riko.

Z całą siłą, jaką miałem w protezie, oderwałem ich od rusztowań, nie zwracając uwagi na krzyki żeńskiego biorobota. Nic im też nie mówiłem, aby nie wygadać się, że Riko została na zatopionej “Arce”. Nie chciałem sobie nawet wyobrażać, jaki los spotkał załogę i pasażerkę lotniskowca.

Moją uwagę przyciągnęły kolejne drzwi, prowadzące do dalszej części kompleksu. Naukowiec, niosący na plecach przyspawanego na sztywno żeńskiego biorobota, bez słowa podszedł i otworzył drzwi przede mną. Wskazał na dużą, szarą skrzynkę na ścianie, do której z sufitu budynku prowadził bardzo gruby kabel. Skrzynka nie miała widocznego zamka ani zawiasów.

- To serce konwertera energii. - Wyjaśnił większy biorobot. Niestety tego już nie jesteśmy w stanie ci go otworzyć… Potrzeba jakiejś większej siły… - Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.

Podszedłem bez słowa do skrzynki i uderzyłem protezą z całą siłą, jaka mi została. Zostało tylko lekkie wgniecenie.

- Mówiłem ci, że to nie ma…
- Zamknij się.

Uderzyłem po raz drugi i po raz trzeci. Uderzałem protezą raz za razem, coraz bardziej wgniatając powierzchnię skrzynki. Byłem wściekły, przestałem racjonalnie myśleć.

W chwili, gdy wszystko już tak dobrze szło. Gdy w końcu doszedłem do siebie. Gdy zjawiła się w moim życiu Eve. Gdy pojawiły się plany na przyszłość, o których wcześniej nawet nie śmiałem myśleć. Gdy znalazłem swoje miejsce, życzliwych mi ludzi, gdy uwolniłem się, choćby częściowo, od przeszłości. To nie tak miało być. To nie tak miało być. TO. NIE. TAK. MIAŁO. BYĆ!
Ostatnie uderzenie zadałem z siłą, z której istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. Moja pięść przebiła metalową powierzchnię i weszła prosto w znajdujący się w środku świecący na zielono przedmiot, wybijając go z obwodu. Coś zaiskrzyło, oślepiające wyładowania pobiegły w górę mojej protezy i całość po prostu wybuchła, a moje ramię rozpadło się na kawałki, prawie do samego barku.
Kikut cały czas iskrzył, a ja dyszałem ciężko i patrzyłem się na leżące na podłodze czarne, dymiące kawałki bez większego zrozumienia tego, co właśnie się stało.
Wyszedłem z pomieszczenia konwertera i wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem, że zielona bariera zniknęła, tym razem już na dobre.

Wyszedłem z budynku konwertera na wpół przytomny. Dopiero teraz skojarzyłem, że para naukowców-biorobotów musiała się już dawno stąd ewakuować, przestraszona moim szaleństwem. Kołysałem się z boku na bok, bez ciężaru protezy trudno mi było utrzymać równowagę. Szedłem coraz wolniej, zataczając się.

Wróciłem na skraj niecki, gdzie Młotka już nie było. Nie miałem pojęcia, gdzie mógł pójść; może uciekający naukowcy zabrali go za sobą. Zostały tylko zmasakrowane zwłoki Gamonia. 

Eve leżała tam, gdzie ją zostawiłem, w kałuży zasychającej krwi cieknącej z miejsc, gdzie zostały wyrwane kości udowe. Dalej oddychała. Padłem na kolana obok niej, stymulant już przestawał działać. Nieopodal leżał nieruchomy korpus zabitego przez nią biorobota.

Spojrzałem w kierunku czarnego oceanu. “Asuka” odpłynęła dalej od wyspy, teraz bliżej znajdowała się “Eris”. “Noel” była mocno przechylona na prawą burtę, unosił się nad nią gęsty dym. Na tle tej czarnej chmury zobaczyłem jakiś błysk: były to silniki odrzutowe mecha, który zbliżał się ku nam z coraz większą prędkością.

Niosący na plecach potężny ładunek wybuchowy, humanoidalny mech idealnie wszedł na rampę i wystrzelił w górę, zostawiając po sobie smugę dymu. Odprowadziłem go wzrokiem. Po kilku minutach zniknął pośród szarych chmur, zostawiając za sobą strugę białego dymu. Doktorka wypełniała swoją misję.
Padłem na plecy, tuż obok Eve. Nie miałem już na nic innego siły. Powoli docierał do mnie tępy ból nóg oraz barku, gdzie iskrzył kikut protezy.

Niemal nad samą głową miałem Oko, wokół którego ponownie zaczęło się gromadzić światło i zaczęło drżeć powietrze. Chyba tym razem chcieli wykończyć “Noel”. Nie mogłem nic na to poradzić, mogłem tyle obserwować. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że dobrze, że to wszystko już się skończy. Opanowywała mnie niemoc, błoga obojętność. Zaraz pewnie zasnę, pewnie już na zawsze. Umrzemy tu oboje, ja obok Eve.

W tym momencie wśród chmur zakrywających górną część działa orbitalnego dało się zauważyć wybuchy, które jeden po drugim schodziły coraz niżej. Soczewka Oka popękała i rozprysła się w deszcz odłamków, a obudowa rozpadła się na kilka części. Płonące kawałki śmiercionośnej broni zaczęły spadać z impetem do czarnego oceanu i tonąć, ciągnąć za sobą smugi dymu.
Majestatyczna broń wroga, którą był zdolny wypalić kryjówkę w Soplu do skały macierzystej, właśnie spadała w płonących kawałkach złomu w czarne wody.
Cel minimum został osiągnięty, za co zapłaciliśmy jednak potężną cenę. Przynajmniej ludzie z Sopla są bezpieczni.

To była kojąca myśl. Zadowolenie i błogość zalewały mnie czarną falą zapomnienia. Moja głowa opadła na skalistą ziemię. Jeśli to był koniec, nie to nie był taki zły. Skierowałem powoli głowę w kierunku Eve, żeby ją widzieć w tych ostatnich chwilach.

- Enfin! J’ai enfin trouvé ce que je cherchais! - Usłyszałem entuzjastyczny, żeński głos.

Kilka par mocnych, filamentowych rąk podniosło mnie bez wysiłku nad ziemię.

- Oh, ce ne serait pas ma belle-fille? - Dodała po chwili Mistral. Moja oszalała matka, zwana na Soplu “Piratką”.

Widziałem, jak reszta jej rąk podnosi ostrożnie zmasakrowany korpus Eve.

Zanim straciłem przytomność, zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak ociekający czarną mazią, złamany w połowie wrak “Arki” wypływa z powrotem na powierzchnię.

Brak komentarzy: