niedziela, sierpnia 23, 2026

21. Poświata


 

 Wyszedłem cicho z pokoju, w którym spała spokojnie Eve i ostrożnie zamknąłem za sobą drzwi. Teraz, gdy doktor Ryuuji z nią skończył, może będę mógł ją przenieść do naszego mieszkania…? Pozostało nam tylko czekać, aż protezy się zaadaptują, a szpitalna atmosfera niekoniecznie musi sprzyjać temu procesowi. Tak przynajmniej sobie to tłumaczyłem.

Przechodziłem właśnie koło izolatek, gdy z zamyślenia wyrwał mnie znajomo brzmiący, żeński głos:

- Hej, panie bohaterze!

Cholera. Zapomniałem postawić kołnierz płaszcza.

Zaglądnąłem do izolatki, z której dobiegł głos. Na łóżku, skierowana bokiem do mnie, leżała… Romi. Dalej szelmowsko uśmiechnięta, ale blada i z podpuchniętymi oczami.

- Wejdź, pokażę ci coś fajnego. - Odsunąłem do reszty drzwi i zatrzymałem się w progu.

Z fałd cienkiej kołdry powoli zaczął wyłaniać się duży środkowy palec z czarnego filamentu.

- Eee… Gratulacje?
- Na pewno znajdzie wiele zastosowań - Romi mówiła powoli, cały czas zwrócona do mnie profilem.
- Jak doszło do tego wypadku?
- Rany wojenne - Romi gestem swojej czarnej, filamentowej dłoni przywołała mnie do siebie. - Nie przestrasz się tylko.

Podszedłem do brzegu łóżka. odwróciła się do mnie.

Długa, gojąca się rana na prawym policzku była ściśnięta czarnymi, metalowymi zszywkami; w kilku miejscach widoczne były krwawe strupy, parę punktów ropiało.

- Paskudne, co? - Uśmiechnęła się półgębkiem, bo inaczej nie była w stanie. - Ale podobno na powietrzu szybciej się goi. Zęby też mi już powoli odrastają.
- To… Nie przejmuj się, potem naprawi to szybka operacja plastyczna…
- O nie, panie bohaterze - przerwała mi. - Ta blizna zostaje. I tak potrzebowałam pretekstu, żeby zmienić branżę - spojrzała mi prosto w oczy, doskonale wiedząc, że oglądałem nagrania z jej… występów. Przy okazji zauważyłem, że jej druga dłoń też jest teraz filamentową protezą, też nieproporcjonalnie dużą w stosunku do reszty jej ciała.
- Rany wojenne…?
- No dokładnie. - Spojrzała na mnie ponownie, tym razem niecharakterystycznie poważna. - Zaraz, ty naprawdę nic nie wiesz?
- Mało do mnie docierało przez ten ostatni czas… - Wyznałem z zakłopotaniem.
- Aha… - Spojrzała na pusty rękaw płaszcza. - No tak, to jestem w stanie zrozumieć. Masz czas?
- Teraz tak.
- Weź sobie krzesło, opowiem ci w skrócie, nie zajmie to długo.

Przysunąłem sobie lekkie, czarne krzesło i usiadłem ostrożnie. Ściągnąłem płaszcz, bo w małej izolatce było naprawdę gorąco.

- No to słuchaj: dokładnego czasu nie znam, ale prawdopodobnie po tym, jak rozwaliliście Oko, Sztuczną Inteligencję musiała naprawdę zaboleć dupa i posłała kilka chmar dronów w kierunku Sopla. Tylko kilka łodzi było wtedy na otwartym oceanie, no ale niestety w wyniku ataku albo zatonęły, albo spłonęły doszczętnie. - Romi była już całkowicie poważna. - W całym Soplu zawyły alarmy oznaczające powszechną mobilizację, bo prawie całe nasze siły, w sensie wy, walczyliście tam na Inselhorn, by nas ratować… - Błysk podziwu w jej oczach. - Oczywiście wszelkie pozory porządku szybko szlag trafił, no ale co się dziwić: ludzie mają szkolenie raz na parę miesięcy, dostają jakieś instrukcje których nikt nie czyta, a gdy przyjdzie co do czego, wszyscy panikują… Ale nie ja. - Znowu szelmowski uśmiech. - Moi czterej bracia dobrze mnie przyuczyli. Byłam wtedy, a jakże, w przystani, pobiegłam do jednej z naszych łodzi patrolowych i siadłam za działkiem przeciwlotniczym. Po prostu poczekałam aż wsiądzie reszta załogi, nikt się mnie nie czepiał, zresztą ja akurat wiedziałam, co mam robić. Wypłynęliśmy jako pierwsi, chłopaki odbierali komunikaty radiowe od łodzi na zewnątrz i mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie nastąpił atak. Z celowaniem nie miałam problemu, te latające gówna fruwają całymi chmarami i sporo udało się strącić, no ale było ich zbyt wiele jak na naszą jedną łódź. Jeden podleciał i skończyło się strzelanie, urwało mi obie dłonie i fragment metalu rozorał mi twarz… Ale żyję.

Teraz pokazała całemu światu oba środkowe palce.

- W międzyczasie dopłynęły pozostałe łodzie, ludzie wzięli broń taką, jaką mieli, a i dronów nie było znowu tak wiele. Nie wiem, jak Sztuczna Inteligencja to sobie kalkulowała, po mojemu to wyglądało na jakiś desperacki atak… Pamiętam, że leżałam na pokładzie i chciałam się podnieść, ale przytrzymali mnie i chyba podali jakieś przeciwbólowe. Odzyskałam przytomność dopiero w tutaj, w szpitalu. - Wzruszyła ramionami.

Zastanowiłem się przez chwilę.

- Czyli z orbity zesłano jakieś drony, żeby zaatakować pozbawiony większości siły militarnej Sopel, ale ich atak został odparty wysiłkiem cywili… - Zastanowiłem się przez chwilę.
- No właśnie to powiedziałam. Wprawdzie nie było tego wiele, ale udało nam się - Romi była wyraźnie dumna z siebie.
- Twoi bracia… na którym okręcie służą?
- Służyli. Na “Feniksie”. - Romi patrzyła na mnie uważnie.
- Przepraszam, ale który to? Bo nie kojarzę…
- To był nasz drugi lotniskowiec. Ten pochlastany na kawałki przez mackowatego Skurwiela.
- Och…
- Wszyscy czterej tam zginęli, ojciec zresztą też. - Wzruszyła ramionami. - Jest wojna. Takie jest życie.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.

- Twoje dłonie…
- A tak: nasz kochany pan doktor mi je dał, uwielbiam tego faceta. - Żywe błyski znowu pojawiły się w jej oczach. - Zgłosiłam się do programu protez, w końcu na twoim przykładzie widziałam, że to jest możliwe i że są ludzie, którym się to udaje - wskazała palcem na mój kikut. - Pan doktor niestety nie miał gotowych protez w moim rozmiarze, a czas uciekał, to zgodziłam się na to, co miał. Coś tam pomruczał o procesie adaptacji, ale pobolało trochę i przestało. - Zacisnęła prawą dłoń w pięść i obdarzyła mnie swoim kolejnym szelmowskim uśmiechem. - Chcesz się przekonać, co mogę nimi zrobić?
- Eee, może kiedy indziej. A tak w ogóle to wyglądasz mi już na całkiem zdrową… Kiedy cię wypuszczają?
- Pewnie niedługo; później dzisiaj będą mi wyjmować zszywki, popsikają czymś dezynfekującym i wykopią do domu. Rehabilitant wpadł na chwilę, pomachałam trochę palcami, pokazałam mu środkowy i poszedł sobie.
- A co potem? - Chlapnąłem trochę bez wyczucia.
- Jak już mówiłam, chcę się przebranżowić - wykonała kilka posuwistych ruchów zaciśniętą dłonią. - Słyszałam, że szykuje się potężna wyprawa na Inselhorn, parę statków z przemysłowymi drukarkami już tam popłynęło i zbierają personel do kolejnych zadań… Chyba tam poszukam szczęścia.
- Miło to słyszeć - podniosłem się z krzesła i wziąłem płaszcz. - Dzięki, że mi wszystko opowiedziałaś. Nie za bardzo się orientowałem w sytuacji…
- Pamiętam, panie bohaterze, że była z tobą taka dziewczyna…
- Eve.
- Co z nią?
- Leży tutaj. Nie jest najlepiej… - Zacząłem masować kark lewą dłonią.
- Pan doktor ją poskłada. Wyleczy ją - pokazała mi wyciągnięty do góry filamentowy kciuk.

Nic na to nie odpowiedziałem, tylko pomachałem jej dłonią na pożegnanie.

Szedłem tak przez korytarz i w pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi, że głosy w salach cichły.

O cholera. Zapomniałem ubrać płaszcz.

- Hej, bohaterze! - Zawołał mnie kolejny znajomy głos.

Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę i stałem tak przez chwilę jak głupi.

- No co ty! Dalej mnie nie poznajesz?!

Monter.

Siedział na łóżku wystawionym na korytarz; to on musiał mnie wołać, gdy wcześniej pędziłem do Eve. Lewą rękę miał usztywnioną w filamentowej formie i zawieszoną na temblaku, a łuk brwiowy miał spięty takimi samymi zszywkami, jakie widziałem u Romi.

- Ty żyjesz?!
- Nie, kurwa, umarliśmy tam wszyscy i masz zwidy przedśmiertne teraz.
- Aha… Ale wtedy, na Inselhorn…
- Przyładowałem głową tak mocno, że mimo hełmu rozwaliłem łuk brwiowy. Krwawiło mocno, ale nic poważnego mi się nie stało. To znaczy do czasu, jak pan robot próbował mnie wyciągnąć z helikoptera…
- Kto?
- Ta para naukowców zespawana ze sobą, pamiętasz? Z tego co mówili to ty ich uwolniłeś, panie bohaterze!

To zamiast “Kota” mam być teraz “Bohaterem”? Nie mówię nie.

- Co z nimi? Co się dokładnie stało?
- Nie wiem dokładnie czym się teraz zajmują, ale wtedy wzięli Młotka ze sobą, bo siedział tam bez ruchu.
- On też jest tutaj?
- Nie, został na Inselhorn… W każdym razie: próbowali mnie wyciągnąć z fotela, ale chyba nie rozumieli za dobrze, jak wielką mają parę w łapach. No i teraz mam kości przedramienia chyba w pięciu kawałkach.
- To jest… jakiś problem? Przecież podadzą ci płyn zrostowy, robią go z osocza i jeszcze tam czegoś…
- To samo w sobie nie jest problemem, ale kości najpierw trzeba nastawić, a na to nikt nie ma czasu, bo tam masz chłopaków z urwanymi kończynami. No to tak sobie czekam. - Wzruszył ramionami.
- Mogło być dużo gorzej… A tak w ogóle: co z “Arką”? Wiesz coś? - Dopiero teraz zacząłem o tym myśleć.
- Coś tam wiem - podniósł do góry przerobioną przez siebie mobilkę. - Cała sprawa to teraz tajemnica wojskowa, ale wiem na pewno, że ktoś tam przeżył. Wiem, że ta dziewczynka, Riko, wyszła bez szwanku, bo znaleźli ją w jakimś schronie… Gigi też żyje, bo widziałem, jak ją wieźli na operację… Choć kiepsko wyglądała… - Na chwilę spuścił głowę. - Trochę personelu też się uratowało, choć większość albo utonęła w czarnej mazi, albo została zmiażdżona. W sumie przywieźli tu kilkadziesiąt osób z całej załogi, może reszta nie potrzebowała pomocy…
- Rozumiem… A sama “Arka”? Jak ją wyciągnęli? Przecież widzieliśmy, jak tonęła…
- To właśnie jest tajemnicza sprawa - Monter ożywił się na nowo. - Nikt nic nie mówi na ten temat, taki jest rozkaz. Tak na logikę musieli ją wyciągnąć, ale jak im się to udało to nie mam pojęcia. Parę statków popłynęło na Inselhorn i będą coś budować, rekrutują też nową załogę…
- Tak, to słyszałem. Ale to już beze mnie.
- Tak, twoja proteza… A właśnie, co z Eve? Bo też doszły mnie słuchy…
- Jakoś super nie jest. Ale wyjdzie z tego, doktor jej pomoże.
- Ten rzeźnik?! No nie byłbym taki… Albo nieważne.

Wolałem nie kontynuować tematu. Pożegnałem się z Monterem, autentycznie szczęśliwy, że żyje; ubrałem płaszcz i wróciłem do naszego mieszkania z zamiarem przygotowania go na przybycie Eve.
Zamiast tego opadłem na łóżko i spałem kilkanaście godzin.


Cała dalsza komunikacja odbywała się między mną i Ceci, która starała się ze wszystkich sił nie dopuszczać mnie do doktora Ryuujiego. Ten zaakceptował wypis i wypisał zlecenie na transport medyczny. Ceci dała mi krótki kurs obsługi wózka inwalidzkiego i cewnika (choć to nie była wielka filozofia), wydała maści na odleżyny. Przez chwilę liczyła coś w pamięci, a potem wywiozła z magazynu starannie odliczoną liczbę woreczków, które mieliśmy podłączać do kroplówki - to był ten środek przeciwbólowy, który Eve sobie mogła sama dozować. Drugi zestaw zawierał kroplówki ze środkami odżywczymi, bo Eve stały pokarm zazwyczaj zwracała.


Nadszedł trudny moment przeniesienia Eve na wózek inwalidzki. Z jednej strony ja, z drugiej Ceci (zaskakująco silna) chwyciliśmy ją pod ramiona i ostrożnie posadziliśmy na wózku. Krzywiła się z bólu gdy przyszło do zginania kolan i drżącą ręką naciskała przycisk dozujący środek przeciwbólowy, ale wytrzymała. Ceci wskazała na drzwi i straciła nami zainteresowanie, śpiesząc się do innych spraw. W tym przepełnionym, głośnym szpitalu zostaliśmy sami.

Pchałem powoli przed siebie wąski wózek z półprzytomną Eve. Zerknąłem do jednej z izolatek, ale łóżko Romi zajął już ktoś inny. Montera też nie spotkałem, może go w końcu wzięli na tę operację. Wyprowadziłem wózek przez recepcję i wejście główne na stację i pojechaliśmy do jaskini, w której był nasz blok mieszkalny.
Place budowy były w większości opuszczone, dużo budowlańców podobno popłynęło na Inselhorn; udało mi się jednak znaleźć dogodną drogę dla wózka, winda na szczęście już działała. Wjechałem wózkiem przez niski próg, ale Eve nie za bardzo reagowała na to, co się dzieje. No nic, pewnie z czasem jej się polepszy.


***

Nie polepszało jej się. Wprawdzie dobrze opanowaliśmy sztukę przesiadania się z wózka na łóżko i w drugą stronę i od czasu do czasu była niemal taka jak dawniej, ale wyraźnego powrotu do zdrowia nie zauważałem.
Nie pozwalała mi, bym pomagał jej się umyć, bo “nie chciała, żebym widział jak teraz wygląda”. Nie nalegałem i wychodziłem wtedy z pokoju, tak jak prosiła.
Czasem udawało się dłużej porozmawiać, choć tematy były głównie te same i zdawkowe: jak tam inni, co z kikutem protezy, jest fajnie, że żyjemy.
Raz jeden wróciła myślami do zdarzeń z Inselhorn i pytała, jak się uratowaliśmy; powiedziałem, że nie jestem pewien i że ocknąłem się w blisko plaży, pewnie zniosły nas tam ekipy ratowników.

Pewnego razu odważyłem się spytać, dlaczego zdecydowała się na taki ryzykowny atak; powiedziała, że gdy wylądowała na skałach i przeturlała się, to zaczęła biec w kierunku spadającego helikoptera, bo widziała wylatujące z niego pakunki i człowieka. Dostrzegła kroczącego biorobota i ukryła się za wielkim kamieniem, ale coś ją tknęło i wyjrzała by sprawdzić, co się dzieje. Zobaczyła, jak się czołgam i musiała zareagować, nie zastanawiała się nad tym. Powiedziała, że nie żałuje ani trochę.

Upływające dni były bardzo podobne do siebie i zlewały się w jedno; upływ czasu głównie odmierzały mi ubywające kroplówki ze środkiem przeciwbólowym. W trakcie dnia próbowałem zagadywać do Eve i opowiadać jej wiadomości wyczytane z serwisu informacyjnego Sopla (tak swoją drogą, kto to w ogóle redagował?), ale poza pojedynczymi momentami przytomności niespecjalnie na to reagowała. Głównie majaczyła w półśnie, to pewnie był efekt środka przeciwbólowego, którego ubywało coraz szybciej.

Nikt się nami nie interesował, nikt nas nie odwiedzał. Czasem tylko coś przychodziło na mobilkę Eve, ale nie zwracała na to specjalnej uwagi. Raz dziennie sadzałem ją na wózek i brałem na przejażdżkę po Soplu: odwiedzaliśmy przystań (gdzie panował olbrzymi ruch) albo wędrowaliśmy po różnych jaskiniach mieszkalnych, ale starannie unikałem szpitala oraz również gorących źródeł, z których Eve nie była w stanie korzystać. Może wkrótce.

Najlepiej reagowała na park, podnosiła głowę gdy wyprowadzałem jej wózek z kolejki żeby zobaczyć kopułę, pod którą zieleniły się drzewa. Spacer ścieżkami i sielankowe widoki wyraźnie ją uspokajały i zwykle zasypiała, wtedy przystawałem i siadałem na ławce, siedząc tak parę godzin i obserwując ludzi. Wiem, że przyciągaliśmy spojrzenia, ale nikt nas nie zaczepiał, i bardzo dobrze.

Te krótkie momenty wytchnienia nie były jednak w stanie zwalczyć mojego rosnącego strachu o jej stan zdrowia, który wcale się nie poprawiał. Nie chciałem wierzyć w przepowiednie doktora Ryuujiego, nie chciałem mu raportować aktualnego stanu Eve (którym chyba zresztą stracił zainteresowanie), w ogóle nie chciałem myśleć o szpitalu, ale niestety coraz szybciej zbliżał się moment, w którym musiałem tam pójść, bo kończył się środek przeciwbólowy.

Z dużą obawą zostawiłem Eve samą w mieszkaniu, błagając o to, żeby natychmiast przysłała mi wiadomość, gdyby działo się coś niedobrego; tylko półprzytomnie pokiwała głową. I tak, od jakiegoś czasu zaczęła mi kiełkować w głowie myśl, że będzie próbowała coś sobie zrobić.

Ruszyłem do przystanku z nadzieją załatwienia sprawy jak najszybciej, wpadłem do recepcji jak pocisk z zamiarem porwania kroplówek i jak najszybszego powrotu.

- A, to ty. - Usłyszałem za plecami. Stanąłem jak wryty. - Eve mogłaby mi odpisać kiedyś, wiesz?
- Jak to…

Gigi siedziała za biurkiem, pisała coś na swojej mobilce. Odłożyła ją i spojrzała na mnie.

- Kiedy ty… - Nie było czasu się nad tym zastanawiać. Palnąłem pierwszą rzecz, która mi przyszła do głowy. - Słuchaj, jesteś jej koleżanką, może… Odwiedzisz ją, spotkacie się…? Przyjdziesz do nas kiedyś?
- Może być ciężko. - Gigi odsunęła się od biurka, za którym siedziała, a mówiąc precyzyjniej: odjechała. Ona też siedziała na wózku inwalidzkim. - No, szału nie ma - rzuciła w odpowiedzi na moje zszokowane spojrzenie.
- Co się dokładnie stało…
- No fajnie, że się zainteresowałeś - odpowiedziała kwaśno, choć w tej chwili naprawdę nie miałem cierpliwości na znoszenie jej paskudnych nastrojów. - Strzelił mi kręgosłup.
- Jak…
- Cały okręt trzeszczał ogłuszająco, zaczęłam panikować. To było wtedy, gdy Skurwiel zaczął miażdżyć “Arkę”... - Skrzywiła się. - Schowałam się pod szpitalne łóżko, wiesz, te na “Arce” były bardzo mocne, wytrzymają ciężar kilku ludzi…
- Aha.
- Schowałam się pod nim, ale i tak mnie przygniotło - wskazała kciukiem za siebie. - Wielu się utopiło w czarnej mazi, która zaczęła się wlewać przez pęknięcia kadłuba. Większość z tych, którzy przeżyli, ewakuowało się do Audytorium i zatarasowali przejście waszymi stacjami roboczymi i innymi gratami. Pewnie przeżyłoby jeszcze więcej, gdyby drzwi działały…

Podrapałem się w zakłopotaniu po głowie.

- W każdym razie: nie wiem, jak długo tam leżałam, bolało niesamowicie i nie czułam nóg. Myślałam, że tam umrę, było coraz ciężej oddychać, zobaczyłam podchodzące do mnie nitki czarnej mazi. Ale chwilę potem coś szarpnęło całym okrętem do góry i maź się cofnęła, a ja straciłam przytomność. Podobno personel “Asuki” mnie wyciągnął i ewakuował, przy okazji dodatkowo uszkadzając, bo sparaliżowało mnie od szyi w dół, wylądowałam pod respiratorem. Trafiłam pod nóż doktora Ryuujiego, który postanowił na mnie przetestować swoją eksperymentalną egzoprotezę kręgosłupa; to była szansa by żyć w miarę normalnie, to się nie sprzeciwiałam. Nie do końca wyszło, bo nogi są dalej niesprawne, ale oddycham samodzielnie, poruszam rękami, mogło być gorzej. Ale będę jeździć na wózku i szczać do worka do końca życia, przynajmniej mi ich nie amputowali… - Zamilkła.

Doktorka.

- Dobra, nieważne. Ja powoli wracam do życia i staram się coś robić, zamiast leżeć bezwładnie jak nie powiem kto.

Dużo wysiłku wymagało opanowanie się, by jej czegoś teraz nie powiedzieć.

- Słuchaj, czy tobie się przypadkiem gdzieś nie spieszyło?
- Tak, przyszedłem odebrać kroplówki…
- Przeciwbólowe? Już się skończyły? - Obliczyła coś szybko na swojej mobilce. - Aha… - Popatrzyła na mnie niepewnie.
- Coś nie tak?
- Nie, nic… Dobra, leć po to, pogadamy pewnie jeszcze kiedyś. - Odegnała mnie skinieniem ręki.

Pożegnałem się i pobiegłem do Ceci; gdy wracałem po chwili przez recepcję, Gigi już tam nie było.


Przywlokłem za sobą cały wózek kroplówek, którymi hojnie obdarowała nas Ceci. Na szczęście standaryzowana szerokość wszystkiego pozwoliła mi przejechać przez drzwi naszego mieszkania. Podpiąłem nową na miejsce już opróżnionej i Eve zaczęła chciwie naciskać przycisk dozujący, a ja udawałem, że tego nie widzę.

***

Minęło kolejnych kilka dni, nie wiem dokładnie ile, bo wolałem ich nie liczyć. Wtedy na nasze mobilki przyszło ogłoszenie z serwisu informacyjnego: deluminacja.

Dzień Ziemi to było trochę kontrowersyjne święto, bo obrzydzenie do niektórych praktyk naszych przodków było powszechne nawet w trzecim czy już w czwartym pokoleniu, ale z drugiej strony była to jakaś tradycja, którą obchodzono nawet na statku badawczym z czasów mojego dzieciństwa, gdy hologramowi nauczyciele pokazywali nam kulę ziemską i opowiadali nam o niej.
Na ten rok zaplanowano deluminację: specjalny pokaz, gdzie pod kopułą parku organizatorzy, czyli Komitet, mieli wygasić wszystkie światła i wyświetlić rozgwieżdżone niebo wraz z ziemskim Księżycem. Zjawisko “nocy”, gdy nie widać żadnego ze słońc, jest dla nas konceptem dość obcym, dlatego ogłoszenie zawierało też porady jak zachować się w ciemnościach i świecić sobie ekranem mobilki w razie konieczności.

Zaproponowałem Eve, że wybierzemy się tam; musiałem jej to powiedzieć kilka razy, bo widziałem, że nie do końca do niej to dociera: coraz trudniej było jej się wyrwać ze stanu półsnu. W końcu jednak pokiwała głową z jako takim entuzjazmem.

Dzień pokazu deluminacji nadszedł dość szybko, ale to pewnie znowu identyczne dni zlały mi się w jedno. Przeniosłem ją na wózek i zjechaliśmy na dół, ostrożnie przewiozłem ją między niedokończonymi ulicami na stację i pojechaliśmy do parku.

Czekał już tam spory tłum, który u wejścia kondensował się w kolejkę powoli wchodzącą do parku. Mieszkańcy Sopla przepuszczali nas, kiwając głowami i rzucając ukradkiem zmartwione spojrzenia w kierunku Eve. Czy nas poznawali? Czy rozpoznawali mnie? Nie miałem pojęcia, po prostu kłaniałem się w odpowiedzi i starałem się jak najszybciej przepchnąć wózek, by nie tarasować przejścia.

Deluminacja miała następować stopniowo, aby nie wywołać niepotrzebnego szoku u zgromadzonych; wielu przyszło z kocami i rozłożyło się na nich, żeby mieć lepszy widok na kopułę parku. Stanęliśmy obok ściany drzew, niedaleko ścieżki, gdy kopuła parku zaczęła się już robić matowa. Eve się na to trochę ożywiła i jakoś energiczniej rozglądała na boki, jakby właśnie się obudziła z długiego snu. Ja też się rozejrzałem i zobaczyłem kolejną postać na wózku… No świetnie. Była to Gigi.

- No jak tam, koleżanko? - Zagadała ze źle skrywaną złością. - Czemu nie odpisałaś na moje wiadomości?
- Ja… Nie wiedziałam, co ci powiedzieć…
- Śmieszne, nie? Kiedyś obie trafiłyśmy do szpitala tego samego powodu, teraz obie jeździmy na wózkach…
- Tak… Bardzo śmieszne… - Powiedziała Eve słabo i potrząsnęła głową, jakby próbując się dobudzić.
- Pan bohater dba o ciebie, co? - Dodała złośliwie.
- Gdyby nie on… - Nie dokończyła, dalej potrząsając głową.

Gigi popatrzyła najpierw na mnie, potem z powrotem na Eve i teraz na jej kroplówkę. Najwyraźniej uznała, że dalsze próby rozmowy nie mają sensu, bo odwróciła wózek i pomachała nam na pożegnanie. Coś jeszcze pomruczała pod nosem, ale nie usłyszałem dokładnie. Dużo bardziej interesowało mnie to, co robi teraz Eve, bo właśnie przestała się kołysać i patrzyła w kopułę imitującą niebo. Błyszczały jej oczy. Wykonała gest ręką, abym zbliżył się do niej.
- Wiesz, powiem ci coś… - Wyszeptała mi do ucha, patrząc dalej w pojawiające się wśród ciemności gwiazdy. - Tylko nie mów nikomu, a na pewno nie Gigi… - Pokazała słabo ręką w kierunku oddalającego się wózka. - I sam się nie śmiej…
- Ależ skąd. - Słuchałem z najwyższą uwagą, bo było to najwięcej, co Eve powiedziała naraz od czasu naszej rozmowy o zdarzeniach z Inselhorn.
- Dzieci.
- Co?
- Śniły mi się. Że jest ich dwójka, chłopiec i dziewczynka, chyba bliźniaki… - Znowu zaczęła kiwać głową na boki. - Wiem, to bez sensu, ale to było takie wyraźne…

Nic na to nie odpowiedziałem. Oderwała wzrok od gwiazd i spojrzała mi prosto w oczy.

- Zostawiam cię teraz.
- … O czym ty mówisz?

Podniosła słabo rękę, w której trzymała przycisk dozowania płynu z kroplówki. Powiodłem wzrokiem po przewodzie i dopiero teraz zobaczyłem, że jest prawie pusta.
- Jeszcze niedawno ją zmieniałem…?
- Zaraz pewnie… wysiądzie mi… serce… - Jej oczy zaszły mgłą. Oklapła na wózku. Chyba nie oddychała.

Nie. Tak nie może być. To nie tak miało być.

Chciałem powtórzyć to, co zrobiłem na Inselhorn. Dotknąć jej tatuażu. Pobudzić serce do pracy. Nie miałem czym.

Myśl. Myśl teraz. Nie panikuj. Znikąd pomocy. Co robić? Myśl logicznie. Xavier. Ręka w szklanym pudle. Kształt ręki Mistral. Zmiana kształtu. Kalibracja. Moja… własna proteza zmieniała kształt… W miarę jak nabierałem mięśni… Czy zwrócił ktoś na to uwagę? Milioner bredził coś o tym paradoksie. Coś z niczego.

Wyciągnąłem kikut iskrzącej protezy nad głową nieprzytomnej… albo już nieżywej Eve? Ściągnąłem płaszcz i wyobraziłem sobie, jak powinno wyglądać moje prawe ramię. Tak, jak wtedy, gdy pojawiało się w szklanym pudle.

Wokół kikuta uformowała się czarna chmura cząstek, przeszywały ją łuki elektryczne ze szczątków wpijającej się w moje ciało protezy. Chmura zaczęła się kondensować.

Po chwili uformowało się kompletne, jeszcze iskrzące ramię. Zupełnie tak, jakby cały czas tam było, tylko po prostu dopiero teraz zrozumiałem, że mogę je przywołać. Wyobrazić sobie, a ono się pojawi. Filamentowe palce dłoni zaczęły się poruszać z pełną swobodą, sama dłoń już też była w pełni uformowana, choć jeszcze iskrzyła.

Natychmiast dotknąłem protez Eve.

W umyśle pojawił mi się jej obraz takiej, jaka była na Inselhorn: zmasakrowana, z wyrwanymi nogami. Wyobraziłem sobie ją taką, jaka była przedtem: w głowie pojawił mi się obraz Eve, która swobodnie chodzi na swoich protezach, jakby były naturalną częścią jej ciała. Bo przecież teraz już były. Posłałem jej tę myśl, aby przekonać ją, że to prawda. Impuls elektryczny przeskoczył z mojej ręki do jej filamentowych nóg i poszybował dalej, do mózgu.

Przyjęła moją myśl, zrozumiała ją. Odpowiedziała mi, poprzez filament przeskoczyła jej myśl do mnie, widziała siebie stojącą pewnie na dwóch protezach, zerwała się do biegu. Podniosłem głowę na jej twarz i wyżej, ku rozgwieżdżonemu sklepieniu parku.

Poczułem, że unosimy się w powietrzu, że jesteśmy teraz gdzieś wysoko pod kopułą. Trzymaliśmy się za ręce, wirowaliśmy powoli. Eve miała otwarte oczy i była w pełni przytomna, płakała i śmiała się równocześnie, ja zresztą chyba też. Rozejrzeliśmy się w euforii; gwiazdy powoli niknęły w poświacie powoli wyłaniającego się zza horyzontu ziemskiego Słońca. Ta poświata powoli nas pochłaniała, lecieliśmy na niej, nie rozumiejąc, co się dzieje. Byliśmy szczęśliwi, światło i euforia przepełniały nas. Mieliśmy po jednym skrzydle, będziemy w stanie unosić się wspólnie, dopóki będziemy trzymać się za ręce. Niczego się już nie baliśmy. Światło wschodzącego Słońca pochłonęło nas w całości.

Ocknąłem się, wizja skończyła się. Klęczałem przy siedzącej na wózku Eve, dalej dotykałem swoją protezą jej nóg. W parku właśnie wracało zwyczajne oświetlenie; rozejrzałem się, niektórzy ludzie klaskali, inni leniwie podnosili się z kocy i zbierali do domu. Nami nikt się nie interesował.

Podniosłem wzrok. Eve patrzyła na mnie, w pełni przytomna, swoimi szeroko otwartymi, teraz mokrymi od łez oczami. Wykonała gest dłońmi, abym trochę się odsunął.

Wstała.

Obserwująca nas zza drzewa Gigi otworzyła usta w zaskoczeniu.

Brak komentarzy: