niedziela, lipca 26, 2026

20. Myśli natrętne

 


Ocknąłem się na łóżku w naszym mieszkaniu. Z powodu iskrzącego barku musiałem spać na siedząco.
Tak dużo rzeczy kotłowało mi się głowie i mieszało ze sobą, ale to dobrze, niech tak będzie. Wolałem mieć w głowie niezrozumiały mętlik niż myśleć o tym, co opowiadał mi Milioner i co ja potem opowiedziałem jemu.


Czy jego potok wyjaśnień, przerywany moimi głupimi pytaniami, miał w tej chwili jakieś znaczenie? Niezbyt. Czy moja opowieść o dzieciństwie, a przede wszystkim o moim ojcu, Xavierze, coś zmieniła? Nie wiem, ale gdy skończyłem, mój dziadek zamilkł i głęboko się zamyślił, a potem odesłał mnie gestem i odwrócił się bez słowa, wnikając w falującą ścianę filamentu. Nie dziwię mu się.
Lilitu wyprowadziła mnie przez drzwi i na stację, pomagając iść, bo musiałem wyglądać nietęgo. Od doktora Ryuujiego dostałem wcześniej płaszcz z kapturem, którym okryłem iskrzący bark i twarz, żeby współpasażerowie kolejki mnie nie poznali. Podobno byłem teraz bohaterem, choć dalej nie rozumiałem do końca dlaczego. Wiem, że było jakieś poruszenie związane z zajęciem Inselhorn i ekscytacja tym, że tylko uszkodziłem generator bariery, zamiast go niszczyć, ale szczegółów nikt mi jeszcze nie wytłumaczył. Ja też nie pytałem, ostatki mojej uwagi zużyłem na rozmowę z Milionerem. Teraz po prostu siedziałem w naszym mieszkaniu gapiąc się przed siebie, starając się nie myśleć o tym, co się dzieje teraz z Eve. To była przerażająca, paraliżująca myśl, która tylko czekała z tyłu mojej głowy, by wskoczyć na pierwsze miejsce. Desperacko nie chciałem do tego dopuścić; tak długo byłem przestraszony i bezwolny w moim życiu, że nie chciałem ponownie znaleźć się w tym stanie.
 

Spojrzałem na mobilkę, dalej żadnej wiadomości od doktora. Jak długo to będzie jeszcze trwało? Ile on ją będzie jeszcze męczył?!


Nie.

Zaczęła gotować się we mnie wściekłość, po raz trzeci w moim życiu. Poprzednie dwa razy były… przełomowe, ale i tak się ich wstydziłem. To nie byłem ja.
 

Odetchnąłem głęboko, wstałem. Według zegara były już wczesne godziny poranne, rozsunąłem zasłony niby-okien. Mogłem ustawić sobie dowolny widok, ale nie chciało mi się. Klapnąłem ciężko z powrotem na nasze łóżko.


Moją uwagę przyciągnęło posłanie Kena. Biedny, niemądry zwierzak, któremu najpierw pośrednio zabiliśmy mamę, a potem zaciągnęliśmy na wojnę, gdzie zginął marnie. Kompletny bezsens, jak większość rzeczy dookoła.


Najlepiej byłoby się odciąć od tego wszystkiego… Zdobyć tradycyjną protezę, a potem zniknąć gdzieś, zaciągnąć się na jakiś statek może, może nawet z jedną sprawną ręką bym się przydał…

A gdyby tak uciec.

Zostawić Eve.

Uderzyłem się mocno w twarz.

Jak mogłem tak pomyśleć?! Rzuciła się na biorobota by mnie ratować, nie dbając o własne bezpieczeństwo. Zapłaciła za to olbrzymią cenę i będzie ją jeszcze długo płacić. Nasze pierwsze spotkanie było… oryginalne, ale potem…

Zacząłem przypominać sobie wszystkie nasze wspólne momenty: gdy odczytywaliśmy listy, gdy pokazała mi swój tatuaż. Gdy krzątała się po tym mieszkaniu, zaglądając w każdy kąt. Wiele, wiele innych.

Tak bardzo mi jej brakuje.

Dlaczego nie jestem przy niej? Dlaczego siedzę w tych pustych czterech ścianach, myśląc o echach tego, co było? I jeszcze jedno: czy ktoś mnie teraz zatrzyma?

Chwyciłem za płaszcz i ruszyłem na stację.

***

Telebimy znowu wyświetlały sceny z ataku na Inselhorn. Odpowiednio zmontowane, starannie unikały obrazów rzezi i zniszczeń, koncentrując się na celnych trafieniach naszych, świętujących żołnierzach, wystrzeleniu czegoś małego na orbitę z ocalałej rampy. O, teraz znowu widok z mojego hełmu, jak rozwalam skrzynkę, w której błyszczy coś zielonego. Moment wybuchu mojej protezy już wycięli, może to i lepiej.

Wysiadłem na stacji szpitalnej i poszedłem prosto na oddział gdzie była Eve, nie zatrzymując się na recepcji.


Siedziałem przy Eve przez kilka (albo kilkanaście?) dni podróży powrotnej na Sopel, trzymałem ją za rękę. Oddychała ciężko, co jakiś czas miała drgawki, wtedy zabiegany personel medyczny coś jej podawał i uspokajała się. Przez większość czasu była półprzytomna. Potem wzięli nas do helikoptera i przetransportowali na “Gurena”, podobnie jak wielu innych w najcięższym stanie. Po drodze widziałem jakieś dymiące jeszcze wraki unoszące się na wodzie, ale nie przyszło mi do głowy żeby zapytać co tu się stało.

Doktor Ryuuji już czekał na nas w przystani i od razu kazał przenieść Eve na noszach do pojazdu ratowniczego. Wsiadłem razem za nią; doktor popatrzył na mnie spode łba, ale szczęśliwie dla niego postanowił się nie odzywać. Zresztą szybko całą jego uwagę pochłonęły protezy Eve, które zaczął mierzyć i fotografować. Po przyjeździe do szpitala ratownicy i Ryuuji przenieśli Eve na łóżko z kółkami i pojechaliśmy na piętro, po którym wcześniej oprowadzała nas Doktorka, wieki temu. Szedłem za całą grupą, mijając w większości puste sale chorych; tylko kątem oka dostrzegłem, że w paru małych, indywidualnych salach-izolatkach ktoś leży, ale ponownie: nie przywiązywałem do tego wielkiej uwagi.

Gdy teraz szedłem tym samym korytarzem to widziałem, że wszystkie sale są przepełnione, całkiem sporo pojedynczych łóżek było nawet na korytarzu. Podniosłem wyżej kołnierz płaszcza; oby tylko nikt nie zainteresował się pustym rękawem. Klimat co salę był inny: w jednych gwar i śmiechy, w innych grobowa cisza. Z niektórych izolatek dobiegały wrzaski: ktoś wzywał pomocy, ktoś wołał mamę. Wyczerpane pielęgniarki i ratownicy albo siedzieli oklapnięci na dyżurce, albo opierali się niemrawo o ściany. W salach było mnóstwo paczek z jedzeniem, na ściennych tablicach przypięte były kolorowe rysunki, tu i tam dało się zauważyć krzątających się mocno zagubionych ludzi w wieku podobnym do mojego lub młodszych - prawdopodobnie wolontariusze. Sopel musiał teraz zadbać o swoich weteranów, bo prawie wszystkim w salach chorych brakowało jednej lub więcej kończyn. Ktoś mnie chyba zaczął wołać, ale tylko przyspieszyłem kroku.

Dotarłem do sekcji zajętej przez doktora Ryuujiego. Jego asystentka, jak jej było, takie krótkie imię… Ach tak, Ceci. Czarne włosy do karku, okulary w prostokątnych oprawkach, zielony uniform. Spała teraz przy biurku; postanowiłem jej nie budzić i przemknąłem obok.

- Zaraz, tam nie wolno…! - Usłyszałem za plecami.
- Mi wolno.

Otworzyłem z impetem drzwi. Blada Eve leżała na szpitalnym łóżku; w dłoni, nadgarstku i ramieniu miała wkłute wenflony, a do każdego z nich była wpięta kroplówka. Przykryta była cienką kołdrą, spod której wystawały czarne protezy nóg. Spod kołdry wystawał przewód cewnika, podpięty do worka pełnego ciemnożółtego moczu. Miała zamknięte oczy, jej ułożona na poduszce głowa powoli przechylała się w jedną lub drugą stronę, jakby przeżywała… no właśnie, koszmar.

Doktor Ryuuji spał na podłodze. Zdusiłem w sobie pierwszy odruch by go z całej siły kopnąć; zamiast tego schyliłem się i podniosłem go jedną ręką do góry, fundując mu brutalne przebudzenie.

- Dlaczego nie przysłał pan żadnej wiadomości? - Warknąłem.
- Doktorze! - W tym momencie Ceci wpadła przez otwarte drzwi. - Próbowałam…
- Spokojnie. - Ryuuji był idealnie opanowany. - Zaraz wszystko wyjaśnimy jak cywilizowani ludzie. Prawda? - Spojrzał na mnie znacząco.
- Puść go, proszę… - Usłyszałem półprzytomny głos Eve. - On mi… pomógł, nie boli tak bardzo… - Podniosła trzymany w dłoni podłączony do kroplówek klips, zapewne kontrolujący przepływ przezroczystego płynu.

- Co?
- Puść mnie, to ci wyjaśnię. - Doktor odezwał się cierpko.

Posłuchałem.

- Gdybym miał szansę wcześniej zbadać twoją protezę - zaczął na nowo Ryuuji, nie kryjąc wyrzutu w swoim głosie - to może doszlibyśmy do czegoś, ale w takiej sytuacji moje możliwości są ograniczone. Technologia użyta do skalibrowania tych protez wykracza poza naszą obecną wiedzę; nigdy nie widziałem filamentowej protezy całej nogi, a co dopiero obu. Mówiąc bardziej obrazowo: pacjentka straciła około jednej trzeciej masy ciała. Przy naszej obecnej technologii ja bym się tak brutalnego zabiegu nawet nie podjął, bo to byłby pewny zgon. Tutaj pacjentka jeszcze żyje, choć… - Doktor Ryuuji wreszcie dostrzegł, że Ceci daje mu wyraźne znaki, by przestał o tym mówić w obecności Eve. - Może wyjdziemy na chwilę…

Nasza trójka wyszła z gabinetu, Ceci ostrożnie zamknęła za nami drzwi. Jeszcze zdążyłem zobaczyć, że półprzytomna Eve dalej porusza niemrawo głową.

- Podałem jej eksperymentalny środek przeciwbólowy, który powoduje mocne otępienie, ale obniża odczuwanie bólu nawet filamentowych protez. Efekt uboczny jest taki, że proces adaptacji znacznie się wydłuża. Mieliśmy niedawno pierwszego od długiego czasu ochotnika, a właściwie ochotniczkę do operacji instalacji filamentowej protezy i mieliśmy sukces, choć tam skala obrażeń była dużo mniejsza…
- Do rzeczy. - Widziałem, że doktor Ryuuji nie chce mi czegoś powiedzieć.
- Nie wiemy, dobra?! Rozumiesz to, prymitywie?! - Wrzasnął, straciwszy na krótką chwilę panowanie nad sobą. Błyskawicznie się opanował. - Wybacz. Przy nieznanej technologii protez i takiej skali… Nie jestem w stanie ocenić, czy i kiedy dojdzie do adaptacji.

Westchnąłem.

- Będzie chodzić?
- Nie wiem, czy będzie żyć.

Cisza. Spojrzał mi prosto w oczy.

- Po prostu nie wiem. Zrobiłem, co mogłem. Teraz wszystko zależy od niej. To już poza mną.

Jego ramiona i głowa opadły w geście bezsilności, ale zaraz wrócił do swojego zwyczajnego, bezczelnego ja.

- W każdym razie: tutaj została mi już tylko jedna, bardzo eksperymentalna operacja kręgosłupa. Potem czekają na mnie nowe wyzwania, w tej chwili na Inselhorn dzieje się bardzo dużo i wkrótce tam wyruszamy. Dawne badania naszej nieodżałowanej Inez i jej koleżanek o dziwo bardzo się przydadzą. Może ty też… - Skierował wzrok na mój pusty rękaw. - Albo nic.
- Chcę być przy niej.
- Droga wolna - machnął ręką, odwracając się ode mnie. Ceci, która wcześniej stała przy drzwiach, wreszcie odsunęła się od nich i wróciła za swoje biurko.

Ostrożnie zamknąłem drzwi za sobą i przysunąłem sobie krzesło. Eve dalej była półprzytomna; ostrożnie chwyciłem ją za drobną dłoń. Skierowała głowę w moją stronę i otworzyła oczy.

- Jesteś… Wróciłeś…
- Tak.
- Nie zostawiłeś mnie…
- Nawet mi to do głowy nie przyszło.
- Nie złość się na doktora…
- Już wszystko sobie wyjaśniliśmy.

Milczała przez chwilę, dalej powoli potrząsała głową, jakby próbując wybudzić się z koszmaru.

- Opowiedz mi coś…
- Co ci opowiedzieć?
- Coś… Coś innego, cokolwiek… Byle o tym nie myśleć…

Zastanowiłem się.

- Opowiem ci… Słuchaj, wychowałem się na statku badawczym, całkiem sporym. Kapitanem, szefem grupy był tam mój tata, Xavier. On też miał protezy filamentowe i to obu rąk, świetnie mu się przyjęły, bez żadnych problemów…

Oczy Eve rozbłysły zainteresowaniem.

Pamiętam jego napady słowotoku, potrafił wtedy nawet szarpać rozmówcę; wszyscy trzymali się zazwyczaj na około półtora metra od niego, o ile to było możliwe w ciasnych korytarzach. Razem ze mną na statku było sześcioro dzieci oraz piątka naukowców, prawie zawsze w białych kitlach. Trzech chłopców i trzy dziewczynki; oprócz Kate ledwo pamiętam ich twarze, a imion już dawno zapomniałem. Wszyscy oprócz mnie i niej mieli problemy albo z chodzeniem, albo z posługiwaniem się rękami, niektórzy musieli być karmieni. Problemem Kate było mówienie, była w stanie wydawać z siebie tylko czasem trudne do zinterpretowania nieartykułowane dźwięki. Pisać i czytać jeszcze nie potrafiliśmy. Natomiast instynktownie zbijaliśmy się w grupkę, gdy wchodził do nas Xavier - jego czarne ręce nas przerażały i nie wiadomo było co zrobi i czy zacznie na nas krzyczeć. Pozostali dorośli chyba też się go bali.
Pamiętam też, jak zakradłem się do drzwi jego kajuty i zobaczyłem, jak obsługuje jakąś dużą, metalową skrzynkę, do której podpięte były biegnące po ścianach grube kable pompujące jakieś płyny. Pozostając niezauważonym patrzyłem przez chwilę jak ją otwiera i obserwuje jakiś czerwony, pulsujący organ wewnątrz; przypominał trochę ludzkie serce, które hologramowi nauczyciele pokazywali nam na lekcjach biologii, ale był częściowo przezroczysty i odchodziły z niego dwa organiczne przewody zakończone jakimiś kulkami. Mój ojciec obserwował odczyty z monitora, kręcąc w rezygnacji głową. Nagle odwrócił się i dostrzegł mnie gapiącego się przez lekko uchylone drzwi i krzyknął zaskoczony.

- Adam, stój! Adam!

Próbowałem przed nim uciekać, pędziłem przed siebie po pokładach. Schwytał mnie, dał mi parę mocnych klapsów na goły tyłek i zakazał wchodzić do jego kajuty bez pytania, jakbym miał odwagę próbować. To bardzo wczesne wspomnienie i nie pamiętam o co dokładnie chodziło - został tylko strach.

- … To było po prostu pływające przedszkole, wszyscy byli tacy mili dla nas. Żadnych problemów. Beztroskie lata - pokiwałem głową na podkreślenie moich słów. - Choć to było jeszcze przed bombardowaniem…
- A u mnie… - Półprzytomna Eve powoli cedziła słowa. - Moja mama… Wsadziła mnie na statek… Niewiele potem pamiętam… A twoja… jaka była?
- To… pełna ciepła i miłości osoba. Była między nami specyficzna więź…

Podobnie jak w przypadku moim i Xaviera, pozostali naukowcy byli rodzicami reszty dzieci na statku. Mieli mamę i tatę, którzy się nimi opiekowali, a ja…

Kiedyś zebrałem się na odwagę i spytałem Xaviera o to; akurat była ku temu dobra sposobność, bo już od jakiegoś czasu pracował nad systemami automatyzacji statku badawczego i okazało się, że mam do tego jakiś tam talent i zacząłem mu pomagać. Był dużo spokojniejszy gdy skupiał się na pracy i nawet dawało się z nim rozmawiać. Mimo to spodziewałem się wybuchowej reakcji i nie pomyliłem się: zaczął wykonywać gwałtowne gesty, dreptać nerwowo po korytarzu i prychać gniewnie.

- Adam, wiesz…Ta… osoba! Myślałem, że zależy jej na badaniach tak samo, jak mnie! Że jest gotowa na poświęcenia… A ona tylko chciała się wyrwać z Sopla, szczególnie teraz, gdy zaczęło przypływać tam więcej osób, bo podobno robi się niebezpiecznie… Kolejne wariactwa tej twojej matki! Adam, tyle jej dałem… Wolność… Wziąłem sobie od niej w zamian tylko jedną, małą rzecz… - Wycelował we mnie swój filamentowy palec w oskarżającym geście. - A ona w zamian mnie okradła i uciekła! Przynajmniej teraz mam oddaną sprawie grupę… - Znowu zaczął dreptać i mówić już tylko do siebie. - Chociaż nie wyglądają mi na przekonanych… Żeby oni też nie zaczęli czegoś planować za moimi plecami… No ale zbierasz to, co zasiejesz… - Zaczął mruczeć pod nosem i to był dla mnie sygnał, żeby dyskretnie się oddalić.

Dzień bombardowania pamiętam dokładnie, jak mogło być inaczej. Jedna z kobiet wpadła do mesy, gdzie wszyscy siedzieliśmy przy śniadaniu.

- Miasta wydały sygnały alarmowe, a potem wszystko ucichło! Musieli przejąć satelity!
- Nie mamy łączności? Nie możemy nikogo powiadomić?! - Xavier wstał gwałtownie od stołu.
- Nie, komunikacja satelitarna kompletnie padła.

Wszyscy dorośli mocno się zaniepokoili. My, grupa pięcio- i sześciolatków, mocno się wystraszyła na ten widok. Rodzice zaczęli tulić swoje dzieci. Ja stałem na uboczu i obserwowałem Xaviera. Uśmiechał się w zamyśleniu.

Jakiś czas potem znaleźliśmy się w zasięgu radiowym kilku małych statków, od których dowiedzieliśmy się o apokaliptycznej skali zniszczeń. Przetrwał tylko Sopel, a ludzie, którzy tam wcześniej uciekli przeczuwając, co może się stać, byli w stanie się obronić przed kilkoma falami dronów. Wszyscy, którzy ocaleli, właśnie tam się kierowali.

Niewiele z tego rozumiałem - na statku zawsze mówiono, że musimy być na otwartych wodach i unikać portów, chyba że w “sytuacji ekstremalnej”, a teraz płynęliśmy w środku małej floty różnorakich łodzi i statków prosto na Sopel. Choć nasz statek badawczy był duży, nie przyjmowaliśmy nikogo, tłumacząc to “potencjalnym zagrożeniem bakteriologicznym”.

Nasza grupka miała siedzieć pod pokładem i nie wychodzić pod żadnym pozorem, podczas gdy dorośli mieli załatwić wszystkie sprawy. Wiem tylko, że w końcu się zatrzymaliśmy, pewnie to właśnie była przystań Sopla.

W środku nocy obudziły nas wibracje turbin i nasz statek zaczął się gwałtownie poruszać. Wstaliśmy, chcąc spotkać się z dorosłymi, ale w sterowni był tylko Xavier.

- Maaa…? - Spytała rozespana Kate, mając na myśli swoją mamę.

Xavier odwrócił się do nas gwałtownie.

- Ach… Słuchajcie, wasi rodzice muszą zostać na Soplu przez jakiś czas. Ja będę się wami opiekował… - Uśmiechnął się dziko i popatrzył na mnie. - Adam, posłuchaj: dowiedziałem się, że widziano w okolicy twoją mamę. Mniej więcej wiem, w którym kierunku odpłynęła i mamy szansę ją dogonić - jego głos nawet nie próbował ukryć satysfakcji. - Zbierze to, co zasiała…

W tej chwili jedynym dorosłym na naszym statku badawczym był Xavier.

Wpłynęliśmy na plamę czarnego filamentu, która teraz rozciągała się gdzie okiem sięgnąć. To była nasza nowa rzeczywistość. Turbiny rzęziły, ale Xavier popracował pół dnia w maszynowni i zaczęliśmy płynąć z zauważalnie większą prędkością. Gdy był zajęty czymś innym, to większość systemów pracowała automatycznie, dzięki ulepszeniom, nad którymi regularnie pracował, z moją nieznaczną pomocą.

- Chodźcie - nad ranem Xavier wyprowadził nas na pokład. Pociągnął mnie za rękę i zaciągnął na dziób. - Adam, zobacz.

Widziałem w oddali dymiący, nieruchomy kształt.

- Adam, zaraz spotkasz się z mamusią.

Podpłynęliśmy bliżej do statku-laboratorium, mniejszego od naszego, którego najbardziej charakterystyczną cechą była olbrzymia talerzowa antena.

- Myślę, że da się to naprawić - mruczał mój ojciec pod nosem. Powoli redukowaliśmy prędkość, Xavier kontrolował systemy naszego statku swoim tabletem. Głośny, pojedynczy dźwięk syreny przeszył powietrze i nasze bębenki.

Po chwili na pokładzie mniejszego, unieruchomionego statku pojawiła się wysoka postać, uzbrojona w harpun i lornetkę. Spojrzała na nas i z zaskoczenia upuściła swoją broń. Xavier pomachał nad głową swoim tabletem i wskazał na wielki talerz anteny. Postać szybko weszła do wnętrza i po chwili wróciła, tym razem niosąc podobne urządzenie. Przyłożyła je sobie do ucha.

- Oddaj statek. Nie masz gdzie uciekać.
- Jamais.
- Wiem, jak potrafisz być uparta, dlatego patrz uważnie.

Xavier jedną ręką bez wysiłku podniósł jednego z chłopców i wyrzucił go za burtę, gdzie natychmiast pochłonęły go czarne fale. Potem podniósł mnie.

- Patrzysz uważnie? To twój syn.
- Toi…! Quoi? Et pourtant… Tu l’as fait… 

Kobieta upuściła tablet i lornetkę, po czym powoli osunęła się na pokład, jakby w jednej chwili opuściły ją wszystkie siły.

Xavier postawił mnie na pokładzie.

- Adam, bo widzisz, ja ją znam - zaczął mi spokojnie tłumaczyć. - Inaczej by nie posłuchała. To było racjonalne. - Pokiwał z przekonaniem głową. Podobnie jak reszta dzieci, byłem zbyt przerażony, by cokolwiek zrobić.

Naprawa uszkodzeń i modyfikacja turbin nie zajęła Xavierowi wiele czasu, choć ja nie byłem w stanie dużo mu pomóc. W końcu to był jego dawny statek: pływające laboratorium połączone z salą operacyjną, gdzie w szklanych szafkach umieszczone były czarne protezy kończyn.

- No ładne cacko! - Skomentował. - Okradła nie tylko mnie, ale i laboratorium Sopla… O, a co to? - Otworzył czarną skrzynkę, z której wyjął jakiś czarny, workowaty kształt z rurkami. - Proteza… organu, i to właśnie takiego? Przecież to bez sensu… Adam, ta twoja matka jest szalona. - Znowu pokiwał do siebie głową z przekonaniem i w zamyśleniu odłożył dziwny obiekt do skrzyni. - Chociaż… Pomysł wart rozważenia.

Xavier dał sobie pełną kontrolę nad statkami. Połączone były grubą liną i sznurową drabinką, ale niczym więcej. Mistral, moja matka, w co nadal trudno było mi uwierzyć, nadal niespecjalnie reagowała na bodźce, więc Xavier po prostu bezceremonialnie wziął ją pod pachę, a mnie pociągnął za rękę. Reszta dzieci została pozostawiona samym sobie.

Zamknął nas oboje w kajucie.

- Dogadajcie się - polecił. Zbliżył swoją twarz do mojej i popatrzył mi prosto w oczy. - Adam, uważaj na nią. Jest przebiegła. - Pokiwał głową, cały czas patrząc na mnie, jakby upewniając się, że rozumiem.

Zostawił nas samych. Pomachałem ręką przed oczami Mistral, zareagowała.

- Fils...? Mon...? 
- Nie rozumiem…
- Syn… - W jej oczach pojawiły się iskry, których wcześniej tam nie było. Gwałtownie uścisnęła mnie, aż zatrzeszczały mi kości.

Mistral zajęła się opieką nad nami, podczas gdy Xaviera pochłonęła praca w laboratorium, które miał teraz tylko dla siebie i nie pozwalał nikomu tam wchodzić, choć Mistral go od czasu do czasu o to prosiła.

Pilnowała, żebyśmy siedzieli na lekcjach, przestrzegała czasu naszych posiłków, toalety, snu. Karmiła te dzieci, które miały z tym problem. Największą uwagę skupiała na mnie, uważnie mnie obserwując i często przytulając, jakby upewniając się, że jestem prawdziwy. Xavier i Mistral taktycznie się unikali, choć mój ojciec od czasu do czasu wypytywał mnie o nią: czy robi coś dziwnego, czy mnie do czegoś namawia. Nic takiego nie miało miejsca.

Poza tymi dyskretnymi sesjami pytań wydawało się, że dogadują się bardzo dobrze, choć Mistral mówiła głównie w swoim języku, a Xavier po naszemu; zresztą to właśnie w tamtym czasie podchwyciłem odrobinę jej mowy. Ale najwyraźniej dzielili wspólną pasję, bo potrafili gadać godzinami, żywo gestykulując. To, co co ich dzieliło, wydawało się odchodzić w przeszłość.
Do czasu, aż pewnej nocy obudziło mnie szarpnięcie. Moja matka nawet nie zadała sobie trudu, by mnie przebrać - po prostu wyciągnęła mnie za rękę z łóżka, spiesząc się. Drugi chłopiec też się obudził i zaczął iść za nami. Mistral w drugiej ręce trzymała tablet kontrolny, który jakoś musiała wykraść Xavierowi.

- Vite! - Ponaglała.
 

Cała nasza trójka wyszła na pokład. W szarówce nocy Mistral ciągnęła mnie ku drabince sznurowej, która stanowiła przejście między statkami, cały czas płynącymi równolegle do siebie. Właśnie mnie podnosiła nad burtę, gdy dostrzegła drugiego chłopca.

- Quoi…? Va-t'en!

Chłopiec nie rozumiał, że go odgania, albo po prostu mu nie zależało; wszyscy dalej byliśmy przestraszeni ostatnimi zdarzeniami mimo opieki Mistral. Ostatecznie ta przerzuciła swoje długie nogi przez burtę i zaczęła schodzić, co chwilę patrząc w górę i sprawdzając, czy idę za nią. W końcu oboje staliśmy na pokładzie mniejszego statku, a Mistral zaczęła operować tabletem, próbując zmienić kurs. Widziałem, jak drugi chłopiec mozolnie wspinał się na burtę, ale w tym momencie coś podniosło go do góry. Był to oczywiście Xavier, który spokojnie patrzył na nas i trzymał szamoczące się dziecko.

- Nigdy ci do końca nie zaufałem. - Patrzyliśmy oboje w przerażeniu. - Ukradłaś mi statek, a teraz jeszcze chcesz ukraść mi syna, co?!

Spokojnie postawił chłopca na pokładzie, wyciągnął przed siebie lewe ramię, dotknął go prawą ręką, jakby naciskał jakieś przyciski i… otworzył małą skrytkę w protezie, o której istnieniu do tej pory nie miałem pojęcia. Wyjął z niej małe, prostokątne urządzenie, które skierował na tablet. Ekran zaczął emitować czerwone, alarmowe światło, które oświetlało twarz przestraszonej Mistral.

- Ne lui faites pas de mal. 
- Nie mam takiego zamiaru, Adam nie jest niczemu winien. Synu, wracaj na pokład, twoja mama dołączy później.

Przerzucił wysoką, chudą Mistral przez burtę bez większego wysiłku i trzymał nad sobą, po czym zarzucił ją sobie na ramię jak worek.

- Muszę skorygować pewne założenia. Masz szczęście, że jestem racjonalny.

Mistral dołączyła do nas w mesie następnego dnia, chodząc o kulach, wlokąc sparaliżowaną nogę; miała też gruby opatrunek wokół kostki. Jak teraz o tym myślę, to Xavier musiał jej uszkodzić kręgosłup (colonne vertébrale), złamać kostkę (cheville) i podać płyn zrostowy bez prawidłowego nastawienia kości, tak więc od tamtego dnia ledwo mogła chodzić. To znaczy do czasu, gdy miała jeszcze stopy.

- … Tak więc to były miłe chwile, nie mam na co narzekać. Tak jak mówiłem, pływaliśmy po oceanie, rodzice prowadzili swoje badania, reszta personelu statku opiekowała się nami, niczego nam nie brakowało. W porównaniu do naszych kolegów na Soplu czy na statkach to było beztroskie dzieciństwo…
- To miło… To wszystko usłyszeć… Dziękuję, że… mi to wreszcie opowiadasz…
- Nie ma sprawy.
- A te inne dzieci… Była was szóstka… Dogadywaliście się jakoś…?
- Raczej tak, nie pamiętam tego tak dobrze, bo to było lata temu, ale tworzyliśmy raczej zgraną grupę…

Drugi chłopiec i dwie dziewczynki zaczęły mnie nienawidzić, bo dorośli poświęcali mi najwięcej uwagi, zostawiając ich z własnymi problemami. Poza tym coraz bardziej bali się Xaviera, który stał się bardziej wybuchowy i nikt nie zapomniał widoku chłopca pochłoniętego przez czarne fale. Wprawdzie po przetrąceniu kostki Mistral nikogo od tego czasu nie skrzywdził, ale zdecydowanie sprawiał wrażenie, że może to zrobić w każdej chwili. Wtedy tego nie rozumiałem, ale też separowałem się od nich. Wyjątkiem była Kate: patrząc na to z dzisiejszej perspektywy nie mam pojęcia ile było w tym szczerości, a ile wyrachowania, ale to już nie ma żadnego znaczenia.

Kolejna zmiana przyszła po dopłynięciu do szczątków laboratorium.

Turbiny naszego statku ledwo były w stanie poradzić sobie ze szczególnie gęstą mazią w tym miejscu - to było gdzieś w okolicach równika, sam środek oceanu. Xavier popracował trochę nad ustawieniami reaktora i byliśmy w stanie przemierzyć również i ten obszar, wpływając tam, gdzie nikogo od dłuższego czasu już na pewno nie było.

W oddali zobaczyliśmy błyszczące, kołyszące się na powierzchni fragmenty i oboje moich rodziców natychmiast zapłonęło ciekawością. Po podpłynięciu bliżej okazało się, że były to fragmenty jakiejś potężnej szklanej kopuły, zbudowanej z heksagonalnych kawałków połączonych grubą ramą z czarnego metalu. Coś tę kopułę rozsadziło, wraz z instalacją, która się pod nią znajdowała, i rozrzuciło na dość dużym obszarze. Xavier spekulował, że prawdopodobnie nie był to tungstenowy pręt, ale nie miał co do tego pewności. Wiele kawałków, niektóre całkiem sporej wielkości, nie zatonęło do końca i unosiło się smętnie na powierzchni. Mistral, która właśnie dokuśtykała na dziób, ujęła zawieszoną na szyi lornetkę i zaczęła się rozglądać.

- Là! - Wskazała energicznie. Na powierzchni unosiło się kilka małych kontenerów, wyglądających na starannie zapieczętowane. Czarna maź nie pochłonęła ich jeszcze do reszty, choć jej żyły już powoli pięły się ku wierzchom pojemników. Xavier natychmiast podjął decyzję o wyciągnięciu ich.

Było z tym trochę problemów, ale ostatecznie udało się zaczepić małym kontenerom haki z pokładu mniejszego statku, bo tak było łatwiej. Silne ręce Xaviera wyciągnęły pudła na pokład, zresztą kontenery nie były jakieś bardzo ciężkie; pewnie dlatego jeszcze nie zatonęły. Pamiętam, że ja i drugi chłopiec odczepialiśmy haki i odwiązywaliśmy liny.

Gdy skończyliśmy, mój ojciec zaczął uważnie przyglądać się plombom na drzwiczkach, podczas gdy Mistral z dwoma dziewczynkami trzymały się z tyłu. Kate natomiast podeszła do mnie i chwyciła mnie za rękę w oczekiwaniu.

W końcu, zniecierpliwiony, po prostu szarpnął za drzwiczki, zrywając wszystkie plomby naraz i niszcząc mechanizm zamykający. Z wnętrza wypadło na pokład przezroczyste pudło z grubym dnem, natychmiast pojawiły się na nim pęknięcia i kawałek przezroczystej ścianki odpadł. Urządzenie zaczęło syczeć i wibrować, a wewnątrz pudła zaczęły pojawiać się niebieskie łuki elektryczne; wszyscy mimowolnie odsunęliśmy się. Ich wiązki skoncentrowały się w jedną i wystrzeliły, trafiając drugiego chłopca w lewy bark.

Gdy dym opadł, zobaczyliśmy, że leży na pokładzie, desperacko próbując złapać powietrze w płuca, których już nie miał. W miejscu jego klatki piersiowej znajdowała się bezkształtna masa czarnego filamentu, która pojawiła się tam znikąd. Zastąpiła większość płuc oraz serce - jego twarz poszarzała, przestał desperacko oddychać, nie ruszał się już i byłem pewien, że umarł. Byłem sparaliżowany ze strachu, ale równocześnie idealnie świadomy tego, co się naokoło mnie dzieje: Xavier, przyglądający się w zamyśleniu to zwłokom, to uszkodzonemu urządzeniu. Kate mocno ściskająca moją rękę. Szlochające dwie pozostałe dziewczynki, uczepione nóg Mistral. I wreszcie ona, moja matka, doskonale pamiętam wyraz jej twarzy: ona patrzyła z zafascynowaniem.

Xavier i Mistral nakryli zwłoki kocem i kontynuowali otwieranie pudeł już bez naszego udziału. Widziałem tylko, że po oczyszczeniu z mazi na ich powierzchni były ostrzeżenia i instrukcje jak się z nimi obchodzić. Było tam jeszcze kilka szklanych akwariów, takich samych jak to uszkodzone. Miałem też okazję zobaczyć, jak wyciągany jest duży sarkofag, pusty w środku - po jego otworzeniu ukazała się pusta forma w kształcie człowieka, której przeznaczenia na razie nie rozumieliśmy. Z kolejnego, identycznego sarkofagu po otworzeniu wylał się gęsty filament oraz… okrwawione kawałki małego, ludzkiego ciała. Klatka piersiowa i fragment ramienia martwego chłopca.

Moi rodzice rzucili się do badania nowych zabawek, niemal kompletnie o nas zapominając; od tej pory dwie dziewczynki trzymały się razem, siedząc w kącie i szlochając, nie reagowały na nasze próby zagadywania do nich. Ja i Kate zostaliśmy pozostawieni samym sobie.


- Parę razy… - Mruczała senne Eve. - Wspomniałeś o tej Kate. Czy wy… - Zamknęła oczy i powoli ruszała głową na boki. - Byliście, no wiesz…
- Nie, to była po prostu koleżanka. Ją zapamiętałem ze wszystkich dzieci najmocniej, bo… Często przydzielano nam pracę nad tym samym zadaniem, tak właśnie było. I tyle.

Od tamtego dnia Kate i ja spaliśmy w jednej koi; po prostu wchodziła do niej, przytulała się do mnie i zasypialiśmy. Byliśmy dzieciakami, więc było wystarczająco miejsca dla nas obojga. Pozostałe dwie dziewczynki wpadły w jakiś letarg, w końcu przestały jeść i pić. Zawiadomiliśmy pochłoniętego badaniami Xaviera, który zamyślił się, podrapał filamentową ręką po brodzie i powiedział, że “musiało do tego dojść” i że “nawet takie defekty się przydadzą”. Wieczorem obu dziewczynek już nie było i nigdy ich już nie zobaczyliśmy, nie wiedziałem co się z nimi stało. Tak naprawdę to w głębi serca czułem ulgę, że już ich nie ma - nie lubiliśmy się, stały się obciążeniem, a teraz był spokój. Kolejna z wielu, naprawdę wielu rzeczy, za które nienawidzę siebie z tamtych czasów.

Jeśli miałbym wskazać jakiś dobry moment mojego dzieciństwa, to byłby to właśnie ten: biegaliśmy z Kate po pokładzie korzystając z gorącego, równikowego słońca, bawiliśmy się, nie uczyliśmy w ogóle. I nie rozumieliśmy jeszcze co zachodzi między nami, ale powoli zaczynaliśmy się domyślać. Nie jestem w stanie określić, jak długo to trwało.

Nasza czwórka siadała tylko do wspólnych posiłków, podczas których nie rozmawialiśmy za wiele, bo każdemu się spieszyło do swoich zajęć (lub, mówiąc precyzyjniej, zabaw). Mistral sprawdzała tylko, czy zjedliśmy wszystko i czy jesteśmy umyci, czasem pomagając Kate w ubraniu się, choć z tego co widziałem, nigdy nie miała z tym problemów. Jednak wszystko co dobre, zawsze się kończy - w tym przypadku skończyło się w dniu testu.

- Allez! - Zachęcała Mistral i kuśtykała powoli w stronę największego laboratorium, w którym pracowali nad czymś intensywnie z Xavierem.

W końcu weszliśmy tam, a Kate mocno ściskała mnie za rękę. Nie dziwiłem się, bo też nie byłem pewien, co nas czeka, choć może to po prostu moje wspomnienia tamtej chwili zniekształcają to, jak było naprawdę. Mistral bardzo ostrożnie usiadła na krześle obok szklanego pudła, o które oparła też kule. 

Oddychała ciężko.

- Commençons.

Xavier pokiwał głową i podszedł do ekranu sterowania, uważnie obserwowany przez Mistral. Uruchomił szklane pudło, w którym zaczęły się formować łuki elektryczne.

- Adam, teraz patrz uważnie… - Mruknął Xavier, skupiony na urządzeniu. - Dzięki temu możemy nie tylko formować protezy z mikroskopijnych cząstek filamentu na podstawie zaprogramowanych modeli, możemy je też kalibrować… Urządzenie pobierało wzorce z rzeczywistych części ciała, umieszczanych w tym sarkofagu - wskazał kciukiem na duży obiekt przy ścianie.

Kate pokazała na sarkofag i jęknęła pytająco. Xavier aż się zdziwił, że jest tym zainteresowana; wydawało mi się, że niespecjalnie zwracał na nią uwagę, podobnie jak na resztę dzieci, które były wcześniej na statku - oprócz mnie rzecz jasna.

- No proszę, może coś z ciebie jeszcze będzie… - Wymruczał pod nosem, podszedł do sarkofagu i otworzył go z zamiarem opowiedzenia nam jak działa i po co w ogóle jest.
- Kate! Teraz! - Wykrzyczała Mistral, pamiętam to jak dziś. Kate rzuciła się do ekranu sterującego, wyjęła z kieszeni mały nośnik danych i wcisnęła go w slot. Kątem oka dostrzegłem, że Mistral chwyciła jedną z kul i precyzyjnie wybiła nią mały, okrągły otwór w ścianie szklanego pudła. Przyłożyła do otworu lewą rękę.

Zaskoczony Xavier nie zdążył nawet zareagować. Program z nośnika wyrzucił na ekran ściany przesuwającego się błyskawicznie tekstu. W szklanym pudle uformowała się chmura czarnego filamentu, przecinana niebieskimi łukami elektrycznymi. Po chwili całość wystrzeliła i trafiła Mistral w dłoń, eksplodując w chmurze szarego pyłu.

Gdy chmura się rozwiała, ujrzałem Mistral z uniesioną ku górze lewą ręką. Kończyna zmieniała kształt na moich oczach, z masywnej i męskiej stawała się cieńsza i dłuższa, dostosowując się do sylwetki Mistral. Spojrzałem na Xaviera, leżącego u stóp sarkofagu. Jego lewa proteza zniknęła, a na podłodze obok powoli sączyła się krew z ruszającej się jeszcze ręki Mistral.

Ale to był dopiero początek. Mistral ściągnęła koszulę, podniosła się o kulach i przyłożyła plecy do otworu urządzenia: sterowane jej programem łuki elektryczne uformowały kolejny promień i uderzyły z jeszcze większą siłą. Na plecach Mistral zaczął formować się zewnętrzny kręgosłup, który zaczął wpijać się w jej ciało. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś krzyczał bardziej przeraźliwie niż wtedy ona. Wszystkie ścięgna naprężyły się do granic wytrzymałości, łącznie z nogą, która była do tej pory bezwładna.
Podejrzewam, że to właśnie wtedy Mistral zmieniła się bezpowrotnie - szok z tak nagłej adaptacji egzoprotezy kręgosłupa, której nigdzie indziej nie widziałem, był zbyt wielki. A to był dopiero początek.

Urządzenie zaczęło wariować, ekran pulsował na czerwono. Łuki elektryczne zaczęły formować się jeden po drugim i uderzać przez otwór prosto w ciało Mistral. Z szarych chmur formowały się dodatkowe ręce i dodatkowe nogi, które wpijały się w jej ciało natychmiast i przyłączały do egzokręgosłupa. Nie pamiętam jak długo trwał ten groteskowy spektakl, ale w końcu ustał. Gdy szary, filamentowy dym rozwiał się, Mistral stała prosto na swoich licznych kończynach, nawet nie wiem dokładnie ilu. Siedem albo osiem rąk zwisało bezwładnie, ale po chwili aktywowało się i cała groteskowa sylwetka obudziła się do życia.

- Mon fils! Où est mon fils? - Rozglądała się, ale jej wzrok nie zauważał ani mnie, ani Kate. 

Wyciągnęła sterownik ze skrytki w ramieniu Xaviera, teraz należącym już do niej. Trzy kolejne ramiona podniosły szklane pudło, teraz już nieaktywne.
- Je dois retrouver mon fils! - Rzuciła jeszcze i wyszła na pokład, a po chwili usłyszeliśmy odgłos turbin przecinających czarną maź. Mistral odpłynęła małym statkiem badawczym, zabierając ze sobą jedno z pudeł. Od tamtej pory nie spotkałem jej ani razu, opuściła nas; zobaczyłem ją dopiero na Inselhorn. Ale już wtedy docierało do mnie, że Mistral, jaką znałem, już nie istnieje.

Zapanowała cisza. Zerknąłem na Kate, która była skulona i trzęsła się ze strachu. Patrzyła nie na mnie, ale na Xaviera, który właśnie zaczął się podnosić.

- Ty… - Widziałem, że był wściekły. Znowu dał się oszukać Mistral, ale jej już tu nie było. Została tylko Kate.

Xavier powoli zaczął się podnosić, cały czas na nią patrząc.

- Nie! - Krzyknąłem.
- Adam, spokojnie. Jeszcze mi się przyda. Ale musimy sobie coś wyjaśnić. Jak zawsze powtarzam: zbierasz to, co zasiałeś… - Zaczął mruczeć do siebie pod nosem.

Zawlókł ją do swojej kajuty, podczas gdy ja musiałem posprzątać oderwane kończyny Mistral i zmyć jej krew, co zajęło mi nieskończenie długo.

- To musiało być… cudowne… - Mówiła słabym głosem Eve. - Mama, tata, inne dzieci, ich rodzice… Pływaliście sobie po całym oceanie, z dala od tego, co się działo tu, na Soplu… - Skrzywiła się, bo to musiało przywołać nieprzyjemne wspomnienia. Albo ból po prostu zaczął wygrywać.
- No tak, źle mi się nie działo… - Mruknąłem. - Trwało to przez dłuższy czas, nie wiem dokładnie jak długo… Hm… Trzymaliśmy się zazwyczaj cieplejszych regionów, ale był taki jeden dłuższy rejs na północ, nie wiem dokładnie po co, miałem wtedy jakieś dziesięć lub jedenaście lat, to była ciekawa wyprawa…

Plan dnia był tak monotonny, że wszystkie te miesiące, a może nawet i lata, zlały mi się w jedno. Wstawaliśmy podczas porannej szarówki i jedliśmy codziennie to samo śniadanie wyplute przez maszyny, jakie mieliśmy na statku. Siedzieliśmy w milczeniu, Kate przeważnie ze spuchniętą twarzą gapiła się w swój talerz, a ja drżałem, bojąc się cokolwiek zrobić by nie narazić się na gniew Xaviera. 

Potem kazał mi iść do jakiejś sekcji by sprawdzić tam automatykę i, jeśli była taka konieczność, dokonać niezbędnych napraw, a sam zabierał Kate do swojej kajuty, gdzie trzymał te nieznanego mi przeznaczenia aparaty, których nie wolno mi było zobaczyć. Po godzinach sprawdzania, naprawiania i sprzątania miałem iść do swojej kajuty, gdzie siedziałem sam przez parę godzin, do czasu kolacji. 

Korzystałem z czasu wolnego na różne sposoby: czytałem podręczniki techniczne, aby szybciej wykonywać swoje zadania i mieć więcej czasu wolnego, albo przeglądałem inne… mniej grzeczne rzeczy z zakresu biologii, bo takie też można było znaleźć w bazie danych. Zacząłem też robić w tajemnicy to, co zazwyczaj robią dojrzewający chłopcy w moim wieku. Pewnego wieczoru Xavier mnie jednak nakrył na tym procederze; zamyślił się na chwilę i w końcu kazał mi zbierać efekt końcowy mojej działalności do plastikowych pojemniczków i zostawiać je w chłodni. Za brak posłuszeństwa zagroził karą, której natury wolałem nie poznawać.

O ustalonej wieczorem porze Xavier ciągnął wymęczoną i wyraźnie obolałą Kate do stołu, gdzie znowu jedliśmy monotonny posiłek; wstydziłem się swojej słabości i nie byłem w stanie patrzeć na nią, bo nie mogłem jej w niczym pomóc. Nie miałem pojęcia co on jej robi i bałem się zapytać, a nie było okazji, bym mógł z nią dłużej porozmawiać. Prosty język migowy mówił tylko “BOLI”, podczas posiłków często trzymała się za dolną część brzucha.

Xavier był coraz bardziej sfrustrowany, nie radził sobie tak dobrze tylko jedną protezą i musiało go zżerać od środka to, że Mistral ponownie go oszukała. Nie wiem, czy wyładowywał swoją złość na Kate: nie miała żadnych widocznych siniaków, ale na pewno się go bała, może nawet bardziej niż ja. Był jak bomba gotowa wybuchnąć w każdej chwili i wolałem nie być tym, który ją odpali.

Naprawdę nie wiem jak długo to trwało, ale pewnego dnia dostrzegliśmy dryfującą żaglówkę - to był bardzo rzadki widok i mogłem się tylko domyślać, że jakiś żądny przygód ekscentryk wyruszył w rejs i zaskoczył go kataklizm z orbity. Przynajmniej była to jakaś odmiana od przygniatającej rutyny dnia: po zamknięciu Kate w jej kajucie Xavier zabrał mnie na żaglówkę, wspólnie wyrzuciliśmy wyschnięte zwłoki pasażerów za burtę i uruchomiliśmy na powrót automatykę.

W Xaviera wstąpiła nowa energia i wyraźnie miał jakiś plan: korzystając z narzędzi obaliliśmy maszt i zepchnęliśmy razem z poszarpanym żaglem w czarną otchłań; silniki zmieniły ekscentryczną żaglówkę w coś podobnego do kutra. Bez żadnych wyjaśnień Xavier skierował oba statki na północ.


Rejs trwał dość długo i znowu nie jestem w stanie określić ile dokładnie. Zaczęło się robić zimno i praca na pokładzie wymagała już ciepłych ubrań. W końcu jednak się zatrzymaliśmy na środku czarnej mazi, bez żadnego lądu ani żadnego obiektu na horyzoncie.

Xavier narzucił na siebie długi płaszcz skrywający jego sylwetkę. Zamknął mnie i Kate w osobnych kajutach, gdzie uprzednio wrzucił kartony z suchymi racjami; był to zapas na co najmniej tydzień. Zmierzył mnie jeszcze na odchodne wzrokiem, po czym odwrócił się i zaryglował drzwi kajuty. Po jakimś czasie dało się słyszeć warkot silnika przerobionej żaglówki.

Dni nieobecności Xaviera dłużyły się niesamowicie. Próbowałem się komunikować z Kate, stukać w ściany i walić pięściami w drzwi, w odpowiedzi słysząc podobne odgłosy, ale to było za mało, by się porozumieć. Mogłem do niej krzyczeć, ale co miałem jej powiedzieć? Że Xavier już niedługo wróci? Lepiej nie. Czekając na niego głównie leżałem, okazyjnie robiąc inne rzeczy.

Zapasów zaczęło być niebezpiecznie mało, ale w końcu pewnego ranka usłyszałem zbliżający się znajomy warkot silnika, który sam pomagałem instalować. Wkrótce potem usłyszałem kroki, głuchy odgłos jakichś plastikowych pudeł stawianych pod drzwiami i szczęk otwieranego zamka.
Xavier kolanem otworzył drzwi, dalej w tym swoim czarnym płaszczu. W obu rękach trzymał plastikowe, czerwone pojemniki - wiedziałem, że w środku jest lód i służą do transportowania delikatnych substancji… lub organów.

Ale najważniejszą rzeczą było to, że teraz Xavier miał obie ręce. Zauważył gdzie patrzę i wyciągnął swoją nową protezę przed siebie, uśmiechając się dziko. Był jak naelektryzowany, pełen groźnej energii, gotów rozerwać cię wpół jeśli staniesz mu na drodze. 

- Adamie…! - Zaczął.
- Tato… - Wskazałem na jego twarz. - Te brązowe plamy…

Xavier dotknął swoich policzków, zaczął skrobać je palcami. Obejrzał ślady.

- Ach, to nic ważnego. Szczegóły. Zaschnięta krew. - Odwrócił się do pojemników. - Mam mnóstwo ciekawego materiału do badań… Szkoda czasu! - Ruszył raźnym krokiem do kajuty, w której zamknięta była Kate.

Ruszyłem ostrożnie za nim, nie wiedząc czego się spodziewać - zachowywał się wyraźnie inaczej niż przed swoją wyprawą.

- Adamie, chodź szybko! - Zawołał głosem, w którym ekscytacja mieszała się z pośpiechem. - Przynieś bandaże, ona próbowała się zabić.

Na dźwięk silnika Kate próbowała rozszarpać sobie żyły; wielkiej krzywdy nie była w stanie sobie zrobić, mimo to spędziła potem parę dni w łóżku patrząc tępo w sufit. Potem wszystko wróciło do znanej codzienności, choć dzika energia Xaviera nie wyczerpywała się. Podjął decyzję, że na noc Kate będzie wiązana do łóżka pasami, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Miałem też stać pod drzwiami łazienki żeby szybko zareagować na wypadek, gdyby znowu czegoś próbowała.

Xavier poświęcał jej mniej czasu i nie wlókł jej już codziennie do swojej kajuty-laboratorium, przez co wyrwała się ze swojego bliskiego katatonii stanu i przez jakiś czas znowu było trochę lepiej. Spędzaliśmy więcej czasu razem, ból zadawany jej przez Xaviera nie był już tak częsty, choć tylko spuszczała głowę gdy ostrożnie próbowałem pytać co tak naprawdę się tam dzieje. Pisała dużo lepiej na tablecie, łaskawie zwróconym jej przez Xaviera, a nasz prymitywny język migowy nieco się rozwinął. Zacząłem patrzeć na nią w nieco inny sposób, szczególnie że zaczęły jej teraz rosnąć piersi. Miałem ochotę ją dotykać, ale powstrzymywałem się w obawie, że znowu się przestraszy. Poprzestaliśmy na tym, że pomagała mi w naprawach, podając narzędzia i wykonując inne drobne prace. I tak znowu minął czas jakiś, prawdopodobnie kilka lat; mniej widzieliśmy Xaviera, pochłoniętego pracą nad tym, co przywiózł ze sobą, i nawet nie było tak źle… Przynajmniej do czasu, gdy Kate zaczęła po raz pierwszy krwawić.


- Czy bycie nastolatkiem na statku… No wiesz… - Mruczała Eve. Wyraźnie ją coś niepokoiło w temacie Kate.
- No dobrze… Powiem ci tak: porządnie nas wychowano. Może i były jakieś społeczności czy grupy, które próbowały, nie wiem, innych norm społecznych, delikatnie mówiąc, ale to nie u nas. Wszystko było, nie wiem, normalnie. Tradycyjnie. Zapewniam cię.

Eve odetchnęła i nieco się rozluźniła; nawet nie zauważyłem, że była nieco spięta.

Pewnego dnia Xavier bezceremonialnie chwycił mnie za rękę, odrywając od pracy nad automatycznym systemem gaśniczym, i zawlókł do jednej z nieużywanych kajut. Kate leżała przywiązana pasami do łóżka, blada, wyraźnie nafaszerowana jakimiś lekami. Powoli kiwała głową na boki. Była naga od pasa w dół.

- Adam. - Xavier klepnął mnie w plecy. - Wiesz co masz robić.

Popatrzyłem na niego nierozumiejącym wzrokiem.

- Co?

Xavier westchnął zniecierpliwiony.

- Adam! Czego tu nie rozumiesz? Wskazał na Kate. - Naturalne zapłodnienie. Naturalna ciąża. Zaraz ściągnę jej pasy…
- Co? Ale ja…?!
- Żadne “ale”. Adam… Po tysiącach, dziesiątkach tysięcy prób nie jestem w stanie powtórzyć wyniku… - Wskazał dłonią na mnie. - Nie mam pojęcia dlaczego. Mogę albo polegać na szczęściu, czyli też układzie czynników, które są poza moją kontrolą, albo spróbować innych metod. Wybieram to drugie.

Przyjrzał się Kate.

- Chyba potrzebne będzie nawilżenie… - Zamyślił się. - I jak, gotowy?

Byłem sparaliżowany ze strachu, nie byłem w stanie nic powiedzieć. Nie byłem w stanie zareagować na to, czego on ode mnie wymaga. Prawdopodobnie płakałem, nie pamiętam dokładnie.

Xavier spojrzał na mnie z rozczarowaniem.

- Adam, przydaj się na coś w końcu… No dobrze. Posiedź tu chwilę.

Narzucił cienki koc na Kate i wyszedł, ryglując za sobą drzwi.

Siedziałem pod ścianą, spoglądając co jakiś czas na Kate, która chyba zaczęła się przebudzać ze swojego letargu. Kątem oka widziałem, że wpatruje się we mnie coraz intensywniej. Zaczęła ostrożnie szarpać za pasy i jęczeć, wyraźnie pokazując, żebym ją uwolnił.

Bałem się wykonać jakikolwiek ruch; wiedziałem, że Xavier może wrócić w każdym momencie, ba! może nas teraz obserwować. Nie, nie mogłem teraz nic zrobić.

Ukryłem głowę w kolanach, zakryłem dłońmi uszy.

Musiałem zasnąć, bo ocknąłem się na dźwięk szczęku rygla. W drzwiach stał Xavier, znowu pełen tej swojej dzikiej energii. Trzymał w ręku małą medyczną teczkę.

- Adam, ja naprawdę potrzebuję rezultatów, a dzisiaj jest odpowiedni dzień cyklu. - Zaczął odpinać pasy Kate, która była zesztywniała ze strachu. - A teraz…

Spojrzał na mnie. Zacząłem się cofać.

- Adam, daj mi swoje ramię. - Chwycił mnie mocno żelaznym uściskiem. W drugiej ręce trzymał już iniektor. - Ta mieszanka powinna dać właściwy efekt, ale dla pewności… - Jednym, gwałtownym ruchem ściągnął przepoconą koszulę Kate, odsłaniając jej chude ciało. Odwróciłem ze wstydu wzrok, a Kate skuliła się na łóżku, próbując zakryć się kocem. Xavier wyrwał jej go z rąk. - Czekam na rezultaty.

Zaryglował za sobą drzwi.

Dalej siedziałem w tym samym miejscu, gdzie byłem. Teraz jednak czułem, że moje serce bije szybciej i robi mi się gorąco. Krew zaczęła buzować, głowa stała się lekka. Zacząłem dyszeć i rozglądać się nerwowo. Przerażona Kate próbowała wcisnąć się w kąt, w który wciśnięte było łóżko.

Wstałem. Nie byłem w stanie jasno myśleć, krew pulsowała. Zacząłem lekko drżeć. Nie mogłem oderwać wzroku od Kate, wszystko inne przestało się liczyć. Wywołana wstrzykniętą substancją żądza zawładnęła mną całkowicie.

Nigdy nikomu nie powiem czy miałem świadomość tego co robię, czy nie. Tego, co popełniłem później, też nie opowiedziałem nikomu i nigdy tego nie zrobię.


Kolejnych dni nie pamiętam za dobrze, dość długo dochodziłem do siebie po specyfiku podanym mi przez Xaviera. Mój umysł był jak we mgle, ale w końcu nagle odzyskałem pełną przytomność. Leżałem na łóżku, byłem podpięty do kilku kroplówek.

- Ciekawe efekty uboczne - rzucił do mnie Xavier, który pracował przy stole obok. Musiał mnie obserwować. Mi zaczęło się przypominać, co działo się przedtem.

O nie.

- Kate…? - Zapytałem niepewnie.
- Adam, dobrze że pytasz! Poszło świetnie! Mamy zapłodnienie! Teraz wystarczy tylko…
- Jak ona się czuje…?
- Ciężko ją ustabilizować, nad tym teraz właśnie pracuję. Wiesz, potrzeba równowagi, żeby nie zabić matki ani płodu, mogą być konieczne specjalne zabiegi, a i ona nam w tym nie pomaga, ale mamy dużo opcji…

Teraz mówił już bardziej do siebie niż do mnie, nie chciałem tego słuchać. Osunąłem się na łóżko i leżałem bezwładnie nie wiem jak długo.

Powoli wracałem do życia, snułem się po statku, wróciłem do sprawdzania systemów i dokonywania napraw, udając, że nic się nie stało. Powoli odsuwałem od siebie poczucie winy, usprawiedliwiając się, że to przecież wina Xaviera, nie moja. Co ja mogłem poradzić? Udusiłby mnie jedną ręką, gdybym spróbował się postawić. Tak, lepiej wrócić do swoich zajęć. Wszystko będzie dobrze.

Kate była zamknięta w jego kajucie i od tamtego potwornego dnia jej nie widziałem. Wstyd mi było to przyznać przed samym sobą, ale cieszyłem się z tego. Nie było to moim zmartwieniem. Mogłem poruszać się po całym statku za wyjątkiem kajuty Xaviera i pasowało mi to.


Oczywistym było, że nie mogło to trwać wiecznie.

- Adam, musisz coś zobaczyć - Xavier wezwał mnie głosem nie znoszącym sprzeciwu. Stracił gdzieś swoją dzikość, wręcz przeciwnie: był wyraźnie przygaszony.

Poczłapałem za nim jak na ścięcie, domyślając się, co zaraz zobaczę.

- Chodzi o Kate. Niestety nawet ten płód nie rozwija się tak, jak powinien. Uznałem, że powinieneś o tym wiedzieć, skoro brałeś udział w eksperymencie…

Poczułem niemal fizyczny ból na tamto wspomnienie.

Xavier otworzył na oścież drzwi swojej kajuty. Na widok wnętrza ugięły się pode mną nogi.

Kate, w jej obecnej postaci, była przypięta do pochylonego pionowo stołu. Xavier zmienił jej ręce i nogi w kikuty zakończone czarnym filamentem, zapewne za pomocą maszyny do zamiany kończyn. Między nogi miała wepchniętą grubą rurę, ale nie chciałem na to patrzeć. Pod jej powiększonymi piersiami widoczny był ciążowy brzuch, który… był przezroczysty, Xavier zmienił tam skórę w cienką błonę, przez którą było widać płód. Ten powoli się poruszał się w płynie owodniowym…

Płód otaczała pajęczyna czarnego filamentu: czarne nitki wżerały się w jego głowę, rączki i nóżki. Narosły wokół pępowiny, jakby próbując ją oderwać. Kate była nieprzytomna, jej klatka piersiowa unosiła się powoli.

- Adam, to była nasza ostatnia szansa. - Xavier zaczął cierpliwie tłumaczyć. - Ta metoda była ryzykowna i nienaukowa, ale musiałem zaryzykować… Na początku nawet miał kontrolę, musiałem tylko uspokoić matkę, która próbowała zrobić sobie krzywdę - wskazał na filamentowe kikuty.

Ja tylko patrzyłem tępo to na niego, to na groteskową postać na pochylonym stole, w którą nieodwracalnie zmieniona została Kate. W inny sposób nie byłem w stanie reagować na to, co mówi.

- Niestety nawet to się nie udało, później stracił kontrolę nad filamentem… Prawdopodobieństwo powtórzenia się idealnych warunków jest przyzerowe. Mogę tylko kontynuować badania na możliwie największej próbie, tak jak wcześniej, licząc, że w końcu się uda, ale to jest takie nieefektywne… - Zaczął mruczeć do siebie pod nosem, podpierając podbródek swoją czarną protezą.

Wpadłem w szał i rzuciłem się na niego, ale padłem od jednego ciosu i straciłem przytomność.

Obudziłem się w kajucie, w której doszło do zdarzenia z Mistral. Bolała mnie szczęka. Xavier coś majstrował przy urządzeniu do zamiany kończyn na filament, widziałem już ustawiony sarkofag.
Adam, zachowujesz się nieracjonalnie. - Powiedział, nie odrywając wzroku od ekranu. - Na szczęście metoda, którą zastosowałem na matce, okazała się bardzo pomocna. Zaczniemy od dominującej ręki…
Dopiero teraz zauważyłem, że moje prawe ramię jest w tym przeklętym akwarium. Zacząłem się szarpać, ale byłem - a jakże - przypięty pasami. Xavier miał w tym już sporo praktyki.

- Adam… Nie będzie bolało, jeśli tego się obawiasz. Zakończenia nerwowe będą potrzebowały trochę czasu by się przystosować, ale ktoś taki jak ty powinien sobie poradzić. Masz to po matce… - Westchnął ciężko i uruchomił program.

Jak zahipnotyzowany patrzyłem, jak w akwarium formują się łuki elektryczne. Jeden z nich uderzył w moją rękę, która zniknęła. Spojrzałem na sarkofag, gdzie zgodnie z przewidywaniami po chwili się pojawiła. 

I wtedy wydarzyło się coś, czego ani ja, ani najwyraźniej Xavier jeszcze nie widzieliśmy. We wnętrzu sarkofagu zaczęła się gromadzić czarna mgła, która po chwili uformowała humanoidalną postać. Jej prawa ręka jeszcze przed chwilą należała do mnie.

Humanoid powoli wyszedł z sarkofagu, rozejrzał się po pomieszczeniu. Podszedł do ściany kadłuba i zaczął przez nią przenikać, ale zatrzymała go moja ręka. Otworzył bulaj, przełożył przez niego moją rękę i w ten sposób opuścił statek. Xavier stał bez ruchu, kompletnie zaszokowany.

Moje prawe ramię zostało zastąpione przez filamentowy kikut. Nie powinno tak być. Nie może tak być.
W akwarium zostało jeszcze trochę filamentowej mgły. Zaczęła się koncentrować wokół kikuta i po chwili uformowała nowe, sprawne, filamentowe ramię. Poczułem, jak wielką mam teraz siłę.

Xavier zwrócił na mnie uwagę dopiero wtedy, gdy zniszczyłem szklane ściany akwarium i wyszarpałem pasy, które mnie trzymały. Zacząłem iść ku niemu.

- Adam… Przecież nie wgrałem tego modelu… - Popatrzył mi prosto w oczy. - Ty masz aż taką kontrolę… - Wpatrywał się w moje filamentowe ramię. Nie chciałem już go więcej słuchać.

Wyciągnął rękę w moją stronę, chyba w geście obrony. Chwyciłem ją, wykręciłem i oderwałem jednym szybkim ruchem, rozdzierając rękaw i filament.

- Adam, poczekaj…

Nie czekałem, zamiast tego chwyciłem go za gardło. Napędzała mnie wściekłość, jak nigdy wcześniej w życiu. Cała frustracja za wszystkie krzywdy, za lata życia w strachu, za własną niemoc właśnie się ze mnie wylewała. I wreszcie miałem narzędzie, by coś zmienić.

Podniosłem go kilka centymetrów do góry.

W tym momencie coś mnie tknęło, zawahałem się na chwilę.

Xavier chwycił moje nowe ramię swoją pozostałą ręką. Pojawiły się łuki elektryczne, a wyraz jego twarzy gwałtownie się zmienił. Zrelaksował się, uśmiechnął, jakby patrzył gdzieś w dal.

- Adam… Zostawią cię…  Widzę to. A więc jednak… Zbierzesz to, co zasiejesz... Niesamowite…

Cała dzikość, zimna i nieobecna maska na jego twarzy, zniknęły w tym jednym momencie, jakby w jednej chwili stał się kompletnie innym człowiekiem. Jakby właśnie osiągnął swój cel.

Nic z tego nie rozumiałem, wpatrywałem się tylko z coraz większą wściekłością i coraz mocniej zaciskałem dłoń na jego gardle. Coś, co mnie do tej pory hamowało, zniknęło. Przed oczami pojawił mi się obraz okaleczonej przez niego Kate.


Zmiażdżyłem Xavierowi gardło i odrzuciłem targane pośmiertnymi konwulsjami zwłoki. Pobiegłem do jego kajuty zobaczyć, co z Kate.

Nie dało się jej już uratować. Filamentowe żyły wniknęły zbyt głęboko w jej narządy i zniszczyły je, chyba nawet doktor Ryuuji nie byłby w stanie tego rozplątać. Płód też był ledwo żywy i jedyne, co mogłem zrobić, to wyłączyć aparaturę sztucznie podtrzymującą oboje przy życiu.

Snułem się jeszcze przez jakiś czas po pustym już statku badawczym, w końcu wyłączyłem systemy gaśnicze i roznieciłem pożary w kilku miejscach. Stałem na dziobie statku i ostatecznie skoczyłem w czarną maź, chcąc wreszcie zakończyć ten koszmar. Dopiero niedawno zrozumiałem, że najpewniej Omen przemieścił mnie gdzieś w pobliże tras patrolowanych przez ocalałe statki i okręty, dzięki czemu ktoś mnie znalazł. Nie wiem, czy była to od razu “Arka” czy może najpierw znalazł mnie ktoś inny; nie wiem kiedy i jak. Bardzo długo dochodziłem do siebie, byłem bardzo słaby; niewiele rozumiałem z tego, co się dzieje wokół mnie oprócz jednego: nie mogę za żadne skarby opowiedzieć o tym, co wydarzyło się na statku badawczym.


- … Tak więc eksplozja pary w maszynowni, w wyniku której straciłem rękę, była tylko zapowiedzią dalszych problemów. Na szczęście napotkaliśmy statek na którym byli lekarze, którzy założyli mi protezę, nie wiem, gdzie potem odpłynęli… Moi rodzice bardzo się cieszyli, że udało się to tak w miarę bezproblemowo załatwić, ale problemy z systemami na statku narastały i pewnej nocy zaskoczył nas pożar, który odciął mnie od reszty. Uciekłem szalupą, zostawiając ich… Nigdy o tym nikomu nie mówiłem, bo pierwsze czułem się okropnie zostawiając ich, po drugie ja byłem odpowiedzialny za systemy przeciwpożarowe… Mam nadzieję, że rozumiesz.
- Tak… Rozumiem… Dziękuję, że mi zaufałeś… Że wreszcie opowiedziałeś mi prawdę… - Powiedziawszy to, Eve wreszcie się rozluźniła, przestała kręcić głową na boki. Po chwili oddychała już miarowo.

Spała spokojnie, po raz pierwszy od bardzo bardzo długiego czasu.

Odchyliłem się na krześle, nagle śmiertelnie zmęczony. Chyba sam zasnąłem na chwilę.

W pewnym momencie kątem oka dostrzegłem, że ekran mobilki Eve rozbłysł światłem. Karcąc się w myślach za to, że naruszam jej prywatność, zerknąłem na wiadomość, którą otrzymała, z tyłu głowy notując, że system mobilek, który opracowaliśmy, musiał zostać wdrożony na Soplu i to bez tylu ograniczeń, jakie nałożyło na “Arce” dowództwo.

Na ekranie było powiadomienie o nowym przesłanym zdjęciu. Na miniaturce widziałem zamazany obraz dziewczyny leżącej na szpitalnym łóżku i w masce tlenowej, a tekst wiadomości był krótki:
 

Od: GIGI
Treść: PRZEZYLAM SUKO

Odłożyłem mobilkę na miejsce.

Brak komentarzy: