niedziela, lutego 15, 2026

17. Przygotowania

 



Gdy się obudziłem, Eve już była ubrana w kombinezon i pakowała swoje rzeczy. Ken, który został przywieziony przez jedną z Hie… To znaczy przez jedną z dziewczyn, przeciągał się leniwie i ziewał, jeszcze rozespany. Jeszcze raz omiotłem to mieszkanie wzrokiem gdy wychodziliśmy, żeby je dobrze zapamiętać.

W przystani były już tłumy kadetów ustawione karnie w grupy po osiemdziesiąt osób, tak jak na bardziej zaawansowanych treningach, w których nasza grupa już nie brała udziału. Wsiadali na regularnie przypływające statki różnego kształtu i rozmiaru, które miały ich przetransportować na “Arkę”. Zobaczyliśmy, że ktoś do nas macha - była to Doktorka, ponownie ubrana w czarny kombinezon; musiał jej się spodobać z jakichś przyczyn. Stała przy naprędce ustawionych barierkach oddzielających grupy.

- Jak tam, mięśnie nie bolą? W sumie mieliście dużo aktywności… - Zamyśliła się.
- Proszę pani!
- Oj tam. Czekam na Gigi, miała przynieść moje toboły… Znowu się guzdrze. Mówiła, że chce dopracować jeszcze formułę środka łagodzącego skutki uboczne… Nieważne, i tak mamy wypływać jako jedni z ostatnich. Znając życie, pewnie wszystko i tak się opóźni… - Zastanawiała się na głos Doktorka.

Spojrzeliśmy wszyscy na swoje mobilki, by sprawdzić czas. Z zamyślenia wyrwało nas czyjeś wołanie.
- Inez-ちゃん!  Czekaj no!
- Mówi mi szybko - Doktorka nachyliła się do Eve - co to znaczy to całe “czan”? Od lat mi tak pierdoli do ucha…
- To jest honoryfikator… - Eve spojrzała na Doktorkę, szukając śladu zrozumienia. - Ten konkretny dodaje się wtedy, jeśli zwraca się do osoby znajomej, uroczej, kochanej, czyli do bliskich osób, dzieci, zwierzątek…
- Czyli pozwala sobie?
- Pozwala sobie.
- Nie udawaj, że mnie nie słyszysz! おい、デコ助! - Ku nam ze stacji szedł szybkim krokiem wysoki, chudy mężczyzna lat około trzydziestu pięciu, w białym fartuchu i z sięgającymi ramion blond włosami. Bardzo nieregulaminowe.
- To “dekosuke”...
- Nic miłego - odpowiedziała Eve.

Doktorka wreszcie zwróciła uwagę na mężczyznę.

- O, Ryuuji! Jak miło cię widzieć! A teraz wypierdalaj.
- Miałaś mi pokazać ten swój okaz, który znalazłaś! Nosi go jeden z tych mutantów! - Przybysz nawet się nie zająknął.

Eve i Doktorka popatrzyły sobie w oczy. Odniosłem wrażenie, że Ryuuji popełnił właśnie bardzo poważny błąd, jednocząc je przeciw sobie.

- Oto szanowny pan doktor Ryuuji, ekspert i pionier protez filamentowych, niezmiennie sympatyczny.
- Do dzisiaj cię boli, że poskładałem cię sprawniej, niż sama byś potrafiła.
- Tak mnie poskładałeś, że w ogóle mało co jest już w stanie boleć. I mam lepsze postępy ze specjalistycznymi protezami filamentowymi, niż ty kiedykolwiek będziesz miał.

Ryuuji założył dumnie ręce na piersi.

- Neurochirurgia filamentowa. Co ty na to?
- Brednie.
- Wrócisz, to ci pokażę efekty. A teraz ty pokażesz mi tę cudowną protezę, o której tyle mówiłaś wszystkim. Wszystkim oprócz mnie, znaczy się.

Odpowiedziała mu cisza.

- Fochy nie powinny stać na drodze progresu. - Rzucił Ryuuji, wyciągając z fartucha skręta, którego zapalił taką samą zapalniczką, jaką miała Doktorka.

Nasza Mentorka pogładziła swoje metalowe czoło.

- Kotuś… Pokaż mu proszę swoją protezę…

Byłem zaskoczony, że Doktorka nie dyskutuje z Ryuujim dalej, to nie było w jej stylu. Posłusznie zacząłem odpinać górną część kombinezonu.

Eve oparła się o barierkę i spojrzała wyzywająco na Ryuujiego.

- 見なよ…オレの男を。。。- Powiedziała.
- なんだ?! To znaczy… - Zaskoczony Ryuuji szybko się ogarnął.
- A pan doktor się nazywa… 療治さん?
- 竜二!

Nie miałem pojęcia o co chodzi, ale wyraźnie irytowało to mężczyznę i wyglądało to całkiem zabawnie.

Ja w międzyczasie ściągnąłem górną część kombinezonu i podwinąłem rękaw podkoszulka, aby Ryuuji mógł lepiej zobaczyć, jak filamentowe żyły wpijają się w ciało. Ten zaczął się przyglądać tak uważnie, że wnet dotykałby nosem mojej protezy. Trochę to trwało i zaczęło być mi chłodno.

- Czy musimy tyle…
- Zamknij się - warknął i dalej kontynuował obserwację.

Minęło jeszcze trochę czasu.

- Ryuuji, jak cię proszę… - Zaczęła Doktorka.
- Czemu nie przyprowadziłaś go do mnie?! - Wrzasnął w odpowiedzi. - Czemu nie zrobiłaś testów?! Kto tego w ogóle dokonał?! Nigdy czegoś takiego nie widziałem!
- Nie znasz całej sytuacji. Nawet sobie nie wyobrażasz, skąd go odratowali. Dla ciebie to obce pojęcie, wiem, ale mi jeszcze zostały jakieś resztki etyki. Zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
- To bardzo szlachetne, ale w międzyczasie ludzie cierpią, bo chcesz być miła dla jakiejś znajdy.

Mnie komentarze Ryuujiego nie ruszały za specjalnie, natomiast bojowa postawa i wyraz twarzy Eve mówiły mi, że było z nimi wręcz przeciwnie. 

- Ta, jak to sympatycznie określiłeś, znajda, wraz z tą dziewczyną, to elita intelektualna kadetów. Systemy komunikacji, które usprawnili, a w niektórych przypadkach stworzyli od podstaw, mogą uratować jeszcze więcej istnień. Nie mogę go tak sobie wyjąć z machiny wojskowej i rzucić pod mikroskop, bo tak mi się właśnie spodobało. Owszem, nie od razu było to dla mnie jasne, ale teraz rozumiem strukturę wojskową dużo lepiej, gdy poznałam ją z bliska. W sumie to jestem teraz jej częścią…
- Tak, dzięki tatusiowi… - Warknął w odpowiedzi Ryuuji.

Doktorka odwróciła się nagle, chyba po raz pierwszy w tej rozmowie zachowanie mężczyzny tak ją ubodło.

Szybkim ruchem odwróciła się i uderzyła Ryuujiego pięścią prosto w krocze, ruchem bardzo podobnym do tego, który wykonała Eve w windzie na “Noel”. Nie był nawet w części tak silny, ale wystarczył, żeby mężczyzna zgiął się wpół i padł na kolana.

- To właśnie są 金玉... - Zaczęła Eve.
- Tak, pamiętam.

Doktorka ostentacyjnie odwróciła się i dała nam znak ręką, żebyśmy poszli za nią w kierunku przystani. Ubieranie górnej części kombinezonu w biegu było trudne, ale możliwe. Staliśmy bliżej trapu, obserwując, jak kadeci karnie wchodzą na pokład statku do transportu filamentu; to był jeden z wielu, który miał ich zabrać na “Arkę”.

W końcu doczłapała do nas Gigi, niosąc zarówno swoje toboły, jak i te Doktorki. Widać było nawet jakieś tuby.
- Chyba nie widzieliście, ale tam wcześniej klęczał jakiś mężczyzna, to był chyba sam doktor Ryuuji! Spytałam, czy coś go nie boli, ale tylko warknął na mnie… Dziwne.

Tym razem to Eve podrapała się w zakłopotaniu po głowie.


***

Obserwowaliśmy w milczeniu kolejne sprawnie podpływające statki, transportujące kolejne grupy ubranych w czarne kombinezony kadetów. Wszyscy dużo lepiej zbudowani ode mnie; niektórych znałem z widzenia, innych w ogóle nie kojarzyłem. Niektórzy mieli już ubrane hełmy, wtedy byli nie do odróżnienia od reszty. Większość uśmiechnięta, podekscytowana rejsem i powrotem na “Arkę”. Tak sobie pomyślałem, że może podobnie jak ja uznali, że lotniskowiec to teraz jest ich dom, a wizyta na Soplu to była tylko fajna wycieczka... Chociaż nie: my mamy tu teraz mieszkanie? Jeszcze nie mogłem się do tego przyzwyczaić, to wszystko stało się tak szybko. A jak z nimi? Co będzie później? Cholera, teraz zacząłem się martwić o przyszłość. I tak źle, i tak niedobrze.

W końcu dostaliśmy termin naszego rejsu na mobilki. Kapitan i reszta dowództwa już dawno wrócili na lotniskowiec, zresztą przypuszczam, że takie osoby jak na przykład Noin wraz z Modliszkami i część personelu i tak musiała tam być stale, w końcu okręt musiał się stale poruszać, by zminimalizować ryzyko bycia zbombardowanym z orbity.
Przyszli Monter i Derpi, obaj jacyś uchachani, a krótko po nich dotarli milczący Młotek i Gamoń. Przez nikogo niepytany Monter opowiadał, jak to się wprosili do stoczni i magazynów i mogli wypytać o wszystko, co tylko chcieli. Dobrze dla nich. Nasz statek właśnie wpływał do przystani, skąd miał nas zabrać na “Gurena”, a stamtąd helikopterem na “Arkę”.

***

Moja koja, nareszcie. Wprawdzie dalej dzieliłem kajutę z Derpim, a nie z Eve, moją… żoną? Zresztą błyskawicznie wróciliśmy do uporządkowanego planu dnia, tak więc większość czasu i tak spędzałem z nią. Mieliśmy teraz priorytetowe zadanie: zmodyfikować sygnał mobilek tak, aby umożliwiały komunikację między urządzeniami poszczególnych kadetów, a sygnał miał być tak silny, jak to tylko możliwe. Nie za bardzo rozumieliśmy po co, ale wytyczne były tak jasne, że praca nad tym i eksperymentowanie wciągnęło nas bez reszty.
Wróciliśmy też na standardową, żołnierską dietę, zawierającą witaminki - nie wiem jak Eve, ale ja przez pewien czas czułem się… Nie otępiały, ale, sam nie wiem, mniej czuły, jakby mnie wycięto z papieru. Nie odczuwałem presji, pośpiechu czy strachu tak mocno, jak według mnie powinienem był normalnie czuć. Ale również i to wrażenie szybko minęło.

W trakcie testów łączności mobilek poszliśmy z Eve do hangaru, w którym pracowali Monter i Derpi. Na pierwszy rzut oka nic się tam nie zmieniło, choć zdecydowanie ubyło rolek filamentu. Cała załoga była intensywnie zajęta, trwały przygotowania, do których chyba wszyscy podeszli z entuzjazmem, a już na pewno ja.

Monter gonił od małej drukarki 3D do stołu, na którym stały jakieś czarne naczynia podgrzewane przez palnik na stałe paliwo - zaskakująco archaiczna aparatura.

- A co to jest? - Musiałem spytać, choć narażałem się na ryzyko kolejnego słowotoku mojego kolegi. Eve przeczuwając, co się święci, oddaliła się od nas pod pretekstem sprawdzenia zasięgu i siły sygnału.
- Podgrzewacz do cieczy, czajnik taki - rzucił w biegu Monter. - Gigi prosiła.
- Przecież jest taki sprzęt w szpitalu okrętowym?
- Ja nie wiem, Gigi ładnie prosi, to ja robię. - Monter znowu krzątał się przy czarnym czajniku. - No, zabulgocz, skarbie!

Aparatura wykonała polecenie.

- A tak w ogóle… - Podjął na nowo Monter oglądając się by sprawdzić, czy Eve jest poza zasięgiem głosu. - Słuchaj, słyszałem, że ty i Eve…
- Co słyszałeś? I od kogo?
- Nieważne od kogo, ale chodzi o to, że podobno braliście udział w, takim, no wiesz, eksperymencie…

Kto mógł mu to powiedzieć? Eve lubi paplać, ale szczerze wątpię, by chwaliła się tym koleżankom. Nieważne, nie było sensu w tej chwili zaprzeczać.

- No tak, pomagałem w czymś takim…
- “Pomagałem”, podobno prawdziwy dawca z ciebie…
- Że co?
- Słuchaj, nie złość się, ale muszę zapytać… Czy Eve ma, no wiesz…?
- O co ty pytasz… Moment… Zajebię ci zaraz!
- Spokojnie! - Monter zaczął wykonywać uspokajające gesty. - Przecież to Hiena, chyba wszyscy się nad tym kiedyś zastanawiali…

Potarłem lewą dłonią czoło, bo prawą miałem zaciśniętą w pięść. Nie mogłem uwierzyć, jak bardzo mnie to pytanie wkurzyło.

- No dobra, powiem to tylko raz. Nie mów na nie “Hieny”, to paskudne przezwisko, które sprawia dziewczynom dużą przykrość…
- Widzę, że z kolegi robi się prawdziwy dżentelmen, a na Gigi pod prysznicem to się gapiłeś…
- Wszyscy się gapiliśmy, bardziej lub mniej dyskretnie. Ty akurat mniej. I co, widziałeś u niej jakieś… niespodzianki?
- No nie.
- No i już, to jest twoja odpowiedź. Skończmy ten temat raz na zawsze.
- A jeszcze podobno mieliście do czynienia z tą Rąbniętą… - Monter był dzisiaj jeszcze bardziej ożywiony niż zazwyczaj.
- No, zaczepiła nas jakaś szurnięta z Sopla, ale sobie poszła.
- A widziałeś to? - Monter podsunął mi pod nos swoją przerobioną mobilkę, którego to wykroczenia nie miałem serca raportować. Mógł na niej przeglądać jakieś swoje własne pliki… Może to był błąd.

Na poziomym ekranie było widać niską dziewczynę z warkoczami po bokach głowy. Nosiła maskę zasłaniającą górną część twarzy, tak że ledwo było widać oczy przez małe otwory, ale ten szelmowski uśmiech poznałbym wszędzie. Aha, no i była ubrana tylko w kilka czarnych sznurków, które mało co zasłaniały. Po chwili w kadr weszło trzech rosłych mężczyzn, z których żaden ubrania już nie miał.

- Co to ma być, do ciężkiej cholery…
- Czekaj, przewinę kawałek.

Monter przesunął palcem po ekranie mniej więcej do połowy nagrania.

- To sobie zobacz.
- Oni wszyscy naraz… Ale jak… To tak można w ogóle…

Patrzyłem na scenę z chorą fascynacją. Nie rozumiałem sensu tych dość karkołomnych wygibasów, w dodatku przed kamerą, żeby wszyscy mogli zobaczyć. Nigdy nie widziałem wcześniej tego typu nagrania i wyglądało to dosyć odpychająco, z drugiej strony gapiłem się jak kretyn i pewnie nie miałem najmądrzejszego wyrazu twarzy.

- I co tam oglądacie, chłopaki - zawołała nas Eve, głośno przy tym stąpając, abyśmy ją słyszeli z daleka. Monter szybko schował mobilkę do kieszeni.
- N-nic takiego. - Wyjąkałem.
- Ale opowiesz mi, jeśli zmienisz zdanie - odpowiedziało kwaśno Eve i spojrzała zmrużonymi oczami na Montera. Ten znowu zaczął krzątać się przy swojej drukarce 3D i starannie unikał kontaktu wzrokowego.
- Chodźmy, robota czeka.

***

Mijały dni, a tempo prac tylko przyspieszało. Nawet nie wiem kiedy dokładnie dołączyły do nas pozostałe okręty grupy uderzeniowej, które brały w manewrach: “Asuka” i “Eris”, “Fubuki” i “Yukikaze” oraz przede wszystkim “Noel”. Pracowaliśmy z Eve nad odbiorem sygnału; dzięki jej pomocy udało mi się wycisnąć z małego urządzenia naprawdę dużą moc i rezultaty na małe odległości były zadowalające. Posłaliśmy raport do Doktorki, ta przyszła, odebrała od nas przerobione prototypy i wyszła bez słowa. Chyba jej też się spieszyło.

Potem nie mieliśmy żadnego nowego rozkazu, więc siedzieliśmy w hangarze i pomagaliśmy Monterowi, Derpiemu i innym w przeróbkach setek mobilek, które do nas regularnie trafiały. Przeróbka polegała na wgraniu aktualizacji i prostej modyfikacji płyty głównej, co trwało może kilka minut, ale pomnożone przez liczbę kadetów dawało dni monotonnej roboty. Mi to pasowało, Eve już niekoniecznie. Nocami udało się nam wymykać razem, niby mieliśmy te chipy śledzące nasze położenie, ale podróżowaliśmy niemal wyłącznie na trasie hangar-audytorium, tak więc Derpi miał kajutę tylko dla siebie. W każdym razie nikt się nas nie czepiał. Na początku próbowaliśmy robić z Eve pewne rzeczy, ale szybko zrozumieliśmy, że nic z tego nie wyjdzie, dlatego po prostu spaliśmy w audytorium obok siebie. To też było przyjemne.

***

Wszystko, co dobre, zawsze się kończy. Gdy kończyliśmy montować już ostatnie partie, a były to już godziny wieczorne, na nasze własne mobilki przyszło powiadomienie o briefingu. Wszyscy kadeci mieli się stawić w hangarach w pełnym rynsztunku, czyli w kombinezonach, hełmach i z przytroczonymi do pasa pałkami i długimi nożami, punkt dziewiąta.

Ja mało co spałem ze zdenerwowania, Eve też wierciła się niespokojnie. Wstaliśmy, zanim jeszcze zapaliły się światła dzienne i poszliśmy do swoich kajut ubrać kombinezony oraz by pobrać broń. Nie mieliśmy z nią zbyt częstych treningów, w przeciwieństwie do reszty kadetów, ale mieliśmy pojęcie, jak się nią posługiwać. Ruszyliśmy do podanych na mobilkach hangarów.

Nasza grupa: ja, Eve, Derpi, Gigi, Monter, Gamoń i Młotek stała trochę bliżej ekranu, na którym projektor wyświetlał transmisję na żywo z kajuty kapitańskiej. Ken też posłusznie siedział nieopodal.

Przed kamerą stanął sam Kapitan.

- Kadeci! - Zaczął. - Ciężko pracowaliście przez lata swojego pobytu na “Arce”. Kształciliście się, trenowaliście, doskonaliliście swoje ciała i umysły. Zapewniam was: ten trud nie pójdzie na marne!

Rozejrzałem się dyskretnie na boki. Wszyscy słuchali z przejęciem.

- Dzisiaj rozpoczynamy najważniejszą operację tej wojny! Niebawem dopłyniemy do gniazda wroga i uderzymy z całą siłą, jaką dysponujemy. Mamy szansę na pełne zwycięstwo! Będziemy mogli znowu bezpiecznie pływać po czarnych oceanach, zakładać osiedla i miasta na kontynencie bez lęku, że Sztuczna Inteligencja nas zbombarduje! Po latach chowania się i krycia nadszedł czas na kontratak!

Nie miałem pojęcia jak. Nie mieliśmy żadnej możliwości wzniesienia się na orbitę, ponieważ wszystkie instalacje naziemne niezbędne do startu zostałyby natychmiast zbombardowane.
Na ekranie pojawił się teraz bardzo szczegółowy, trójwymiarowy model skalistej, pozbawionej roślinności wyspy. W jej najwyższym punkcie zbudowana była rampa startowa, wzniesiona ku niebu na solidnie wyglądających kratownicach.

- Tej rampy wróg używa do rozpędzenia swoich statków powietrznych i wysyłania ich na orbitę! Okrada nas z zasobów, które transportuje, by konstruować instrumenty śmierci! Nie możemy dłużej na to pozwalać. Musimy przejąć kontrolę nad tym kluczowym obiektem! Nie wolno go zniszczyć!
 

Były to dla mnie informacje kompletnie nowe, a sądząc po minach Eve i Derpiego, dla nich również. Reszty nie byłem w stanie dostrzec, rozglądanie się podczas briefingu było bardzo nieregulaminowe. Tymczasem model wyspy otoczyła zielona, kulista bariera, której dolna połowa znikała pod powierzchnią czarnego oceanu. 

- Sztuczna inteligencja też doskonale rozumie, jak ważna jest dla niej ta instalacja. Wszystkie próby zbudowania przez nią nowych udawało nam się niszczyć, ostatnio podczas manewrów, czego mieliście okazję być świadkami! Cała ta wyspa jest otoczona barierą energetyczną. Dzięki bohaterskiemu poświęceniu naszych informatorów wiemy, jak ona działa!

Animacja modelu oddaliła się trochę i zaczęła pokazywać wyspę z przeciwnej strony.

- Wasi koledzy spędzili miesiące na tworzeniu trójwymiarowego modelu na podstawie zdjęć i pomiarów, które udało nam się zrobić! Dzięki temu byliśmy w stanie zaplanować najlepsze drogi ataku!

Na brzegach wyspy zapaliły się trzy punkty, które miały być miejscami desantowymi. Ale zaraz, “wasi koledzy”...? To nad tym Gamoń i Młotek pracowali tyle czasu w tajemnicy…? I to pokazywali kapitanom, gdy ci zawitali na “Arkę” podczas manewrów...?

- Według naszych obliczeń w oznaczonych miejscach bariera nie pokrywa całej linii brzegowej i właśnie tam nastąpi nasz desant! Myśliwce zneutralizują ich obronę powietrzną, natomiast wy przeprowadzicie atak lądowy! A oto wasz cel!

Włączyła się animacja pokazująca bardzo uproszczony model rakiety lecącą wprost na półokrągłą barierę. Po uderzeniu w nią nastąpił wybuch, który został wchłonięty, a zwizualizowane fale energii najpierw popłynęły ku szczytowi zielonej sfery, a potem prostym strumieniem w dół do jakiegoś sześcianu.

- Kadeci! To jest ekstremalnie ważne! Ta bariera wchłania energię z zewnątrz, co właśnie zademonstrowaliśmy, i przesyła ją do konwertera, którego lokację jesteśmy w stanie dość dokładnie oszacować! Im większa energia, tym silniejsza jest bariera, ale wolno poruszające się obiekty są w stanie przez nią przejść! Ale uwaga: energia kinetyczna jest tłumiona również pod kopułą bariery! W praktyce oznacza to, że broń palna, wybuchowa nie mają tam żadnego zastosowania!

Zapadła ciężka cisza. Wręcz czułem, jak wszyscy są skonsternowani.

- Ale jesteście na to gotowi! Przeciętnie zbudowany człowiek miałby olbrzymie trudności w ogóle w poruszaniu się, ale wy jesteście silni! Wasza broń może być użyta pod barierą! Ciężko pracowaliście na ten sukces! Zwyciężymy! I jeszcze jedno…

Dlaczego Kapitan nie powiedział, jakiego rodzaju siły wroga tam spotkamy…?

- Od dzisiaj wszyscy jesteście żołnierzami zawodowymi! Ze wszystkimi związanymi z tym przywilejami! Przygotujcie się na przenosiny na “Noel”, skąd łodzie desantowe zabiorą was na pole walki! Wygramy! HURRA!
- HURRA! - Odpowiedziały setki i tysiące gromkich głosów, aż zawibrowały ściany hangarów. Krzyknąłem również i ja, choć byłem pewien wątpliwości.

Wszyscy zaczęli się rozchodzić, patrzyli na swoje mobilki, na które dostawali komunikaty gdzie i o której godzinie się stawić celem transferu na płynącą blisko nas “Noel”. Nasza grupa stała tak skołowana, że nikt za bardzo nie wiedział, co powiedzieć. Ja drapałem się po głowie, Eve miała założone z tyłu ręce i przestępowała z nogi na nogę. Gigi popatrywała na nas spode łba, Monter unikał jej wzroku. Derpi gładził się po szczęce w zamyśleniu, intensywnie nad czymś myślał. Tylko Gamoń i Młotek wyglądali na w miarę wyluzowanych; najwyraźniej czuli ulgę, że to, nad czym pracowali w tajemnicy przez ostatnie miesiące, wreszcie ujrzało światło dzienne i do czegoś się przydało. No nic, trzeba ubrać hełm i przygotować się do wykonania rozkazu…

- Zostańcie, gdzie jesteście - rozkazała nam Doktorka, która nie wiadomo kiedy zjawiła się w hangarze. Podeszła do nas bliżej i odwróciła się, sprawdzając, czy reszta kadetów… czy teraz już żołnierzy jest wystarczająco daleko.
- Proszę pani…? - Zaczęła Eve.
- Zostajecie na “Arce”. Nie pozwalam wam na udział w desancie. Jutro, jak już wszyscy żołnierze będą na “Noel”, spotkamy się u Kapitana, który ma wam coś do powiedzenia. Rozejść się! - Dodała głośniej. Tak, wydawanie rozkazów bardzo jej się spodobało.

***

Siedziałem z Eve w audytorium. Nie było już praktycznie nic do roboty, ale jeszcze przeglądaliśmy pliki i tabele, bardziej żeby zająć się czymś i nie myśleć o nadchodzącym dniu. Ostateczny atak. Najważniejsza akcja tej wojny. Z czym nasi mieli walczyć? Mają przedrzeć się do centrum skalistej wyspy polegając wyłącznie na sile własnych mięśni, uzbrojeni w pałki i noże? Wyspy, której Sztuczna Inteligencja będzie bronić wszystkim, co ma? I która doskonale wie, że tam płyniemy? Nie mogłem się nie martwić. Pozostało mi tylko wierzyć w plan Kapitana i reszty dowódców; może mają jakiś gambit w zanadrzu, który trzymali do tej pory w tajemnicy? I co ma nastąpić po przejęciu rampy używanej do startu w kosmos? Dlaczego od razu jej nie zniszczyć? Pewnie chcieli ją użyć do własnych celów, ale nie mieliśmy żadnych pojazdów, które można wysłać na orbitę? Zaraz, przecież…

Z rozmyślań wyrwało mnie pochrapywanie Eve, która zasnęła na swoim fotelu. Zazdrościłem jej, bo wiedziałem, że ja dzisiaj nie usnę. Przykryłem ją ostrożnie kocem i wyszedłem, po prostu nie mogłem usiedzieć w miejscu. Pozostały na lotniskowcu personel był zajęty przygotowaniem myśliwców, które były niezbędne do jutrzejszej akcji - bez zniszczenia obrony powietrznej wroga, którą na pewno rozstawił, łodzie desantowe będą bezbronnym celem i nawet nie wystartują, jeśli nie będzie w miarę bezpiecznie. Nogi same poniosły mnie do hangaru, gdzie spędziliśmy tyle czasu: pracując, gadając ze sobą, parę razy nawet odwiedziliśmy Modliszki, które chyba nas polubiły…
Przypomniały mi się wydarzenia z przepłynięcia przez obszar burzy, ból protezy, wypadek biednego Gustavusa, który pewnie chciałby być na pierwszej łodzi desantowej, ale nie było mu to dane. Szwendałem się dalej po korytarzach, niekiedy ciasnych i z krzywą podłogą, bo wszystko było montowane naprędce i niekiedy bez żadnego sensu. Miałem wrażenie, że nikt nie monitoruje już moich ruchów. Nogi prowadziły mnie same znajomymi ścieżkami.

Drzwi szpitala okrętowego były uchylone i jakoś pomyślałem o Gigi, która musiała znosić irytujące dziwactwa Doktorki praktycznie przez całą dobę. Na początku ciągle się w niej gotowało, ale ostatnio zaczęła się do swojej przełożonej… upodabniać? Zamiast reagować irytacją na wszystko, częściej zachowywała spokój i komentowała sytuację chłodną, acz złośliwą uwagą. Może musiała nabrać takiej cechy, by przetrzymać szkołę, którą zafundowała jej nasza mentorka. O ile ja miałem Eve, Derpi trzymał sztamę z Monterem, a Młotek i Gamoń byli praktycznie nierozłączni, tak Gigi była sama w tym chaosie… Zabrałem jej koleżankę…

Wszedłem do laboratorium Doktorki. Lampy sufitowe się świeciły i widziałem aparaturę, którą testował niedawno Monter, ale chyba nikogo nie było. Wtedy usłyszałem zza drzwi sali szpitalnej jakieś dźwięki, czyli jednak ktoś tam był…? Podszedłem ostrożnie i zajrzałem przez uchylone drzwi, starając się ich szerzej nie uchylać.
W półmroku, na jednym z łóżek widoczne były… ludzkie sylwetki? Gigi. Monter. Gamoń. Młotek. Cała czwórka, naraz. Zasapani, spoceni, splątani ze sobą. Niczym na nagraniu, które pokazywał mi Monter.
Sparaliżowało mnie w pierwszej chwili i nie wiem, czy przypadkiem nie uchyliłem wtedy szerzej drzwi, ale nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi.

Wycofałem się najciszej, jak potrafiłem. Nie moja sprawa.

***

Wcześnie rano przyszła wiadomość od Doktorki, że mamy się stawić w audytorium. Starałem się nie gapić na kolegów i koleżankę, ale czułem się cokolwiek nieswojo, natomiast oni zachowywali się jak gdyby nigdy nic. “Nie moja sprawa” powtarzałem sobie, starając się nie myśleć o scenie, której byłem mimowolnym świadkiem wczoraj, niestety bez większych sukcesów. Zakłopotanie musiało być widoczne, bo nawet Eve popatrywała na mnie z ukosa. Ken biegł przed nami, przyzwyczajony do stałej trasy.

W audytorium czekał już na nas Kapitan, sam ubrany w czarny kombinezon. Siedział na obrotowym fotelu, a obok niego stała… Riko, którą mogliśmy zobaczyć z bliska po raz pierwszy od dawna. Pomachała do nas, rozpromieniona Eve odmachała jej. Ken też wyraźnie się ucieszył, ale Eve wzięła go na ręce. Żadne z nas się nie odezwało, czekając na słowa Kapitana.

- Wszyscy są? Inez, zamknij drzwi…
- Są permanentnie otwarte.
- Aha, no tak… Nieważne. Usiądźcie, spocznij, czy co tam chcecie… - Wyglądał na zrezygnowanego. - Inez, ty też…
- Postoję.
- Ech… Wy dwoje - Kapitan wskazał na nas, gdy już cała nasza grupa usiadła. - Zwalniam was ze służby. Słyszałem, że wzięliście ślub na Soplu…

Wzrok zszokowanej reszty naszej grupy skupił się na nas, nawet ten Gamonia i Młotka, których zazwyczaj mało co ruszało. Wzroku Montera i Derpiego nie widziałem, bo obaj byli w hełmach.
- Eve?! - Krzyknęła z zaskoczenia Gigi.
- No, tak wyszło… - Zawstydziła się.
- Ahem! - Przypomniał o sobie Kapitan. - Gratulacje i wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. Jedna z niewielu dobrych rzeczy teraz… W każdym razie: odwaliliście do tej pory kawał dobrej roboty…
- Możemy wrócić na Sopel?! - Spytała z nadzieją Eve.
- O tym za chwilę… Gigi, jesteś teraz naszym nowym lekarzem okrętowym.
- Co? Eee… a co z dotychczasowym?
- Jest niedysponowany. - Powiedział Kapitan.
- Powiesił się. - Powiedziała równocześnie z Kapitanem Doktorka.

Ojciec popatrzył karcąco na córkę, która teraz starannie unikała jego wzroku.

- Nasz stary doktor nie wytrzymał presji… I poczucia winy. - Kapitan potarł czoło. - Właśnie posłaliśmy prawie dwa tysiące młodych chłopaków i parę dziewczyn na pole walki, o którym prawie nic nie wiemy.
- Sztuczna Inteligencja wie, że się zbliżamy… - Mruknąłem.
- Co? A, to… Nie ma żadnej sztucznej inteligencji, walczymy z ludźmi z orbity. Mówiliśmy o “Sztucznej Inteligencji”, bo tak było łatwiej tworzyć propagandę… Ludzie z orbity uważają nas za chorych, skażonych i nie chcą się zbliżać do powierzchni planety, wolą ją badać z daleka. My, potomkowie prawdziwych Pionierów, zasiedlamy ją, jemy tutejsze jedzenie i tak dalej, co bardzo nie podoba się purystom tam na górze. No to odcięliśmy ich od zasobów, którymi akurat się nie brzydzą, ale które są im niezbędne do rozbudowy instalacji orbitalnych, bo nie chcą stosować filamentu. Zatrzymaliśmy wysyłki surowców na orbitę, a ci w odwecie zafundowali nam apokalipsę piętnaście lat temu, realizując swój plan oczyszczenia planety z “nieczystych” i “skażonych”.

Słuchaliśmy w skupieniu, nawet dla Doktorki nie wszystkie szczegóły były chyba znane.

- Nie wszyscy na orbicie są jednak szaleńcami, na przykład rodzice tego oto dziecka - wskazał na Riko. - To dziecko pary naukowców, którzy przekazywali nam informacje na temat działania bariery i postępów w budowie Oka, co umożliwiło nam opracowanie jakiegoś konkretnego planu. Niestety od paru miesięcy nie mieliśmy od nich żadnej informacji, a na dodatek znaleźliśmy Riko w kapsule ratunkowej, bo prawdopodobnie zostali odkryci…
- 警備 Durchsetzung Regulation Police… - Mruknęła Riko.
- Tak, to siły porządkowe frakcji radykalnej ludzi z orbity. Wybaczcie Riko, na orbicie mówi się wieloma różnymi językami, ale ona ma problem z przełączaniem się między nimi, stąd radykałowie uznali ją za “wadliwą”, czy tam za “nieczystą”. Tak jak nas, ludzi na powierzchni planety. Smutna sprawa. Nie wiemy, co się stało z jej rodzicami… Przepraszam, Riko.
- Riko, nie martw się… - Eve próbowała uspokoić roztrzęsione dziecko.
- W każdym razie… - Kapitan spojrzał na mobilkę. Usłyszeliśmy wizg silników. - Dokonało się. Wystartowały pierwsze myśliwce. Już tego nie cofniemy. - Odetchnął głęboko.
- Ale zaraz, z kim będziemy walczyć tam na wyspie? - Musiałem spytać.
- Nie mamy pojęcia. - Westchnął Kapitan. - Wokół wyspy lądują różne transporty z orbity, które są potem tam przenoszone, ale nie mamy pojęcia co tam jest. Nie wiemy, jakiego typu siłami lądowymi dysponuje wróg… Błądzimy po omacku, ale ze względu na Oko nie mamy już czasu. Ono może już nawet ma zdolność bojową. - Odruchowo sięgnął po piersiówkę, której w czarnym kombinezonie nie miał. Szybko zaprzestał poszukiwań.
- Czy my… Sopel… - Eve próbowała przypomnieć o swoim istnieniu.
- A tak… Oto wasze ostatnie zadanie. Macie hełmy z kamerami, macie helikopter, nagrajcie tę akcję. Jeśli przegramy, to może coś po nas zostanie. Jeśli zobaczycie, że sprawy idą źle… Uciekajcie, nie wiem gdzie. Ukryjcie się gdzieś. Spróbujcie stworzyć niewielką grupę, żeby was nie ścigali. Poszukajcie ocalałych… - Przestał mówić na chwilę, ukrył twarz w dłoniach.

Siedzieliśmy tak, zszokowani.

Doktorka położyła dłoń na jego ramieniu. Po krótkiej chwili doszedł do siebie.

- Wybaczcie. Ty, tam z tyłu, jak ci tam… Derpi, ty będziesz pilotował helikopter. Bądź bardzo ostrożny. - Riko ściągnęła brwi w tym momencie, jakby się nad czymś zastanawiając, ale nic nie powiedziała. Derpi tylko pokiwał głową.
- Tato… - Przypomniała się Doktorka.
- No tak, sedno naszego kontrataku. Nasz as w rękawie. To już się dzieje, więc nie ma sensu tego dalej ukrywać. Jeśli uda się zniszczyć barierę i rampa kosmiczna ocaleje, to wtedy nasze dzielne koleżanki wystartują w swoich mechach. Inez, może ty wyjaśnisz?
- Mamy pięć pilotek mechów, są wytrenowane do poruszania się w warunkach obniżonej grawitacji, kuliste akwaria są dostosowane do ich obecnych… sylwetek, a brak nóg sprawia, że lepiej znoszą ekstremalne przeciążenia, bo krew nie odpływa im całkowicie do kończyn… - Tłumaczyła zimno Doktorka. - Gdy tylko zniszczymy barierę, Modliszki wystartują z “Arki” i rozpędzą się po rampie, postarają się polecieć aż na orbitę. Mechy wyposażyliśmy w najpotężniejsze ładunki, jakie mamy, nawet jeden z nich powinien wystarczyć, aby zniszczyć Oko. Reszta spróbuje zniszczyć tyle, ile się da.
To nasza pierwsza i jedyna szansa na kontratak, jedynie zaskakując wroga będziemy mogli tego dokonać… Nie spodziewają się, że w ogóle możemy dotrzeć na orbitę i sądzimy, że nie mają tam żadnych sił obronnych, dlatego możemy coś zdziałać tak małą grupą uderzeniową…

Odchylił się na krześle i odetchnął, milczał przez chwilę. Zerknął na swoją mobilkę.

- Dobrze, myśliwce wkrótce powinny napotkać pierwsze drony wroga, pozostaje już tylko czekać i przygotować się…

W tym momencie lotniskowcem zatrząsł wybuch. Po chwili mobilki wszystkich obecnych zadźwięczały sygnałem ostrzegawczym.

- To w maszynowni! - Krzyknął Monter.
- Poszły turbiny…

Kapitan walnął pięścią w stół i wstał nagle.
- To nie nie jest przypadek, nie ma przypadków! Mamy na pokładzie sabotażystę!

Wstaliśmy i pobiegliśmy do maszynowni, starając się ratować co tylko się da.

niedziela, lutego 08, 2026

16. Eksperyment

 


- No w końcu - powitała nas od wejścia Doktorka, gdy zawitaliśmy pod jej laboratorium. - Ja też mam wszystko gotowe, jedziemy.
- Gotowe? Myślałem, że to my będziemy coś przygotowywać? W sensie do eksperymentu?
- No, samych siebie. - Doktorka otworzyła drzwi do sali, gdzie znajdowały się dwa łóżka oddzielone białym parawanem. Gigi właśnie ustawiała pakiety butelek z jakimś gęstym, kolorowym płynem jeden na drugim i popatrywała na nas z ukosa. - Dobra, tu macie ceraty na zmianę, ręczniki papierowe, koszule szpitalne, a tu są koktajle odżywcze - wskazała na pakiety.
- Co?
- Łazienkę macie tam, prysznic też jest… I jak, gotowi? - Klasnęła z entuzjazmem w dłonie.
- Ale o co tu chodzi, do ciężkiej cholery?! - Nie wytrzymałem, bo zacząłem czuć się naprawdę niepewnie. Co innego oglądać szpitalną salę, a co innego samemu na takiej leżeć. Zacząłem się mimowolnie wycofywać.
- Oj Kotuś, nie bądź taki… Zaraz. - Spojrzała na Eve, potem znowu na mnie i znowu na Eve. - Nie powiedziałaś mu, prawda - bardziej stwierdziła, niż zapytała Doktorka.
- No bo mówiła pani, że nie będzie problemu i w ogóle… - Eve patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem.
- Nie dam z siebie zrobić królika doświadczalnego. Nigdy więcej. Nie zgadzam się. - Nogi same mnie poniosły za drzwi, którymi trzasnąłem za sobą. Znalazłem się na korytarzu. Oparłem się o ścianę i osunąłem w dół, bo nogi same ugięły się pode mną. Obrazy tamtych wydarzeń zaczęły pojawiać mi się przed oczami najsilniej od długiego czasu; obrazy, o których tak bardzo chciałem zapomnieć. Milioner miał tak bardzo rację.

Zza drzwi dobiegała mnie kłótnia Doktorki i Eve.
- Dziecko drogie, no i coś ty narobiła? Lepiej idź go przekonaj, inaczej będę musiała poszukać zastępstwa, i to szybko…
- Nie! Proszę! A zresztą, skąd miałam wiedzieć?!
- Facet przeżył montaż protezy, tak ciężko się domyślić, że może nie lubić sali szpitalnych? Nie opowiadał ci o tym?
- My… nie wypytywałam go o to! Nie chciał o tym mówić!
- Nie gadacie ze sobą? Macacie się tylko?
- Proszę zejść ze mnie w końcu! Dosyć mam tego!
- Słuchaj no, idź tam i spróbuj przekonać. Użyj swoich wdzięków, pomasuj go tam, gdzie lubi, nie wiem jak i nie obchodzi mnie to. Jeśli go szybko nie sprowadzisz, to szukam zastępstwa, bo musimy to skończyć zanim wypłyniemy. Rozumiesz?
- Rozumiem.

Siedziałem skulony pod drzwiami, patrzyłem tępo przed siebie i próbowałem zrozumieć, co się ze mną dzieje. Dlaczego tak zareagowałem? Myślałem, że to już miałem za sobą, gdy dołączyli mnie do załogi “Arki”. Że będzie już normalnie, że ataki paniki się skończyły. Spałem niespokojnie, ale przynajmniej byłem w stanie spać. Ale od przybycia na Sopel za dużo rzeczy dotykało mojej przeszłości, a rozmowa z Milionerem tego poranka już zdecydowanie tego dotyczyła. Chcę wrócić na “Arkę”, chcę pracować, programować, siedzieć z nią razem do późnych godzin nocnych…

Drzwi laboratorium się otworzyły i wyszła do mnie Eve, ocierając łzy z policzków. Usiadła na podłodze obok mnie i oparła głowę o ścianę, siedzieliśmy tak chwilę w milczeniu. Skierowała twarz w moją stronę.

- Nie jest dobrze, co?
- Nie jest.
- Słuchaj… Przepraszam. To była dziecinada z mojej strony - zaczęła. - Ja po prostu… Tak bardzo chciałam czegoś. Dla nas. Przyszłości. Nienawidzę “Arki”. Wrzucili nas tam, bo nie mieli co z nami zrobić. Faceci się tam sprawdzają, ale ja, Gigi, Kosa, inne… Wiesz, widziałam dziewczyny na Soplu, takie ładne, wystrzałowe, przecież my jesteśmy w porównaniu do nich mutantami… Bezpłodnym odpadem.
- Nie mów tak.
- Na lotniskowcu, a teraz nawet poza nim, nazywają nas “Hieny”, bo myślą, że… - Zaczęła łkać. - Zresztą sam wiesz. Mogę się z tego śmiać, mogę nie reagować na to w ogóle, ale to po prostu boli. Za każdym razem, gdy to słyszę. Nienawidzę tego. Nie chcę wracać na “Arkę”. Pamiętasz, gdy mówiłam, że uciekniemy razem z Riko…
- Pamiętam.
- To było takie naiwne. Nic mi nie wychodzi. Nawet teraz. - Zwiesiła głowę. - Ale ja chcę przyszłości. Wspólnej. Z tobą.

Zesztywniałem.

- Dogadujemy się, współpracujemy, rozumiemy się… przez większość czasu. Nigdy nawet nie myślałam, że ktoś taki w ogóle się pojawi, ale… jesteś. - Jej mała, drobna dłoń dotknęła mojego kolana.
- Nigdy o tym nie myślałem. - Odpowiedziałem do bólu szczerze. - Po prostu żyłem.
- A ja myślałam - ciągnęła niezrażona Eve. - I możemy żyć… razem. Posłuchaj - nachyliła się do mnie. - Nie musimy być na “Arce”. Przenieśmy się tutaj. Po tej całej “największej operacji” wrócimy, zamieszkamy tu, będziemy pracować, będziemy jak Gabrielle i Padel, na pewno się przydamy… - Przystanęła nade mną i objęła mnie. - Doktorka powiedziała, że załatwi nam mieszkanie za wzięcie udziału. - Mówiła mi teraz cicho do ucha. - Będziemy mieli dokąd wrócić, zamieszkamy tam… Zestarzejemy… - Poczułem jej łzy na moich policzkach.
- Daj mi chwilę.

Wstała, odeszła parę kroków w tył i wytarła policzki.

- To tylko test chemiczny. Nie będą nas kroić ani nic. Nie powinno boleć. Jeśli zacznie, jeśli będziesz miał dosyć, to po prostu pójdziemy sobie, dobra?
- Tak. Rozumiem. Chwila.

Eve nie mówiła już nic więcej, tylko wycofała się i zamknęła drzwi za sobą.

- I jak? - Słyszałem cichą rozmowę.
- Nie wiem. Dajmy mu chwilę.
- Jestem w szoku, naprawdę. Najpierw ty robisz fochy, a teraz facet… Spodziewałam się, że to on cię tu przywlecze za rękaw, a nie odwrotnie. Zaraz, powiedziałaś mu w ogóle o przewidywanych skutkach?

Doktorce odpowiedziała cisza, a po chwili usłyszałem metaliczne plaśnięcie, chyba po raz kolejny uderzyła się dłonią w czoło.

Eve miała rację. Może podeszła do tego od złej strony, ale skąd miała wiedzieć o moich problemach? Przecież celowo jej o nich nie mówiłem. Nie chciałem niszczyć tego, co udało nam się teraz zbudować. I desperacko nie chciałem wracać pamięcią do tamtych wydarzeń. Kiedyś może jej opowiem, ale jeszcze nie teraz, kiedy wszystko może się tak łatwo zawalić. Ale… ona myślała daleko naprzód o sprawach ważniejszych, podczas gdy ja, na dobrą sprawę, tylko się bawiłem. Okazała się doroślejsza ode mnie, a teraz cierpi przez moje dziwne zachowania. Może by tak wziąć w końcu odpowiedzialność, do cholery?

Wstałem, wziąłem głęboki oddech i wszedłem do laboratorium.

***

- Tak jak, gotowi w końcu?
- Raczej tak.
- No i prawidłowo. Właśnie nasza wspólna przyjaciółka, ta oto Eve - Doktorka ceremonialnie wskazała na dziewczynę, która siedziała na krześle ze spuszczoną głową - podała mi do wiadomości, że nie powiedziała ci o niczym, nawet o naturze eksperymentu. Nie lubisz sal operacyjnych, to rozumiem, nikt nie wychodzi bez szwanku na psychice po instalacji protezy filamentowej. Ale mój eksperyment powinien być dla was dwojga, nie wiem, chyba przyjemny? Tak przy okazji: tak naprawdę wymyśliłaś go ty, drogi Pasożytku…
- Co? Ja? - Eve nagle podniosła głowę.
- Już kawałek czasu temu spytałaś, czy możemy możemy przestać pompować was witaminkami. Utkwiło mi to w głowie - stuknęła się w metalową płytkę - warto to zbadać i należycie się przygotować…
- Zaczynamy już? - Przerwała Gigi, która właśnie weszła do gabinetu z sali z łóżkami, wyraźnie zniecierpliwiona.
- Cicho bądź, tłumaczę teraz. - Doktorka pomachała ręką, żeby Gigi sobie poszła. - No dobra. Przeprowadziłam symulacje i skutki długofalowe nie będą drastyczne. Wystarczy lekki trening fizyczny by zapobiec atrofii mięśni, nic strasznego. Niestety zaraz po zaprzestaniu podawania miksu pewne funkcje mózgu i innych części ciała, do tej pory neutralizowane, prawdopodobnie uderzą mocno, nawet bardzo… - nasza prowadząca wyglądała na zakłopotaną, na co wskazywała próba podrapania się po głowie tam, gdzie była metalowa płytka.

Popatrzyłem niepewnie na Eve. “Nie bój się”, powiedziała bezgłośnie i złożyła ręce w błagalnym geście.
- Wasza dwójka najlepiej się do tego nadaje, bo przypadku gwałtownej reakcji załatwicie to między sobą. Chodźmy.

Weszliśmy za Doktorką ponownie do sali. Wziąłem parę głębokich oddechów; teraz, gdy nie byłem zaskoczony sytuacją i czułem wsparcie Eve, nie było tak znowu strasznie. Przytaknąłem i pokazałem Eve w górę uniesiony kciuk, na co odetchnęła z ulgą.

- No i fajno, słuchajcie teraz… Gigi, wynocha! Przestań się tu kręcić, co cię tak ciągnie do tego! Uspokój się, dobra?
- Dobra. - Burknęła Gigi i wyszła z gabinetu.
- Coś ją postrzeliło z tym… Nieważne. Zaczynamy od razu…
- Ale my już wzięliśmy witaminki? - Pokazałem pudełko, w którym były obowiązkowe tabletki. Co jakiś czas aplikowano nam je dożylnie, ale pudełka z tabletkami musieliśmy mieć przy sobie obowiązkowo.
- A tam, bzdury - Doktorka machnęła ręką lekceważąco. - One prawie nic nie zawierają. Najwięcej miksu jest w jedzeniu, które wam podajemy, bo to na lotniskowcu oszukać jest już dużo trudniej. Dlatego przygotowałam dla was te napoje odżywcze, które zastąpią wam wszystkie posiłki: śniadanie i obiadokolację. No i dadzą wam wystarczająco energii, żebyście nie padli ze zmęczenia…
- Zmęczenia?

Doktorka chciała spojrzeć Eve prosto w oczy, ale ta intensywnie patrzyła w ziemię. Westchnęła.

- Dziś na obiadokolację będą te koktajle, one nie zawierają miksu. Pierwszy objaw jest taki, że poczujecie się bardzo zmęczeni i senni. To celowy zabieg by wykryć tych, którzy mogliby próbować oszukać system. Ale prawdziwe efekty poczujecie nad ranem, kiedy podwzgórze, jądro migdałowate, kora przedczołowa, wyspa i wzgórze… No co, nie ja tak nazwałam te części mózgu… Przestaną być tłumione i zaczną reagować bardzo mocno. Potem efekt pójdzie na autonomiczny układ nerwowy i resztę ciała…
- I co to wszystko oznacza?
- To właśnie chcemy dokładnie sprawdzić, ale według moich przewidywań staniecie się tak podnieceni, że wypadałoby zamknąć drzwi i wyrzucić klucz.

***

Leżałem na szerokim łóżku szpitalnym, ubrany tylko w luźną białą koszulę sięgającą połowy ud. Na prześcieradło była nałożona foliowa cerata. Eve leżała za parawanem. Doktorka najpierw krótko porozmawiała z nią, a potem podeszła do mnie.

- No dobra, właśnie mija szósta godzina od ostatniego posiłku i według moich przewidywań wkrótce poczujecie się senni i osłabieni, to normalne. Oboje macie na klatce piersiowej wkłuty monitor funkcji życiowych, więc nie ma czego się bać. Pewnie pośpicie pięć-sześć godzin i zaczną pracować inne obszary… zobaczymy. Powodzenia! - Pomachała nam, starannie zamykając za sobą drzwi.

***

Przebudziłem się dość nagle, bo poczułem, że robi mi się gorąco. Leżałem na wznak i spojrzałem przed siebie - moje przyrodzenie utworzyło z luźnej koszuli sporej wielkości namiot. Po chwili Doktorka weszła na salę i podeszła do mnie. Bezceremonialnie podniosła poły koszuli.
- U ciebie reakcja zgodnie z przewidywaniami - zauważyła. - Leż spokojnie, nie dotykaj go! - Pogroziła palcem.

Polecenie było trudne do spełnienia, bo przyrodzenie pulsowało i domagało się uwagi, ale udało mi się powstrzymać.

Zza parawanu powolnym krokiem szła Eve, miała szybki oddech i wyraźne rumieńce. Doktorka trzymała ją za rękę, pewnie żeby się nie przewróciła.

- Kotuś, ty leż spokojnie, daj jej czas, delikatnie… - Zaczęła Doktorka, ale Eve zaczęła wspinać się na moje łóżko. - Albo nieważne.

Stała jeszcze chwilę patrząc, jak Eve siada na mnie okrakiem.

- To ja was zostawiam, będę monitorować funkcje… Gigi, wynocha stąd! - Usłyszałem jeszcze zza zamykanych drzwi.

Eve rozpięła swoją koszulę, sutki jej małych piersi były postawione na sztorc; nie mogłem się opanować, musiałem je dotknąć. Nad jednym z nich był widoczny filamentowy tatuaż. Chwyciła ciepłą dłonią moje jądra.

- To właśnie są 金玉.

Eve wzięła mojego członka do ręki, włożyła go sobie między nogi, wślizgnął się bez najmniejszego problemu. Zaczęliśmy się poruszać, najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Patrzyłem na twarz Eve jak zahipnotyzowany, dyszała przy każdym pchnięciu coraz mocniej, aż w końcu zaczęła jęczeć.

Przestaliśmy na chwilę, oboje byliśmy już mocno spoceni. Bez słowa zmieniliśmy pozycję: Eve powoli położyła się na plecach, a ja zacząłem poruszać biodrami. Zamknęła oczy.

Nie wiem ile to trwało ani kiedy dokładnie objęła mnie rękami i nogami. Miałem jej usta tuż obok ucha i czułem jej szybki oddech. W końcu jej mięśnie na chwilę ścisnęły się, a potem rozluźniły. Ja również w tym momencie uwolniłem wszystko, co miałem i padłem zdyszany. Leżeliśmy tak przez jakiś czas, nie wiem dokładnie jak długo. W końcu weszła Doktorka, niosąc strzykawki i małe pojemniczki. Eve szybko tylko zakryła dłonią tatuaż, poza tym leżeliśmy kompletnie nago.

- Wszystkie odczyty w spodziewanych normach - poinformowała nas, pobierając nam krew do badań. - Koniecznie wypijcie te koktajle jak już trochę odpoczniecie, ogarnijcie się i przygotujcie.
- Ale na co?
- Na drugą falę. No co? Trochę to potrwa, zanim wasz stan się unormuje, ale przynajmniej macie dobrą okazję rozładowania napięcia… - Zastanowiła się na chwilę. - No i dzięki odczytom powinnam być w stanie opracować środek łagodzący skutki odstawienne, dlatego cieszcie się! Wasze poświęcenie pomoże setkom, albo i tysiącom kadetów.

Pewnie byśmy się cieszyli, gdybyśmy nie zaczęli w tej chwili przytomnieć. Napięcie opadło i zacząłem myśleć racjonalnie, Eve chyba też - jej oddech się uspokoił, rumieńce trochę przybladły.

- Ja… pójdę się umyć. - Wstała ostrożnie, trzymając się za krocze. Mam nadzieję, że nie zrobiłem jej krzywdy, nie do końca zarejestrowałem to, co przed chwilą się wydarzyło. Siedziałem chwilę na krawędzi łóżka, próbując zebrać myśli. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych, to doświadczenie było cudowne i chciałem, by wydarzyło się znowu, ale z drugiej strony zaczął opanowywać mnie wstyd: Doktorka oglądała nas jak obiekty.

Eve wyszła spod prysznica, naga i lśniąca od wody, której nie wytarła dokładnie ręcznikiem. Chwyciła butelkę z koktajlem i zaczęła pić.

- Wiedziałaś, co to za eksperyment?
- No… mniej więcej.
- Ale mniej czy więcej?
- Raczej mniej.

Usiadła obok mnie.

- Doktorka opowiadała, że po zastopowaniu witaminek będziemy bardzo podnieceni przez jakiś czas, ale nie wie jak długo… Że chce stworzyć antidotum łagodzące te skutki odstawienne… I że pomożemy sobie nawzajem rozładować napięcie seksualne, skoro i tak już niby próbowaliśmy na “Arce”... 
Podczas burzy. - Nie pamiętam co wtedy mówiłem, ale najwyraźniej bardzo się to wtedy Eve spodobało. Przecież na “Arce” my nic tak naprawdę nie robiliśmy, to było takie kłamstwo by ukryć mój prawdziwy stan, a teraz wylądowaliśmy tutaj… To się porobiło. - Teraz ja idę się umyć.

Gdy wróciłem, zmieniliśmy ceraty, wypiliśmy jeszcze po koktajlu i położyliśmy obok siebie. Nie mieliśmy nigdy okazji wcześniej być tak blisko, a teraz było mi ciepło i błogo. I chciałem, by to trwało tak długo, jak to tylko możliwe.

Wkrótce potem przyszła kolejna fala reakcji naszych organizmów na odcięcie środków tłumiących, później były kolejne, aż straciłem rachubę. Gdyby nie koktajle energetyczne, to pewnie padlibyśmy z wyczerpania. I gdyby nie partner, to dla pojedynczej osoby to doświadczenie byłoby męczarnią. Doktorka regularnie przychodziła w przerwach i pobierała nam krew, Eve przestała już nawet przejmować się zakrywaniem tatuażu. Ja natomiast mogłem przysiąc, że widziałem Gigi zakradającą się do nas na chwilę, ale mogło mi się wydawać.

Obudziłem się po pauzie po kolejnym razie i tym razem poczułem, że kolejnej już nie będzie. Myślałem dużo jaśniej, moje serce biło spokojniej. Eve jeszcze spała, ale dalej miała wyraźne rumieńce, więc dla niej to chyba nie był jeszcze koniec. W końcu się obudziła, spojrzała na mnie rozbieganym wzrokiem i zaczęła delikatnie szarpać, ale widząc, że nie przynosi to spodziewanego efektu, zaczęła to robić sama ze sobą, patrząc na mnie wyczekująco. Po chwili zacisnęła powieki i wygięła się, ale jej orgazm tym razem też nie był tak gwałtowny, jak poprzednie. Chyba efekty odstawienne przeszły nam obojgu.

***

- Raczej już po wszystkim. - Powiedziałem, gdy Doktorka skończyła pobierać krew.
- No w końcu. Zeszło dużo dłużej, niż przewidywałam, ale przynajmniej materiału do badań nie brakuje… No i w sumie brawo! Wytrenowani z was młodzi ludzie, pozazdrościć kondycji…
- Proszę pani… - Zaprotestowała słabo Eve.
- Dobra, dziękuję za udział, a teraz do łóżek i wyśpijcie się dobrze, bo jutro wypływamy…
- Co?!
- Ryćkaliście się przez prawie cztery dni, jeśli nie zauważyliście…
- Nie zauważyliśmy…
- Aha. No, na pewno nie był to czas zmarnowany! - Dźgnęła mnie palcem w protezę. - I znowu nie udało się tego zbadać.
- To straszne - odgryzłem się, nieco złośliwie jak na mnie.
- Proszę pani… a teraz… - Przypomniała się Eve, ubierając bieliznę.
- Spokojnie dziecko, w przeciwieństwie do ciebie ja wszystko już załatwiłam. - Wyciągnęła z kieszeni fartucha jakąś kartę. - Na mobilkach macie adres w Ósmej, na stacji będzie czekał facet w uniformie, zabierze was do mieszkania. Popatrzcie czy wszystko w porządku, potwierdzicie mu odbiór i załatwione, rozumiecie?
- Rozumiemy.

Szliśmy na miękkich nogach na stację, milczeliśmy w trakcie jazdy. Przejechaliśmy wielkie jaskinie i wjechaliśmy do tych mniejszych, sztucznych - Ósma była dalej w budowie, widać było potężne maszyny wiercące skałę i osobne tory z wagonami wywożącymi gruz.

Na stacji czekał na nas mężczyzna w szarym uniformie i czapce, przypominał trochę kogoś z personelu lotniskowca, tylko w przeciwieństwie do nich odnosił się do nas bardzo sympatycznie i entuzjastycznie.

- No witam, witam! Pogratulować! Chodźcie, chodźcie już! - Ponaglał, wnet by nas ciągnął za rękawy naszych kombinezonów. Czego on nam gratulował? Czyżby wiedział o eksperymencie? Jaki wstyd…

Weszliśmy do kompleksu mieszkaniowego wykutego w skale. Oświetlenie jeszcze nie działało w tej części jaskini zbyt dobrze, nie było porównania do tych największych. Na szczęście nasz przewodnik miał dużą latarkę, którą oświetlał nam drogę.
- Nie martwcie się! Mieszkania są oświetlone, tylko jeszcze tutaj trzeba będzie trochę poczekać! - Emocjonował się.

Weszliśmy na klatkę schodową i zaczęliśmy iść w górę.
- To na trzecim piętrze! Windy jeszcze nie ma, ale będzie! - Wyjaśniał przewodnik. Szliśmy przez jakiś czas w milczeniu.

- I jak? - Eve popatrywała na mnie niepewnie.
- Jak na razie okej. Chyba. - Odpowiedziałem.
- No, jesteśmy! - Odpowiedział przewodnik, gdy stanęliśmy przed czarnymi drzwiami. Wyciągnął swoją sporych rozmiarów mobilkę i wstukał parę danych. Drzwi otworzyły się - były na zawiasach, nie odsuwane jak na przykład wrota Milionera. - Zapraszam!

Weszliśmy do środka. Był tam duży pokój, jasno oświetlony przyjemnym ciepłem.
- Tu macie łazienkę i ubikację, wszystko działa! - Puścił wodę na pokaz. - Tam aneks kuchenny, wyposażenia jeszcze nie ma, ale za parę dni będzie, prezent od Sopla! - Puścił do nas oko. - Łóżko jest, podwójne rzecz jasna, pościel jest, szafa jest, na razie wystarczy! I jak, podoba się?
- No nawet… - Na pewno lepsze od naszych kwater na lotniskowcu czy sali laboratoryjnej. - A ty…?

Eve świeciły się oczy i nie musiałem czekać na odpowiedź.

- Dobra, to przyłóżcie tu odciski palców na potwierdzenie… i już! Dziękuję! I jeszcze raz gratulacje młodej parze! Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia! - Pomachał nam na odchodne, zamykając za sobą drzwi.

Stałem chwilę nieruchomo.

- Przepraszam, co?
- No… inaczej się nie dało tego załatwić… - Wzruszyła ramionami Eve, patrząc na mnie niewinnie.
- Ale… jak… i co teraz?
- Eee… Tam zrobimy Kenowi posłanie? - Wskazała na kąt sypialni.

Poczułem, że mam teraz naprawdę dużo do przemyślenia. Usiadłem na łóżku. Moim własnym łóżku.

niedziela, lutego 01, 2026

15. Milioner

 


Stałem przed wrotami Milionera dużo wcześniej, niż dziewiąta - w końcu mnie i wielu innych kadetów ulokowano w budynkach przystani, skąd miałem do umówionego miejsca tylko kilka minut spacerkiem. Hieny ulokowano w kilku wolnych pomieszczeniach laboratorium, a resztę gdzie tylko się da. Gdybyśmy nie mieli wypływać za kilka dni, to nie wiem, jaki plan administracja Sopla miała na długotrwałe zakwaterowanie wszystkich, skoro już teraz był problem z mieszkaniami, i to podobno spory.

Siedziałem tak na gołej skale tuż obok wrót, czekając na spotkanie. Musiałem przyznać przed samym sobą, że byłem mocno zestresowany. Przyzwyczaiłem się do uporządkowanego życia na lotniskowcu, obowiązkowych treningów, pracy z Eve, z którą świetnie się rozumieliśmy. Właściwie to w tej chwili zaczęło mi jej trochę brakować, tak sobie właśnie uświadomiłem. Wczorajszy dzień był bardzo długi, cała ta wycieczka może miejscami się dłużyła, ale tak dużo się dowiedziałem o Soplu i zrozumiałem tak wiele. Natomiast teraz po prostu czekałem na coś nieznanego i co dotyczyło bezpośrednio mnie. I co najgorsze, miałem czas myśleć.
Zacząłem powoli obracać małe kamyki w palcach protezy i kruszyć je na proszek - cokolwiek, byle tylko czymś się zająć.

- No cześć - znienacka pojawiła się przede mną Eve.
- O, witam cię - ucieszyłem się na jej widok. - I jak tam?
- Do bani - odpowiedziała ze skwaszoną miną. Była taka od wczoraj z powodu dogryzającej jej Doktorki, ale zdziwiłem się, że jej jeszcze nie przeszło.
- A co się stało? Coś z kwaterami? Z Kenem może… - Pieska nigdzie nie było widać.
- Nie, tu wszystko w porządku, a Ken został z dziewczynami. Ale musiałam jechać kolejką razem z nią… - Znowu się skrzywiła i pokazała palcem w głąb jaskini.

Biegała tam dziewczyna ubrana w wysokie buty, krótkie spodenki kończące się nad kolanami i grubą, szarą kurtkę z długimi rękawami i wysokim kołnierzem. Włosy koloru ciemny blond miała upięte po bokach głowy w dwa warkocze, była niewiele wyższa od Eve. Podbiegała do kadetów, o coś ich pytała, chwytała za ręce. Gestykulowała żywo i chyba próbowała się przytulać.

- Kto to jest?
- Jakaś wariatka. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. W wojsku szybko postawiliby ją do pionu.

Spróbowałem skierować rozmowę na inne tory, aby nieco polepszyć atmosferę.

- Dziś Doktorka zabiera was do stoczni, prawda? Monter nie mógł się zamknąć na ten temat, ty chyba też idziesz…?
- Nie.
- No okej, ale znowu chcesz ją drażnić, jak wczoraj w szatni?
- Uzgodniliśmy to.
- Aha…
- O trzynastej mamy do niej przyjść.
- Tak? Nie dostałem powiadomienia…
- Miałam ci przekazać.
- Okej…

Eve była, niecharakterystycznie dla niej, mocno skwaszona. Czyżby szalona dziewczyna z kolejki ją tak wkurzyła? Albo miało miejsce kolejne spięcie z naszą mentorką? Może później wróci jej humor na tyle, że będzie można sensowniej porozmawiać. Bo chyba nie złości się na mnie…

Z rozmyślań wyrwał mnie kobiecy głos, który wczoraj słyszeliśmy w gorących źródłach.

- No witam, skarbeńki! - Lily, tym razem z rozpuszczonymi włosami, no i w ubraniu, pojawiła się na stacji. Pomachała do nas, odmachałem jej nieśmiało, natomiast Eve założyła ręce na piersi i taksowała przybyłą kobietę wzrokiem.

Ta była ubrana w ciasne spodnie i sweter, które razem wyglądały jak jednoczęściowy uniform i może właśnie nim były - wrażenie potęgował fakt, że całość miała jednolity, ciemnobrązowy kolor. Przez ramię miała przewieszoną średniej wielkości prostokątną torebkę i teraz szła ostrożnie ku nam, schodząc z gładkiej drogi i starając się nie przewrócić na kamieniach. Do wrót Milionera nie prowadziła żadna konkretna ścieżka.

- Jak tam, nie zmarzliście? W tej jaskini zawsze robi mi się zimno nie powiem w co, ha ha! - Klepnęła ręką o moją pierś. - A ty, koleżanko, co taka skrzywiona dzisiaj? - Z uśmiechem skierowała pytanie do Eve.
- A, takie tam. Możemy zaczynać? Już prawie czas.
- Jak najbardziej, ale tylko ten młody mężczyzna może wejść. - Położyła mi rękę na ramieniu. - Ty zostajesz tutaj. - Dodała zaskakująco surowym głosem.

Spojrzałem przepraszająco i wzruszyłem ramionami. Dość powiedzieć, że humor Eve się od tego nie polepszył.


Lilitu wyciągnęła ze swojej torby klockowate urządzenie z klawiaturą i słuchawką. Wystukała jakąś kombinację, uważając, żebym nie podglądnął, i przyłożyła słuchawkę do ucha. Po chwili kiwnęła głową i schowała urządzenie. Wrota zaczęły się rozsuwać, za nimi znajdowało się jasno oświetlone pomieszczenie wyłożone jasnoszarymi płytkami. Weszliśmy do środka i zatrzymaliśmy się. Na przeciwległej do wejścia ścianie były kolejne drzwi, tym razem mniejsze i miały słuchawkę podobną do tej na urządzeniu Lilitu, jak również ekran, który był wyłączony. Przed drzwiami usadowione było krzesło.

- Usiądź proszę i poczekaj - Powiedziała łagodnie Lily i skierowała się do wyjścia. Po chwili wrota zasunęły się za nią, równie cicho i szybko, jak się otworzyły.

Siedziałem tak chwilę przed czarnymi drzwiami, gapiąc się w lśniącą słuchawkę, a wyłączony ekran odbijał moją sylwetkę. Nie miałem pojęcia, jak długo mam tu siedzieć.

- Witam cię, młodzieńcze - ze słuchawki wybrzmiał męski, pewny głos. Ekran pozostał wyłączony.
- Witam - odezwałem się i skłoniłem, choć nie miałem pojęcia, czy rozmówca w ogóle mnie widzi.
- Nazywają mnie “Milioner”.
- Eee… a mnie “Kot”. - Uznałem, że to właściwy sposób na kontynuację rozmowy.
- Że jak? - Zdziwił się na głos. - Ha ha, to całe wojsko! - Zaśmiał się.

Nie tak sobie wyobrażałem tę rozmowę.

- I nikt nie mówi ci po imieniu?
- No, nie… Wolę przezwisko… - Podrapałem się w zakłopotaniu po głowie.
- O? A to dlaczego? Coś się stało?
- Dużo się stało. - Milioner najwyraźniej miał zamiar zadawać pytania dużo bardziej prywatne niż spoglądająca chciwie na moją protezę Doktorka, która bardzo się z nimi hamowała, żeby mnie nie spłoszyć. Dobrze to widziałem i wiedziałem, jak ją rozegrać. Natomiast nie miałem pojęcia, do czego zmierza ten cały Milioner i czego, do cholery, ode mnie chce.
- Opowiesz mi o tym?
- Nie.

Zapadła cisza.

- No w sumie… - Podjął Milioner. - Jest to pewne rozczarowanie, ale z drugiej strony powinienem był tego oczekiwać…
- Niby dlaczego?
- Jeśli nie masz ochoty grać w otwarte karty, to ja nie będę się narzucał - głos zaśmiał się kpiąco. - Ale na pytania o twoje życie na lotniskowcu mi odpowiesz?
- To raczej mogę zrobić.
- No i świetnie! To zacznijmy: czy pracujesz tam dużo? Jak byś siebie ocenił?
- Pracujemy cały czas: śniadanie, obowiązkowe treningi, programowanie z Eve… To taka kadetka, ona zna się na językach… Często poza obowiązkowe godziny.
- Lubisz to?
- Tak.
- A ta Eve, lubisz ją?
- Tak.
- Czy zastanawiałeś się, co byś robił poza wojskiem? Gdyby nie było wojny?
- Nie. Chociaż…
- Chociaż?
- Eve parę razy wspominała o tym. Nie wiedziałem, co jej wtedy odpowiedzieć. Nie myślałem o tym.
- Czujesz się bezpiecznie w wojsku? Na tym lotniskowcu?
- Tak.
- To programowanie cię wciąga, dlaczego tak jest?
- Bo… to jest coś przydatnego, robimy rzeczy, z których ludzie korzystają, jak systemy komunikacji, zresztą jesteśmy za to chwaleni…
- Dobrze, chyba już mamy. Wiesz, na Ziemi, w czasach Pionierów popularność zdobyła pewna teoria filozoficzna…
- Ja nie mam pojęcia o filozofii.
- W wojsku nie uczą tego? No co za niespodzianka… - Podsumował sarkastycznie Milioner. - Ale pewien ziemski filozof użył ciekawego porównania i spróbuję ci je przedstawić, bo kiedyś mocno przemówiło do bardzo wielu ludzi. Wiesz, jak wygląda takie zwierzę, jeleń?
- Widziałem slajdy. Taki z dużymi rogami.
- No dokładnie. Jeden gatunek tego jelenia, jeleń olbrzymi, żył na Ziemi tysiące lat temu, a jego poroże miało rozpiętość jakichś czterech metrów…
- To bardzo ciekawe, ale…
- Spokojnie, daj mi chwilkę. Ten jeleń olbrzymi dzięki temu porożu mógł walczyć z innymi, to była de facto jego broń, tak więc ewolucja promowała większe, cięższe poroża. Aż w końcu poroże stawało się zbyt ciężkie, jeleń olbrzymi nie mógł swobodnie się poruszać i uciekać przed nowym, bardzo wrednym drapieżnikiem, jakim był człowiek pierwotny. Jak na razie wszystko jasne?
- Tak.
- Ewolucyjnie rodzaj ludzki wykształcił… samoświadomość. Na Ziemi człowiek to jedyny gatunek, który ma tak rozwinięte myśli na temat celu własnego istnienia, sensu życia, śmierci. Zadaje sobie pytania, na które nie istnieje satysfakcjonująca odpowiedź. Czuje się nieszczęśliwy, bo ta świadomość go przytłacza… Niczym przesadnie rozrośnięte poroże jelenia olbrzymiego.
- To jest jakaś interpretacja, ale co z tego? Skoro tacy jesteśmy, to musimy sobie z tym radzić, Prawda? Cóż może zmienić naturę człowieka? - Przytoczyłem, trochę bezmyślnie, usłyszany wczoraj tekst Doktorki.
- Tyle razy słyszałem to pytanie i niezmiennie mnie ono denerwuje. - Odpowiedział trochę zimno Milioner. - Zawsze mam ochotę odpowiedzieć: a jak zdefiniujesz naturę człowieka, czym ona jest, co uwzględnia? To jest takie pretensjonalne pytanie, które tak bardzo spłyca zagadnienie…
- No dobra, przepraszam, ale jaki to wszystko ma związek ze mną, z nami tutaj?
- W sumie to żaden, ale chciałem wprowadzić cię w to, jak ludzie radzą sobie z tym problemem. Według wspomnianego już filozofa człowiek poświęca bardzo dużo czasu i energii, by tę swoją świadomość przytłumić. Izolacja od informacji, zajmowanie uwagi czymś innym, albo sublimacja: przekierowanie swoich popędów na coś akceptowalnego… Pionierzy zresztą wybrali właśnie oddanie się eksploracji, odkryciom, pracy…
- No i?
- No i to wszystko widać u ciebie bardzo wyraźnie. Ciąży ci wielka świadomość czegoś, od czego uciekasz na przykład w pracę, czy też bardziej zabawę z tą twoją koleżanką, bo nie chcesz zadawać sobie pytań. Zaprzeczysz?
- Nie ma sensu zaprzeczać. - Podchody Milionera były oczywiste. - Ale po pierwsze: nie trzeba do tego jakiejś dawnej, ziemskiej filozofii, by to stwierdzić! Powiedziałem to już panu zaraz na początku rozmowy! Poza tym, jak sam pan powiedział, to nie jest nic wyjątkowego u ludzi, na przykład jedna z kadetek wierzy w istnienie duszy i praktykuje, za przeproszeniem, religię…
- O proszę! - Usłyszałem ożywienie w głosie Milionera. - Wiara w istnienie duszy, kolejna bardzo popularna rzecz na Ziemi, ale niekoniecznie tutaj. Zresztą nie bez powodu… Ale moment, ta religia… W co konkretnie wierzy twoja koleżanka? To znaczy domyślam się, ale to chyba możesz mi powiedzieć?
- W Skurwieli. To znaczy w Pierwotnych.
- “Skurwieli”? Ha ha ha! No całe wojsko po prostu! A taką ładną nazwę im nadałem, EPM, Emanacja Pierwotnego Mieszkańca… Wojsko jest takie głupie, że aż zabawne… Do czasu… Wierzy w to ktoś jeszcze?
- No, kilka innych Hien…
- Przepraszam, kto? “Hieny”?
- No, tak nazywamy czasem nasze koleżanki…
- Ale dlaczego? Skąd to się wzięło?
- No bo na wykładach mówili kiedyś, że samice hien są umięśnione i że mają, no, ten tego…
- Ha ha ha! Moment, to bardzo nieładnie wobec koleżanek, nie wypada się śmiać… Z drugiej strony, to przecież wojsko…

Udało mi się naszą nomenklaturą wprowadzić prawdopodobnie niezwykle inteligentnego i potężnego człowieka w zakłopotanie. Poczułem coś w rodzaju dumy.

- No dobrze. Pogadaliśmy sobie, ale niewiele z tego wyniknęło. Jak już mówiłem, nie grasz w otwarte karty.
- Pan też nie. Nawet nie stanął pan przede mną osobiście.
- No… tu mnie masz, przyznaję. Naciskałem cię trochę, ale wiesz, czego chcesz w najbliższej przyszłości i trzymasz się tego, jest to dla mnie jasne. Powiem ci tyle: dokładnie wiem, kim był twój ojciec i mam dość dobre pojęcie, czym się zajmował.
- Nie ma pan.
- I właśnie chciałem poznać od ciebie szczegóły - ciągnął niezrażony Milioner - ale rozumiem, że nie jesteś gotów o tym mówić. Zapamiętaj: gdy przejdzie ci ochota na zabawę w wojsko, gdy zmienią ci się priorytety, to wróć tu do mnie, a porozmawiamy na poważnie: opowiem ci o Pionierach, Ekspedycji i Pierwotnych i nawet o protezach, a przynajmniej tyle, ile sam wiem. I tak, spotkamy się twarzą w twarz. Ty w zamian opowiesz mi każdy szczegół, który zapamiętałeś, choć jak zgaduję, większość chcesz zapomnieć. Jeszcze tylko kilka rzeczy: mówił ci o paradoksie Banacha-Tarskiego?
- Trochę.
- O splątaniu kwantowym?
- Nie.
I-  jeszcze jedno… wybacz tę osobistą ciekawość, ale muszę zapytać: tu parles français?
- J’en ai appris un peu avec ma mère.
Ha ha ha! Ona! … Przepraszam.
Nie ma za co. - Odpowiedziałem ze skwaszoną miną. Milioner wiedział tak dużo.

***

Wrota Milionera zasuneły się cicho za mną. Byłem skołowany i czułem się, jakbym właśnie wyszedł z innego świata. Miałem miękkie nogi, musiałem ostrożnie stąpać po kamieniach. Oczywiste było, że Milioner wiedział o mojej przeszłości więcej niż ktokolwiek inny i owszem, chciałem wiedzieć dlaczego, ale nie na tyle, by zacząć mówić o przeszłości. Po prostu nie.

Eve podniosła się na mój widok i otaksowała mnie wzrokiem.

- I jak? W porządku? - Spytała niepewnie.
- W miarę. Bywało gorzej.
- Widziałeś go? Czy tam ich?
- Nie, gadał przez głośnik.
- O co cię pytał?
- Takie tam, proteza, różne rzeczy. Uczepił się tego niczym Doktorka, to chyba też był jakiś naukowiec.
- Aha.

Eve patrzyła na mnie w milczeniu, jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła tego z siebie wydusić. Gdy już-już miała coś powiedzieć, przerwał nam dziewczęcy głos.

- No cześć, chłopaki! Może wy mi pomożecie? Bo reszta to jakieś miękkie pały, i to dosłownie… - Wykonała gest ściskania ręką.

- Odwróciliśmy się oboje. Właśnie szła do nas po kamieniach dziewczyna w kurtce, ta wariatka, która tak mocno wkurzyła Eve.

- Słuchajcie, jest sprawa… Romi jestem, tak w ogóle. Mówią na mnie Rąbnięta, Wariatka, albo jeszcze gorzej, gdy myślą, że nie słyszę. Ale o co chodzi: czy znacie kogoś, kto przyjmuje na statek?
- Na okręt - poprawiłem odruchowo.
- No tam na okręt. Chcę płynąć z wami, chcę walczyć! - Podniosła do góry zaciśnięte pięści. - Potrafię strzelać - rozsunęła poły kurtki, miała na sobie pas i dwie kabury z jakimiś pistoletami. Wyglądały bardziej jak jakieś zabawki, ale wolałbym nie przekonywać się na sobie, czy naprawdę potrafią strzelać.

Zerknąłem szybko na Eve, ale ona emanowała zimną wrogością wobec Romi i raczej nie chciała być częścią tej konwersacji.

- Nie masz szkolenia, nie przyjmą cię…
- A tam, pieprzenie - Romi wyciągnęła pistolety z kabur i zaczęła nimi sprawnie żonglować. - Chciałabym mieć większe dłonie… Bo mogłabym trzymać większe gnaty!
- My jesteśmy tylko kadetami…
- No nie bądźcie tacy… - Romi położyła mi palec wskazujący na klatce piersiowej i zaczęła zjeżdżać nim coraz niżej. - Powiedzieli mi, że znacie Kapitana i inne szychy, możemy pomóc sobie nawzajem… - Patrzyłem się na jej umizgi beznamiętnie. - A może ty, taki ładny i młody, chłopiec jeszcze… - Romi skierowała swoją uwagę na Eve i zaczęła się do niej zbliżać.
- Bierz te ręce, bo ci je połamię.

Zaskoczona Romi cofnęła ręce jak oparzona.

- Dziewczyna? To na was mówią, te, no, Hieny, bo podobno macie…
- Wynoś się stąd.
- Mi to nie przeszkadza - Romi uśmiechnęła się szelmowsko. - W Piątej jest takie fajne miejsce, jak popytasz, to mnie tam znajdziesz. - Powiedziała z błyskiem w oku.
- Nie będę powtarzać - Eve postąpiła krok do przodu.
- Ależ zadziorna, aż mnie to nawilża! - Romi prowokowała, ale też zaczęła się cofać, co było bardzo rozsądne z jej strony. - No nic, buziaki! - Posłała nam wyimaginowanego całusa i odwróciła się, zmierzając w kierunku kolejki.
- Pieprzona zdzira. - Syknęła Eve na tyle głośno, że Romi musiała usłyszeć.
- Przestać? Kiedy mi w duszy gra, lala-lalalalalalaaaa! - Zaczęła sobie śpiewać na  cały głos.

- Ona chyba coś bierze… - Stwierdziłem, gdy już była na stacji.
- Tak, do buzi marynarzom - burknęła Eve.
- Przepraszam, co?
- Przecież są te filmiki z nią, nie kłam mi, że ich nie oglądacie - teraz Eve zaczęła mnie oskarżać.
- Jakie filmiki? Gdzie?
- Wszyscy oglądają, jak ona… Oj nieważne! - Prawie tupnęła nogą ze złości. Chyba nigdy jej takiej nie widziałem.
- Co ci się dzieje?
- Nic mi się nie dzieje. - Wyciągnęła mobilkę. - Jedziemy do laboratorium.
- My? Po co?
- Doktorka chyba już wróciła ze stoczni. Ma dla nas zadanie.
- Niby mieliśmy mieć wolne, ale jasne, czemu nie. Wiesz, co będziemy robić?
- Tak, eksperyment. Anonsuję nas.

Eksperymentów to ja już przeżyłem wiele. Nie o każdym z mojego otoczenia mogłem to powiedzieć.

Z pewnym ociąganiem ruszyłem za Eve w kierunku stacji, powoli, żeby nie trafić ponownie na Romi.

niedziela, stycznia 25, 2026

14. Sopel


 

 

Stałem oparty o reling i rozmyślałem nad wydarzeniami ostatnich miesięcy. Doktorka chciała, żebym nie zatajał już nic przed nią, ale przecież nie powiem jej o spotkaniu z Omenem, bo pytaniom nie będzie końca. Nie obejdzie się też bez powrotu do wydarzeń z przeszłości, pewnie też dobierze się do mojej protezy. Mam przeczucie, że prędzej czy później i tak będę do tego zmuszony, ale oby jeszcze nie teraz, bo to są ostatnie rzeczy, o których mam ochotę komukolwiek opowiadać.
Całe te wielkie manewry też mnie prawie w całości ominęły - albo siedziałem w hangarze razem z Eve, gdzie spotkaliśmy Riko i później jej już nie zobaczyliśmy, albo w areszcie, i widziałem tylko zakończenie, które w praktyce przemknęło mi przed oczami. To zresztą nie były już manewry, a prawdziwe działania wojenne.

Obecnie płynęliśmy na Sopel celem uzupełnienia zasobów, reorganizacji i przygotowania się do “najważniejszej akcji tej wojny”. Zapasy do pozostałych okrętów grupy uderzeniowej dostarczały na bieżąco mniejsze statki i okręty, ale “Arka” była zbyt duża i konieczne było zbliżenie się do bazy. Przeważająca większość kadetów wychowała się też w tamtejszym sierocińcu, więc była to dobra okazja do paru dni wolnego i odwiedzenia miejsca, które było dla nich domem. Ja i na przykład Derpi nie pochodziliśmy stamtąd, dlatego byliśmy ciekawi, jak ta baza w ogóle wygląda.

Przy relingach pojawiało się coraz więcej osób, każdy chciał zobaczyć ten moment: chwilę, gdy wypływamy z oceanu czarnej mazi na normalne wody.
- Kurwa mać, ale wieje - z moich rozmyślań wyrwało mnie pojawienie się Doktorki, w towarzystwie Gigi i Eve trzymającej Kena. Wszystkie były ubrane w czarne kombinezony z hełmami; ja zresztą też, zapewniały świetną ochronę termiczną i dlatego nawet nasza mentorka też zdecydowała się taki ubrać.
Zbliżamy się do bieguna północnego, inaczej nie będzie - mruknęła Gigi, reagując na bądź co bądź trafną uwagę swojej przełożonej.
- Te skafandry byłyby całkiem wygodne - Doktorka kontynuowała, niezrażona postawą podopiecznej - gdyby nie trzeba było wkładać tych rurek, potem je trzeba czyścić, bo będą śmierdzieć…
- Proszę pani! - Tym razem to Eve zareagowała.

Derpi i Monter, a nawet Gamoń i Młotek stanęli obok nas, bo też wyszli zobaczyć, jak lotniskowiec opuszcza czarny ocean i wypływa na okołobiegunowe wody. Wszyscy byli ubrani w kombinezony i hełmy, zapewniające ochronę przed zimnem. Maź nie rozprzestrzeniała się po najzimniejszych regionach, widocznie to były warunki niesprzyjające dla… jak Omen to nazwał? “Habitatu”?


W końcu przekroczyliśmy tę barierę, czarna maź kończyła się jak nożem uciął. Po chwili “Arka” znacznie przyspieszyła, gdyż napęd nie musiał już mielić gęstszej niż woda mazi.

Niedługo potem na horyzoncie pojawiła się krępa sylwetka okrętu… a może statku?

- To nasz “Guren”, lodołamacz! - Podekscytował się Monter. Pomalowany na ciemnoczerwono kadłub był widoczny z daleka, podobnie jak jaskrawozielone lądowisko dla helikopterów.

Dało się usłyszeć lekkie poruszenie, bo oto Kapitan i kilku oficerów właśnie wsiadało do windy prowadzącej na górny pokład. Starali się ją otaczać i zasłaniać, ale i tak widzieliśmy jasny kombinezon i drobną sylwetkę Riko - nawet nie wiedziałem, że jest na “Arce”! Nie tylko Eve, ale też i Derpi wykonali jakieś nerwowe ruchy.
- Kto to jest?! - Spytał mój kolega. Popatrzyłem na Doktorkę błagalnie.
- Nasz gość specjalny. Nie przejmuj się tym. - Ucięła.
Derpi tylko poprawił hełm na głowie i nic więcej nie powiedział.

Gdy helikopter zaczął wracać, Doktorka wezwała naszą grupę do windy.
- Teraz nasza kolej. Miałam was tam zabrać miesiące temu na “Meteorze”, no ale wyszło jak wyszło. Resztę kadetów do Sopla będą transportować mniejsze statki i okręty dowożące zaopatrzenie, żeby nie było pustego przebiegu, no ale oni muszą jeszcze poczekać. Większość z was stamtąd pochodzi, ale Kotuś i Derpi nie, dlatego to świetna okazja by im pokazać to miejsce, a i wy zobaczycie, co się zmieniło przez te lata. Taki jest plan przynajmniej… Tędy, proszę wycieczki! - Przywołała nas gestem ręki.

Helikopter zabrał nas na lodołamacz. W przeciwieństwie do załóg okrętów, ci z “Gurena” byli do nas życzliwie nastawieni, wydawali bojowe okrzyki gdy schodziliśmy z lądowiska, jeden mężczyzna nawet poklepał mnie po plecach. Nie tego się spodziewałem, ale nie mówię nie.
Zaprowadzili nas pod pokład i poczęstowali ciepłą zupą, dużo smaczniejszą od tego, co nam serwowali na “Arce”. Tam były głównie rzeczy bez smaku, “by zapewnić odpowiednią ilość białka”. Podróż miała jeszcze trochę potrwać, dlatego siedzieliśmy pod pokładem, w ciepłej kajucie, i po raz pierwszy od długiego czasu nie mieliśmy nic do roboty.

- Sopel istnieje już od dawna, ale chyba tylko sam Milioner wie, od kiedy dokładnie. Pozwolił tam założyć stację badawczą nad wirusami… - Zaczęła Doktorka.
- Ale moment - przerwał Derpi - kim dokładnie jest ten Milioner?
- Tego nikt za bardzo nie wie - Doktorka próbowała się podrapać po metalowym czole. - Nikt nigdy go nie widział. Moim zdaniem to są oni, jakaś enklawa żyjąca za zamkniętymi drzwiami, i to dosłownie. Wiecie, Pionierzy mieli różne pomysły, zanim życie je zweryfikowało… Komunikują się albo za pomocą wybranych przedstawicieli, albo przez głośniki w zamkniętych drzwiach. Stację założył lider Pionierów, zwany Milionerem właśnie, musieli dołączyć potem do niego inni i to wszystko rozbudowywać, ale nie komunikowali się ze światem zewnętrznym.
- A później? - Zapytałem.
- Parędziesiąt lat temu przybył tam statek badawczy i poprosił o miejsce na bezpieczne badanie wirusów, bakterii i tak dalej.
- Czy to był “Meteor”? - Miałem przed oczami sterany rejsami statek z dźwigiem.
- Nie, jeszcze starszy.
- A to pamiętam - wtrącił się Derpi. - Przypływali na nim wykładowcy, ale już od miesięcy ich nie było. - Co się z nimi stało?
- Umarli.
- Co?!
- Wirus, który badali, zainfekował tam wszystkich i dla bezpieczeństwa wypłynęli możliwie najdalej od Sopla. W końcu kontakt radiowy umilkł, a statek zaczął dryfować, nie widzieliśmy sensu w sprawdzaniu dokładnie. Zbombardowali krypę i poszła na dno. Ryzyko zawodowe.

Wszyscy zamilkli, przejęci nie tylko losem badaczy, ale też zimnym pragmatyzmem.

- Czy będziemy mogli odwiedzić sierociniec? - Spytała Eve.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo już go nie ma, przynajmniej takiego masowego jak wasz. Prawie wszystkie sieroty, które zdołały dotrzeć po bombardowaniu na Sopel, trafiły na “Arkę”.
- A nasze koleżanki…?
- Zostały na Soplu, by rodzić dzieci. No co tak na mnie patrzycie! - Doktorka zwróciła się z pewnym wyrzutem do Eve i Gigi. - Nie moja decyzja. Każda samica… to znaczy każda kobieta zdolna do porodu bez szkody dla własnego zdrowia fizycznego i psychicznego przyda się na Soplu. Sama urodziłam dwójkę, czyli wymagane minimum…
- Eee?! Co? Jak?
- Gremlinku, chyba nie muszę ci tłumaczyć, skąd się biorą dzieci? Eve też raczej wie, biorąc pod uwagę jej…
- Proszę pani!
- Ale, tego… ojciec?
- Raczej strzykawka. Mi jest szkoda czasu na bzdury, więc wybrałam inseminację domaciczną i urodziłam obowiązkowe minimum, żeby mieć potem spokój.
- A… gdzie one teraz są? Kto się nimi opiekuje?
- W przedszkolu, albo może już w szkole. Zajmują się nimi natalki, porządnie wychowają moje córki.
- Natalki?
- Są dobre w byciu rodzicami i nauczycielkami, mają swoją pracę, a ja mam swoją. Logiczna sprawa. Mój ojciec miał z tym pewien problem, ale to człowiek starej daty.

Cisza, która zapadła, była jeszcze dłuższa niż poprzednio. Nawet Doktorka uznała za stosowne nie kontynuować tego tematu.

- A co jeśli… - Odważyłem się przerwać tę gęstniejącą atmosferę. - Jakaś kobieta… może, ale nie chce rodzić dzieci?
- Jeśli ewaluacja psychiatryczna wykaże, że byłaby z tego większa szkoda niż pożytek dla potencjalnej mamy, to z przymusu nic dobrego nie wyniknie. Dokładnych statystyk nie znam, ale odsetek takich przypadków jest niski, a dla każdego praca się znajdzie… Aha, skoro zacząłeś ten temat, to był taki ciekawy przypadek, mówili na nią Piratka… Szalona kobieta, której nie powierzyłabym metalowych kulek pod opiekę, a co dopiero dziecka.
- Piratka? Coś słyszałam, porwała sporo cennego sprzętu i uciekła sama małą łodzią na ocean? - Podjęła Eve.
- Tak, podobno do dzisiaj gdzieś tam krąży, czasem podobno ją ktoś tam zobaczy na horyzoncie… Według mnie to raczej bzdury, ale pewności nie mam. W sumie po tym zdarzeniu trzeba było skorygować trochę politykę rodzinną… A ty, Kotuś, co taki zmartwiony?
- Eee… Czy wie pani, jak ta Piratka miała na imię?
- Mistral.

Tak bardzo żałowałem, że podjąłem ten wątek i postanowiłem się już do końca podróży nie odzywać. Im mniej na ten temat, tym lepiej.

***

- Chodźcie! - Rozentuzjazmowani marynarze lodołamacza wezwali nas na pokład. - Zbliżamy się!

Trochę szkoda było opuszczać ciepłe wnętrze, ale z drugiej strony to była wyjątkowa okazja. Wyszliśmy na podkład, by zobaczyć to, co było na horyzoncie pod kłębami ołowianych chmur. Zobaczyłem gigantyczną skorupę lodową, w którą tu i ówdzie powbijane były tungstenowe pręty, niezdolne ją przebić. Wzrok przyciągały dwa ziejące czernią tunele w lodzie, prowadzące do leżących za nimi jaskiń - naturalne formacje, które zostały poszerzone i wzmocnione przez przybyłych tu ludzi. Jedna jaskinia była stocznią, druga stanowiła przystań prowadzącą do doków i dalej do poszczególnych sektorów bazy. Większość mężczyzn pracowała tam przy drążeniu nowych tuneli i pomieszczeń.

Eve oparła się o reling tuż obok mnie.
- Poznałyście się z Gigi w sierocińcu? - Spytałem.
- Nie do końca, znałyśmy się z widzenia, ale byłyśmy w osobnych grupach… Ale w szpitalu leżałyśmy na tej samej sali i jakoś tak się zaprzyjaźniłyśmy. Potem razem trafiłyśmy na “Arkę”...

Przyczyny tej, delikatnie mówiąc, niechęci Gigi wobec mnie teraz stały się jasne - z jej punktu widzenia wszedłem pomiędzy nią a koleżankę z dzieciństwa. Gigi właśnie regulowała swoje okulary w cienkich oprawkach, aby zrobić zbliżenie na wlot jaskiń, albo na powbijane pręty. W sumie zastanawiałem się, po co jej były okulary, skoro wzrok zazwyczaj korygowało się prostym zabiegiem - teraz dopiero to zrozumiałem. Ile człowiek jest w stanie zauważyć rzeczy, gdy ma czas spokojnie się nad nimi zastanowić.

Zaczęliśmy wpływać do tunelu. Jego wlot był podpierany potężnymi łukami z czarnego metalu - skała i lód mogły tworzyć naturalne formacje, ale po co ryzykować zawalenie się. Patrzyłem w górę na te łuki i plątaniny rur i kabli i uświadomiłem sobie, że już to kiedyś widziałem, dawno temu, w dzieciństwie. Czy byłem kiedyś na Soplu? Najwyraźniej musiałem być, wtedy…
Nie. Za dużo ostatnio myślałem o przeszłości, czyli dokładnie to, czego nie chciałem robić. Niestety nie dawało się od tego kompletnie uciec.


W końcu lodołamacz wpłynął do oświetlonej trupiobladym światłem przystani, emitowanym przez potężne reflektory. Kanciaste budynki zbudowane były z beżowej skały - materiału, którego było pod dostatkiem dzięki poszerzaniu bazy. Musieliśmy poczekać, aż najpierw wysiądzie grupa Kapitana wraz z Riko. Trzymaliśmy się z dala i tylko widzieliśmy, jak wsiadają do wojskowego pojazdu transportowego i znikają w jednym z kilku tuneli.

Widzieliśmy… kolorowe dekoracje i transparenty z napisami typu “DO BOJU” i tym podobne, ustawiana też była scena z czarnych, metalowych rusztowań. Oraz tablica z kolorowymi bohomazami, najprawdopodobniej dziecięcymi rysunkami.

- O, widzę, że przygotowania idą pełną parą - zauważyła Doktorka.
- To znaczy? - Spytał Monter.
- Wiesz, ludzie cieszą się, że ktoś walczy za nich. Aha, ani słowa nikomu o Oku, po co siać panikę.

Na nas żaden pojazd już nie czekał, musieliśmy iść piechotą. Nie był to jakiś problem, mieliśmy dzięki temu więcej czasu na dokładne obejrzenie wszystkiego.

To była najstarsza część bazy, powstała prawie sto lat temu. Budynki tuż przy przystani były używane teraz głównie jako magazyny i pokoje administracji - ale jeden, tuż obok stacji szybkiej kolejki, był izbą przyjęć. Jak wyjaśniła Doktorka, można tam było zająć się prostymi kontuzjami, ewentualnie zdiagnozować pacjenta i szybko odesłać kolejką w głąb bazy, gdzie była dużo bardziej zaawansowana placówka medyczna. Obecnie szykowano tu tymczasowe noclegownie dla przybywających kadetów.

Kiedyś tu był też dział badawczy zajmujący się protezami - spojrzała wymownie na moją - ale po popisie Piratki cały pozostały sprzęt przeniesiono do szpitala. Idziemy dalej, proszę wycieczki… - Skierowaliśmy się w stronę stacji. Obok wejścia były około trzymetrowej wielkości wrota z czarnego metalu, na oko bardzo solidne.

- Co to jest? - Spytał Młotek, rzadko wyrażający werbalnie swoje myśli.
Drzwi prowadzące do sektorów Milionera, jest ich kilka w całej bazie. Wszelkie drążenia nowych tuneli muszą być wcześniej z nim uzgodnione i zatwierdzone…
- A że tak spytam - wtrąciła się Gigi - po jaką cholerę mamy słuchać kogoś, kogo nawet nikt nie widział?
- Ponieważ korzystamy z jego reaktorów. Mamy już własne, jak i alternatywne źródła zasilania typu energia słoneczna z mobilnych baterii na powierzchni czy geotermalna, ale nadal sporą część zasilania dostarcza nam on, zupełnie za darmo. Dopóki nie następujemy sobie na odcisk, to jest to całkiem korzystne… Poza tym Milioner ma kilku posłańców, to usprawnia komunikację. Tak, to dobry układ - Doktorka pokiwała z przekonaniem głową.
- Czy będziemy mogli zobaczyć stocznię? - Spytał Monter, ledwo kryjący swoje podekscytowanie.
- Teraz nie, może później. Stocznia ma potężne drukarki, odchodzą też z niej tunele do magazynów amunicji, rakiet i innych niebezpiecznych rzeczy, aby oddalić je od sektorów mieszkalnych. Jeśli dobrze pamiętam, teraz niewiele się w niej dzieje, po wypuszczeniu “Fubuki” i “Yukikaze” drukują głównie małe, szybkie łodzie transportowe do zbierania filamentu i tym podobne, a i te niezbyt często.
- Mimo to chciałbym zobaczyć…
- Ja też - do Montera dołączył Derpi. - Nawet samoloty nie są drukowane?
- W sumie sama nie wiem - Doktorka znowu próbowała się podrapać po metalowej powierzchni swojej głowy. - Chyba nie. Brakuje pilotów. W każdym razie wycieczka do stoczni jest w planach.

Czekając na kolejkę przestudiowaliśmy szybko mapę wszystkich sekcji Sopla, który wwiercał się w skałę na dziesiątki metrów w głąb i wiele kilometrów wszerz - cała baza w chwili obecnej mieściła prawie osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Było to ostatnie istniejące duże skupisko ludzkie na powierzchni planety.
Poszczególne sekcje łączyła szybka kolej, ale w razie jej awarii można było przejść pieszo albo użyć pojazdu kołowego, bo obok głównego tunelu był też nieco mniejszy tunel bezpieczeństwa. Na wszelki wypadek pobraliśmy tę prostą mapę na nasze mobilki.




Wsiedliśmy, a Ken pobiegł za nami.

Po krótkiej jeździe wysiedliśmy w Laboratorium.
- Powinno wam się spodobać, szczególnie naszemu Gremlinkowi. - Gigi powstrzymała się od komentarza, tylko założyła ręce na piersi. - Aha, i może zdejmijcie te hełmy, tu jest już w miarę ciepło i gdy będziemy zjeżdżać jeszcze niżej, to ubranie w ogóle nie będzie wskazane…
- Co proszę? - Spytała Eve.
- Zobaczymy jeszcze, na ile wystarczy nam czasu. No, chodźmy, proszę wycieczki.



Również ludzie w Laboratorium byli do nas przyjaźnie nastawieni, uśmiechali się, niektórzy podnosili do góry zaciśnięte pięści w geście wsparcia i zwycięstwa. Próbowaliśmy się uśmiechać w odpowiedzi, mi to wychodziło niemal równie źle co Gigi.

Mijaliśmy gabinety pełne różnych urządzeń, medycznych i innych. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro.

- Tutaj są moje laboratoria - Doktorka wykonała zapraszający gest. - Tutaj jest moja stacja robocza, no i przy okazji sypialnia no i przy okazji jadalnia i pokój odpraw. - Faktycznie, pomieszczenie było tym wszystkim. Ciężko było objąć rozumem takie nagromadzenie obiektów na tak małej przestrzeni.
- A co to jest? - Gigi wskazała na stół, na którym leżały jakieś… walcowate, rurkowate przedmioty, wyjątkowo nie z czarnego metalu, zamiast tego wykonane z jakiegoś na oko miękkiego materiału, dość skomplikowane.
- Sztuczne krtanie, wraz z kawałkiem tchawicy. Dla Trzy i Pięć, bo pomyślałam sobie, że mogłyby chcieć zacząć znów mówić.
- One… działają? - Spytała Gigi.
- Tak, puścisz przez nie powietrze i mówią całkiem sprawnie. Zaprojektowałam te prototypy na podstawie mojej krtani, tak więc mówią moim głosem jak na razie. Trochę śmieszne, trochę straszne, muszę przyznać. Nie do końca wiem jeszcze, jak im to wmontować, by działało i nie bolało tak bardzo jak protezy…
- Jak to “bolało”?!
- Co? To nie wiecie? Kotuś wam nie opowiadał? - Wszyscy spojrzeli na mnie i na moje prawe ramię. - Przynajmniej jeśli chodzi o kończyny to mamy z grubsza dwa typy: funkcjonalne oraz prawdziwe zastępstwa… Albo najlepiej będzie, jak wam pokażę, chodźmy do sektora szpitalnego. Uwaga, może być niewesoło.

Było. Mijaliśmy sale pełne łóżek, w których leżeli ludzie starzy i schorowani, niezdolni do samodzielnego poruszania się. Coś, czego na “Arce” zdecydowanie nie było. Widzieliśmy ludzi ciężko rannych, podłączonych do urządzeń podtrzymujących ich funkcje życiowe. Przechodziliśmy szybko, żeby nie gapić się na nich jak na eksponaty.
I wreszcie skrzydło poświęcone kończynom: składanie połamanych i montowanie protez.

- Tutaj zakładamy protezy zwyczajne: są to po prostu nakładki na kikuty, spełniają swoje role, są nieinwazyjne. Nie ma z nimi większego problemu. - Powiedziała, gdy przez szybę obserwowaliśmy paru mężczyzn uczących się na nowo chodzić, korzystając z poręczy i protez nóg wykonanych z materiału o kolorze zbliżonym do koloru skóry.

Poszliśmy nieoświetlonym już korytarzem dalej, w głąb budynku. Doktorka wstukała coś na swojej mobilce i zapaliły się światła. Otworzyła drzwi do pomieszczenia, gdzie było kilka pustych łóżek i szklane szafy… pełne czarnych protez dłoni, ramion, nóg.

- Eksperymentalne protezy filamentowe. W odpowiedniej konfiguracji filament świetnie przewodzi impulsy elektromagnetyczne, dlatego można zrobić z niego również protezy nie tylko idealnie imitujące prawdziwe kończyny, ale również znacznie je przewyższające: silniejsze, wytrzymalsze… Jest tylko jedna wada - Doktorka spojrzała na mnie i skinęła głową. - Proces adaptacji jest bolesny jak jasny skurwysyn. Środki przeciwbólowe nie za bardzo działają, Właściwie to ponad połowa ochotników, na których to testowaliśmy, oszalała i musieliśmy ich… To znaczy… - Doktorka po raz wtóry próbowała podrapać się po metalowym czole - Mieliśmy kilka sukcesów, ale tłumu ochotników jakoś nie ma.

Eve spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami w ten sam sposób, w jaki często patrzyła na Kena: jak na zwierzątko, którym trzeba się zaopiekować. Z jednej strony poczułem ukłucie irytacji, z drugiej było to nawet przyjemne.

- Spokojnie, mi nic nie jest - uniosłem ręce w obronnym geście. - U mnie było to trochę inaczej… nieważne.
- Właśnie ważne. Od dawna chciałam cię o to dopytać, ale nie było na to czasu. Twoja proteza jest podobna do naszych, ale tak na oko bardziej zaawansowana, a na pewno inna. Chciałabym się temu przyjrzeć, tak na poważnie. Choć to zajmie sporo czasu…
- Którego teraz nie mamy, prawda? - Spojrzałem wyczekująco na Doktorkę.

Spojrzała na mnie z namysłem, studiując swoimi goglami.

- No niech ci będzie. Ale siądziemy do tego, gdy zrobi się spokojniej, i wszystko mi opowiesz. - Nachyliła się do mnie. - Tego ci już nie odpuszczę. - Szepnęła tak, żebym tylko ja mógł usłyszeć.

Jeszcze trochę pochodziliśmy po kompleksie szpitalno-laboratoryjnym, tym razem już po spokojniejszych jego sektorach. Zwiedzaliśmy sale drukowania urządzeń medycznych, roboty operacyjne, pracownie chemiczne. W pewnym momencie zauważyłem, że Doktorka i Eve obie zostały z tyłu, co bardzo mnie zdziwiło, bo nie było między nimi zażyłości, delikatnie mówiąc - teraz na czele grupy stanęła Gigi. Dyskretnie je obserwowałem i zauważyłem, że nagle Doktorka odciąga Eve do jakiegoś pustego pomieszczenia, które sami przed chwilą mijaliśmy. Bardzo mnie to zaintrygowało: wiem, że nie wolno tak robić, ale podkradłem się i zacząłem podsłuchiwać.

- Ale proszę pani! To jest…!
- To jest naturalne i pożyteczne, zresztą nie powinna być to dla was żadna nowość.
- Ale my… to…
- To jest dla dobra wszystkich. Jesteście najlepszymi kandydatami, jakich mamy. Pomożecie mi… To znaczy nam to zbadać…
- Czy ja wiem… - Byłem w stanie rozpoznać w głosie Eve silne, stłumione emocje.
- Twoje opory bardzo mnie dziwią, muszę przyznać. - Doktorka też była w kropce. - Nie znam się na tych sprawach zbyt dobrze, ale… chyba będziecie potrzebować mieszkania? Normalnie trzeba czekać, ale… Mogę coś załatwić. Co ty na to?
- Ja… My nie myśleliśmy w ogóle nad tym… Wojna, “Arka”...
- To pomyślcie. I pamiętaj: jesteście najlepszymi kandydatami.
- Ale jeszcze nie spytaliśmy o jego zgodę…
- Nawet nie żartuj. To przecież chłop.

Rozmowa chyba się zakończyła i odbiegłem od drzwi tak szybko, jak to było możliwe. Gdy dołączyły z powrotem do naszej grupy, Eve była cała czerwona.


Nasza wycieczka po szpitalu zakończyła się i spiesznie opuszczaliśmy to miejsce. Większość z nas była szczęśliwa, że mogliśmy wreszcie sobie stamtąd pójść - może tylko na Gigi to miejsce nie zrobiło negatywnego wrażenia. Kena musieliśmy zostawić w recepcji na czas wizyty, dlatego on też cieszył się, że mógł na powrót do nas dołączyć.

- Teraz jedziemy do sektorów mieszkalnych. Składają się z trzech dużych, naturalnych jaskiń przystosowanych na kwatery mieszkalne oraz pięciu mniejszych, już wydrążonych przez nas, w miarę jak przybywało ludzi. Nie było łatwo i nie każdy ma takie same warunki, ale powoli pracujemy nad tym. Na Ziemi podobno bywało dużo gorzej, ha!

Ziemia. Też mi porównanie.

***


 Kolejka przejeżdżała przez środek gigantycznej jaskini, w ścianach której wykute były bloki mieszkalne, pełne malutkich - z naszej perspektywy - okienek. Dno jaskini również zawierało budynki i ulice, po których chodzili ludzie i jeździły pojazdy, głównie dostawcze. Sklepienie było zabudowane siatką reflektorów imitujących światło słoneczne - dużo jaśniejsze niż to zazwyczaj na powierzchni rzecz jasna, które zazwyczaj było przyćmione przez ciężkie chmury, blokujące światło dwóch słońc.
- Imitują nasz 26-godzinny cykl dobowy! - Poinformował nas Monter. - Faktycznie dużo się zmieniło, jest więcej kolejek! A nasz sierociniec był w drugiej jaskini! - Wyglądało na to, że nasz kolega znowu się uruchomił.
- Oprócz tych pięciu mniejszych jest jeszcze szósta, najmniejsza jaskinia - wtrąciła Doktorka. Jest połączona z Pierwszą i robi za centrum administracyjne. W Drugiej teren waszego sierocińca przerobili na park, przedszkole i szkołę. Trzecia to już tylko i wyłącznie bloki mieszkalne. W budowie jest teraz centrum rekreacji: stadion i takie tam. Ale to jeszcze trochę zajmie…
- A gdzie teraz jedziemy? - Spytała Gigi, obok której siedziała milcząca Eve ze wzrokiem utkwionym w tulonym przez nią Kenie.
- Do Drugiej. Jest tam ktoś, kto chce się z wami spotkać…

Oby nie ten cały Milioner, pomyślałem. Podobno chciał mnie zobaczyć: dobrze pamiętam, co Doktorka mówiła mi jeszcze na “Noel”. 

- Potem pewnie pojedziemy do ogrodów i wrócimy do Pierwszej. Planowałam też zjazd na dół: tam dalej wszystko się buduje, ale część już została oddana do użytku. Chociaż czekajcie…

Doktorka sprawdziła nową wiadomość na mobilce.

- Słuchajcie, właśnie dostałam aktualizację programu załadunku i mamy dużo więcej czasu, niż sądziłam. To zarówno źle, jak i dobrze. Dobra, przesiadamy się tutaj. - Wyjrzeliśmy za okno, by zobaczyć zbliżającą się stację.

Wyszliśmy na peron, stało tam kilku ludzi w różnym wieku, wszyscy patrzyli na nas z podziwem.

- W ramach ciekawostki - podjęła wątek Doktorka - pierwsza grupa kadetów już przybyła, nie wiem, czy załapali się na huczne powitanie, ale kogoś na pewno kopnie ten zaszczyt… - Nasza mentorka miała na myśli przygotowaną scenę i dekoracje. W sumie ucieszyłem się, że nas ominęło to zamieszanie.

Kolejki jeździły bardzo regularnie. Nie wiedziałem, czy są zautomatyzowane, czy w kabinie siedział kierowca, bo czarne szyby nie przepuszczały światła. Po zaledwie kilku minutach jazdy przez tunel rozpostarła się przed nami kolejna gigantyczna jaskinia, która podobnie jak pierwsza pełna była wykutych w skale mieszkań. Kolejka zatoczyła koło, dojeżdżając na stację przed wielką szklaną kopułą w centrum kompleksu. Wysiedliśmy bez słowa, podeszliśmy do barierki okalającej kopułę i spojrzeliśmy parę metrów w dół.

Choć tu i tam dało się zauważyć przy ulicach pojedyncze drzewa czy klomby z kwiatami, to kopuła okalała bajeczny park, pełen soczystej, zielonej trawy, potężnych drzew, przecinających się ścieżek ogrodzonych krzewami. Całość była zalana żywym, żółtym światłem, dużo przyjemniejszym dla zmysłów niż trupioblade światło reflektorów u sklepienia jaskiń.

Mi, i zapewne również Eve, natychmiast przypomniała się psia utopia, którą mieliśmy zaszczyt zwiedzić parę miesięcy temu. Zresztą psy były również i tutaj, biegały sobie, bawiły się albo leżały. Ale przede wszystkim widzieliśmy mnóstwo kobiet z dziećmi, tak mnóstwo dzieci! Te mniejsze były w wózkach, te nieco większe biegały albo siedziały w piaskownicach. Kobiety, w bardzo różnym wieku, opiekowały się nimi, organizowały zabawy. Gdzieniegdzie przechadzali się mężczyźni w uniformach podobnych do ekip naprawczych na “Arce”. Niektórzy zamiast pracować, rozmawiali z kobietami.

Moje pierwsze wrażenie było takie, że wszyscy są tacy spokojni, wręcz szczęśliwi: nie spieszyli się nigdzie, nie byli spięci, atmosfera była zupełnie inna niż na lotniskowcu. Nie znałem za bardzo takiego podejścia i kontrast był uderzający.
Znowu mnie zdziwiło, jak bardzo różni byli ci ludzie: dzieci, młodzi, pomarszczeni starcy. Wszyscy dużo lżejszej budowy, bardziej przypominającej naszą Doktorkę, którą postrzegałem za bardzo wątłą i chudą, natomiast po raz kolejny okazało się, że to my jesteśmy naprawdę potężnie zbudowani - tutaj ta różnica była jeszcze bardziej widoczna, niż na “Noel”.

Kilka kobiet spojrzało górę i pomachało do nas, odmachaliśmy niepewnie.

- Pasożytku, taka uwaga: tutaj nikt nie jest pod działaniem witaminek.
- T-to znaczy…?
- To znaczy, że lepiej pilnuj chłopa.

Eve nie kontynuowała wątku, a ja dalej nie rozumiałem do końca, o co tutaj chodzi.

Zeszliśmy schodkami, które obok miały też rampę dla wózków.

- Trzeba było wcześniej zmienić ten kombinezon na coś normalnego - zauważyła Doktorka. - Te buty są jak forteca, mają tyle klamr łączących je z nogawkami, aż chciałabym…

Eve nic nie powiedziała, tylko usiadła na trawie i kilkoma sprawnymi ruchami odpięła klamry swoich butów, w końcu miała lata praktyki. Ściągnęła swoje śnieżnobiałe skarpetki, jej stopy były małe i delikatne, tak samo zresztą jak jej dłonie. Zaczęła chodzić po trawie. Popatrzyła na mnie zaskoczona.
- Chodź. - Pociągnęła mnie za rękę. Doktorka się przyglądała nam obojgu z zainteresowaniem.
- Ale po co…?
- Ściągaj buty.

Posłuchałem, ciekaw nowego doświadczenia.

I faktycznie: krótko przystrzyżona trawa łaskotała mnie w stopy, które chyba nigdy nie miały kontaktu z taką powierzchnią: zawsze to były metalowe pokłady, nic innego nie pamiętam. Było to niesamowite uczucie. Reszta grupy podążyła za nami, reagując z podobnym zdumieniem. Nie tylko Gamoń i Młotek się uśmiechali, nawet Gigi przestała być naburmuszona i stąpała ostrożnie, podekscytowana. Ken biegał od krzaka do krzaka i obwąchiwał wszystko, sam podlał też parę roślin.

- Pomoże mi któraś z tymi buciorami… albo lepiej nie. Dobra, proszę wycieczki, wszystko, co dobre, zawsze się kończy! Chodźcie już, czeka ktoś na was.

Spiesznie założyliśmy skarpetki i buty, zresztą wokół nas zgromadził się mały tłumek. Sądząc po twarzach, patrzyli na nas trochę z rozbawieniem, trochę z politowaniem. Nie było to w pełni komfortowe przeżycie, ale przynajmniej nie zauważyłem żadnych oznak wrogości, co samo w sobie było plusem.

Szliśmy ścieżką pośród drzew, zieleń i jasne światło było kolejnym wspaniałym doznaniem. Po chwili ścieżka otworzyła się na okrągły, piaszczysty plac, pośrodku którego był mały staw, otoczony kilkoma ławkami. Przed stawem stała czekająca na nas para wysokich ludzi. Mężczyzna i kobieta, obejmowali się. Gabrielle i Padel.

- No witajcie. Dawno się nie widzieliśmy. - Powitał nas nasz niedoszły kolega.
- Witamy na Soplu. - Gabrielle prawą dłoń trzymała na swoim wyraźnie zaokrąglonym brzuchu. Gigi pokazała nieśmiało palcem i przyjęła pytający wyraz twarzy. - To będzie zdrowy chłopiec. - Odpowiedziała z łagodnym uśmiechem Gabrielle.
- To… wspaniale! - Eve klasnęła w dłonie. - A jak tam w ogóle… - Jej paplanina uruchomiła się z pełną mocą i razem z Gigi zatonęły w rozmowie, odchodząc od reszty grupy. My i Doktorka zostaliśmy z Padlem.
- Pracuję teraz przy planowaniu instalacji wentylacyjnych. Nie jest to może wymarzona robota, ale to wszystko trzeba zasilić, zbudować systemy awaryjne, kanalizację… Każda praca jest ważna. Wasze zadanie jest w tej chwili najważniejsze, ale my też staramy się robić tyle, ile się da… - Wskazał na park. - Nie tego jeszcze za wiele, ale będzie więcej, cały czas nad tym pracujemy. Opowiem wam…

Kolejne paręnaście, albo parędziesiąt minut spędziliśmy na słuchaniu o systemach zasilania, wentylacji i drążenia na Soplu. Ostrzegał przed okazyjnymi wstrząsami, bo niektóre warstwy trzeba było wysadzać. Było to fascynujące i zrozumiałem, jak bardzo ograniczone pojęcie o wszystkim mieliśmy na “Arce”, gdzie technologia była używana do kilku bardzo sprecyzowanych zadań. Na Soplu trzeba było myśleć o wszystkim i rozwiązywać dużo więcej niespodziewanych problemów technicznych, logistycznych i innych. Na lotniskowcu większość załatwiano drukiem 3D z uniwersalnego w większości sytuacji filamentu, natomiast tutaj zagadnienia były wielokrotnie bardziej złożone i filament często był tylko jednym z komponentów - niezbędnym, ale nie jedynym.

W końcu trójka dziewczyn wróciła do nas.
- Wybaczcie, ale ja muszę już wracać, dostałem tylko krótką przerwę na tę specjalną okazję - Padel każdemu z nas uścisnął dłonie. Gabrielle uśmiechała się promiennie do wszystkich, a Doktorka cierpliwie czekała w milczeniu na koniec spotkania, uważnie wszystkich obserwując.
- A ja muszę jechać na kolejne badania - Gabrielle przewróciła oczami. - Męczące są te wycieczki do szpitala, ale z drugiej strony dostaliśmy świetne mieszkanie w Pierwszej, lepsze nawet, niż dostają młode małżeństwa!

Pożegnaliśmy się i szliśmy na stację, zamyśleni. W ciszy czekaliśmy na przyjazd kolejki.

- I jak, podobało się? No to zapamiętajcie to dobrze: o to walczymy. Jeśli przegramy, wróg wypali to wszystko do skały macierzystej.

Byłem pewien, że zapamiętamy.

***

Dalej myślałem nad tym wszystkim podczas naszej jazdy do ogrodów, siedząca obok mnie Eve też milczała, zatopiona we własnych myślach.

- Oho, zaczęło się - powiedziała Doktorka, wyglądając przez okno wagonu. - Spójrzcie tam.

Jakiś potężny projektor emitował obraz na sklepienie jaskini, co widzieliśmy bardzo dobrze, bo właśnie wjeżdżaliśmy do Pierwszej - stamtąd mieliśmy pojechać dalej do ogrodów. Transmisja pokazywała liczną grupę naszych kolegów kadetów w pełnym rynsztunku, którzy byli entuzjastycznie witani przez tłum w przystani, grała muzyka, były wiwaty i okrzyki. Ktoś przemawiał, były uściski dłoni i poklepywanie po plecach. Musiało to być przyjemne, przynajmniej w małych dawkach.

Kolejka przejechała przez całą jaskinię, po drodze zatrzymując się na kilku stacjach, na których nikt nie wsiadał - widocznie większość ludzi śledziła ceremonię powitalną. Potem był tylko dość długi tunel.

- Przed nami ogrody. Mało popularne miejsce, z kilku różnych przyczyn. - Wyjaśniła Doktorka.

Wysiedliśmy, kolejka pojechała dalej. Nagle poczuliśmy lekki wstrząs, w sumie Padel ostrzegał nas przed nimi. Ken skulił się, ale Eve zaraz wzięła go na ręce. Gdy nie nastąpiły kolejne, ruszyliśmy pieszo za Doktorką.

- Dalej są już tylko magazyny strategiczne, trzeba do nich zjechać stąd na dół. Ale chodźmy do pierwszego działu, tu jest naprawdę dużo do zobaczenia.

Faktycznie, przejście przez ogrody hydroponiczne zajęło nam trochę. Widzieliśmy niezliczone rzędy półek z naczyniami, z których wyrastały rośliny mające wyżywić dziesiątki tysięcy ludzi. Padel mówił nam, jak ważne jest bezpieczeństwo ciągłości zasilania tego działu i doprowadzenie źródeł wody. Mijaliśmy ludzi doglądających wszystkich systemów i kontrolujących parametry, wszyscy byli bardzo skupieni i nie zwracali na nas szczególnej uwagi.

- Dobrze, proszę wycieczki… A teraz fragment, do którego mało kto zagląda. Ja nie mam z nim problemu, ale niektórzy tak. Farmy białka znacie, na “Arce” też takie są, nie jest to przyjemny widok…

Za kolejnymi przesuwanymi drzwiami, na wielkich, metalowych stołach pulsowała czerwona tkanka. Postawni mężczyźni w białych uniformach odkrawali wielkimi nożami kawałki, pakowali w folię i umieszczali w wózkach, które potem były wywożone do chłodni. Doktorka powiedziała, że albo były transportowane do magazynów strategicznych, albo do sekcji mieszkalnych, gdzie stawały się komponentem racji żywnościowych, dystrybuowanych wśród mieszkańców.

- Podobno na Ziemi, dawno temu, hodowano zwierzęta, zabijano je i ćwiartowano na mięso, zamiast hodować samą tkankę. Ziemia, ha! - Podsumowała Doktorka. Zerknąłem na Eve: ona i trzymany przez nią Ken rozglądali się po tym groteskowym pomieszczeniu tak samo niepewnie. - A teraz chodźmy do tej, zdaniem niektórych, kontrowersyjnej sekcji. Jest też tam przejście bezpośrednio ze stacji, ale najpierw chciałam wam pokazać całą resztę.

Szliśmy w milczeniu, zaniepokojeni, co taka osoba jak Doktorka może podejrzewać za bycie niestosownym czy kontrowersyjnym. Minęliśmy jedną odnogę, do której mieliśmy wrócić w drodze powrotnej, i poszliśmy na sam koniec korytarza. Ken zaczął się wiercić, ale po chwili my też to poczuliśmy.

- Lepiej załóżcie hełmy, one trochę filtrują powietrze. - Nasza mentorka wydała polecenie. W sumie tylko Derpi nosił hełm przez prawie cały czas, reszta ściągnęła swoje jakoś jeszcze w parku. - Może zostaw tego stwora na zewnątrz - powiedziała do Eve, która o dziwo posłuchała bez protestu. Przeszliśmy przez otwarte drzwi, a Ken został z tyłu i uważnie nas obserwował.

Naszym oczom ukazała się połać ziemistej masy, od której byliśmy odgrodzeni barierką. Mimo filtrów w hełmach czuliśmy zapach, który w większym stężeniu musiał być duszącym smrodem.

- Dlaczego to ma być takie, nie wiem, kontrowersyjne? - Spytałem.
- Tak trafiliśmy, że nie muszę tego wyjaśniać, tylko sami to zobaczycie.

Czterech mężczyzn w brązowych kombinezonach i w maskach gazowych na twarzach wniosło potężną skrzynię z nieznanego mi materiału. Spojrzeli pytająco na Doktorkę, ale ta tylko skinęła głową i pomachała ręką w geście wyraźnie wskazującym na to, że mają po prostu dalej robić swoje.
Mężczyźni weszli na pomosty rozwieszone nad połacią czarnej, miękkiej gleby. Położyli skrzynię ostrożnie na pomoście, odsunęli wieko i we czwórkę podnieśli jej zwartość. Były to owinięte białą, lekką tkaniną zwłoki Gustavusa, naszego potężnego kolegi, który zmarł w wyniku przedawkowania pewnego komponentu witaminek.  Mężczyźni wprawnym ruchem wrzucili zwłoki do gleby, w której zaczęły się natychmiast zanurzać, a po chwili zniknęły całkowicie.

- Ja nazywam to miejsce kompostownikiem, ale już parę razy mówili mi, że to określenie jest “niestosowne”. Po mojemu to zabobony, pozostałości prymitywnego, ziemskiego myślenia, ale rzeczywistości oszukać się nie da. - Spojrzała na nas, stojących bez ruchu. - Nie mamy czasu i miejsca na te wszystkie pogrzebowe bzdury, a to jest najbardziej ekonomiczne wyjście. Powstałą w ten sposób glebą dywersyfikujemy produkcję żywności, ale administracja uznała, żeby… nie ogłaszać tego na telebimach, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. Poza tym nie zapominamy o tych, którzy odeszli - wróćmy się kawałek, jeszcze coś wam pokażę.

Wróciliśmy do rozwidlenia i tym razem skręciliśmy w odnogę. Po drodze znajdowała się wnęka pełna kwiatów, małych przedmiotów typu koraliki czy wstążki, było też kilka figurek - niektóre były wykonane ręcznie, ale było też parę wydrukowanych. Oba typy przedstawiały Skur… to znaczy Pierwotnego. Paliły się też dwie świece.

- Ktoś tu niedawno był… W każdym razie, dla jasności: ja tego nie pochwalam. - Doktorka podniosła ręce do góry w geście rezygnacji, a Gigi jej intensywnie potakiwała. - To są zabobony, które mieliśmy zostawić, ale niektórzy dalej je wloką za sobą. No ale cóż może zmienić naturę człowieka? - Wykonała udawany gest rozpaczy. - No dobra, chodźmy dalej. Czasy mamy teraz trudne i są ważniejsze problemy.

Weszliśmy do wysokiego na kilkanaście metrów prostokątnego pomieszczenia. Wszystkie ściany do wysokości paru metrów zapełnione były masywnymi, szerokimi na około pięćdziesiąt centymetrów czarnymi płytkami. Każda miała wygrawerowana imię i podobiznę ludzkiej twarzy.

- Tak upamiętniamy żołnierzy, którzy polegli w obronie resztek ludzkości. To jest miejsce szacunku dla ich poświęcenia w obronie… Zaraz, a kto ty jesteś?! - Doktorka wskazała na wysoką postać w czarnym kombinezonie, stojącą na drabinie i próbującą powiesić coś na jednej z tablic. Obok drabiny leżał jej hełm.
- To Siobhan! - Gigi wskazała nowo przybyłą Hienę oskarżycielsko palcem.
- Kto? - Zdziwiła się Doktorka.
- No… Kosa! Złaź stamtąd, nie wygłupiaj się! - Krzyknęła Gigi.

Kosa zeskoczyła zwinnie na posadzkę. Na najnowszej tablicy powieszone było kilka wstążek i dyndająca na sznurku figurka wydrukowana z czarnego metalu.

- Dosyć mam już tych twoich wygłupów! Zdejmij te śmieci z plakietki!
- To nie są śmieci - Kosa mówiła tonem takim, jakby wyjaśniała coś krnąbremu dziecku. - Dzięki temu dusza naszego kolegi Gustavusa… - Ciche metaliczne pacnięcie oznajmiło, że Doktorka właśnie klepnęła się dłonią w czoło. - … Trafi pod opiekę Pierwotnych.

Gigi rozłożyła ręce w geście rozpaczy.

- Koleżanko, tyle razy ci mówiłam, że Pierwotni to w pełni logiczne zjawisko. Jeszcze go nie rozumiemy, ale istnieje, da się nagrać, zmierzyć, efekty ich działań są rzeczywiste, tak samo jak drugiego słońca. W przeciwieństwie do tej twojej “duszy”. - Głos Gigi na początku był pełen pasji, ale teraz po prostu brzmiał zimną nienawiścią.
- To jak wyjaśnisz Cud Gabrielle? - Spokojnie zapytała Kosa.
- Jaki cud… Aha, ciąża. Nie wiem, nie potrafię. Ale to nie znaczy, że w przyszłości tego nie zrozumiemy. Natomiast ty, zamiast podejść do sprawy logicznie, odstawiasz cyrk i robisz sobie te szkaradne filamentowe tatuaże! Myślisz, że nie wiem?!

Spojrzałem na Eve. Ta rzuciła mi swoimi wielkimi oczami spojrzenie krzyczące “tylko nie mów nikomu”.

- Jest tyle pytań, na które nie masz odpowiedzi. - Siobhan uśmiechnęła się lekko i spojrzała w górę, chyba nie patrząc na nic konkretnego. - Ja mam. Objawienia były jeszcze na Ziemi, tak więc normalne jest, że pojawili się również tutaj, i to w dodatku w chwili naszej próby! - Kosa weszła w tryb kazania, podobnie jak podczas spotkań na lotniskowcu. - Nie ignoruję nauki. Tylko ta nauka, cała nasza wiedza o wszechświecie zawiera tyle luk, opiera się na tylu karkołomnych założeniach, a ja mam je wszystkie zignorować? - Teraz chodziła w te i wewte po pomieszczeniu z uniesionymi ramionami, że nawet Gigi i Doktorka patrzyły w zdumieniu. - Zignorować w obliczu tego, co widziałam na własne oczy, czyli istoty przybyłej znikąd, ignorującej zasady grawitacji, dokonującej cudów? Zaprawdę, powiadam wam! - Zatrzymała się tuż przy drabinie. - To nie jest przypadek! Nie ma tutaj przypadku, Pierwotni to bogowie, których musimy błagać o opiekę nad naszymi duszami i…

W tym momencie nastąpił kolejny wstrząs, przed którymi ostrzegał nas wcześniej Padel. Plakietka z imieniem i podobizną Gustavusa odpadła i z pełnym impetem uderzyła Kosę w głowę, nokautując ją na miejscu. 

***

Było z tym trochę zamieszania, bo gdyby nie natychmiastowa pomoc Gigi i Eve, ich koleżanka pewnie by umarła chwilę potem, bo tak rozległe były pęknięcia czaszki. W rekordowo szybkim czasie zabrano ją tunelami awaryjnymi do szpitala, ale zdaniem Doktorki w ciągu najbliższych miesięcy na “Arkę” już nie wróci. A mieliśmy ponownie wypływać za kilka dni.

- No dobrze, proszę wycieczki… - Doktorka najwyraźniej mocno nad czymś dumała. - Jest już prawie dwudziesta piąta, jestem wykończona tym wszystkim… - Potarła ze znużeniem metalowe czoło. - A wy?

Rozejrzałem się po reszcie grupy.

- Niespecjalnie. - Z powodu całej tej wyprawy żadne z nas nie odbyło regularnego treningu i nasze ciała się go domagały, dlatego mieliśmy jeszcze sporo energii. Gigi była w miarę opanowana, a z Eve stres związany z wypadkiem Siobhan też chyba zaczął już opadać.
- No i prawidłowo. Zresztą o tej godzinie nie powinno być tłoku, dlatego jeszcze pojedziemy z z ostatnim punktem programu, czyli centrum rekreacyjnym. Budują je gdzieś pod nami, ale bezpośredniego przejścia stąd nie ma: musimy się wrócić do Pierwszej i stamtąd pojechać na dół, ale powinno pójść szybko.
- Skoro nie jest jeszcze gotowe, to po co tam jedziemy?
- By zobaczyć coś, czego na “Arce” na pewno nie ma. Będziecie mieli niespodziankę. Przyjmijmy, że to taka nagroda za dobrą służbę.

Już wizyta w parku była wystarczająco przyjemna, tak więc nie za bardzo wiedziałem, czego można się było spodziewać. Sądząc po uśmieszku Doktorki to wszystkiego.

Wysiedliśmy na jednej ze stacji w Pierwszej i cofnęliśmy się trochę do Laboratorium, by zostawić Kena w recepcji. Już rozkładały się tam przybyłe z “Arki” Hieny, które tam tymczasowo zakwaterowano na czas zaopatrywania lotniskowca; wszystkie kochały psiaka na zabój, tak więc Ken prawie nie miał nam za złe, że go na chwilę opuszczamy. Wróciliśmy do Pierwszej, przeszliśmy kawałek od pierwszej stacji i przeszliśmy do wielkiej, pomalowanej na żółto klatki, za którą mieściła się duża winda, która nieco przypomniała mi tę na “Noel”. Eve chyba nie zwróciła na to podobieństwo uwagi, raczej wyglądała na zatopioną w myślach; może zastanawiała się, dokąd prowadzi nas Doktorka.

Zjeżdżaliśmy windą na dół już kawałek czasu, zaczęło robić się nam ciepło w naszych kombinezonach. Zapewniały one regulację termiczną do pewnego stopnia, ale nie na tyle, by w pełni skompensować wzrost temperatury.

- Im głębiej pod ziemią, tym cieplej - wyjaśniła Doktorka, która zaczęła niezgrabnie rozpinać swój kombinezon. - Niektórzy tam stale przebywający chodzą po prostu w minimalnym ubraniu albo w ogóle bez, wzorem podziemnych baz na Księżycu…
- Przepraszam, na czym? - Odezwał się Derpi.
- Naturalny satelita Ziemi, taka malutka niby-planeta krążąca wokół większej. Tutaj tego nie mamy, ale za to mamy dwa słońca! Choć o tym drugim lepiej nie przypominajcie Siobhan, bo też zacznie się do niego modlić… O ile się kiedyś obudzi… Nieważne.
- Wspomniała pani o bazach podziemnych? Że tam chodzą bez… - Eve przypomniała rozpoczęty wątek.
- No tak, jeśli pamiętacie z jakichś wykładów, to ziemski Księżyc nie ma atmosfery. Prawie wszystkie osiedla są pod ziemią, gdzie wysoka temperatura, oświetlenie i parę innych czynników spowodowały, że kolejne pokolenia po prostu przyzwyczaiły się do tych warunków i przestały nosić ubrania, dla nich to naturalne.
- Dla nas nie! - Zaprotestowała Eve.
- To poczekaj, aż zjedziemy jeszcze niżej.

Winda w końcu się zatrzymała i wszyscy wysiedliśmy. Po krótkim marszu olbrzymim, wykutym w skale korytarzem, skręciliśmy w mniejszy, aż w końcu przeszliśmy do wyłożonych błękitnymi płytkami pomieszczeń. Kontrast z wcześniejszym korytarzem używanym do transportu ciężkich maszyn był uderzający.
- Chodźmy do szatni - zarekomendowała Doktorka.
- Zaraz, a gdzie jest damska? - Rozglądała się zaniepokojona Eve.
- Co? Szatnia jest jedna.
- Ale…
- Ale co?
- Albo nic, przynajmniej jest kurtyna pośrodku…

Zaczęliśmy się rozbierać z kombinezonów i przepoconej bielizny. Uplecione z czarnych włókien kombinezony były dość ciężkie, dlatego starannie złożyliśmy je jak nas uczono i położyliśmy na podłodze, zamiast wrzucać do delikatnie wyglądających pojemników. Oczywiście słyszeliśmy wszystko, co się dzieje za szmacianą kurtyną przedzielającą pomieszczenie na połowy.

- Do tych butów chyba potrzeba śrubokręta i wiertarki - narzekała Doktorka. - No, w końcu zeszły! - Słyszeliśmy stuknięcie butów o wyłożoną płytkami posadzkę.
- Nie rozumiem, z czym pani ma problem. - Eve chyba nie mogła się powstrzymać od wbicia szpili.
- Teraz część z tymi rurkami… Kotuś, chodź no tu, pomożesz mi! - Doktorka zaczęła mnie wołać.
- Nie! - Krzyknęła Eve.
- Co nie?
- Ja pomogę! I robi to pani specjalnie!
- Co specjalnie? Nic specjalnie. Zresztą sama widzisz, nie wychodzą…
- Gigi, pomóż mi, błagam cię!

W sumie cała nasza piątka już tylko czekała, owinięta ręcznikami, i słuchała tego, co się działo za kurtyną.

- No dobra, teraz ty, Pasożytku, rozbieraj się. Na co czekasz, na księcia z bajki?
- Ja… dopiero po pani…! - Tutaj problemem był chyba ten nieszczęsny tatuaż. Gigi go wypomniała Kosie i Eve nie chciała się z nim teraz obnosić, tak przynajmniej się domyślałem.
- A ty co znowu?
- Bo ja nie…
- Słuchaj no, koleżanko: oficjalnie to służycie pode mną i jeśli coś ci rozkażę, to macie to zrobić: ty, Kot, cała reszta. Rozumiesz to?

Przez chwilę panowała totalna cisza.

- No niech ci będzie. Ale nie zapominaj, że dalej jesteś w wojsku. Chodź, Gremlinku! I ściągnij te okulary, po co ci one, do zbliżeń na kolegów? Panowie, naprzód marsz!

Wyszliśmy wszyscy z szatni. Mieliśmy ręczniki owinięte wokół pasa, a Gigi miała dłuższy, którym szczelnie owinęła całe ciało. Doktorka nie przejmowała się niczym i była kompletnie nago, swój ręcznik trzymała na przedramieniu. Nasz wzrok najbardziej przyciągały filamentowe żyły, którymi była połatana, co zresztą nam zaprezentowała jeszcze przy pierwszym spotkaniu.

- Pod prysznice, raz! - Najwyraźniej przypomniała sobie, że może nam wydawać komendy i bardzo jej się to spodobało.
Prysznice nie miały żadnych przegród ani stojaków, dlatego położyliśmy nasze ręczniki na ziemi, weszliśmy do płytkich brodzików i puściliśmy wodę. Była cudownie ciepła! Z dozowników na ścianach wzięliśmy na dłonie mydło w płynie, szybko się namydliliśmy i spłukaliśmy. Gigi stała przez chwilę i gapiła się na nas, po czym sama zrzuciła ręcznik i też dołączyła, najwyraźniej uznając, że ma sensu się czymkolwiek przejmować.

- Gdzie ta niedojda? - Doktorka wypatrywała Eve, ale ta wciąż się nie pokazywała. - Robi takie cyrki, a ma szczęście, że tak późno wieczorem prawie nikogo tutaj nie ma… No nic, teraz chodźmy do głównej atrakcji: gorących źródeł. Tylko dokładnie wypłukajcie mydło z brodzików!

Pokierowała nas do kilkumetrowej niecki z parującą wodą.

- Panowie dokopali się do źródeł gorącej wody i urządzili taki luksus dla wszystkich - Doktorka wskazała dłonią. - Korzystajcie!

Upuściła ręcznik na posadzkę i ostrożnie zeszła po stopniach do basenu z parującą wodą, wydając przy tym jęki rozkoszy. Nigdy nie słyszałem naszej mentorki wydającej tego typu odgłosy i zatrzymało mnie to na chwilę, ale zaraz również i my weszliśmy, najpierw ostrożnie i z niedowierzaniem, a potem zalało nas uczucie błogiego relaksu, gdy zanurzyliśmy się w ciepłej wodzie po szyje. Gigi też zrzuciła ręcznik i dołączyła do nas, siadając na umieszczonej jakiś metr pod powierzchnią wody ławce.
Siedzieliśmy się tak przez pewien czas w milczeniu.

W końcu przyszła Eve, szczelnie opięta ręcznikiem, ale z mokrymi włosami, więc musiała wziąć prysznic gdy już sobie poszliśmy. Nie ściągając go, wlazła do basenu i usiadła na ławce po mojej prawej stronie.

Doktorka tylko popatrzyła się na nią swoimi goglami, ale było jej chyba zbyt błogo, żeby czynić Eve jakieś uwagi. A ta osiągnęła swój cel: filamentowego tatuaża nad piersią nikt nie zauważył.

Nie wiem jak długo tak siedzieliśmy, po prostu rozkoszowałem się tą chwilą. Było mi ciepło, przyjemnie, nie było żadnego zadania, które trzeba było wykonać na wczoraj. Dzisiaj zobaczyłem tak wiele rzeczy, nad którymi będę najprawdopodobniej jeszcze długo rozmyślał, a te przyjemne fragmenty, jak wizyta w parku i widok Eve biegającej boso po trawie… Ten widok miałem cały czas przed oczami, nawet gdy zamknąłem oczy. Spojrzałem na nią, miała zamknięte oczy i była zanurzona w ciepłej wodzie aż po podbródek. Uśmiechała się błogo. Nie wiem, czy było jej wygodnie w ciężkim od wody ręczniku, ale chyba przestała zwracać na to uwagę.

- Szkoda, że nie ma już sierocińca… - Wymruczała półprzytomnie.
- Co ja ci poradzę - odburknęła Doktorka. - Twoja wychowawczyni… wiadomo, co się z nią stało. Gdy większość sierotek przeniesiono na “Arkę”, to wszyscy odet- to znaczy zwolniło to tak dużo miejsca, że nie było sensu utrzymywać tej placówki. Ale parę zdjęć ocalało, przeglądnęłam je sobie dzisiaj. Mogę wam przesłać, takie chude dziecko z ręką w majtach i kryjące się za plecami innych to chyba byłaś ty, tak przynajmniej było podpisane.
- To ja może podziękuję za takie zdjęcia… - Wymruczała Eve.
Gigi siedziała niewzruszona.

- Zresztą znalazłam parę innych, Henri i Tell siedzą na podłodze i grają w jakieś gry planszowe…
- Przepraszam, kto? - Wtrącił się Derpi.
- No, Gamoń i Młotek. - Nasi koledzy w odpowiedzi pokiwali głowami. - Monter siedzi sam, układa z klocków jakieś zamki…
- Pamiętam! Miałem parę zestawów, ciągle mi je zabierali, to zacząłem robić elementy sam… - Przypominał sobie Monter.
- Ciekawe historie. - Derpi zastanowił się na głos.
- Ty i Kotuś dołączyliście do załogi dużo później, prawda?
- Zgadza się, ja mieszkałem na jednym ze statków, gdzie przez lata radziliśmy sobie sami. Ale pewnej nocy nastąpił potężny wybuch i mój statek poszedł na dno jak kamień, ja uciekłem w szalupie ratunkowej i gdyby nie transmiter alarmowy, to pewnie bym tam zginął marnie… Chyba nikt nie ocalał oprócz mnie…

Derpi opowiadał o tym dość spokojnie, ale kto wie, co się naprawdę w nim kotłowało. Niech ma swoje tajemnice, a ja mam swoje. Gdy mnie odratowali z dryfującego statku, to długo zajęło, nim zacząłem rozumieć co się w ogóle wokół mnie dzieje. Gdy w końcu uznali, że nadaję się do kontaktu z ludźmi, to zaczęli mnie puszczać do mesy na krótkie posiłki. Tam jakoś dosiadał się do mnie Derpi, który wtedy miał jeszcze zwyczaj mówienia tego “derp” do ludzi, na szczęście ostatnio mu jakoś przeszło. W sumie w naturalny sposób się zakumplowaliśmy ze względu na podobne pochodzenie - on dołączył do załogi sporo wcześniej niż ja, ale pewnie cały czas czuł się obco zestawiony z grupą, w której większość osób jakoś się tam znała jeszcze z dzieciństwa w sierocińcu. Nigdy nie miałem czasu się nad tym poważniej zastanowić, dopiero teraz te fakty do mnie wracały.


Tak siedzieliśmy lub leżeliśmy w cudownie ciepłym basenie, senni, zrelaksowani, tracący poczucie czasu. Ta chwila była… magiczna i miałem nadzieję, że pozostali kadeci też będą mieli okazję tego doświadczyć. Z tego, co słyszałem, mieli zacząć od jutra.



- No proszę! Nie wiedziałam, że ktoś tu jest! - Obcy, damski głos wyrwał nas z zamyślenia. Wszyscy zwróciliśmy się w stronę korytarza, który prowadził do pryszniców.

Właśnie nadchodziła wysoka kobieta z brązowymi włosami upiętymi nad głową. Podobnie jak Doktorka, była kompletnie naga i niosła ręcznik na przedramieniu, ale tu podobieństwa się kończyły: wielkie piersi podskakiwały przy każdym jej kroku, a szerokie biodra kołysały się rytmicznie. Na pozbawionym włosów łonie znajdował się… filamentowy tatuaż, układający się w spirale i kwiatowe wzory. Wzrok każdego samca z naszej grupy skupił się wyłącznie na niej i żadna bezpieczna dawka witaminek nie mogła temu zapobiec.

Kobieta zamachała przyjaźnie, położyła ręcznik na posadzce i zaczęła usadawiać się po mojej lewej stronie.

- To niegrzecznie się tak gapić! - Syknęła mi w ucho Eve na tyle głośno, że wszyscy słyszeli.
Ależ skarbie, nie ma problemu, mi to nie przeszkadza! - Kobieta zaprzeczyła radośnie i nachyliła się, żeby położyć rękę na ramieniu Eve w uspokajającym geście. Jej piersi przycisnęły się do mojego ramienia na tyle mocno, że zaczęło mi się robić naprawdę gorąco, ale postanowiłem wytrzymać. - No proszę, postawny, młody mężczyzna z protezą prawej ręki.

Nowo przybyła mierzyła mnie wzrokiem, trwało to chwilę. W końcu nawet Doktorka zaczęła patrzeć na nią wyczekująco.

- Tak w ogóle to jestem Lily. Czasem nazywają mnie Lilitu. Milioner chce cię widzieć. Bądź jutro o dziewiątej przed wrotami w przystani.

Mimo panującej gorącej atmosfery, w tym momencie mnie zmroziło.

- Tylko nie zaśpij! - Dodała radośnie.