Ekran zgasł. Na drzwiach został tylko czarny, pusty ekran, w którym odbijała się moja pokiereszowana twarz. Bark, gdzie jeszcze do niedawna była filamentowa proteza, iskrzył od czasu do czasu.
- To było całe twoje nagranie, bez montażu, bez cenzury. - Głos Milionera rozbrzmiewał z głośników, ale brzmiał tak, jakby stał tuż obok mnie. - Nie ta wersja, którą puszczają na telebimach w całym Soplu.
Byłem naćpany tabletkami, które dał mi doktor Ryuuji. Bez nich nie byłbym w stanie usiedzieć w miejscu. Choć gdy zamykałem oczy, przed oczami dalej przewijały mi się obrazy z ataku na Inselhorn: wybuchy, zatonięcie “Arki”, kraksa, trupy, Eve…
- Młody człowieku, słyszysz mnie? Jesteś bohaterem!
- Nie jestem. Mało brakowało, a wszyscy byśmy tam zginęli.
- Uszkodziłeś konwerter energii, wyłączając barierę! Mechy tych waszych Modliszek rozwaliły Oko! Nasza kochana Mistral przylazła na wyspę i uratowała was!
Zazwyczaj tego typu kpiący ton mnie nie ruszał. Nie dzisiaj. Postanowiłem nie korygować jego błędnych informacji na temat tego, ile dokładnie mechów poleciało i kto je pilotował. Niech spada.
- Mistral jest szalona. Uszkodzona na umyśle tak samo, jak na ciele. Zakładam, że wie pan, kto jest za to odpowiedzialny.
- Wiem. I o tym chcę właśnie porozmawiać…
- Wyłącznie twarzą w twarz.
- Nie mówię nie, ale to będzie wymagać… pewnego przygotowania.
- Mam czas.
Doktor Ryuuji obiecał, że zrobi wszystko, by proces adaptacji u Eve przebiegł możliwie najmniej boleśnie. Dobrze wiedziałem, że ten skurwysyn po prostu chce dokładnie poznać protezy nóg, z którymi się obudziła.
Mistal podniosła wtedy nas oboje i zdjęła nam hełmy z kamerami, reszty z tego fragmentu nie pamiętam. Musiała nas zanieść do swojego statku, mknąc szybko na swoich licznych nogach.
Potem byliśmy wewnątrz jej małego, samowystarczalnego statku. Położyła mnie na stole i przyjrzała się z bliska mojemu iskrzącemu barkowi, wyciągając głowę na swojej nienaturalnie długiej szyi.
- Ça va vite guérir, ne t'inquiète pas!
- Nie rozumiem…
- Synu! Będzie dobrze! - Powiedziała entuzjastycznie z wyraźnym akcentem, dała mi jakiś zastrzyk i bezceremonialnie zdjęła ze stołu, kładąc na podłodze. Nie było tam wiele miejsca.
Widziałem jeszcze, jak zabrała się za Eve. Nie powinna zrobić jej krzywdy, ale też nie była osobą, której mogłem w stu procentach ufać.
Mistral wyjęła ze szklanej szafy dwie małe, filamentowe nogi, włożyła je do tego przeklętego, przezroczystego pudła i rozpoczęła na monitorze kalibrację rozmiaru i kształtu - nie miałem pojęcia, czy protezy na Soplu w ogóle miały taką funkcję. Może właśnie to było to, co tak zaintrygowało Ryuujiego w mojej własnej? To była ostatnia myśl, zanim ponownie straciłem przytomność, pewnie od zastrzyku.
Następne wydarzenia mocno mi się mieszają: leżę na kamienistej plaży, wokół biegają ludzie, kolejni przypływają szalupami i kutrami i wyskakują na brzeg. Krzyki, zamieszanie. Zielona bariera na chwilę się włączyła, by zaraz zgasnąć. Jakaś rakieta startuje po rampie prosto w niebo, a bariera znowu się włącza. Oni wszyscy czegoś ode mnie chcieli, nic nie rozumiałem, chyba zacząłem się szarpać i krzyczeć, może kogoś uderzyłem, nie pamiętam dokładnie.
Doszedłem do siebie w jakimś pomieszczeniu już na płynącej “Asuce”, siedzę na krześle obok łóżka Eve i trzymam ją za rękę. Patrzę na nią, jest przytomna, ma bladą twarz i płacze. Leży na łóżku, czerń filamentowych protez wyraźnie się odcina od bieli prześcieradła. Spod jej ud wycieka tłusty, żółto-brązowy aseptyczny płyn, brudząc prześcieradło. Eve zauważyła, że patrzę na nią i zaczyna wyć.
- Porządnie cię naćpali, młody człowieku - głos Milionera znowu przywołał mnie do rzeczywistości, krył w sobie przyganę. - Ta twoja koleżanka… Eve, jak się czuje?
- Jeszcze nie wiemy. Mają mi dać znać po badaniu. Doktor Ryuuji powiedział, że zajmie się jej protezami osobiście. Aha, Eve to moja żona.
- Co?! - Milioner był wyraźnie zaskoczony i miałem z tego dużą satysfakcję. - Podczas twojej ostatniej wizyty jeszcze tak nie było, z tego co pamiętam… No, gratulacje.
- Dziękuję.
- Czy wiesz, dlaczego proces adaptacji protezy filamentowej może być taki bolesny?
- Muszą się utworzyć połączenia nerwowe z materiałem stworzonym z filamentu. To trwa.
- Tak, ale to nie jest dokładna odpowiedź.
- Wiem.
- Filament to materiał idealny do przewodzenia impulsów elektrycznych. Nasze mózgi wysyłają sygnały elektryczne, na które reaguje między innymi tkanka mięśniowa. Filament uczy się naszych reakcji, wysyła sygnały zwrotne… które mogą być brutalne. I trafiają bezpośrednio do mózgu.
- I na tym nie koniec.
- Dokładnie, idea posiadania nowej kończyny zagnieżdża się w twoim mózgu właśnie na podstawie tych sygnałów. Niektórzy nie są w stanie tego sobie przyswoić. Doktor Ryuuji to bardzo inteligentny człowiek, ale pewnych prostych rzeczy jeszcze nie rozumie…
- Jeśli tylko jest w stanie pomóc Eve…
- Kto wie. A może ty jesteś w stanie to zrobić.
- Jak?
- Widziałem to wyraźnie na nagraniu. Przywróciłeś ją do życia. Czy wiesz dokładnie, co zrobiłeś?
- Nie. Coś mnie tknęło, nie wiem dokładnie.
- Byłbyś w stanie to powtórzyć?
- Na pewno nie w tym stanie.
- Mistral nie zajęła się twoją urwaną protezą, ciekawe… Może oceniła, że to dla ciebie nie jest duży problem. Intrygujący tok myślenia.
- Dlaczego pan tak mówi?
- Mówiłeś, że ojciec opowiadał ci o paradoksie Banacha-Tarskiego.
- Tak. A że mało z tego zrozumiałem, to inna sprawa.
- To normalne! Ha ha ha! - Milioner zaśmiał się szczerze. Czy przy pierwszym spotkaniu też mi tak działał na nerwy? - Spróbuję ci wyjaśnić ponownie, w możliwie prostych słowach. Co z tym zrobisz to już zależy od ciebie. A teraz wyobraź sobie sferę, dowolnego koloru. Masz już?
- Mam.
- Ta sfera składa się z nieskończonej ilości punktów. A nieskończoność… rządzi się innymi prawami. Dodasz jeden punkt do nieskończoności i dalej będziesz miał nieskończoność. Podzielisz ją na dwa i dalej będziesz miał nieskończoność, tylko w dwóch zbiorach. Czy któryś będzie większy lub mniejszy? Nie, dalej to będzie nieskończoność, nawet gdy ją podzielisz. Czyli wszystkie nieskończoności są takie same, prawda?
- Tak…?
- Nie. Istnieje nieskończoność policzalna i niepoliczalna. W tej pierwszej każdemu punktowi możesz przypisać liczbę naturalną: jeden, dwa, trzy i tak dalej. W niepoliczalnej nie ma takiej możliwości, bo pomiędzy liczbami jest nieskończenie wiele stanów pośrednich: innymi słowy: różnica między tymi nieskończonościami to jak liczenie zero, jeden, dwa, trzy i tak dalej porównać do liczenia wszystkich ułamków między zero a jeden. Rozumiesz?
- No raczej…?
- Na tej sferze, którą masz w głowie, możesz zaznaczyć nieskończoną ilość punktów. Oszczędzę ci matematycznego dowodu, dlatego w dużym, bardzo dużym uproszczeniu: oznacz nieskończenie wiele punktów na sferze kolorem białym, każdemu punktowi nadaj jakieś oznaczenie liczbowe: punkt pierwszy, drugi i tak dalej. potem do ich współrzędnych dodaj jeden i oznacz te nowe punkty kolorem czerwonym. Potem weź z powierzchni sfery punkty czerwone. Ile będziesz miał wtedy sfer?
- Dwie… Jedną białą i drugą czerwoną…?
- Dokładnie! To jest oczywiście duże uproszczenie, panowie matematycy pewnie by się zaraz do mnie przyczepili, ale podstawowe pojęcie już masz.
- Tak, to interesujące ćwiczenie na wyobraźnię, tylko bez zastosowania praktycznego. Nie można rozebrać czegoś na nieskończoną liczbę kawałków…
- A teraz wyobraź sobie, że ta sfera jest czarna, jak filament.
- No dobra, ale… o?
- Ludzkość przyjęła pewne aksjomaty i wszystko na nich oparliśmy, a jeśli coś do nich nie pasuje, to ignorujemy to, uznając za niemożliwe. W miejscu, z którego wywodzi się Ekspedycja, przyjęto aksjomaty zgoła odmienne.
- Oni potrafią w praktyce…?
- Tak. Teoretycznie mogliby wypełnić substancją, który my ogólnie nazywamy filamentem, cały wszechświat. W praktyce nawet to ma swoje ograniczenia, bo impulsy elektryczne, czyli to, czym w dużym uproszczeniu Ekspedycja faktycznie jest, już podlegają znanym nam aksjomatom…
- To znaczy?
- Jak to wyjaśnić… Nasza rajska planeta krąży wokół jednej gwiazdy, tak samo jak Ziemia. Ekspedycja przybyła z planety swobodnej, która nie jest przyciągana grawitacją żadnej gwiazdy i mknie samotnie przez wszechświat. Sami nie wiedzą, jak do tego doszło, może ich planeta została wybita z orbity jakimś uderzeniem… W każdym razie pod skalistą powierzchnią, zasilana wciąż gorącym rdzeniem planety, istnieje sobie świadomość w postaci impulsów elektrycznych w morzu filamentu. Ta świadomość potrafi sterować filamentem tak, jak my naszymi mięśniami.
- Ale… jak oni się tutaj pojawili?
- Tą samą drogą, co my! Ha ha ha!
- Dlaczego się pan śmieje?
- Bo to idealna okazja, abym ci opowiedział historię tego, jak się tu znaleźliśmy.
- Na początku znowu próbował pan wyciągnąć ode mnie opowieść o moim ojcu, potem zaczął o filamencie i Ekspedycji, a teraz przerywa nagle i chce opowiadać historię Pionierów? Po co to wszystko?
- Chcesz rozmawiać twarzą w twarz, a ja powiedziałem, że wymaga to przygotowań. I właśnie cały czas cię przygotowuję. Rozumiesz?
- Rozumiem.
- No to usiądź spokojnie, bo to trochę zajmie.
***
- Nowe wynalazki drastycznie zmieniały oblicze ludzkości, tak było od zawsze. My, ludzie, adaptujemy się do sytuacji i zmieniamy relatywnie szybko, co Ekspedycję nieustannie fascynuje… Ciekawskie łobuzy z nich. Ale do rzeczy: reaktory zimnej fuzji w połączeniu z kilkoma innymi przełomowymi odkryciami, jak na przykład farmy białka, zapewniły minimum przeżycia całej ludzkości, po raz pierwszy w jej historii. Jak sądzisz, jakie zmiany wtedy zaszły na Ziemi?
- Nie jestem zbyt dobry z historii… Nie wiem, wszyscy się cieszyli?
- Jak najbardziej nie. Bardzo duża grupa ludzi po prostu odpuściła, zajmując się bezwartościowymi dla ogółu rzeczami: konsumowaniem popkultury równającej do najmniejszego wspólnego mianownika, albo jej tworzeniem. Nie wiem, które gorsze! Ha ha ha!
- To znaczy… Nie pracowali?
- Większość. Ale szybko wyodrębniła się mała grupa, która dla odmiany pracować i uczyć się bardzo chciała. Nauka języków, praca naukowa, projektowanie, inżynieria… Ta nieliczna grupa ludzi potrzebowała czegoś dużo bardziej… zaangażowanego, by stłumić swoje wątpliwości egzystencjalne, o których mówiłem ci przy naszym poprzednim spotkaniu. I oni pierwsi zrozumieli, jak wielkie możliwości mają. I teraz masz leniwą, gotującą się we własnym sosie masę, oraz małą grupę sprytnych ludzi wiedzących, czego chcą. Jaki będzie tego efekt?
- Konflikt?
- I to niemal natychmiast! Ludzie z nudów mogą zacząć niszczyć rzeczy dookoła, celowo utrudniać sobie życie… Albo jeszcze inaczej: Dostojewski, taki ziemski pisarz, opisywał, jak to w człowieku tkwi potrzeba buntu wobec ustalonego porządku…
- I do czego to doprowadziło?
- Niektóre grupy zaczęły wierzyć w bzdury o rzekomej szkodliwości reaktorów zimnej fuzji, automatycznych farm i tak dalej i zaczęli przeciwko nim protestować. Więcej, zaczęli je niszczyć! Choć żaden z nich potrafił ich zbudować… Ci nieliczni, którzy to potrafili, stanęli przed wyborem: czy uszczęśliwiać ludzi wbrew ich woli?
- I co wybrali?
- Zwiali na Księżyc. To satelita Ziemi, taka mała…
- To akurat wiem.
- Tam założyli bazę i w miarę dobrze sobie żyli. Ziemia przez pewien czas płonęła, a ludziom znacznie się pogorszyło, ale ostatecznie zostali głównie ci, którzy lepiej rozumieli, na co spożytkować swój czas i umiejętności. Ewolucja!
- No dobrze, ale czy już dochodzimy do momentu przybycia tutaj?
- W sumie tak. Sprawy toczyły się swoim torem, gdy pewnego dnia wykryliśmy anomalię grawitacyjną, czy też czasoprzestrzenną: kwadrat, a może sześcian, o stałych wymiarach… i o stałej pozycji. Constans między środkiem Księżyca a środkiem Ziemi. Absurd, który według naszej wiedzy na temat praw rządzących wszechświatem nie ma prawa istnieć. Nie wiedzieliśmy od kiedy się tam znajduje, czy pojawiła się dopiero niedawno, czy może miliony lat temu. Odkryta przypadkowo, podczas rutynowych pomiarów.
- Czy to właśnie…?
- Tak, ale powoli. Obudowaliśmy ten “kwadrat” laboratorium kosmicznym i szybko okazało się, że jest to… otwór w czasoprzestrzeni, z braku lepszego określenia. Nie mieliśmy pojęcia dokąd prowadzi, tak więc pierwsze, co tam puściliśmy, to kabel z kamerą na końcu. I pierwsze, co zrozumieliśmy to fakt, że jest to przejście tylko w jedną stronę, bo żadne sygnały w drugą stronę już nie docierają. Puściliśmy nadajnik, jeden, drugi, trzeci, ale ich sygnały też nie docierały do nas: ani przez anomalię, ani przez przestrzeń kosmiczną. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie trafiają wysyłane przez nas obiekty. Jakiż to był fascynujący problem do rozwiązania!
- I co zrobiła ludzkość?
- Obudziła się. Gdy na gruzach konfliktu wyrosło nowe, pewne siebie społeczeństwo, po rozbudowie bazy na Księżycu przyszedł okres pewnej stagnacji, czy też po prostu nudy: pojawiła się narracja, że odkryto już wszystko, co byliśmy w stanie, że osiągnęliśmy już wszystko jako gatunek. Że potrzeba bodźca z zewnątrz, by móc dalej się rozwijać. Jak większość narracji, również i ta była uproszczeniem tak dużym, że ocierała się o kłamstwo, ale ludzie w nią wierzyli. Odkrycie anomalii zbiegło się w czasie w tym poglądem i w rezultacie cała ludzkość praktycznie rzuciła się do pracy. Najtęższe umysły, przypadkowi geniusze, potężna moc obliczeniowa no i gigantyczne inwestycje zostały zaangażowane w rozwiązanie problemu dowiedzenia się, co jest po drugiej stronie anomalii i gdzie dokładnie znajduje się wyjście.
- I jak rozwiązano ten problem?
- Splątanie kwantowe. Próbowaliśmy różnych teorii, ale ostatecznie udało nam się w ten sposób. Wyobraź sobie, że dwie różne cząstki mają wspólny stan kwantowy. Pomiar stanu jednej cząstki natychmiast ustala stan drugiej, choćby znajdowały się niewyobrażalne odległości od siebie. Szybciej, niż prędkość światła. Wcześniej uważano komunikację za pomocą tego dalej nie do końca poznanego zjawiska za niemożliwą, bo wymuszenie konkretnego stanu na jednej ze splątanych cząsteczek zrywa ich splątanie…
- Zgubiłem się…
- W każdym razie, po odrzuceniu kilku aksjomatów, skoncentrowaniu się na samym fakcie obserwacji lub jego braku i potężnych wydatkach energetycznych rozwiązaliśmy ten problem. Po setkach testów zbudowaliśmy i przesłaliśmy przez anomalię, kawałek po kawałku, najdroższe jak na tamten czas urządzenie stworzone przez ludzkość. Zaczęło się samo składać po tej drugiej stronie i czekaliśmy cierpliwie na sygnał.
- Udało się?
- Na ekranie, linia po linii, piksel po pikselu, zaczął pojawiać się obraz rajskiej planety. Niebieskie oceany, pokryte bujną roślinnością kontynenty. Była to jedna z najwspanialszych chwil w historii ludzkości.
- To musiało być… cudowne. - Rozmarzyłem się. - A potem ludzie z orbity wszystko zniszczyli… W ogóle jak daleko od Ziemi znajduje się nasza planeta?
- Nie wiemy dokładnie.
- Co?! - Tym razem ja byłem zaskoczony.
- Światło gwiazd potrzebuje czasu, by do nas dotrzeć. To, co możemy aktualnie zaobserwować, to tak naprawdę stan z przeszłości: sprzed tysięcy, setek tysięcy, milionów i miliardów lat. Krótko mówiąc: nie za bardzo jesteśmy w stanie dopasować obserwowane tutaj gwiazdozbiory do tych, które możemy aktualnie obserwować na Ziemi.
- I to znaczy…?
- Że jesteśmy bardzo, bardzo daleko. Całe galaktyki od Ziemi. Mamy kilka hipotez co do lokalizacji, ale stuprocentowej pewności brak. Przynajmniej jesteśmy w tym samym wszechświecie, ha ha ha!
- Tak, to świetnie. No ale ludzie, jak tu przybyli z Ziemi? Wszyscy jesteśmy potomkami Pionierów, prawda?
- To ciekawa sprawa. O tym zasadniczo się nie mówi; to fascynujące, jak stronnicza może być historia… Ale do rzeczy: najekonomiczniejszym rozwiązaniem stał się druk 3D. Posłaliśmy, w kawałkach rzecz jasna, drukarki 3D i zaczęliśmy tworzyć części baz orbitalnych. Mniej więcej w tym czasie na obrazach z satelit pojawiła się czarna plama na oceanie, czyli habitat Ekspedycji. Przybyli tą samą drogą, co my, czyli przez swoją własną anomalię, która była w stałej odległości od ich planety, a filament i część świadomości przepchnęła się przez nią bez większego problemu… Ale do rzeczy: dość szybko zbudowaliśmy funkcjonalny zespół orbitalny, gotowy na przyjęcie badaczy gotowych na obserwację i późniejszą eksplorację planety. Co do transportu…
- No właśnie, bo tego nie jestem w stanie sobie wyobrazić.
- Projekt przyciągnął specyficzną grupę ludzi. Odważni, postępowi, nie splątani tabu i zabobonami z przeszłości. Chcący pracować, uczyć się, głodni wiedzy. Elita spośród grupy, która przetrwała wcześniejsze… niepokoje. Wybraliśmy takich, którzy według mnie potrafili współpracować, niektórzy mówili na to “rasizm” czy “dyskryminacja”, ale według mnie to była jedyna droga do sukcesu. Poza tym nic ich to nie kosztowało…
- Znowu odbiega pan od tematu. Niech zgadnę: teleportacja?
- Co? Nie, splątanie kwantowe to jedno, przesyłanie składających się z ogromnej ilości cząsteczek obiektów i składanie ich na nowo to drugie…
- No więc jak?
- Do drukarek 3D możesz załadować różne rodzaje filamentu…
- No tak, ale… Nie. Niemożliwe.
- Ależ jak najbardziej. Dlatego do projektu zgłosiła się specyficzna grupa ludzi, którzy nie bali się tematów uznawanych za tabu. Na przykład tego, co stanie się z ich duszami po skopiowaniu ich sieci neuronowej do nowo wydrukowanej istoty ludzkiej.
- Dusza… - Byłem oszołomiony tymi informacjami. - Kosa wspominała coś o tym…
- Kto?
- Nasza koleżanka z grupy Hie… dziewczyn na lotniskowcu. Wzywała Pierwotnych, żeby uratowali dusze poległych czy coś takiego. Chwilę potem miała poważny wypadek, ledwo przeżyła, tyle jej przyszło z ich pomocy…
- Ciekawe… Niektórzy mówią, że przypadków nie ma, zresztą zastanów się: trafiła do szpitala i nie brała udziału w desancie. Dzięki temu uniknęła masakry…
Zamyśliłem się.
- Zgłosiło się ponad milion osób - podjął wątek Milioner. - W końcu mieli tylko postać chwilę w urządzeniu i wrócić do domu, a tylko ich kopie trafią do odległej galaktyki, gdzie zostaną na resztę życia. Po ostrej selekcji i testach odrzuciliśmy ponad połowę, pozostawiając dość jednolitą grupę z podobnymi poglądami. Równość dla wszystkich, braterstwo, odrzucenie wielu reguł rządzących życiem na Ziemi. Nowy, wspaniały świat!
- I co poszło nie tak?
- Drukarki 3D nie są idealne. W makroskali wszystko było w porządku, wzór istoty ludzkiej był idealny, ale po jakimś czasie zaczęły ujawniać się problemy. Najczęstszy to bezpłodność u kobiet, które rodzą się z ustaloną już ilością komórek jajowych i nie wytwarzają żadnych nowych w trakcie życia… Nieważne. Drugi najczęstszy to problemy z kończynami, niesprawne nogi, ręce… Podejrzewaliśmy problemy przy kopiowaniu sieci neuronowej, ale pewności nie ma. Na początku nie miało to wielkiego znaczenia: ideały były silniejsze! Obserwowaliśmy planetę z orbity, debatując, czy już czas na jej zasiedlenie, no i pracowaliśmy wspólnie w naszych bazach na orbicie. Budowaliśmy kolejne, czerpiąc surowce z pasa asteroidów, starając się przy okazji budować również od podstaw nową społeczność… Wiesz, że w wielu ziemskich językach rzeczowniki i imiona kończące się na “a” oznaczają rodzaj żeński? Stąd nowa tradycja unikania nadawania imion żeńskich kończących się na “a” dziewczynkom, aby nie wtłaczać je w tradycyjne żeńskie role…
- Kiedy to prysło?
- Bardzo szybko. “Cóż może zmienić naturę człowieka”... - Dodał Milioner kwaśno. - Podział niby zaczął się od różnicy poglądów, w sensie czy zasiedlać planetę, skoro najwyraźniej inni przybysze już tam są, a konkretniej habitat Ekspedycji. Ale tak naprawdę powodem była dyskryminacja zdrowych, tych bez żadnych defektów, wobec ludzi, którzy mieli mniej szczęścia. Dość powiedzieć, po prostu nie pytając pozbawionej defektów większości, zebraliśmy się do lądownika i zaczęliśmy się osiedlać w tym czekającym na nas zielonym raju.
- Od jakiegoś czasu mówi pan “my”. Do tej pory myślałem, że chodzi o całą grupę Pionierów, ale teraz… Ile pan ma lat…?
- Czas obrotu tutaj różni się od tego ziemskiego, więc prostego porównania nie ma, ale około stu czterdziestu. Wliczając moje czterdzieści dwa na Ziemi, gdzie sfinansowałem urządzenie splątania kwantowego oraz skan wzorca. Pojawiłem się jako pierwszy, żeby zademonstrować, że wynalazek działa.
- Aha… Ale sto czterdzieści? Jakim cudem…?!
- Twarzą w twarz, sam tego chciałeś - dodał ze złośliwą satysfakcją.
Uspokoiłem się i zamilkłem.
- W każdym razie to był najwspanialszy czas. Budowaliśmy, tworzyliśmy, nawet współpracowaliśmy z orbitą, wysyłając im surowce. Poznawaliśmy tę niemal całkowicie pozbawioną fauny planetę… No i mnożyliśmy się. Na potęgę, zwiększając naszą liczebność.
- Aha…?
- Pierwsza kobieta poroniła dwoje moich dzieci. Dopiero następna dała mi syna, który urodził się bez rąk.
- Co?!
- Tak, dobrze słyszałeś - dodał lekko rozbawiony Milioner.
- Ech… Twarzą w twarz?
- Dokładnie.
- No to nie mogę się doczekać.
- Już niedługo. Krótko: szukałem lekarstwa dla siebie i dla niego. Ja i mój zespół nawiązał kontakt z Ekspedycją, nauczyliśmy się od siebie naprawdę wiele. Zaczęliśmy wdrażać tę wiedzę, niektóre pomysły zyskały popularność, jak użycie filamentu do drukowania, inne niekoniecznie i trzeba było się… Usunąć w cień… Poza tym konflikt z orbitą eskalował, część ludzi zaczęła bawić się w wojnę drukując sobie zabawki jak myśliwce i lotniskowce, po odcięciu ich od surowców orbita zrzuciła na nas piekło przy okazji rozbijając habitat Ekspedycji, którzy przestali się przejmować i podobnie jak my rozprzestrzenili po planecie wszędzie tam, gdzie im pasowało. Historia najnowsza w skrócie, resztę chyba znasz.
- Jeszcze Pierwotni…
- Ach, o nich będzie jeszcze krócej, bo sami niewiele wiemy. Ale to już może za chwilę… Może lepiej wstań. Chyba już wiesz, kogo możesz się spodziewać…?
- Chyba tak.
Podniosłem się z lekkim trudem. Brak ręki doskwierał.
Szczęknął zamek drzwi z wyłączonym teraz ekranem. Mogłem je pchnąć i wejść.
- Śmiało.
Pchnąłem je i zobaczyłem małą, słabo oświetloną skalną grotę. Jej wylot wypełniała pionowo ściana filamentu, która falowała lekko. Wtedy z jej powierzchni zaczęła wyłaniać się ludzka sylwetka - w miarę wysoki, szczupły mężczyzna; w sile wieku, z krótką brodą. Czarna powierzchnia jego twarzy i ubrania była gładka i odbijała słabe światło pod różnymi kątami. Wyłonił się niemal całkowicie z czarnej ściany i teraz widziałem, że na plecach miał płaszcz, podpierał się laską i utykał na prawą nogę.
Jego twarz i umieszczone w niej świdrujące mnie oczy, choć bardziej przypominały metalowy posąg, były dla mnie dostatecznie wyraźne nawet w tym słabym świetle.
Przełknąłem ślinę.
- I jak? Rozumiesz już, po co były te pochody i przygotowania?
- Tak. Dzięki temu jest mi łatwiej uwierzyć w to, co widzę.
- No właśnie. - Mężczyzna uśmiechnął się ze zrozumieniem. - Chciałeś wiedzieć o Pierwotnych…
- Tak, załatwmy to szybko.
- Pierwotni mieszkańcy tej rajskiej planety dalej tutaj żyją, ale… trochę obok. W jakimś sąsiednim układzie współrzędnych.
- Dlaczego nas tu zaprosili?
- Co proszę? - Milioner wyraźnie się zdziwił. - Ach, oni prawdopodobnie nie wiedzą, że istniejemy, a przynajmniej większość z nich. Ekspedycja próbowała mi to tłumaczyć, ale jeszcze tak wiele nie rozumiem… Choć pewne rzeczy są całkiem ciekawe. Czy wiesz, że istnienie naszego wszechświata opiera się na regułach tak specyficznych i kruchych, że wystarczy minimalna zmiana jednej z wartości i wszystko przestanie istnieć, a my nawet nie będziemy tego świadomi? Może fala nieistnienia właśnie pędzi przez przestrzeń kosmiczną ku nam…
- To znaczy?
- To znaczy coś takiego. - Milioner pstryknął palca
- Co to było?!
- Ot, taka sztuczka, nie przejmuj się. - Odpowiedział Milioner z uśmiechem. - Ekspedycja mi wyjaśniła. Pierwotni są zdolni do dużo poważniejszych ingerencji i aktualnie znajdują się… gdzieś indziej, wraz z dobrodziejstwem inwentarza.
- Z czym?
- Ze swoim superkomputerem, bo to on według moich podejrzeń tworzy tę całą sytuację.
Niezrozumienie musiało być wypisane na mojej twarzy.
- No dobrze, pisane na Ziemi science fiction eksplorowało również ten koncept już zetki lat temu i wydaje mi się, że to było właśnie tak… Pierwotni musieli stworzyć urządzenie, superkomputer, który może zmieniać nasz wszechświat jak tylko chce. Prawdopodobnie podlega trzem prawom robotyki, bo twórca samodzielnie myślącej, wszechmocnej maszyny musi jej wmontować jakieś zabezpieczenia. I ten boski superkomputer zaczął tworzyć im raj, przy okazji eliminując wszystkie możliwe zagrożenia, jak na przykład inne cywilizacje, stąd te tunele w czasoprzestrzeni sięgające zarówno na Ziemię, jak i ku planecie Ekspedycji…
- Ale… nic złego nam nie zrobiły?
- To świadczy o tym, że Pierwotni nie są tak głupi jak my z zapewnieniem nudnego dostatku wszystkim: zrozumieli dostatecznie wcześnie, że raj jest niemożliwy.
- Dlaczego?
- W dużym uproszczeniu: im czegoś jest więcej, tym mniejszą ma wartość. Albo inaczej: twój mózg przyzwyczai się do pozytywnych bodźców i będziesz ich potrzebował coraz więcej, by cokolwiek poczuć. Jeśli superkomputer zapewni ci wszystkie dobra materialne i wieczne życie, to praca i wysiłek stracą wszelkie znaczenie. Zostanie tylko nuda i beznadzieja. Przypuszczam, że ta cecha łączy wszystkie trzy cywilizacje, które tu się znajdują, mimo tak wielkich różnic.
- A jest więcej cywilizacji?
- Gdzieś pewnie tak, ale nic mi o nich nie wiadomo. W każdym razie: podejrzewam, że wśród Pierwotnych jest frakcja, która hamuje tworzenie totalnego raju, stąd taka sytuacja, a nie inna. Zresztą jej symbolem jest nasze drugie słońce…
- Tak?
- Nasza rajska planeta krąży wokół jednej gwiazdy, ale słońca mamy dwa. Druga gwiazda… tkwi nieruchomo w przestrzeni kosmicznej, prawie nie ma grawitacji, po prostu jest. Jej istnienie można wyjaśnić tylko działaniem Pierwotnych, to największe świadectwo ich mocy. I jeszcze jedno: ta gwiazda od czasu do czasu robi się ciemniejsza, ale potem wraca do normalnej jasności.
- Co to może znaczyć?
- To chyba odzwierciedlenie konfliktu między frakcjami Pierwotnych. Wiem jedno: jeśli ta gwiazda stanie się czarna, to pewnie przestaniemy wtedy istnieć, bo zwolennicy raju wygrali. Ale na razie nic na to nie wskazuje.
- Aha… A ten inny konflikt, z Ekspedycją?
- No właśnie: mogliby wymazać ich w nanosekundę, a tego nie robią. Ekspedycja teoretycznie może rozepchać wszechświat filamentem, a tego nie robi. Trzymają się nawzajem w szachu i walczą innymi sposobami i w innych wymiarach… Zazwyczaj… To chyba spór etyczny lub filozoficzny… My, ludzie, nie dysponujemy takimi mocami i możemy tylko stać obok i próbować się uczyć. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. - Milioner uśmiechnął się, ściana filamentu za nim zafalowała łagodnie. Patrzył na mnie wyczekująco.
- Pana syn… Nazywał się Xavier?
- No i po co te podchody? - Napomknął mnie łagodnie Milioner. - Ale tak, to był mój Xavier.
Odetchnąłem głęboko. Przetrawienie tego ogromu informacji w tak krótkim czasie było niemożliwe, a to przecież był fakt najważniejszy. Myśl człowieku, myśl! O co mu może chodzić?
- Po co ta cała skomplikowana opowieść?
- Żebyśmy wiedzieli mniej więcej to samo. Żeby cię przygotować na spotkanie ze mną. Żebyś opowiedział mi wszystko, co wiesz, tak jak ja właśnie opowiedziałem tobie.
- To nie jest jakaś zbieżność imion, niesamowity przypadek…?
- Przypadki? Co najwyżej ciekawe wzorce. Mówiliśmy o tej rannej dziewczynie od ratowania dusz, a przecież to dotyczy też ciebie bezpośrednio! Nie mów, że nie zauważyłeś…
- Ech…
- No śmiało! Jak nazywa się ta planeta?
- No, rajska planeta… Eden.
- Twoja kole- to znaczy żona to…?
- Eve.
- A ty jak masz na imię?
- … Adam.
- I kim ja jestem?
- Moim dziadkiem.
- No widzisz! A teraz… Opowiesz mi wszystko, całe swoje dzieciństwo na statku oraz wszystko, co robił Xavier, aż do samego końca. Większość znam, więc nie musisz tego przede mną ukrywać. Chcę poznać tylko kilka brakujących szczegółów.
Wziąłem krzesło i po raz pierwszy w życiu opowiedziałem komuś całą prawdę.
"dziennik pokładowy, stardate [...]"
niedziela, marca 22, 2026
19. Opowieść sprzed stu lat
niedziela, marca 08, 2026
18. Punkt zwrotny 1
Biegliśmy za Kapitanem w stronę schodów prowadzących na najniższy poziom lotniskowca, wszędzie było słychać wycie alarmów. Nie miałem pojęcia, na co moglibyśmy się tam przydać, ale żadnych innych instrukcji nie dostaliśmy.
- Raport! - Kapitan spytał przez wyjętą w biegu mobilkę. - Aha. Rozumiem.
Nie wyjaśnił nam nic, ale i tak mieliśmy już za chwilę zobaczyć to na własne oczy.
Za drzwiami maszynowni kłębiły się chmury pary, zobaczyliśmy mnóstwo personelu biegającego we wszystkie strony z gaśnicami i innymi sprzętami. Szef techników zatrzymał się przed kapitanem i zasalutował.
- Damy radę? - Zadał krótkie pytanie Kapitan.
- Damy. Będziemy płynąć trochę wolniej, ale nic poważniejszego nie powinno się dziać. Raczej.
- Raczej?
Odpowiedziało mu milczenie.
- Przyczyna?
- Podejrzewamy czynnik zewnętrzny… - Szef techników spojrzał niepewnie na naszą grupę, stojącą za plecami Kapitana.
- Śmiało.
- Jakiś ładunek wybuchowy. Niewielki, ale precyzyjnie podłożony. Celowe działanie. Sabotaż.
- Ale kto… Jak… - Kapitan podrapał się po karku. - To musiał być ktoś z naszych… Ale dlaczego… - Zastanawiał się na głos przez chwilę, w końcu podjął decyzję. - Ty tam w hełmie, Monter, poszperaj z innymi po maszynowni czy nie ma tu jeszcze jakiejś niespodzianki. Gamoń i Młotek, szykujcie helikopter do startu, szczególnie wy musicie obserwować przebieg desantu. Gigi i Inez, wróćcie do szpitala okrętowego, bo nie wiadomo, co jeszcze się dzisiaj wydarzy. A wy - Kapitan wskazał na mnie i Eve - odeskortujcie Riko pod moją kajutę i pilnujcie jej do mojego powrotu, nie powinna była w ogóle tu przychodzić.
Wycie alarmu ustało. Szliśmy korytarzem całą piątką, czy wręcz szóstką, bo Ken człapał ostrożnie przy Riko. Sytuacja w miarę się wyjaśniła i byliśmy trochę spokojniejsi, bo kolejne wybuchy nie następowały. Nadal jednak wszyscy się zastanawialiśmy, kim może być potencjalny sprawca.
Dziewczynka szła ze spuszczoną głową, trzymając Eve za rękę, aż w końcu się zatrzymała. Wyglądała na zdeterminowaną. Przywołała gestem Eve, która kucnęła przy niej, i zaczęła jej coś cicho mówić, gestykulując coraz żywiej.
Rozmawiały tak przez chwilę i z niepokojem obserwowałem, jak Eve była coraz bardziej spięta.
- Słuchaj… - Przywołała mnie gestem, bo Doktorka i Gigi odeszły już od nas kawałek. - To, co mówi Riko… Te siły porządkowe na orbicie, ta ich policja, w języku najczęściej używanym na orbicie nazywa się… Teraz pomału… 警備 to “defence”, Durchsetzung to “enforcement”, potem Regulation… DER Police… Przypomniało jej się, gdy Kapitan…
Zamarłem.
- Nie. - Przeszył mnie dreszcz. - Nie, to niemożliwe. Przecież… Zaraz, gdzie on jest?!
- Był z nami w maszynowni… Chociaż nie wiem, obaj z Monterem byli w hełmach… Proszę pani! - Eve zawołała Doktorkę. Riko zaczęła się trząść.
- No czego tam?
- Ma pani podgląd naszych lokalizacji?
- No tak - wyjęła swoją mobilkę. - A co się dzieje… - Podeszła do nas z Gigi i spoważniała, widząc nasze miny.
- Gdzie jest teraz Derpi?
- Zaraz… W maszynowni, razem z Monterem, we dwójkę łażą praktycznie wszędzie…
- Proszę zadzwonić do Montera i upewnić się! - Praktycznie krzyczałem.
Doktorka spojrzała na mnie i bez słowa wybrała połączenie.
- Monter, sierotko ty moja, czy twój kolega Derpi jest w pobliżu?
- Co? A nie, nie ma go właśnie, nie wiem, gdzie zniknął…
- Sygnał pokazuje, że jest tuż obok ciebie.
- No to źle pokazuje, bo nie wiem, gdzie… - Chwila przerwy. - Zaraz, jedna z moich kieszeni jest otwarta… O kurwa, co to jest!
- Mów, co widzisz.
- To kawałek skóry z włosami, cały w zaschniętej krwi?!
Doktorka opuściła mobilkę od ucha. Słychać było tylko stłumione “halo!” Montera.
- Derpi zniknął. Wyciął sobie chip wraz z kawałkiem skóry, już jakiś czas temu. To on musi być sabotażystą. Chciał spowolnić “Arkę”. Ostatnio cały czas chodził w hełmie, żeby nie było widać opatrunku.
- I niby gdzie chce teraz uciec? Jesteśmy na środku oceanu! - Krzyczałem. Moje myśli były w rozsypce. - Odlecieć? Zaraz… Proszę dać znać Gamoniowi i Młotkowi, żeby uważali na niego!
Doktorka zaczęła do nich dzwonić, a ja gorączkowo myślałem, jak mogłem tego nie zauważyć. Chwyciłem się za głowę i zacząłem chodzić nerwowo po korytarzu.
- Słuchaj… - Zaczęła Eve. - Może pójdziemy do jego… to znaczy do waszej kajuty? Może coś tam znajdziemy? To niedaleko…
- To jest myśl - rzuciła Doktorka, cały czas trzymając słuchawkę przy uchu.
Zostawiliśmy Riko z Gigi i pobiegliśmy do kajut. Otworzyłem z impetem drzwi.
Części bagażu Derpiego nie było, a konkretniej jego plecaka, który miał ze sobą na Soplu. Większość ubrań została.
- No i gdzie on może być…
- Eee… Ken? - Zaproponowała Eve.
- No jasne… Wydaj mu polecenie!
Daliśmy psu ubranie Derpiego do powąchania. Ten pokręcił się chwilę i pobiegł w kierunku, który doskonale znałem. Do hangaru, gdzie spędzał z Monterem tyle czasu.
Dobiegliśmy tam chyba w rekordowym tempie. Już z daleka widziałem to, czego zacząłem się po drodze obawiać: drzwi do kwater Modliszek były otwarte. Stanęliśmy przed korytarzem.
- Czy to… - Eve spytała przestraszona.
- Leć zawiadomić każdego, włącz każdy alarm. Weź Kena ze sobą. - Mogła wysłać wiadomość swoją mobilką, ale po prostu chciałem, żeby Eve nie zbliżała się do niego. Do osoby, której nigdy o nic nie podejrzewałem, a okazała się być kompletnie nieznanym zagrożeniem. - Szybko! - Krzyknąłem.
Eve pobiegła, a ja ruszyłem korytarzem.
Za zakrętem ujrzałem leżącą na podłodze martwą Noin, jej głowa była skręcona pod nienaturalnym kątem. Pochyliłem się i ostrożnie wychynąłem zza rogu korytarza. Ubrana w czarny kombinezon i hełm sylwetka właśnie operowała jakimś podłużnym przedmiotem przy drzwiach prowadzących do pomieszczenia z Modliszkami.
- Stój! - Krzyknąłem.
Zaskoczona postać spojrzała w moim kierunku, w tym momencie otworzyły się drzwi. Sabotażysta odrzucił podłużny przedmiot i przeszedł przez nie. Dopadłem do nich, gdy się już zamykały, słyszałem szczęk rygla od wewnątrz. Jeszcze spojrzałem na tę rzecz leżącą na podłodze korytarza - była to jedna ze sztucznych tchawic, które widzieliśmy jeszcze na Soplu i które Gigi przytargała na polecenie Doktorki.
Dopadłem do szyby pokazującej wnętrze. Modliszki były w letargu, leżały bezwładnie w swoich podświetlonych na zielono wannach - zapewne odpoczywały przed swoją najważniejszą misją. Intruz położył plecak na podłodze, ściągnął hełm i odetchnął z ulgą. Był to Derpi, na karku miał biały opatrunek.
Dobijałem się przez szybę, ale była dźwiękoszczelna. Derpi zaczął wyjmować jakieś paczki z plecaka, spojrzał na mnie i wyjął mobilkę. Pokazał palcem, żebym włączył swoją.
- Derpi! Dlaczego?! - Wrzasnąłem do urządzenia.
- Odpowiedź na to pytanie powinna być oczywista. Może powinieneś raczej spytać “jak”?
- No dobra… Jak? - Bałem się mu sprzeciwiać, żeby nie wykonał jakichś gwałtownych ruchów. Zastanowiłem się. - To od ciebie po raz pierwszy usłyszałem o Modliszkach, już miesiące temu…
- No widzisz. - Rozmawiał ze mną, przyciskając mobilkę barkiem do ucha, a w międzyczasie rozkładał kolejne pakunki. - Opowiem ci wszystko, po prostu uspokój się i posłuchaj.
- Czy musisz to…
- Tak, muszę. Ta para naukowców myślała, że jest sprytna, ale capnęliśmy ich w końcu… Chcieliśmy użyć Riko jako zakładnika, ale ukryli ją gdzieś. Dopiero tutaj dowiedziałem się, że najpierw ją gdzieś zahibernowali, a potem wystrzelili na planetę, gdy nadarzyła się okazja… Ktoś tam im jeszcze pomaga… No nic, poradzą sobie…
Z przerażeniem patrzyłem, jak Derpi podłącza przewody od jednego pakunku do drugiego.
- Przyleciałem na powierzchnię tej rajskiej planety małym, trudnym do wykrycia statkiem. Przy okazji: moje doświadczenie w awiacji wyszło na testach i trochę się stresowałem, ale na szczęście nikt nie dodał dwa do dwóch. Celem było dostać się na “Arkę”, jedyny okręt na tyle wielki, by mógł ukrywać jakieś poważne zagrożenie. Było to banalnie łatwe, z orbity widzimy wszystkie większe statki pływające. Poświęciliśmy jeden, żeby stworzyć wygodne alibi… Nikt nie zadawał nadmiaru pytań, pewnie dzięki tobie, bo miałeś podobną historię, jak się okazało.
- Czy to dlatego…
- Tak, dlatego. Miałem nadzieję, że nasz informator jest właśnie na “Arce”, próbowałem to dyskretnie wybadać, używając akronimu naszej jednostki, ale tylko zapracowałem sobie na to durne przezwisko… - Pokręcił głową w geście “no cóż, stało się”. - Nieważne, ludzie dostawali gorsze. Ale trafiłem na ciebie i po oswojeniu się z widokiem filamentowej protezy próbowałem cię zwerbować, bo byłeś taki ciężko kapujący na samym początku, bardziej jak noworodek… No ale potem pojawiła się Eve, która owinęła cię sobie wokół palca. Uważaj na nią, to dużo lepsza manipulatorka ode mnie! - Pogroził mi palcem. Puściłem tę uwagę mimo uszu.
- Ale jak się tu dostałeś? Jak pokonałeś zabezpieczenia?!
- O, i to jest ciekawe pytanie. Odpowiedź: śmiesznie prosto. Prawie bez żadnych komplikacji, bo rozwiązania same wpadały mi w ręce i grzechem byłoby nie skorzystać. Miałem plan B i C i jeszcze parę, ale gdy okazja sama się nadarza… Kartę i kod dostępu Doktorki na podstawie licznych, naprawdę licznych śladów skopiowałem na drukarce 3D gdy ona i Noin poszły witać delegację kapitanów na początku manewrów. Właściwie to powinienem naszej mentorce podziękować! Nie wiem, czy zauważyłeś, ale z oczywistych względów ją wyłączono ze skanowania siatkówki. A ta byłaby skrajnie niemożliwe do podrobienia, podobnie jak identyfikacja głosowa, które w przeciwieństwie do odcisków palców macie bardzo zaawansowane… Ale znowu, problem rozwiązał się sam: sztuczne tchawice! - Derpi w tym momencie się roześmiał. - Więcej, Doktorka zabrała mnie i Montera na wycieczkę po stoczni i po magazynach, gdzie zwinąłem te wszystkie ładunki wybuchowe! - Pokazał dłonią na swoje paczuszki. - Nikt tego w tym całym zamieszaniu nie sprawdził! Nikt nawet nie podejrzewał, że macie tu szpiega! - Rozłożył ręce w geście niedowierzania i pokręcił głową.
Spojrzałem za jego plecy. Pięć zaczęła się przebudzać. Spróbowałem kupić jeszcze trochę czasu, może pomoc zdąży nadejść.
-Wspomniałeś, że nie było “prawie” żadnych komplikacji?
- No tak, pojawiła się jedna, i tylko jedna nieprzewidziana sytuacja. To znaczy oprócz Riko, bo podejrzewam, że dotarłeś tu tak szybko właśnie dzięki niej, mimo mojej małej dywersji w maszynowni. Bystre dziecko, ma to po rodzicach… - Zamyślił się.
- A co to była za sytuacja?
- Gustavus.
Zamarłem.
- Czy ty go…?
- Pośrednio. To ja dołożyłem mu witaminek dużo ponad i tak zwiększoną normę. Gigi zazwyczaj wieczorami leży tak naćpana, że szpital i laboratorium to był praktycznie mój plac zabaw. Do czasu zachipowania miałem już prawie wszystko pod ręką… Kadet Gustavus praktycznie zadusił się sam, a ja znowu miałem swobodny dostęp tam, gdzie chciałem. Bałem się trochę, że mnie wtedy zobaczyliście, bo siedziałem wtedy za zwojami filamentu, by się upewnić co do efektu, ale byliście za bardzo zajęci sobą razem z Eve… Nawet ten kundel mnie wtedy nie wywęszył…
- Dlaczego dopiero teraz uderzyłeś…?
- Żeby najbardziej bolało. - Derpi przyciągnął sobie krzesło i usiadł przed szybą, patrząc prosto na mnie. W ręku trzymał coś w rodzaju długopisu, co zapewne było detonatorem. Pięć, teraz już w pełni wybudzona, poznała Derpiego i zaczęła do niego wesoło machać kikutem, ale ten nie zwracał na nią żadnej uwagi. Zawołać nie mogła, bo podobnie jak Trzy nie miała gardła. - Teraz już nic nie zrobicie. Nawet jeśli wasz desant się uda, co jest możliwe, ale mało prawdopodobne, to instalacje na orbicie pozostaną bezpieczne. A to znaczy, że spełniłem swój obowiązek.
- Ale… dlaczego? Powiesz mi to teraz? - Byłem bliski paniki. Nie miałem żadnych opcji, a Derpi był w pełni opanowany, z pełnią kontroli nad sytuacją. Popatrywałem na Pięć, która przestała machać do Derpiego i powoli docierało do niej, że coś jest mocno nie tak.
- Oczywiście. Zagadałem cię na tyle długo, że teraz już nie zrobisz nic. - Derpi podniósł zaciśnięty w pięści detonator i ustawił swój kciuk tuż nad nim.
- No więc…? - Mój wzrok wędrował od Pięć do detonatora.
- Robię to dla swoich bliskich, oddam dla nich wszystko. Ideały Purystów są mi raczej obojętne, przecież przyleciałem na powierzchnię i żyłem między wami… I nie było tak źle… - Na chwilę zamknął oczy. - Ale nie mogę pozwolić, żeby ktoś ich skrzywdził, by zniszczył nasz dom. Będę za to walczył ze wszystkich sił. - Nachylił się ku szybie. - A czy ty byłbyś gotów oddać wszystko za swoich bliskich?
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Natychmiast przypomniałem sobie krzywdy i cierpienie, jakich byłem świadkiem dawno temu, ale nie zrobiłem nic, bo byłem zbyt przestraszony. Tylko kryłem się po kątach.
Zawahałem się na sekundę.
Derpi to dostrzegł. Skinął głową, zacisnął powieki i nacisnął przycisk.
Eksplozja zmieniła całe pomieszczenie Modliszek w kulę ognia. Szyba się wybrzuszyła i pękła w deszcz odłamków, przed którymi w ostatniej chwili zasłoniłem się protezą. Rzuciło mnie na przeciwległą ścianę, wybijając powietrze z płuc.
Leżałem przez czas jakiś na podłodze korytarza, a gdy w pełni odzyskałem przytomność, zobaczyłem jak Eve, Doktorka, Kapitan i jeszcze parę osób personelu ogląda całą scenę, zesztywniali z przerażenia.
***
Staliśmy w szeregu w kajucie kapitańskiej. Atmosfera była tak gęsta, że można ją było ciąć naszymi nożami. Monter ociekał potem, a jego twarz była ubrudzona smarem. Gamoń i Młotek rozglądali się nerwowo, powaga sytuacji chyba jeszcze do nich nie dotarła. Eve miała podpuchnięte oczy i ściskała Kena w ramionach, ale stała w miarę pewnie. W przeciwieństwie do mnie, bo chwiałem się jeszcze na nogach i oglądałem swój kombinezon, szukając wbitych kawałków szkła, które mogłem przegapić. Kapitan patrzył się tępo na swój ekran przeglądając raporty z ataku myśliwców, ale było widać wyraźnie, że jego myśli są zupełnie gdzie indziej.
Do kajuty weszły Doktorka i Gigi, ta druga umorusana sadzą i zdyszana.
- Raport.
- Oddział Modliszek nie istnieje. Zdrajca też zginął. Zostały po nich tylko zwęglone szczątki. - Podsumowała zimno Doktorka, zaraz potem zaczęła szukać skręta w kieszeni. Nie znalazła go.
Kapitan odchylił się na krześle i wciągnął głęboko powietrze.
- To był nasz ostatni as w rękawie. A jeśli szpieg kontaktował się z orbitą, to nawet tego nie mieliśmy… - Ukrył twarz w dłoniach.
- Nie sądzę. Nie wiem na pewno, ale nie wydaje mi się, by miał taką możliwość… - Odezwałem się. Kapitan nie podniósł głowy.
- To już bez znaczenia.
- Może uda się stworzyć jakiś automatyczny dron, cokolwiek… - Zaproponowała Eve, ale bez przekonania.
- Nie mamy już czasu. Bitwa praktycznie już się rozpoczęła. Poza tym te ładunki są naprawdę ciężkie, władowaliśmy je na “Noel”... Nie wiemy też, gdzie będzie znajdować się Oko, a to jest nasz główny cel. Nie mamy już nikogo, kto jest zdolny pilotować te mechy…
- Ja polecę.
Wszyscy zwrócili się ku Doktorce. Ta stała wyprostowana i patrzyła pewnie na Kapitana.
- Inez…?
- Pomagałam projektować te mechy, a drogę znam, po rampie w górę. Żadna sztuka. - Skwitowała bez emocji.
- Ale…! - Kapitan zerwał się z fotela. - Nie możesz…!
- To przez moją nieuwagę szpieg je pozabijał. Nie będę czekać na sąd polowy, biorę odpowiedzialność już teraz.
- Inez, ja… Ochronię cię…
- Nie.
Spojrzała na nas, stojących przed nią w rzędzie. Teraz ramiona trochę jej opadły.
- Proszę pani… - Eve połykała łzy, Gigi też już była na krawędzi rozklejenia się.
- Wymyśliłam sobie, że może przynajmniej dla was uda mi się zrobić coś dobrego. Tak wiele rzeczy mi się nie udało, ale może dla was… - Zamilkła. Spojrzała przez bulaj na pokryte wyjątkowo gęstymi chmurami niebo.
Odwróciła się do Kapitana, westchnęła i wyciągnęła ręce w niezdarnym geście. Ten rzucił się ją uściskać, co zaskoczyło Doktorkę na tyle, że mało się nie przewróciła, ale po chwili również odpowiedziała uściskiem.
Po dłuższej chwili Kapitan wypuścił ją niechętnie i stał tak ze spuszczoną głową, nie reagując już na nic.
- No dobra - Doktorka wskazała palcem na Gigi. - Gremlinku, idziemy. Przygotuj prochy, odejmiesz mi nogi.
- Co?!
- Ale tylko trochę nad kolanem, po co dramatyzować.
Zszokowani odprowadzaliśmy obie wzrokiem. Doktora szła pewnym krokiem, Gigi człapała za nią, chwiejąc się na boki i próbując pozbierać myśli. Obie zniknęły za rogiem.
Dźwięk ze stacji roboczej kapitana przywrócił nas do rzeczywistości i równocześnie dał znać, że wysłane wcześniej myśliwce właśnie podchodzą do lądowania.
***
Ja, Eve, Gamoń i Młotek staliśmy na górnym pokładzie “Arki”, każdy niósł kilka małych tobołków. Nie zakładaliśmy katastroficznego scenariusza, ale zgodnie z rozkazem Kapitana wzięliśmy niezbędne minimum: trochę ubrań, prowiantu, Eve miała ze sobą podstawowe lekarstwa i przyrządy medyczne, tak jak wcześniej podczas wyprawy na kontynent.
Zerwał się mocny wiatr i zaczął padać drobny deszcz, a proteza zaczęła mnie trochę mrowić - trochę jak podczas wkraczania w obszar burzy, ale nieporównywalnie słabiej, niż wtedy. Obecnie była to zaledwie drobna niedogodność.
Wsiadaliśmy do helikoptera; Eve podsadziła Kena, żeby też mógł się usadowić w środku. Monter, który zastąpił Derpiego na stanowisku pilota, miał już zastartowane systemy i zaczął odpalać silniki.
Kiedy my zapinaliśmy pasy, personel zajmował się myśliwcami, uzupełniał rakiety i amunicję. Wróciły wszystkie samoloty, podobno pierwsza linia obrony powietrznej wroga była bardzo słaba i udało się bez problemu zniszczyć drony co do jednego. Wokół wyspy latało ich niewiele więcej, ale raporty mówiły też coś o kilku znajdujących się na brzegu łodziach nieznanego typu i przeznaczenia, schowanych za barierą.
Wznieśliśmy się powoli w górę i oddaliliśmy od “Arki”, jeszcze raz spoglądając na jej długi, czarny kadłub i pokracznie wyglądające rusztowania, na których wspierał się górny pokład, obecnie wypełniony myśliwcami.
Zgodnie z naszymi rozkazami helikopter oddalił się grupy uderzeniowej, co dało nam dobry widok na wszystkie okręty. Trochę nami szarpało, bo wiatr się wzmagał i mógłbym przysiąc, że na powierzchni czarnego oceanu gdzieniegdzie można było dostrzec niebieskie łuki elektryczne, ale nie to było teraz najważniejsze. Na horyzoncie widzieliśmy już wyspę i otaczającą ją kulistą, zieloną barierę. Na żywo robiła oczywiście dużo większe wrażenie: pozbawione roślinności skały wznosiły się ku niebu, tworząc pagórek o sporej wysokości. To na nim ułożona była rampa kosmiczna, która pod koniec ostro strzelała w górę. W miejscach, gdzie było łagodne zejście do czarnego oceanu zamiast sterczących pionowo skał widzieliśmy żwirowe plaże, które ostro pięły się w górę. Po przybliżeniu obrazu kamerami widzieliśmy kilka małych, klockowatych budynków z szarego metalu niedaleko startu rampy, a poza tym wyłącznie szaro-brązowe skały.
- Inselhorn… - Powiedziała Eve.
- Że co? - Nie zrozumiałem dokładnie co mówi.
- Inselhorn, tak Riko nazwała tę wyspę. “Wyspa-Róg”.
- Aha.
Byliśmy już na tyle wysoko, że wyraźnie widzieliśmy całą grupę uderzeniową. “Asuka” trzymała się z tyłu, gotowa do wystrzału ze swojego działa szynowego, a obok płynęła “Eris”. Oba krążowniki z powodu braku widocznych okrętów wroga straciły nieco na funkcjonalności, ale railgun miał zostać użyty w pierwszej kolejności w razie zdjęcia bariery, aby precyzyjnie zniszczyć konwerter energii i umożliwić start mechowi.
Na czoło wysunęły się oba niszczyciele, “Fubuki” i “Yukikaze”, śmiało tnąc coraz bardziej wzburzone czarne wody. Wszystkie okręty podskakiwały na coraz większych falach, helikopterem kołysało z racji silnego wiatru. Na szczycie większych fal iskrzyły niebieskie łuki elektryczne, których nie można już było ignorować, na szczęście proteza dalej nie dawała o sobie znać na tyle, bym zaczął się niepokoić.
Wszystkie okręty i nasz helikopter były już naprawdę blisko. Chyba tylko dzięki wyższym niż normalnie falom byliśmy w stanie dostrzec podskakujące na nich czarne platformy, które normalnie stapiałyby się z wodami oceanu. Klapy płaskich, kanciastych obiektów otworzyły się i odsłoniły baterie pocisków, który zostały błyskawicznie wystrzelone w naszym kierunku. Eve krzyknęła z przerażenia, ale “Fubuki” i “Yukikaze”, wyraźnie przygotowane na taki obrót sytuacji, wystrzeliły swoje rakiety z pionowych wyrzutni, które przejęły wszystkie wrogie pociski i zdetonowały je w bezpiecznej odległości. Myśliwce, które właśnie startowały z “Arki”, doleciały do pływających platform i zniszczyły je swoimi rakietami, po czym poleciały dalej w kierunku wyspy, aby rozprawić się z ostatnimi dronami, które my też byliśmy już w stanie dostrzec.
Skierowałem hełm-kamerę na pokład “Arki” i zobaczyłem, jak winda wznosi jednego, czarnego mecha, w którym zapewne siedziała nasza Doktorka, już po operacji; ścisnęło mnie w piersi, gdy o tym pomyślałem.
Humanoidalny robot wystartował niezgrabnie i poleciał w kierunku “Noel”, a po minucie ciężko wylądował na lądowisku dla helikopterów. Czekał tam już potężny ładunek i mnóstwo personelu, którzy pobiegli pomagać w jego zamontowaniu.
Zresztą cały mobilny dok szykował się do działania - przy braku widocznej obrony przeciwlotniczej zaczęły wypływać pierwsze łodzie desantowe wypełnione naszymi kolegami, ubranymi w czarne kombinezony i hełmy. Obserwowałem je i skierowałem kamerę na wyspę, gdzie za kilkanaście minut mieli dokonać desantu. Zrobiłem zbliżenie i zauważyłem, że widoczne za barierą małe łodzie zaczęły się powoli przesuwać w kierunku brzegu: bardzo powoli przenikały przez zieloną barierę i ześlizgiwały się wprost do czarnego oceanu. Myśliwce, które już rozprawiły się z nielicznymi pozostałymi dronami wiszącymi po zewnętrznej stronie bariery, natychmiast skierowały się w ich stronę i użyły działek, by je zniszczyć, oszczędzając rakiety - wcześniej zużyli większość na zniszczenie baterii wroga.
Natychmiast wszyscy zrozumieli, że to był błąd - poszarpane pociskami łodzie, specjalnie przygotowane do spełnienia swojej funkcji, uwolniły mnóstwo większych i mniejszych dronów; po jeszcze mocniejszym przybliżeniu widziałem, jak chmara mniejszych osłaniała jeden większy. Działka myśliwców mogły zniszczyć część mniejszych, ale było ich zbyt dużo - kilkanaście chmar dronów leciało w kierunku naszej grupy uderzeniowej.
Wystrzeliły parę salw w kierunku łodzi desantowych gdy przelatywały nad nimi, zatapiając dwie z nich, ale nie zatrzymały się i leciały dalej… prosto na “Arkę”, “Fubuki” i “Yukikaze”. Myśliwce wystrzeliły ostatnie rakiety, ale na chwilę przed trafieniem mała grupka dronów odłączała się od chmary, by przejąć i zdetonować pocisk w bezpiecznej odległości od reszty.
Przerażony takim obrotem spraw skierowałem szybko kamerę na wyspę, gdzie patrzyli Gamoń i Młotek. Mimo początkowych strat, pierwsze łodzie desantowe dobiły do brzegu. Nasi koledzy zaczęli z nich szybko wysiadać na żwirowe plaże. Zatrzymywali się przed zieloną barierą i powoli przechodzili przez nią, wtedy ich ruchy stawały się powolne. Pierwsze szeregi szły ociężale pod górę, trzymając w rękach jedyną broń, jaka mogła tam działać: pałki i noże.
Zerknąłem trochę wyżej i zobaczyłem, jak z szarych, klockowatych budynków zaczęły wyłaniać się kilkumetrowe sylwetki metalowych humanoidów. Po raz pierwszy ujrzeliśmy oblicze wroga, którego musieliśmy pokonać, by przetrwać.
Potężne ramiona, grube nogi, nieproporcjonalnie małe głowy, a wszystko było z szarego metalu. Nasi koledzy najpierw stanęli jak wryci na ten widok, ale potem ruszyli dalej, próbując obalić kolosów. Bezskutecznie: roboty utworzyły mur, blokując przejście dalej. Zaczęły chwytać grubymi ramionami żołnierzy w pierwszym szeregu i powoli rozrywać ich na strzępy, wyrywając kończyny lub odrywając głowy. Roboty nie były identyczne: niektóre miały potężne łapska, którymi chwytały naszych kolegów i miażdżyły w fontannach krwi.
Odwróciłem wzrok, miałem ochotę wymiotować z przerażenia. Eve dygotała, Gamoń i Młotek patrzyli jak sparaliżowani.
Moją uwagę przyciągnęły na powrót chmary dronów: pierwsza z nich doleciała do “Yukikaze” i rozproszyła się, odsłaniając wielkiego, centralnego drona, którego chroniła. Dopiero teraz mogłem dostrzec, że niósł torpedę, którą właśnie teraz zrzucił. Popłynęła wprost na “Yukikaze”, sprawnie przecinając wzburzone, czarne fale. Uderzyła w burtę, wywołując potężną eksplozję, która przechyliła okręt na bok. Pozostałe chmury dronów leciały dalej; myśliwce zatoczyły kolejne koło i spróbowały nowej taktyki: ostrzeliwały chmarę we dwójkę-trójkę, a pod tak zmasowanym ostrzałem chmara nie była osłonić drona z torpedą, który eksplodował w kuli ognia. Parę chmar zostało w ten sposób zniszczonych, ale to było nadal za mało.
Skierowałem kamerę ponownie na wyspę, gdzie trwała bitwa zupełnie innego rodzaju. Skały spływały krwią, oderwanymi kończynami i wnętrznościami, ale to nie powstrzymywało naporu naszych. Dostrzegłem, że jeden z pochwyconych żołnierzy desperacko wymachiwał pałką i trafił robota w małą głowę. Metalowa maska odpadła, a pod nią była… ludzka twarz?
Biorobot wyrwał mu ramię z pałką i odrzucił za siebie, ale wtedy ten wbił mu w głowę trzymany w drugiej ręce długi nóż aż po rękojeść. Biorobot zachwiał się, wypuścił ofiarę z rąk, znieruchomiał i padł. W powstałą w ten sposób wyrwę w szeregach zaczął powoli wlewać strumień naszych, choć wyżej czekała już kolejna linia, i kolejna. Ukształtowanie wyspy dyktowało takie ustawienie obrony, gdzie skały tworzyły wąskie podejścia.
Widząc to kapitanowie grup natychmiast chwycili za swoje mobilki, przekazując tę informację oddziałom za nimi. Wzmocniony sygnał prawdopodobnie niósł się nawet pod barierą i miałem nadzieję, że nasze usprawnienia przydały się na coś i może nawet uratują parę istnień. Bitwa rozgorzała z nową mocą, coraz więcej naszych wspinało się na brzeg.
Tymczasem usłyszałem kolejny wybuch, to właśnie “Fubuki” dostała torpedą. Tymczasem załoga “Yukikaze” próbowała się ewakuować szalupami, gdzie byli łatwym celem dla pozostałych małych dronów ocalałych z chmary, które albo ich ostrzeliwały, albo po prostu taranowały zajadle. Następne chmary leciały już w kierunku “Arki”, ignorując “Noel”. Myśliwce zrobiły kolejną rundę, ale nie zdołały zniszczyć ostatnich grup dronów. Właśnie skończyła im się amunicja działek, nie miały też już żadnych rakiet.
Rozejrzałem się wokół..
- Czy możemy coś zrobić?! - Krzyknąłem.
- Nie mam pojęcia! - Odkrzyknął Monter.
- Staranujmy tę chmarę! - Rzucił Gamoń.
- Nie! - Krzyknęła Eve. - To bez sensu!
- Musimy czegoś spróbować! - Powiedział Monter.
- Kapitan kazał nam…
- Inaczej zniszczą “Arkę!”
- Tylko zginiemy bez sensu! - Warknęła Eve. Odpięła swoje pasy, najwyraźniej gotowa powstrzymać Montera siłą.
Przez chwilę wszyscy milczeli.
- Patrzcie! - Krzyknął Młotek, pokazując na niebo.
Spojrzeliśmy. Spośród pędzonych przez wiatr po niebie ołowianych chmur zaczęło się wyłaniać… Oko. Czy tylko jako straszak, tak jak podczas manewrów, czy też było już w gotowości bojowej…?
Wystrzelony bez żadnej zapowiedzi cienki, oślepiająco jasny promień przeciął kotłujące się czarne fale i odciął kawałek rufy “Noel”, który spadł w czarne wody i zatonął. Krzyknęliśmy z przerażenia.
- Nie jest jeszcze tak źle! - Spróbował uspokoić nas Gamoń. - Pomyślcie! Promień nie jest jeszcze tak potężny, jak się spodziewaliśmy i wygląda na to, że nie może precyzyjnie trafiać w ruchome cele! - Dodał z nadzieją.
Ale w tym momencie ostatnie dwie chmary dronów, o których na chwilę zapomnieliśmy, rozproszyły się i dwie torpedy pomknęły w kierunku “Arki”. Po chwili nastąpiły dwie eksplozje w miejscach, gdzie znajdowały się śruby napędowe. W towarzystwie kolejnych, wewnętrznych już eksplozji wolno płynący lotniskowiec poruszał się jeszcze przez chwilę, a potem zatrzymał kompletnie pośród szalejących czarnych fal. Nie wiem dokładnie kiedy zaczął padać deszcz. Po szczytach fal przebiegały niebieskie łuki elektryczne.
Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na soczewkę Oka, wokół której jaśniała świetlista poświata, a powietrze zaczynało falować. Zaraz miał nastąpić wystrzał, dużo silniejszy od wcześniejszego, cienkiego promienia, wystrzelonego jakby na próbę.
I w tym momencie nad “Arką” znikąd pojawił się gigantyczny, szary kształt - nasz helikopter wzbił się już całkiem wysoko, ale i tak byliśmy niewiele wyżej od niego. Podmuch powietrza, wywołany jego nagłym rozepchnięciem się w naszej rzeczywistości, odrzucił nasz helikopter w stronę Inselhorn jak piórko.
Pierwotny, ten sam, który objawił się już parę razy wcześniej, unosił się nieruchomo nad “Arką”; nie reagował ani na szalejącą teraz burzę ani na śmiercionośną broń, która wisiała dokładnie nad nim. Sekundę potem nastąpił wystrzał z Oka, który trafił prosto w giganta. Pierwotny próbował zablokować potężny promień energii i starał się osłonić “Arkę”; widziałem, jak z wysiłkiem powstrzymuje napór promienia, a kolor tego stwora powoli zmienia się na zielono-niebieski. Niestety przegrywał tę próbę sił i opadał w dół; jego cielsko zaczęło powoli napierać na “Arkę”, wyginając jej górny pokład i ostatecznie go łamiąc.
Oślepiający promień przygniatał Pierwotnego coraz mocniej, przybliżając go do powierzchni czarnego oceanu, a “Arka” była już niemal złamana w połowie. W końcu promień ustał, z zielono-niebieskiego Pierwotnego unosił się teraz szary dym. Monter szarpał się ze sterowaniem, na które helikopter prawie nie reagował; cały czas oddalaliśmy się od sceny i mknęliśmy w stronę wyspy, ale nie mogliśmy oderwać wzroku od tego widoku. Czyżby wydarzył się kolejny cud i atak Oka został jednak zatrzymany…?
W tym momencie szalejące wokół “Arki” fale urosły na dziesiątki metrów w górę, zasilane niebieskimi łukami elektrycznymi; teraz bardziej przypominały gigantyczną paszczę. Czarne szczęki zacisnęły się na lotniskowcu i Pierwotnym i wciągnęły oba pod powierzchnię, pozostała po nich tylko nienaturalnie płaska powierzchnia. Czarny ocean żył.
To jednak nie był koniec: w miejscu, gdzie zniknął lotniskowiec i Pierwotny, w górę wystrzelił wysoki gejzer czarnej mazi, którego szczyt rozbłysł białym światłem. Z tego punktu rozeszła się fala, która po chwili dotarła do naszego helikoptera i pomknęła dalej. W tym momencie silniki helikoptera, jak również nasze kamery zgasły. Spojrzałem za siebie, w stronę wyspy, do której rzucony przez podmuch helikopter zbliżał się z przerażającą prędkością. Świetlista fala przemknęła przez zieloną sferę. Bariera zamigotała i zgasła.
- Dalej spadamy! - Wrzask Montera wyrwał mnie z szoku. Elektronika helikoptera powoli zaczęła wracać, nasze kamery też już działały. Bariera na szczęście jeszcze nie wróciła.
Byliśmy już nad samą wyspą, nawet bez pomocy kamer widzieliśmy w dole sylwetki naszych kolegów walczących z biorotobami. Docierali już do trzeciej linii obrony wroga, ale helikopter spadał zbyt szybko, żebym zdążył się zorientować do do aktualnego stanu bitwy. Monter dalej próbował odzyskać sterowność.
- Lecimy prosto na skały! - Krzyknęła Eve.
Monter spróbował desperackich manewrów i szarpnął mocno sterem, helikopterem potężnie zakołysało. Eve wyrzuciło z helikoptera, w ostatniej chwili chwyciłem ją za rękę. Spojrzała w dół, widziałem, że jesteśmy już tylko parę metrów nad wyspą.
- Puść! - Krzyknęła.
Zluzowałem uścisk protezy i zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak wylądowała pewnie na skale i przeturlała się do przodu. Helikopterem znowu zakołysało, upadłem na podłogę i poczułem uderzenie, po którym straciłem przytomność.
***
Podniosłem głowę i potrząsnąłem nią. Maskę hełmu pokrywał kurz, który rozmazałem, próbując przetrzeć wizjer kamery.
Dotarło do mnie, że leżałem na podłodze helikoptera, który rozbił się o skalistą powierzchnię wyspy, i musiał wznieść przy tym chmurę pyłu. Nie miałem pojęcia, jaki jest obecny stan bitwy, ale zdążyłem zarejestrować, że bariera jeszcze nie powróciła.
Próbowałem wstać, ale nie byłem w stanie, bo moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Chwyciłem się oparcia fotela pilota i podniosłem. Monter siedział nieruchomo, głowę miał bezwładnie opuszczoną, spod hełmu kapała krew. Był albo nieprzytomny, albo martwy. Bałem się go ruszać i tym samym przekonać się, która z tych ewentualności jest prawdziwa. I tak w moim obecnym stanie nie mogłem mu pomóc.
Zacząłem się wyczołgiwać z wraku.
Spadliśmy w skalną nieckę, helikopter uderzył w ścianę i zsunął się po niej. Przed sobą miałem małe wzgórze o lekkim nachyleniu, które zasłaniało mi widok na brzeg. Korzystając z siły rąk zacząłem się czołgać pod górę. Chmury były już rozrzedzone i wyglądało na to, że deszcz w ogóle tutaj nie padał, może to dzięki do niedawna działającej barierze.
Oprzytomniałem trochę i na nowo rozejrzałem się po niecce. Wszędzie leżały nasze tobołki, które zabraliśmy do helikoptera; musiały wypaść podczas kraksy. Jeden z tobołków wyglądał jakoś dziwnie… Skupiłem nim wzrok. Był to Ken, leżał w kałuży krwi, jego martwe oczy patrzyły nieruchomo. Albo próbował wyskoczyć za Eve, albo wypadł podczas kraksy.
Czołgałem się dalej.
Po dłuższej chwili dotarłem do szczytu niecki, rozpostarł się przede mną widok na brzeg wyspy. Próbowałem wykonać zbliżenie kamerą w hełmie, ale ta funkcja już nie działała. W oddali widziałem dwa krążowniki: “Asukę” i “Eris”, oraz jakieś małe - przynajmniej z mojej perspektywy - wybuchy. Myśliwców nigdzie nie było widać. Oko dalej złowrogo wisiało na niebie, ale nie widać było po nim żadnej aktywności, widocznie nie było jeszcze gotowe do ponownego wystrzału. Kątem oka dostrzegłem czarny kształt po mojej prawej i spojrzałem w tamtą stronę. To był Młotek, który klęczał nad Gamoniem. Jego kolega leżał w kałuży krwi, widziałem biel wyłamanych kości przebijających od środka czarny kombinezon.
- Hej! Pomóż mi! - Zawołałem do Młotka parę razy, ale był w tak głębokim szoku, że nie reagował, nawet się nie odwrócił w moją stronę.
Zastanowiłem się, czy powinienem czołgać się dalej. Po mojej lewej miałem wysoką skałę, a droga przede mną wkrótce zacznie opadać w dół, ku plaży, gdzie mogłem albo spotkać kamratów, albo…
W tym momencie zza pagórka po mojej lewej zaczął wyłaniać się potężny kształt. To był trzymetrowy biorobot, który powoli, acz nieubłaganie kroczył w moim kierunku, był już tylko kilka metrów ode mnie. Widziałem jego potężną sylwetkę na tle bliższego ze słońc, które właśnie zaczęło się ukazywać zza rozstępujących się burzowych chmur. Nie mogłem się ruszyć, nie byłem w stanie nic zrobić.
I wtedy rozpędzona Eve skoczyła z pagórka wprost na plecy biorobota i chwyciła mocno jego szyję. Jedną ręką zerwała mu metalową osłonę, a drugą zaczęła wściekle dźgać nożem, zmieniając jego twarz w krwawą maskę. Krew bryzgała, a biorobot miotał się, próbując ściągnąć z siebie Eve, ale nie udawało mu się to. W końcu przechylił się mocno w prawo tak gwałtownie, że Eve prawie spadła z jego pleców, i chwycił jej korpus prawą ręką. Podniósł ją w górę jak trofeum, a drugą ręką chwycił za obie nogi.
Zaczął ciągnąć, a Eve zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć, które zaraz przeszło w charczenie, gdy łapsko biorobota zaczęło łamać jej żebra.
Materiał kombinezonu rozerwał się i w tym momencie biorobot wyrwał Eve obie nogi i odrzucił je za siebie, a zmiażdżonym korpusem grzmotnął o skalistą ziemię, wzbijając tuman pyłu. Oślepiony kolos chwiał się jeszcze przez chwilę, po czym padł na kolana, potem na twarz i znieruchomiał.
Czołgałem się do Eve tak szybko, jak byłem w stanie. Ściągnąłem jej hełm, jej twarz była nieruchoma. Martwa. Nie oddychała.
Sięgnąłem po iniektory, które miała przy pasie, w nadziei, że znajdę coś, co uratuje jej życie. Znalazłem jakiś stymulant. Niewiele myśląc rozerwałem protezą kombinezon nad jej sercem i wbiłem iniektor, czekając na efekt. Bez żadnej reakcji.
Gapiłem się bezmyślnie na zmasakrowany, beznogi korpus oraz na własną dłoń trzymającą iniektor. Dopiero teraz zauważyłem, że po mojej protezie przebiegają takie same błękitne wyładowania, jak po powierzchni czarnego oceanu, zanim ten pochłonął Pierwotnego razem z “Arką”. Spojrzałem na filamentowy tatuaż Eve nad jej lewą piersią.
Nie wiedząc dokładnie co to miało dać, dotknąłem go protezą. Wyładowania przebiegły z mojej dłoni na tatuaż, rozświetliły go i rozeszły się dalej po ciele Eve. Przez moment poczułem potężny ból, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Od tatuażu zaczęły rozchodzić się dalsze wyładowania, a po chwili klatka piersiowa zaczęła się poruszać. Eve oddychała. Jej twarz wykrzywił grymas bólu, ale nie odzyskała przytomności. Może to i lepiej.
Znowu spojrzałem na ocean. Nie było widać już żadnych wybuchów, a w oddali widziałem “Asukę”, teraz wyraźnie bliżej wyspy. Działo szynowe chyba szykowało się do wystrzału…?
W tym momencie zielona bariera ponownie rozpostarła się nad wyspą; dużo później, niż reszta urządzeń i maszyn, ale jednak. Dosłownie chwilę potem lufa railguna cofnęła się gwałtownie i wiedziałem, że w naszym kierunku kmnie pocisk, zbyt szybko, by ludzkie oko mogło go zarejestrować. Pół sekundy później po barierze rozeszły się potężne fale, pocisk uderzył prawie tuż nad miejscem, w którym się znajdowaliśmy. Czyżby Monter celowo próbował sprowadzić nas w to miejsce w ostatnim, desperackim manewrze…?
Fale popłynęły ku najwyższemu punktowi sfery, z której na dół zaczął schodzić pionowo w dół zielony promień, znikający za skałą po prawej. Zrozumiałem, że jesteśmy bardzo blisko budynku z konwerterem energii.
Rozwiązanie było oczywiste: wbijałem sobie dawki stymulantu w nogi, aż w końcu zaczęły robić to, co chciałem. Odrzuciłem pusty iniektor, wstałem i ruszyłem w kierunku promienia.
Jeszcze spojrzałem za siebie i upewniłem się, że Eve dalej oddycha; sprowadzenie pomocy było dla niej jedyną szansą, a w tym celu musiałem wyłączyć barierę. Ruszyłem powoli, krok za krokiem, w kierunku celu. Po drodze minąłem Młotka, który wreszcie spojrzał na mnie niewidzącymi oczami. Ani ja, ani on nie mogliśmy sobie w tej chwili pomóc.
***
Moja proteza dalej iskrzyła. Za skałą była wąska ścieżka wijąca się między skałami, która prowadziła do małych drzwi klockowatego budynku z szarego metalu. Jednym uderzeniem pięści otworzyłem je na oścież.
W surowym wnętrzu ujrzałem groteskowy widok: dwa średniej wielkości bioroboty unieruchomione w metalowym rusztowaniu. Mniejszy był przyspawany do pleców większego, a głowy obu były skierowane na okno w suficie, przez które było widać rampę startową, pozwalającą się dostać na orbitę; od lśniącego, szarego metalu odbijały się teraz promienie słońca. Odsłonięte, ludzkie twarze patrzyły na mnie przerażone, mniejszy biorobot płakał.
Nie zbliżaj się! Bo wysadzimy rampę! - Powiedział przerażony większy biorobot.
Nie rób nam krzywdy! - Załkał mniejszy żeńskim głosem.
Większy chyba blefował, ale nie interesowało mnie to za specjalnie. Miałem ochotę oboje na miejscu zamordować i nie był to wyłącznie efekt buzującej w moich żyłach adrenaliny. Ciągle iskrząca proteza sama zacisnęła się w pięść. Ich głowy trzęsły się z przerażenia, uwięzione w groteskowych, metalowych ciałach. Zbliżyłem się do nich i uważnie im się przyjrzałem. Twarz żeńskiego robota kogoś mi przypomniała…
- Riko? - Spytałem.
Wyraz ich twarzy natychmiast się zmienił, z przerażenia w zaskoczenie i nadzieję. To była para naukowców, która przekazywała nam informacje z orbity, nim zostali schwytani i w ten okrutny, groteskowy sposób ukarani. Rodzice Riko.
Z całą siłą, jaką miałem w protezie, oderwałem ich od rusztowań, nie zwracając uwagi na krzyki żeńskiego biorobota. Nic im też nie mówiłem, aby nie wygadać się, że Riko została na zatopionej “Arce”. Nie chciałem sobie nawet wyobrażać, jaki los spotkał załogę i pasażerkę lotniskowca.
Moją uwagę przyciągnęły kolejne drzwi, prowadzące do dalszej części kompleksu. Naukowiec, niosący na plecach przyspawanego na sztywno żeńskiego biorobota, bez słowa podszedł i otworzył drzwi przede mną. Wskazał na dużą, szarą skrzynkę na ścianie, do której z sufitu budynku prowadził bardzo gruby kabel. Skrzynka nie miała widocznego zamka ani zawiasów.
- To serce konwertera energii. - Wyjaśnił większy biorobot. Niestety tego już nie jesteśmy w stanie ci go otworzyć… Potrzeba jakiejś większej siły… - Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.
Podszedłem bez słowa do skrzynki i uderzyłem protezą z całą siłą, jaka mi została. Zostało tylko lekkie wgniecenie.
- Mówiłem ci, że to nie ma…
- Zamknij się.
Uderzyłem po raz drugi i po raz trzeci. Uderzałem protezą raz za razem, coraz bardziej wgniatając powierzchnię skrzynki. Byłem wściekły, przestałem racjonalnie myśleć.
W chwili, gdy wszystko już tak dobrze szło. Gdy w końcu doszedłem do siebie. Gdy zjawiła się w moim życiu Eve. Gdy pojawiły się plany na przyszłość, o których wcześniej nawet nie śmiałem myśleć. Gdy znalazłem swoje miejsce, życzliwych mi ludzi, gdy uwolniłem się, choćby częściowo, od przeszłości. To nie tak miało być. To nie tak miało być. TO. NIE. TAK. MIAŁO. BYĆ!
Ostatnie uderzenie zadałem z siłą, z której istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. Moja pięść przebiła metalową powierzchnię i weszła prosto w znajdujący się w środku świecący na zielono przedmiot, wybijając go z obwodu. Coś zaiskrzyło, oślepiające wyładowania pobiegły w górę mojej protezy i całość po prostu wybuchła, a moje ramię rozpadło się na kawałki, prawie do samego barku.
Kikut cały czas iskrzył, a ja dyszałem ciężko i patrzyłem się na leżące na podłodze czarne, dymiące kawałki bez większego zrozumienia tego, co właśnie się stało.
Wyszedłem z pomieszczenia konwertera i wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem, że zielona bariera zniknęła, tym razem już na dobre.
Wyszedłem z budynku konwertera na wpół przytomny. Dopiero teraz skojarzyłem, że para naukowców-biorobotów musiała się już dawno stąd ewakuować, przestraszona moim szaleństwem. Kołysałem się z boku na bok, bez ciężaru protezy trudno mi było utrzymać równowagę. Szedłem coraz wolniej, zataczając się.
Wróciłem na skraj niecki, gdzie Młotka już nie było. Nie miałem pojęcia, gdzie mógł pójść; może uciekający naukowcy zabrali go za sobą. Zostały tylko zmasakrowane zwłoki Gamonia.
Eve leżała tam, gdzie ją zostawiłem, w kałuży zasychającej krwi cieknącej z miejsc, gdzie zostały wyrwane kości udowe. Dalej oddychała. Padłem na kolana obok niej, stymulant już przestawał działać. Nieopodal leżał nieruchomy korpus zabitego przez nią biorobota.
Spojrzałem w kierunku czarnego oceanu. “Asuka” odpłynęła dalej od wyspy, teraz bliżej znajdowała się “Eris”. “Noel” była mocno przechylona na prawą burtę, unosił się nad nią gęsty dym. Na tle tej czarnej chmury zobaczyłem jakiś błysk: były to silniki odrzutowe mecha, który zbliżał się ku nam z coraz większą prędkością.
Niosący na plecach potężny ładunek wybuchowy, humanoidalny mech idealnie wszedł na rampę i wystrzelił w górę, zostawiając po sobie smugę dymu. Odprowadziłem go wzrokiem. Po kilku minutach zniknął pośród szarych chmur, zostawiając za sobą strugę białego dymu. Doktorka wypełniała swoją misję.
Padłem na plecy, tuż obok Eve. Nie miałem już na nic innego siły. Powoli docierał do mnie tępy ból nóg oraz barku, gdzie iskrzył kikut protezy.
Niemal nad samą głową miałem Oko, wokół którego ponownie zaczęło się gromadzić światło i zaczęło drżeć powietrze. Chyba tym razem chcieli wykończyć “Noel”. Nie mogłem nic na to poradzić, mogłem tyle obserwować. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że dobrze, że to wszystko już się skończy. Opanowywała mnie niemoc, błoga obojętność. Zaraz pewnie zasnę, pewnie już na zawsze. Umrzemy tu oboje, ja obok Eve.
W tym momencie wśród chmur zakrywających górną część działa orbitalnego dało się zauważyć wybuchy, które jeden po drugim schodziły coraz niżej. Soczewka Oka popękała i rozprysła się w deszcz odłamków, a obudowa rozpadła się na kilka części. Płonące kawałki śmiercionośnej broni zaczęły spadać z impetem do czarnego oceanu i tonąć, ciągnąć za sobą smugi dymu.
Majestatyczna broń wroga, którą był zdolny wypalić kryjówkę w Soplu do skały macierzystej, właśnie spadała w płonących kawałkach złomu w czarne wody.
Cel minimum został osiągnięty, za co zapłaciliśmy jednak potężną cenę. Przynajmniej ludzie z Sopla są bezpieczni.
To była kojąca myśl. Zadowolenie i błogość zalewały mnie czarną falą zapomnienia. Moja głowa opadła na skalistą ziemię. Jeśli to był koniec, nie to nie był taki zły. Skierowałem powoli głowę w kierunku Eve, żeby ją widzieć w tych ostatnich chwilach.
- Enfin! J’ai enfin trouvé ce que je cherchais! - Usłyszałem entuzjastyczny, żeński głos.
Kilka par mocnych, filamentowych rąk podniosło mnie bez wysiłku nad ziemię.
- Oh, ce ne serait pas ma belle-fille? - Dodała po chwili Mistral. Moja oszalała matka, zwana na Soplu “Piratką”.
Widziałem, jak reszta jej rąk podnosi ostrożnie zmasakrowany korpus Eve.
Zanim straciłem przytomność, zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak ociekający czarną mazią, złamany w połowie wrak “Arki” wypływa z powrotem na powierzchnię.
niedziela, lutego 15, 2026
17. Przygotowania
Gdy się obudziłem, Eve już była ubrana w kombinezon i pakowała swoje rzeczy. Ken, który został przywieziony przez jedną z Hie… To znaczy przez jedną z dziewczyn, przeciągał się leniwie i ziewał, jeszcze rozespany. Jeszcze raz omiotłem to mieszkanie wzrokiem gdy wychodziliśmy, żeby je dobrze zapamiętać.
W przystani były już tłumy kadetów ustawione karnie w grupy po osiemdziesiąt osób, tak jak na bardziej zaawansowanych treningach, w których nasza grupa już nie brała udziału. Wsiadali na regularnie przypływające statki różnego kształtu i rozmiaru, które miały ich przetransportować na “Arkę”. Zobaczyliśmy, że ktoś do nas macha - była to Doktorka, ponownie ubrana w czarny kombinezon; musiał jej się spodobać z jakichś przyczyn. Stała przy naprędce ustawionych barierkach oddzielających grupy.
- Jak tam, mięśnie nie bolą? W sumie mieliście dużo aktywności… - Zamyśliła się.
- Proszę pani!
- Oj tam. Czekam na Gigi, miała przynieść moje toboły… Znowu się guzdrze. Mówiła, że chce dopracować jeszcze formułę środka łagodzącego skutki uboczne… Nieważne, i tak mamy wypływać jako jedni z ostatnich. Znając życie, pewnie wszystko i tak się opóźni… - Zastanawiała się na głos Doktorka.
Spojrzeliśmy wszyscy na swoje mobilki, by sprawdzić czas. Z zamyślenia wyrwało nas czyjeś wołanie.
- Inez-ちゃん! Czekaj no!
- Mówi mi szybko - Doktorka nachyliła się do Eve - co to znaczy to całe “czan”? Od lat mi tak pierdoli do ucha…
- To jest honoryfikator… - Eve spojrzała na Doktorkę, szukając śladu zrozumienia. - Ten konkretny dodaje się wtedy, jeśli zwraca się do osoby znajomej, uroczej, kochanej, czyli do bliskich osób, dzieci, zwierzątek…
- Czyli pozwala sobie?
- Pozwala sobie.
- Nie udawaj, że mnie nie słyszysz! おい、デコ助! - Ku nam ze stacji szedł szybkim krokiem wysoki, chudy mężczyzna lat około trzydziestu pięciu, w białym fartuchu i z sięgającymi ramion blond włosami. Bardzo nieregulaminowe.
- To “dekosuke”...
- Nic miłego - odpowiedziała Eve.
Doktorka wreszcie zwróciła uwagę na mężczyznę.
- O, Ryuuji! Jak miło cię widzieć! A teraz wypierdalaj.
- Miałaś mi pokazać ten swój okaz, który znalazłaś! Nosi go jeden z tych mutantów! - Przybysz nawet się nie zająknął.
Eve i Doktorka popatrzyły sobie w oczy. Odniosłem wrażenie, że Ryuuji popełnił właśnie bardzo poważny błąd, jednocząc je przeciw sobie.
- Oto szanowny pan doktor Ryuuji, ekspert i pionier protez filamentowych, niezmiennie sympatyczny.
- Do dzisiaj cię boli, że poskładałem cię sprawniej, niż sama byś potrafiła.
- Tak mnie poskładałeś, że w ogóle mało co jest już w stanie boleć. I mam lepsze postępy ze specjalistycznymi protezami filamentowymi, niż ty kiedykolwiek będziesz miał.
Ryuuji założył dumnie ręce na piersi.
- Neurochirurgia filamentowa. Co ty na to?
- Brednie.
- Wrócisz, to ci pokażę efekty. A teraz ty pokażesz mi tę cudowną protezę, o której tyle mówiłaś wszystkim. Wszystkim oprócz mnie, znaczy się.
Odpowiedziała mu cisza.
- Fochy nie powinny stać na drodze progresu. - Rzucił Ryuuji, wyciągając z fartucha skręta, którego zapalił taką samą zapalniczką, jaką miała Doktorka.
Nasza Mentorka pogładziła swoje metalowe czoło.
- Kotuś… Pokaż mu proszę swoją protezę…
Byłem zaskoczony, że Doktorka nie dyskutuje z Ryuujim dalej, to nie było w jej stylu. Posłusznie zacząłem odpinać górną część kombinezonu.
Eve oparła się o barierkę i spojrzała wyzywająco na Ryuujiego.
- 見なよ…オレの男を。。。- Powiedziała.
- なんだ?! To znaczy… - Zaskoczony Ryuuji szybko się ogarnął.
- A pan doktor się nazywa… 療治さん?
- 竜二!
Nie miałem pojęcia o co chodzi, ale wyraźnie irytowało to mężczyznę i wyglądało to całkiem zabawnie.
Ja w międzyczasie ściągnąłem górną część kombinezonu i podwinąłem rękaw podkoszulka, aby Ryuuji mógł lepiej zobaczyć, jak filamentowe żyły wpijają się w ciało. Ten zaczął się przyglądać tak uważnie, że wnet dotykałby nosem mojej protezy. Trochę to trwało i zaczęło być mi chłodno.
- Czy musimy tyle…
- Zamknij się - warknął i dalej kontynuował obserwację.
Minęło jeszcze trochę czasu.
- Ryuuji, jak cię proszę… - Zaczęła Doktorka.
- Czemu nie przyprowadziłaś go do mnie?! - Wrzasnął w odpowiedzi. - Czemu nie zrobiłaś testów?! Kto tego w ogóle dokonał?! Nigdy czegoś takiego nie widziałem!
- Nie znasz całej sytuacji. Nawet sobie nie wyobrażasz, skąd go odratowali. Dla ciebie to obce pojęcie, wiem, ale mi jeszcze zostały jakieś resztki etyki. Zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
- To bardzo szlachetne, ale w międzyczasie ludzie cierpią, bo chcesz być miła dla jakiejś znajdy.
Mnie komentarze Ryuujiego nie ruszały za specjalnie, natomiast bojowa postawa i wyraz twarzy Eve mówiły mi, że było z nimi wręcz przeciwnie.
- Ta, jak to sympatycznie określiłeś, znajda, wraz z tą dziewczyną, to elita intelektualna kadetów. Systemy komunikacji, które usprawnili, a w niektórych przypadkach stworzyli od podstaw, mogą uratować jeszcze więcej istnień. Nie mogę go tak sobie wyjąć z machiny wojskowej i rzucić pod mikroskop, bo tak mi się właśnie spodobało. Owszem, nie od razu było to dla mnie jasne, ale teraz rozumiem strukturę wojskową dużo lepiej, gdy poznałam ją z bliska. W sumie to jestem teraz jej częścią…
- Tak, dzięki tatusiowi… - Warknął w odpowiedzi Ryuuji.
Doktorka odwróciła się nagle, chyba po raz pierwszy w tej rozmowie zachowanie mężczyzny tak ją ubodło.
Szybkim ruchem odwróciła się i uderzyła Ryuujiego pięścią prosto w krocze, ruchem bardzo podobnym do tego, który wykonała Eve w windzie na “Noel”. Nie był nawet w części tak silny, ale wystarczył, żeby mężczyzna zgiął się wpół i padł na kolana.
- To właśnie są 金玉... - Zaczęła Eve.
- Tak, pamiętam.
Doktorka ostentacyjnie odwróciła się i dała nam znak ręką, żebyśmy poszli za nią w kierunku przystani. Ubieranie górnej części kombinezonu w biegu było trudne, ale możliwe. Staliśmy bliżej trapu, obserwując, jak kadeci karnie wchodzą na pokład statku do transportu filamentu; to był jeden z wielu, który miał ich zabrać na “Arkę”.
W końcu doczłapała do nas Gigi, niosąc zarówno swoje toboły, jak i te Doktorki. Widać było nawet jakieś tuby.
- Chyba nie widzieliście, ale tam wcześniej klęczał jakiś mężczyzna, to był chyba sam doktor Ryuuji! Spytałam, czy coś go nie boli, ale tylko warknął na mnie… Dziwne.
Tym razem to Eve podrapała się w zakłopotaniu po głowie.
***
Obserwowaliśmy w milczeniu kolejne sprawnie podpływające statki, transportujące kolejne grupy ubranych w czarne kombinezony kadetów. Wszyscy dużo lepiej zbudowani ode mnie; niektórych znałem z widzenia, innych w ogóle nie kojarzyłem. Niektórzy mieli już ubrane hełmy, wtedy byli nie do odróżnienia od reszty. Większość uśmiechnięta, podekscytowana rejsem i powrotem na “Arkę”. Tak sobie pomyślałem, że może podobnie jak ja uznali, że lotniskowiec to teraz jest ich dom, a wizyta na Soplu to była tylko fajna wycieczka... Chociaż nie: my mamy tu teraz mieszkanie? Jeszcze nie mogłem się do tego przyzwyczaić, to wszystko stało się tak szybko. A jak z nimi? Co będzie później? Cholera, teraz zacząłem się martwić o przyszłość. I tak źle, i tak niedobrze.
W końcu dostaliśmy termin naszego rejsu na mobilki. Kapitan i reszta dowództwa już dawno wrócili na lotniskowiec, zresztą przypuszczam, że takie osoby jak na przykład Noin wraz z Modliszkami i część personelu i tak musiała tam być stale, w końcu okręt musiał się stale poruszać, by zminimalizować ryzyko bycia zbombardowanym z orbity.
Przyszli Monter i Derpi, obaj jacyś uchachani, a krótko po nich dotarli milczący Młotek i Gamoń. Przez nikogo niepytany Monter opowiadał, jak to się wprosili do stoczni i magazynów i mogli wypytać o wszystko, co tylko chcieli. Dobrze dla nich. Nasz statek właśnie wpływał do przystani, skąd miał nas zabrać na “Gurena”, a stamtąd helikopterem na “Arkę”.
***
Moja koja, nareszcie. Wprawdzie dalej dzieliłem kajutę z Derpim, a nie z Eve, moją… żoną? Zresztą błyskawicznie wróciliśmy do uporządkowanego planu dnia, tak więc większość czasu i tak spędzałem z nią. Mieliśmy teraz priorytetowe zadanie: zmodyfikować sygnał mobilek tak, aby umożliwiały komunikację między urządzeniami poszczególnych kadetów, a sygnał miał być tak silny, jak to tylko możliwe. Nie za bardzo rozumieliśmy po co, ale wytyczne były tak jasne, że praca nad tym i eksperymentowanie wciągnęło nas bez reszty.
Wróciliśmy też na standardową, żołnierską dietę, zawierającą witaminki - nie wiem jak Eve, ale ja przez pewien czas czułem się… Nie otępiały, ale, sam nie wiem, mniej czuły, jakby mnie wycięto z papieru. Nie odczuwałem presji, pośpiechu czy strachu tak mocno, jak według mnie powinienem był normalnie czuć. Ale również i to wrażenie szybko minęło.
W trakcie testów łączności mobilek poszliśmy z Eve do hangaru, w którym pracowali Monter i Derpi. Na pierwszy rzut oka nic się tam nie zmieniło, choć zdecydowanie ubyło rolek filamentu. Cała załoga była intensywnie zajęta, trwały przygotowania, do których chyba wszyscy podeszli z entuzjazmem, a już na pewno ja.
Monter gonił od małej drukarki 3D do stołu, na którym stały jakieś czarne naczynia podgrzewane przez palnik na stałe paliwo - zaskakująco archaiczna aparatura.
- A co to jest? - Musiałem spytać, choć narażałem się na ryzyko kolejnego słowotoku mojego kolegi. Eve przeczuwając, co się święci, oddaliła się od nas pod pretekstem sprawdzenia zasięgu i siły sygnału.
- Podgrzewacz do cieczy, czajnik taki - rzucił w biegu Monter. - Gigi prosiła.
- Przecież jest taki sprzęt w szpitalu okrętowym?
- Ja nie wiem, Gigi ładnie prosi, to ja robię. - Monter znowu krzątał się przy czarnym czajniku. - No, zabulgocz, skarbie!
Aparatura wykonała polecenie.
- A tak w ogóle… - Podjął na nowo Monter oglądając się by sprawdzić, czy Eve jest poza zasięgiem głosu. - Słuchaj, słyszałem, że ty i Eve…
- Co słyszałeś? I od kogo?
- Nieważne od kogo, ale chodzi o to, że podobno braliście udział w, takim, no wiesz, eksperymencie…
Kto mógł mu to powiedzieć? Eve lubi paplać, ale szczerze wątpię, by chwaliła się tym koleżankom. Nieważne, nie było sensu w tej chwili zaprzeczać.
- No tak, pomagałem w czymś takim…
- “Pomagałem”, podobno prawdziwy dawca z ciebie…
- Że co?
- Słuchaj, nie złość się, ale muszę zapytać… Czy Eve ma, no wiesz…?
- O co ty pytasz… Moment… Zajebię ci zaraz!
- Spokojnie! - Monter zaczął wykonywać uspokajające gesty. - Przecież to Hiena, chyba wszyscy się nad tym kiedyś zastanawiali…
Potarłem lewą dłonią czoło, bo prawą miałem zaciśniętą w pięść. Nie mogłem uwierzyć, jak bardzo mnie to pytanie wkurzyło.
- No dobra, powiem to tylko raz. Nie mów na nie “Hieny”, to paskudne przezwisko, które sprawia dziewczynom dużą przykrość…
- Widzę, że z kolegi robi się prawdziwy dżentelmen, a na Gigi pod prysznicem to się gapiłeś…
- Wszyscy się gapiliśmy, bardziej lub mniej dyskretnie. Ty akurat mniej. I co, widziałeś u niej jakieś… niespodzianki?
- No nie.
- No i już, to jest twoja odpowiedź. Skończmy ten temat raz na zawsze.
- A jeszcze podobno mieliście do czynienia z tą Rąbniętą… - Monter był dzisiaj jeszcze bardziej ożywiony niż zazwyczaj.
- No, zaczepiła nas jakaś szurnięta z Sopla, ale sobie poszła.
- A widziałeś to? - Monter podsunął mi pod nos swoją przerobioną mobilkę, którego to wykroczenia nie miałem serca raportować. Mógł na niej przeglądać jakieś swoje własne pliki… Może to był błąd.
Na poziomym ekranie było widać niską dziewczynę z warkoczami po bokach głowy. Nosiła maskę zasłaniającą górną część twarzy, tak że ledwo było widać oczy przez małe otwory, ale ten szelmowski uśmiech poznałbym wszędzie. Aha, no i była ubrana tylko w kilka czarnych sznurków, które mało co zasłaniały. Po chwili w kadr weszło trzech rosłych mężczyzn, z których żaden ubrania już nie miał.
- Co to ma być, do ciężkiej cholery…
- Czekaj, przewinę kawałek.
Monter przesunął palcem po ekranie mniej więcej do połowy nagrania.
- To sobie zobacz.
- Oni wszyscy naraz… Ale jak… To tak można w ogóle…
Patrzyłem na scenę z chorą fascynacją. Nie rozumiałem sensu tych dość karkołomnych wygibasów, w dodatku przed kamerą, żeby wszyscy mogli zobaczyć. Nigdy nie widziałem wcześniej tego typu nagrania i wyglądało to dosyć odpychająco, z drugiej strony gapiłem się jak kretyn i pewnie nie miałem najmądrzejszego wyrazu twarzy.
- I co tam oglądacie, chłopaki - zawołała nas Eve, głośno przy tym stąpając, abyśmy ją słyszeli z daleka. Monter szybko schował mobilkę do kieszeni.
- N-nic takiego. - Wyjąkałem.
- Ale opowiesz mi, jeśli zmienisz zdanie - odpowiedziało kwaśno Eve i spojrzała zmrużonymi oczami na Montera. Ten znowu zaczął krzątać się przy swojej drukarce 3D i starannie unikał kontaktu wzrokowego.
- Chodźmy, robota czeka.
***
Mijały dni, a tempo prac tylko przyspieszało. Nawet nie wiem kiedy dokładnie dołączyły do nas pozostałe okręty grupy uderzeniowej, które brały w manewrach: “Asuka” i “Eris”, “Fubuki” i “Yukikaze” oraz przede wszystkim “Noel”. Pracowaliśmy z Eve nad odbiorem sygnału; dzięki jej pomocy udało mi się wycisnąć z małego urządzenia naprawdę dużą moc i rezultaty na małe odległości były zadowalające. Posłaliśmy raport do Doktorki, ta przyszła, odebrała od nas przerobione prototypy i wyszła bez słowa. Chyba jej też się spieszyło.
Potem nie mieliśmy żadnego nowego rozkazu, więc siedzieliśmy w hangarze i pomagaliśmy Monterowi, Derpiemu i innym w przeróbkach setek mobilek, które do nas regularnie trafiały. Przeróbka polegała na wgraniu aktualizacji i prostej modyfikacji płyty głównej, co trwało może kilka minut, ale pomnożone przez liczbę kadetów dawało dni monotonnej roboty. Mi to pasowało, Eve już niekoniecznie. Nocami udało się nam wymykać razem, niby mieliśmy te chipy śledzące nasze położenie, ale podróżowaliśmy niemal wyłącznie na trasie hangar-audytorium, tak więc Derpi miał kajutę tylko dla siebie. W każdym razie nikt się nas nie czepiał. Na początku próbowaliśmy robić z Eve pewne rzeczy, ale szybko zrozumieliśmy, że nic z tego nie wyjdzie, dlatego po prostu spaliśmy w audytorium obok siebie. To też było przyjemne.
***
Wszystko, co dobre, zawsze się kończy. Gdy kończyliśmy montować już ostatnie partie, a były to już godziny wieczorne, na nasze własne mobilki przyszło powiadomienie o briefingu. Wszyscy kadeci mieli się stawić w hangarach w pełnym rynsztunku, czyli w kombinezonach, hełmach i z przytroczonymi do pasa pałkami i długimi nożami, punkt dziewiąta.
Ja mało co spałem ze zdenerwowania, Eve też wierciła się niespokojnie. Wstaliśmy, zanim jeszcze zapaliły się światła dzienne i poszliśmy do swoich kajut ubrać kombinezony oraz by pobrać broń. Nie mieliśmy z nią zbyt częstych treningów, w przeciwieństwie do reszty kadetów, ale mieliśmy pojęcie, jak się nią posługiwać. Ruszyliśmy do podanych na mobilkach hangarów.
Nasza grupa: ja, Eve, Derpi, Gigi, Monter, Gamoń i Młotek stała trochę bliżej ekranu, na którym projektor wyświetlał transmisję na żywo z kajuty kapitańskiej. Ken też posłusznie siedział nieopodal.
Przed kamerą stanął sam Kapitan.
- Kadeci! - Zaczął. - Ciężko pracowaliście przez lata swojego pobytu na “Arce”. Kształciliście się, trenowaliście, doskonaliliście swoje ciała i umysły. Zapewniam was: ten trud nie pójdzie na marne!
Rozejrzałem się dyskretnie na boki. Wszyscy słuchali z przejęciem.
- Dzisiaj rozpoczynamy najważniejszą operację tej wojny! Niebawem dopłyniemy do gniazda wroga i uderzymy z całą siłą, jaką dysponujemy. Mamy szansę na pełne zwycięstwo! Będziemy mogli znowu bezpiecznie pływać po czarnych oceanach, zakładać osiedla i miasta na kontynencie bez lęku, że Sztuczna Inteligencja nas zbombarduje! Po latach chowania się i krycia nadszedł czas na kontratak!
Nie miałem pojęcia jak. Nie mieliśmy żadnej możliwości wzniesienia się na orbitę, ponieważ wszystkie instalacje naziemne niezbędne do startu zostałyby natychmiast zbombardowane.
Na ekranie pojawił się teraz bardzo szczegółowy, trójwymiarowy model skalistej, pozbawionej roślinności wyspy. W jej najwyższym punkcie zbudowana była rampa startowa, wzniesiona ku niebu na solidnie wyglądających kratownicach.
- Tej rampy wróg używa do rozpędzenia swoich statków powietrznych i wysyłania ich na orbitę! Okrada nas z zasobów, które transportuje, by konstruować instrumenty śmierci! Nie możemy dłużej na to pozwalać. Musimy przejąć kontrolę nad tym kluczowym obiektem! Nie wolno go zniszczyć!
Były to dla mnie informacje kompletnie nowe, a sądząc po minach Eve i Derpiego, dla nich również. Reszty nie byłem w stanie dostrzec, rozglądanie się podczas briefingu było bardzo nieregulaminowe. Tymczasem model wyspy otoczyła zielona, kulista bariera, której dolna połowa znikała pod powierzchnią czarnego oceanu.
- Sztuczna inteligencja też doskonale rozumie, jak ważna jest dla niej ta instalacja. Wszystkie próby zbudowania przez nią nowych udawało nam się niszczyć, ostatnio podczas manewrów, czego mieliście okazję być świadkami! Cała ta wyspa jest otoczona barierą energetyczną. Dzięki bohaterskiemu poświęceniu naszych informatorów wiemy, jak ona działa!
Animacja modelu oddaliła się trochę i zaczęła pokazywać wyspę z przeciwnej strony.
- Wasi koledzy spędzili miesiące na tworzeniu trójwymiarowego modelu na podstawie zdjęć i pomiarów, które udało nam się zrobić! Dzięki temu byliśmy w stanie zaplanować najlepsze drogi ataku!
Na brzegach wyspy zapaliły się trzy punkty, które miały być miejscami desantowymi. Ale zaraz, “wasi koledzy”...? To nad tym Gamoń i Młotek pracowali tyle czasu w tajemnicy…? I to pokazywali kapitanom, gdy ci zawitali na “Arkę” podczas manewrów...?
- Według naszych obliczeń w oznaczonych miejscach bariera nie pokrywa całej linii brzegowej i właśnie tam nastąpi nasz desant! Myśliwce zneutralizują ich obronę powietrzną, natomiast wy przeprowadzicie atak lądowy! A oto wasz cel!
Włączyła się animacja pokazująca bardzo uproszczony model rakiety lecącą wprost na półokrągłą barierę. Po uderzeniu w nią nastąpił wybuch, który został wchłonięty, a zwizualizowane fale energii najpierw popłynęły ku szczytowi zielonej sfery, a potem prostym strumieniem w dół do jakiegoś sześcianu.
- Kadeci! To jest ekstremalnie ważne! Ta bariera wchłania energię z zewnątrz, co właśnie zademonstrowaliśmy, i przesyła ją do konwertera, którego lokację jesteśmy w stanie dość dokładnie oszacować! Im większa energia, tym silniejsza jest bariera, ale wolno poruszające się obiekty są w stanie przez nią przejść! Ale uwaga: energia kinetyczna jest tłumiona również pod kopułą bariery! W praktyce oznacza to, że broń palna, wybuchowa nie mają tam żadnego zastosowania!
Zapadła ciężka cisza. Wręcz czułem, jak wszyscy są skonsternowani.
- Ale jesteście na to gotowi! Przeciętnie zbudowany człowiek miałby olbrzymie trudności w ogóle w poruszaniu się, ale wy jesteście silni! Wasza broń może być użyta pod barierą! Ciężko pracowaliście na ten sukces! Zwyciężymy! I jeszcze jedno…
Dlaczego Kapitan nie powiedział, jakiego rodzaju siły wroga tam spotkamy…?
- Od dzisiaj wszyscy jesteście żołnierzami zawodowymi! Ze wszystkimi związanymi z tym przywilejami! Przygotujcie się na przenosiny na “Noel”, skąd łodzie desantowe zabiorą was na pole walki! Wygramy! HURRA!
- HURRA! - Odpowiedziały setki i tysiące gromkich głosów, aż zawibrowały ściany hangarów. Krzyknąłem również i ja, choć byłem pewien wątpliwości.
Wszyscy zaczęli się rozchodzić, patrzyli na swoje mobilki, na które dostawali komunikaty gdzie i o której godzinie się stawić celem transferu na płynącą blisko nas “Noel”. Nasza grupa stała tak skołowana, że nikt za bardzo nie wiedział, co powiedzieć. Ja drapałem się po głowie, Eve miała założone z tyłu ręce i przestępowała z nogi na nogę. Gigi popatrywała na nas spode łba, Monter unikał jej wzroku. Derpi gładził się po szczęce w zamyśleniu, intensywnie nad czymś myślał. Tylko Gamoń i Młotek wyglądali na w miarę wyluzowanych; najwyraźniej czuli ulgę, że to, nad czym pracowali w tajemnicy przez ostatnie miesiące, wreszcie ujrzało światło dzienne i do czegoś się przydało. No nic, trzeba ubrać hełm i przygotować się do wykonania rozkazu…
- Zostańcie, gdzie jesteście - rozkazała nam Doktorka, która nie wiadomo kiedy zjawiła się w hangarze. Podeszła do nas bliżej i odwróciła się, sprawdzając, czy reszta kadetów… czy teraz już żołnierzy jest wystarczająco daleko.
- Proszę pani…? - Zaczęła Eve.
- Zostajecie na “Arce”. Nie pozwalam wam na udział w desancie. Jutro, jak już wszyscy żołnierze będą na “Noel”, spotkamy się u Kapitana, który ma wam coś do powiedzenia. Rozejść się! - Dodała głośniej. Tak, wydawanie rozkazów bardzo jej się spodobało.
***
Siedziałem z Eve w audytorium. Nie było już praktycznie nic do roboty, ale jeszcze przeglądaliśmy pliki i tabele, bardziej żeby zająć się czymś i nie myśleć o nadchodzącym dniu. Ostateczny atak. Najważniejsza akcja tej wojny. Z czym nasi mieli walczyć? Mają przedrzeć się do centrum skalistej wyspy polegając wyłącznie na sile własnych mięśni, uzbrojeni w pałki i noże? Wyspy, której Sztuczna Inteligencja będzie bronić wszystkim, co ma? I która doskonale wie, że tam płyniemy? Nie mogłem się nie martwić. Pozostało mi tylko wierzyć w plan Kapitana i reszty dowódców; może mają jakiś gambit w zanadrzu, który trzymali do tej pory w tajemnicy? I co ma nastąpić po przejęciu rampy używanej do startu w kosmos? Dlaczego od razu jej nie zniszczyć? Pewnie chcieli ją użyć do własnych celów, ale nie mieliśmy żadnych pojazdów, które można wysłać na orbitę? Zaraz, przecież…
Z rozmyślań wyrwało mnie pochrapywanie Eve, która zasnęła na swoim fotelu. Zazdrościłem jej, bo wiedziałem, że ja dzisiaj nie usnę. Przykryłem ją ostrożnie kocem i wyszedłem, po prostu nie mogłem usiedzieć w miejscu. Pozostały na lotniskowcu personel był zajęty przygotowaniem myśliwców, które były niezbędne do jutrzejszej akcji - bez zniszczenia obrony powietrznej wroga, którą na pewno rozstawił, łodzie desantowe będą bezbronnym celem i nawet nie wystartują, jeśli nie będzie w miarę bezpiecznie. Nogi same poniosły mnie do hangaru, gdzie spędziliśmy tyle czasu: pracując, gadając ze sobą, parę razy nawet odwiedziliśmy Modliszki, które chyba nas polubiły…
Przypomniały mi się wydarzenia z przepłynięcia przez obszar burzy, ból protezy, wypadek biednego Gustavusa, który pewnie chciałby być na pierwszej łodzi desantowej, ale nie było mu to dane. Szwendałem się dalej po korytarzach, niekiedy ciasnych i z krzywą podłogą, bo wszystko było montowane naprędce i niekiedy bez żadnego sensu. Miałem wrażenie, że nikt nie monitoruje już moich ruchów. Nogi prowadziły mnie same znajomymi ścieżkami.
Drzwi szpitala okrętowego były uchylone i jakoś pomyślałem o Gigi, która musiała znosić irytujące dziwactwa Doktorki praktycznie przez całą dobę. Na początku ciągle się w niej gotowało, ale ostatnio zaczęła się do swojej przełożonej… upodabniać? Zamiast reagować irytacją na wszystko, częściej zachowywała spokój i komentowała sytuację chłodną, acz złośliwą uwagą. Może musiała nabrać takiej cechy, by przetrzymać szkołę, którą zafundowała jej nasza mentorka. O ile ja miałem Eve, Derpi trzymał sztamę z Monterem, a Młotek i Gamoń byli praktycznie nierozłączni, tak Gigi była sama w tym chaosie… Zabrałem jej koleżankę…
Wszedłem do laboratorium Doktorki. Lampy sufitowe się świeciły i widziałem aparaturę, którą testował niedawno Monter, ale chyba nikogo nie było. Wtedy usłyszałem zza drzwi sali szpitalnej jakieś dźwięki, czyli jednak ktoś tam był…? Podszedłem ostrożnie i zajrzałem przez uchylone drzwi, starając się ich szerzej nie uchylać.
W półmroku, na jednym z łóżek widoczne były… ludzkie sylwetki? Gigi. Monter. Gamoń. Młotek. Cała czwórka, naraz. Zasapani, spoceni, splątani ze sobą. Niczym na nagraniu, które pokazywał mi Monter.
Sparaliżowało mnie w pierwszej chwili i nie wiem, czy przypadkiem nie uchyliłem wtedy szerzej drzwi, ale nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi.
Wycofałem się najciszej, jak potrafiłem. Nie moja sprawa.
***
Wcześnie rano przyszła wiadomość od Doktorki, że mamy się stawić w audytorium. Starałem się nie gapić na kolegów i koleżankę, ale czułem się cokolwiek nieswojo, natomiast oni zachowywali się jak gdyby nigdy nic. “Nie moja sprawa” powtarzałem sobie, starając się nie myśleć o scenie, której byłem mimowolnym świadkiem wczoraj, niestety bez większych sukcesów. Zakłopotanie musiało być widoczne, bo nawet Eve popatrywała na mnie z ukosa. Ken biegł przed nami, przyzwyczajony do stałej trasy.
W audytorium czekał już na nas Kapitan, sam ubrany w czarny kombinezon. Siedział na obrotowym fotelu, a obok niego stała… Riko, którą mogliśmy zobaczyć z bliska po raz pierwszy od dawna. Pomachała do nas, rozpromieniona Eve odmachała jej. Ken też wyraźnie się ucieszył, ale Eve wzięła go na ręce. Żadne z nas się nie odezwało, czekając na słowa Kapitana.
- Wszyscy są? Inez, zamknij drzwi…
- Są permanentnie otwarte.
- Aha, no tak… Nieważne. Usiądźcie, spocznij, czy co tam chcecie… - Wyglądał na zrezygnowanego. - Inez, ty też…
- Postoję.
- Ech… Wy dwoje - Kapitan wskazał na nas, gdy już cała nasza grupa usiadła. - Zwalniam was ze służby. Słyszałem, że wzięliście ślub na Soplu…
Wzrok zszokowanej reszty naszej grupy skupił się na nas, nawet ten Gamonia i Młotka, których zazwyczaj mało co ruszało. Wzroku Montera i Derpiego nie widziałem, bo obaj byli w hełmach.
- Eve?! - Krzyknęła z zaskoczenia Gigi.
- No, tak wyszło… - Zawstydziła się.
- Ahem! - Przypomniał o sobie Kapitan. - Gratulacje i wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. Jedna z niewielu dobrych rzeczy teraz… W każdym razie: odwaliliście do tej pory kawał dobrej roboty…
- Możemy wrócić na Sopel?! - Spytała z nadzieją Eve.
- O tym za chwilę… Gigi, jesteś teraz naszym nowym lekarzem okrętowym.
- Co? Eee… a co z dotychczasowym?
- Jest niedysponowany. - Powiedział Kapitan.
- Powiesił się. - Powiedziała równocześnie z Kapitanem Doktorka.
Ojciec popatrzył karcąco na córkę, która teraz starannie unikała jego wzroku.
- Nasz stary doktor nie wytrzymał presji… I poczucia winy. - Kapitan potarł czoło. - Właśnie posłaliśmy prawie dwa tysiące młodych chłopaków i parę dziewczyn na pole walki, o którym prawie nic nie wiemy.
- Sztuczna Inteligencja wie, że się zbliżamy… - Mruknąłem.
- Co? A, to… Nie ma żadnej sztucznej inteligencji, walczymy z ludźmi z orbity. Mówiliśmy o “Sztucznej Inteligencji”, bo tak było łatwiej tworzyć propagandę… Ludzie z orbity uważają nas za chorych, skażonych i nie chcą się zbliżać do powierzchni planety, wolą ją badać z daleka. My, potomkowie prawdziwych Pionierów, zasiedlamy ją, jemy tutejsze jedzenie i tak dalej, co bardzo nie podoba się purystom tam na górze. No to odcięliśmy ich od zasobów, którymi akurat się nie brzydzą, ale które są im niezbędne do rozbudowy instalacji orbitalnych, bo nie chcą stosować filamentu. Zatrzymaliśmy wysyłki surowców na orbitę, a ci w odwecie zafundowali nam apokalipsę piętnaście lat temu, realizując swój plan oczyszczenia planety z “nieczystych” i “skażonych”.
Słuchaliśmy w skupieniu, nawet dla Doktorki nie wszystkie szczegóły były chyba znane.
- Nie wszyscy na orbicie są jednak szaleńcami, na przykład rodzice tego oto dziecka - wskazał na Riko. - To dziecko pary naukowców, którzy przekazywali nam informacje na temat działania bariery i postępów w budowie Oka, co umożliwiło nam opracowanie jakiegoś konkretnego planu. Niestety od paru miesięcy nie mieliśmy od nich żadnej informacji, a na dodatek znaleźliśmy Riko w kapsule ratunkowej, bo prawdopodobnie zostali odkryci…
- 警備 Durchsetzung Regulation Police… - Mruknęła Riko.
- Tak, to siły porządkowe frakcji radykalnej ludzi z orbity. Wybaczcie Riko, na orbicie mówi się wieloma różnymi językami, ale ona ma problem z przełączaniem się między nimi, stąd radykałowie uznali ją za “wadliwą”, czy tam za “nieczystą”. Tak jak nas, ludzi na powierzchni planety. Smutna sprawa. Nie wiemy, co się stało z jej rodzicami… Przepraszam, Riko.
- Riko, nie martw się… - Eve próbowała uspokoić roztrzęsione dziecko.
- W każdym razie… - Kapitan spojrzał na mobilkę. Usłyszeliśmy wizg silników. - Dokonało się. Wystartowały pierwsze myśliwce. Już tego nie cofniemy. - Odetchnął głęboko.
- Ale zaraz, z kim będziemy walczyć tam na wyspie? - Musiałem spytać.
- Nie mamy pojęcia. - Westchnął Kapitan. - Wokół wyspy lądują różne transporty z orbity, które są potem tam przenoszone, ale nie mamy pojęcia co tam jest. Nie wiemy, jakiego typu siłami lądowymi dysponuje wróg… Błądzimy po omacku, ale ze względu na Oko nie mamy już czasu. Ono może już nawet ma zdolność bojową. - Odruchowo sięgnął po piersiówkę, której w czarnym kombinezonie nie miał. Szybko zaprzestał poszukiwań.
- Czy my… Sopel… - Eve próbowała przypomnieć o swoim istnieniu.
- A tak… Oto wasze ostatnie zadanie. Macie hełmy z kamerami, macie helikopter, nagrajcie tę akcję. Jeśli przegramy, to może coś po nas zostanie. Jeśli zobaczycie, że sprawy idą źle… Uciekajcie, nie wiem gdzie. Ukryjcie się gdzieś. Spróbujcie stworzyć niewielką grupę, żeby was nie ścigali. Poszukajcie ocalałych… - Przestał mówić na chwilę, ukrył twarz w dłoniach.
Siedzieliśmy tak, zszokowani.
Doktorka położyła dłoń na jego ramieniu. Po krótkiej chwili doszedł do siebie.
- Wybaczcie. Ty, tam z tyłu, jak ci tam… Derpi, ty będziesz pilotował helikopter. Bądź bardzo ostrożny. - Riko ściągnęła brwi w tym momencie, jakby się nad czymś zastanawiając, ale nic nie powiedziała. Derpi tylko pokiwał głową.
- Tato… - Przypomniała się Doktorka.
- No tak, sedno naszego kontrataku. Nasz as w rękawie. To już się dzieje, więc nie ma sensu tego dalej ukrywać. Jeśli uda się zniszczyć barierę i rampa kosmiczna ocaleje, to wtedy nasze dzielne koleżanki wystartują w swoich mechach. Inez, może ty wyjaśnisz?
- Mamy pięć pilotek mechów, są wytrenowane do poruszania się w warunkach obniżonej grawitacji, kuliste akwaria są dostosowane do ich obecnych… sylwetek, a brak nóg sprawia, że lepiej znoszą ekstremalne przeciążenia, bo krew nie odpływa im całkowicie do kończyn… - Tłumaczyła zimno Doktorka. - Gdy tylko zniszczymy barierę, Modliszki wystartują z “Arki” i rozpędzą się po rampie, postarają się polecieć aż na orbitę. Mechy wyposażyliśmy w najpotężniejsze ładunki, jakie mamy, nawet jeden z nich powinien wystarczyć, aby zniszczyć Oko. Reszta spróbuje zniszczyć tyle, ile się da.
To nasza pierwsza i jedyna szansa na kontratak, jedynie zaskakując wroga będziemy mogli tego dokonać… Nie spodziewają się, że w ogóle możemy dotrzeć na orbitę i sądzimy, że nie mają tam żadnych sił obronnych, dlatego możemy coś zdziałać tak małą grupą uderzeniową…
Odchylił się na krześle i odetchnął, milczał przez chwilę. Zerknął na swoją mobilkę.
- Dobrze, myśliwce wkrótce powinny napotkać pierwsze drony wroga, pozostaje już tylko czekać i przygotować się…
W tym momencie lotniskowcem zatrząsł wybuch. Po chwili mobilki wszystkich obecnych zadźwięczały sygnałem ostrzegawczym.
- To w maszynowni! - Krzyknął Monter.
- Poszły turbiny…
Kapitan walnął pięścią w stół i wstał nagle.
- To nie nie jest przypadek, nie ma przypadków! Mamy na pokładzie sabotażystę!
Wstaliśmy i pobiegliśmy do maszynowni, starając się ratować co tylko się da.


