niedziela, sierpnia 23, 2026

21. Poświata


 

 Wyszedłem cicho z pokoju, w którym spała spokojnie Eve i ostrożnie zamknąłem za sobą drzwi. Teraz, gdy doktor Ryuuji z nią skończył, może będę mógł ją przenieść do naszego mieszkania…? Pozostało nam tylko czekać, aż protezy się zaadaptują, a szpitalna atmosfera niekoniecznie musi sprzyjać temu procesowi. Tak przynajmniej sobie to tłumaczyłem.

Przechodziłem właśnie koło izolatek, gdy z zamyślenia wyrwał mnie znajomo brzmiący, żeński głos:

- Hej, panie bohaterze!

Cholera. Zapomniałem postawić kołnierz płaszcza.

Zaglądnąłem do izolatki, z której dobiegł głos. Na łóżku, skierowana bokiem do mnie, leżała… Romi. Dalej szelmowsko uśmiechnięta, ale blada i z podpuchniętymi oczami.

- Wejdź, pokażę ci coś fajnego. - Odsunąłem do reszty drzwi i zatrzymałem się w progu.

Z fałd cienkiej kołdry powoli zaczął wyłaniać się duży środkowy palec z czarnego filamentu.

- Eee… Gratulacje?
- Na pewno znajdzie wiele zastosowań - Romi mówiła powoli, cały czas zwrócona do mnie profilem.
- Jak doszło do tego wypadku?
- Rany wojenne - Romi gestem swojej czarnej, filamentowej dłoni przywołała mnie do siebie. - Nie przestrasz się tylko.

Podszedłem do brzegu łóżka. odwróciła się do mnie.

Długa, gojąca się rana na prawym policzku była ściśnięta czarnymi, metalowymi zszywkami; w kilku miejscach widoczne były krwawe strupy, parę punktów ropiało.

- Paskudne, co? - Uśmiechnęła się półgębkiem, bo inaczej nie była w stanie. - Ale podobno na powietrzu szybciej się goi. Zęby też mi już powoli odrastają.
- To… Nie przejmuj się, potem naprawi to szybka operacja plastyczna…
- O nie, panie bohaterze - przerwała mi. - Ta blizna zostaje. I tak potrzebowałam pretekstu, żeby zmienić branżę - spojrzała mi prosto w oczy, doskonale wiedząc, że oglądałem nagrania z jej… występów. Przy okazji zauważyłem, że jej druga dłoń też jest teraz filamentową protezą, też nieproporcjonalnie dużą w stosunku do reszty jej ciała.
- Rany wojenne…?
- No dokładnie. - Spojrzała na mnie ponownie, tym razem niecharakterystycznie poważna. - Zaraz, ty naprawdę nic nie wiesz?
- Mało do mnie docierało przez ten ostatni czas… - Wyznałem z zakłopotaniem.
- Aha… - Spojrzała na pusty rękaw płaszcza. - No tak, to jestem w stanie zrozumieć. Masz czas?
- Teraz tak.
- Weź sobie krzesło, opowiem ci w skrócie, nie zajmie to długo.

Przysunąłem sobie lekkie, czarne krzesło i usiadłem ostrożnie. Ściągnąłem płaszcz, bo w małej izolatce było naprawdę gorąco.

- No to słuchaj: dokładnego czasu nie znam, ale prawdopodobnie po tym, jak rozwaliliście Oko, Sztuczną Inteligencję musiała naprawdę zaboleć dupa i posłała kilka chmar dronów w kierunku Sopla. Tylko kilka łodzi było wtedy na otwartym oceanie, no ale niestety w wyniku ataku albo zatonęły, albo spłonęły doszczętnie. - Romi była już całkowicie poważna. - W całym Soplu zawyły alarmy oznaczające powszechną mobilizację, bo prawie całe nasze siły, w sensie wy, walczyliście tam na Inselhorn, by nas ratować… - Błysk podziwu w jej oczach. - Oczywiście wszelkie pozory porządku szybko szlag trafił, no ale co się dziwić: ludzie mają szkolenie raz na parę miesięcy, dostają jakieś instrukcje których nikt nie czyta, a gdy przyjdzie co do czego, wszyscy panikują… Ale nie ja. - Znowu szelmowski uśmiech. - Moi czterej bracia dobrze mnie przyuczyli. Byłam wtedy, a jakże, w przystani, pobiegłam do jednej z naszych łodzi patrolowych i siadłam za działkiem przeciwlotniczym. Po prostu poczekałam aż wsiądzie reszta załogi, nikt się mnie nie czepiał, zresztą ja akurat wiedziałam, co mam robić. Wypłynęliśmy jako pierwsi, chłopaki odbierali komunikaty radiowe od łodzi na zewnątrz i mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie nastąpił atak. Z celowaniem nie miałam problemu, te latające gówna fruwają całymi chmarami i sporo udało się strącić, no ale było ich zbyt wiele jak na naszą jedną łódź. Jeden podleciał i skończyło się strzelanie, urwało mi obie dłonie i fragment metalu rozorał mi twarz… Ale żyję.

Teraz pokazała całemu światu oba środkowe palce.

- W międzyczasie dopłynęły pozostałe łodzie, ludzie wzięli broń taką, jaką mieli, a i dronów nie było znowu tak wiele. Nie wiem, jak Sztuczna Inteligencja to sobie kalkulowała, po mojemu to wyglądało na jakiś desperacki atak… Pamiętam, że leżałam na pokładzie i chciałam się podnieść, ale przytrzymali mnie i chyba podali jakieś przeciwbólowe. Odzyskałam przytomność dopiero w tutaj, w szpitalu. - Wzruszyła ramionami.

Zastanowiłem się przez chwilę.

- Czyli z orbity zesłano jakieś drony, żeby zaatakować pozbawiony większości siły militarnej Sopel, ale ich atak został odparty wysiłkiem cywili… - Zastanowiłem się przez chwilę.
- No właśnie to powiedziałam. Wprawdzie nie było tego wiele, ale udało nam się - Romi była wyraźnie dumna z siebie.
- Twoi bracia… na którym okręcie służą?
- Służyli. Na “Feniksie”. - Romi patrzyła na mnie uważnie.
- Przepraszam, ale który to? Bo nie kojarzę…
- To był nasz drugi lotniskowiec. Ten pochlastany na kawałki przez mackowatego Skurwiela.
- Och…
- Wszyscy czterej tam zginęli, ojciec zresztą też. - Wzruszyła ramionami. - Jest wojna. Takie jest życie.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.

- Twoje dłonie…
- A tak: nasz kochany pan doktor mi je dał, uwielbiam tego faceta. - Żywe błyski znowu pojawiły się w jej oczach. - Zgłosiłam się do programu protez, w końcu na twoim przykładzie widziałam, że to jest możliwe i że są ludzie, którym się to udaje - wskazała palcem na mój kikut. - Pan doktor niestety nie miał gotowych protez w moim rozmiarze, a czas uciekał, to zgodziłam się na to, co miał. Coś tam pomruczał o procesie adaptacji, ale pobolało trochę i przestało. - Zacisnęła prawą dłoń w pięść i obdarzyła mnie swoim kolejnym szelmowskim uśmiechem. - Chcesz się przekonać, co mogę nimi zrobić?
- Eee, może kiedy indziej. A tak w ogóle to wyglądasz mi już na całkiem zdrową… Kiedy cię wypuszczają?
- Pewnie niedługo; później dzisiaj będą mi wyjmować zszywki, popsikają czymś dezynfekującym i wykopią do domu. Rehabilitant wpadł na chwilę, pomachałam trochę palcami, pokazałam mu środkowy i poszedł sobie.
- A co potem? - Chlapnąłem trochę bez wyczucia.
- Jak już mówiłam, chcę się przebranżowić - wykonała kilka posuwistych ruchów zaciśniętą dłonią. - Słyszałam, że szykuje się potężna wyprawa na Inselhorn, parę statków z przemysłowymi drukarkami już tam popłynęło i zbierają personel do kolejnych zadań… Chyba tam poszukam szczęścia.
- Miło to słyszeć - podniosłem się z krzesła i wziąłem płaszcz. - Dzięki, że mi wszystko opowiedziałaś. Nie za bardzo się orientowałem w sytuacji…
- Pamiętam, panie bohaterze, że była z tobą taka dziewczyna…
- Eve.
- Co z nią?
- Leży tutaj. Nie jest najlepiej… - Zacząłem masować kark lewą dłonią.
- Pan doktor ją poskłada. Wyleczy ją - pokazała mi wyciągnięty do góry filamentowy kciuk.

Nic na to nie odpowiedziałem, tylko pomachałem jej dłonią na pożegnanie.

Szedłem tak przez korytarz i w pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi, że głosy w salach cichły.

O cholera. Zapomniałem ubrać płaszcz.

- Hej, bohaterze! - Zawołał mnie kolejny znajomy głos.

Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę i stałem tak przez chwilę jak głupi.

- No co ty! Dalej mnie nie poznajesz?!

Monter.

Siedział na łóżku wystawionym na korytarz; to on musiał mnie wołać, gdy wcześniej pędziłem do Eve. Lewą rękę miał usztywnioną w filamentowej formie i zawieszoną na temblaku, a łuk brwiowy miał spięty takimi samymi zszywkami, jakie widziałem u Romi.

- Ty żyjesz?!
- Nie, kurwa, umarliśmy tam wszyscy i masz zwidy przedśmiertne teraz.
- Aha… Ale wtedy, na Inselhorn…
- Przyładowałem głową tak mocno, że mimo hełmu rozwaliłem łuk brwiowy. Krwawiło mocno, ale nic poważnego mi się nie stało. To znaczy do czasu, jak pan robot próbował mnie wyciągnąć z helikoptera…
- Kto?
- Ta para naukowców zespawana ze sobą, pamiętasz? Z tego co mówili to ty ich uwolniłeś, panie bohaterze!

To zamiast “Kota” mam być teraz “Bohaterem”? Nie mówię nie.

- Co z nimi? Co się dokładnie stało?
- Nie wiem dokładnie czym się teraz zajmują, ale wtedy wzięli Młotka ze sobą, bo siedział tam bez ruchu.
- On też jest tutaj?
- Nie, został na Inselhorn… W każdym razie: próbowali mnie wyciągnąć z fotela, ale chyba nie rozumieli za dobrze, jak wielką mają parę w łapach. No i teraz mam kości przedramienia chyba w pięciu kawałkach.
- To jest… jakiś problem? Przecież podadzą ci płyn zrostowy, robią go z osocza i jeszcze tam czegoś…
- To samo w sobie nie jest problemem, ale kości najpierw trzeba nastawić, a na to nikt nie ma czasu, bo tam masz chłopaków z urwanymi kończynami. No to tak sobie czekam. - Wzruszył ramionami.
- Mogło być dużo gorzej… A tak w ogóle: co z “Arką”? Wiesz coś? - Dopiero teraz zacząłem o tym myśleć.
- Coś tam wiem - podniósł do góry przerobioną przez siebie mobilkę. - Cała sprawa to teraz tajemnica wojskowa, ale wiem na pewno, że ktoś tam przeżył. Wiem, że ta dziewczynka, Riko, wyszła bez szwanku, bo znaleźli ją w jakimś schronie… Gigi też żyje, bo widziałem, jak ją wieźli na operację… Choć kiepsko wyglądała… - Na chwilę spuścił głowę. - Trochę personelu też się uratowało, choć większość albo utonęła w czarnej mazi, albo została zmiażdżona. W sumie przywieźli tu kilkadziesiąt osób z całej załogi, może reszta nie potrzebowała pomocy…
- Rozumiem… A sama “Arka”? Jak ją wyciągnęli? Przecież widzieliśmy, jak tonęła…
- To właśnie jest tajemnicza sprawa - Monter ożywił się na nowo. - Nikt nic nie mówi na ten temat, taki jest rozkaz. Tak na logikę musieli ją wyciągnąć, ale jak im się to udało to nie mam pojęcia. Parę statków popłynęło na Inselhorn i będą coś budować, rekrutują też nową załogę…
- Tak, to słyszałem. Ale to już beze mnie.
- Tak, twoja proteza… A właśnie, co z Eve? Bo też doszły mnie słuchy…
- Jakoś super nie jest. Ale wyjdzie z tego, doktor jej pomoże.
- Ten rzeźnik?! No nie byłbym taki… Albo nieważne.

Wolałem nie kontynuować tematu. Pożegnałem się z Monterem, autentycznie szczęśliwy, że żyje; ubrałem płaszcz i wróciłem do naszego mieszkania z zamiarem przygotowania go na przybycie Eve.
Zamiast tego opadłem na łóżko i spałem kilkanaście godzin.


Cała dalsza komunikacja odbywała się między mną i Ceci, która starała się ze wszystkich sił nie dopuszczać mnie do doktora Ryuujiego. Ten zaakceptował wypis i wypisał zlecenie na transport medyczny. Ceci dała mi krótki kurs obsługi wózka inwalidzkiego i cewnika (choć to nie była wielka filozofia), wydała maści na odleżyny. Przez chwilę liczyła coś w pamięci, a potem wywiozła z magazynu starannie odliczoną liczbę woreczków, które mieliśmy podłączać do kroplówki - to był ten środek przeciwbólowy, który Eve sobie mogła sama dozować. Drugi zestaw zawierał kroplówki ze środkami odżywczymi, bo Eve stały pokarm zazwyczaj zwracała.


Nadszedł trudny moment przeniesienia Eve na wózek inwalidzki. Z jednej strony ja, z drugiej Ceci (zaskakująco silna) chwyciliśmy ją pod ramiona i ostrożnie posadziliśmy na wózku. Krzywiła się z bólu gdy przyszło do zginania kolan i drżącą ręką naciskała przycisk dozujący środek przeciwbólowy, ale wytrzymała. Ceci wskazała na drzwi i straciła nami zainteresowanie, śpiesząc się do innych spraw. W tym przepełnionym, głośnym szpitalu zostaliśmy sami.

Pchałem powoli przed siebie wąski wózek z półprzytomną Eve. Zerknąłem do jednej z izolatek, ale łóżko Romi zajął już ktoś inny. Montera też nie spotkałem, może go w końcu wzięli na tę operację. Wyprowadziłem wózek przez recepcję i wejście główne na stację i pojechaliśmy do jaskini, w której był nasz blok mieszkalny.
Place budowy były w większości opuszczone, dużo budowlańców podobno popłynęło na Inselhorn; udało mi się jednak znaleźć dogodną drogę dla wózka, winda na szczęście już działała. Wjechałem wózkiem przez niski próg, ale Eve nie za bardzo reagowała na to, co się dzieje. No nic, pewnie z czasem jej się polepszy.


***

Nie polepszało jej się. Wprawdzie dobrze opanowaliśmy sztukę przesiadania się z wózka na łóżko i w drugą stronę i od czasu do czasu była niemal taka jak dawniej, ale wyraźnego powrotu do zdrowia nie zauważałem.
Nie pozwalała mi, bym pomagał jej się umyć, bo “nie chciała, żebym widział jak teraz wygląda”. Nie nalegałem i wychodziłem wtedy z pokoju, tak jak prosiła.
Czasem udawało się dłużej porozmawiać, choć tematy były głównie te same i zdawkowe: jak tam inni, co z kikutem protezy, jest fajnie, że żyjemy.
Raz jeden wróciła myślami do zdarzeń z Inselhorn i pytała, jak się uratowaliśmy; powiedziałem, że nie jestem pewien i że ocknąłem się w blisko plaży, pewnie zniosły nas tam ekipy ratowników.

Pewnego razu odważyłem się spytać, dlaczego zdecydowała się na taki ryzykowny atak; powiedziała, że gdy wylądowała na skałach i przeturlała się, to zaczęła biec w kierunku spadającego helikoptera, bo widziała wylatujące z niego pakunki i człowieka. Dostrzegła kroczącego biorobota i ukryła się za wielkim kamieniem, ale coś ją tknęło i wyjrzała by sprawdzić, co się dzieje. Zobaczyła, jak się czołgam i musiała zareagować, nie zastanawiała się nad tym. Powiedziała, że nie żałuje ani trochę.

Upływające dni były bardzo podobne do siebie i zlewały się w jedno; upływ czasu głównie odmierzały mi ubywające kroplówki ze środkiem przeciwbólowym. W trakcie dnia próbowałem zagadywać do Eve i opowiadać jej wiadomości wyczytane z serwisu informacyjnego Sopla (tak swoją drogą, kto to w ogóle redagował?), ale poza pojedynczymi momentami przytomności niespecjalnie na to reagowała. Głównie majaczyła w półśnie, to pewnie był efekt środka przeciwbólowego, którego ubywało coraz szybciej.

Nikt się nami nie interesował, nikt nas nie odwiedzał. Czasem tylko coś przychodziło na mobilkę Eve, ale nie zwracała na to specjalnej uwagi. Raz dziennie sadzałem ją na wózek i brałem na przejażdżkę po Soplu: odwiedzaliśmy przystań (gdzie panował olbrzymi ruch) albo wędrowaliśmy po różnych jaskiniach mieszkalnych, ale starannie unikałem szpitala oraz również gorących źródeł, z których Eve nie była w stanie korzystać. Może wkrótce.

Najlepiej reagowała na park, podnosiła głowę gdy wyprowadzałem jej wózek z kolejki żeby zobaczyć kopułę, pod którą zieleniły się drzewa. Spacer ścieżkami i sielankowe widoki wyraźnie ją uspokajały i zwykle zasypiała, wtedy przystawałem i siadałem na ławce, siedząc tak parę godzin i obserwując ludzi. Wiem, że przyciągaliśmy spojrzenia, ale nikt nas nie zaczepiał, i bardzo dobrze.

Te krótkie momenty wytchnienia nie były jednak w stanie zwalczyć mojego rosnącego strachu o jej stan zdrowia, który wcale się nie poprawiał. Nie chciałem wierzyć w przepowiednie doktora Ryuujiego, nie chciałem mu raportować aktualnego stanu Eve (którym chyba zresztą stracił zainteresowanie), w ogóle nie chciałem myśleć o szpitalu, ale niestety coraz szybciej zbliżał się moment, w którym musiałem tam pójść, bo kończył się środek przeciwbólowy.

Z dużą obawą zostawiłem Eve samą w mieszkaniu, błagając o to, żeby natychmiast przysłała mi wiadomość, gdyby działo się coś niedobrego; tylko półprzytomnie pokiwała głową. I tak, od jakiegoś czasu zaczęła mi kiełkować w głowie myśl, że będzie próbowała coś sobie zrobić.

Ruszyłem do przystanku z nadzieją załatwienia sprawy jak najszybciej, wpadłem do recepcji jak pocisk z zamiarem porwania kroplówek i jak najszybszego powrotu.

- A, to ty. - Usłyszałem za plecami. Stanąłem jak wryty. - Eve mogłaby mi odpisać kiedyś, wiesz?
- Jak to…

Gigi siedziała za biurkiem, pisała coś na swojej mobilce. Odłożyła ją i spojrzała na mnie.

- Kiedy ty… - Nie było czasu się nad tym zastanawiać. Palnąłem pierwszą rzecz, która mi przyszła do głowy. - Słuchaj, jesteś jej koleżanką, może… Odwiedzisz ją, spotkacie się…? Przyjdziesz do nas kiedyś?
- Może być ciężko. - Gigi odsunęła się od biurka, za którym siedziała, a mówiąc precyzyjniej: odjechała. Ona też siedziała na wózku inwalidzkim. - No, szału nie ma - rzuciła w odpowiedzi na moje zszokowane spojrzenie.
- Co się dokładnie stało…
- No fajnie, że się zainteresowałeś - odpowiedziała kwaśno, choć w tej chwili naprawdę nie miałem cierpliwości na znoszenie jej paskudnych nastrojów. - Strzelił mi kręgosłup.
- Jak…
- Cały okręt trzeszczał ogłuszająco, zaczęłam panikować. To było wtedy, gdy Skurwiel zaczął miażdżyć “Arkę”... - Skrzywiła się. - Schowałam się pod szpitalne łóżko, wiesz, te na “Arce” były bardzo mocne, wytrzymają ciężar kilku ludzi…
- Aha.
- Schowałam się pod nim, ale i tak mnie przygniotło - wskazała kciukiem za siebie. - Wielu się utopiło w czarnej mazi, która zaczęła się wlewać przez pęknięcia kadłuba. Większość z tych, którzy przeżyli, ewakuowało się do Audytorium i zatarasowali przejście waszymi stacjami roboczymi i innymi gratami. Pewnie przeżyłoby jeszcze więcej, gdyby drzwi działały…

Podrapałem się w zakłopotaniu po głowie.

- W każdym razie: nie wiem, jak długo tam leżałam, bolało niesamowicie i nie czułam nóg. Myślałam, że tam umrę, było coraz ciężej oddychać, zobaczyłam podchodzące do mnie nitki czarnej mazi. Ale chwilę potem coś szarpnęło całym okrętem do góry i maź się cofnęła, a ja straciłam przytomność. Podobno personel “Asuki” mnie wyciągnął i ewakuował, przy okazji dodatkowo uszkadzając, bo sparaliżowało mnie od szyi w dół, wylądowałam pod respiratorem. Trafiłam pod nóż doktora Ryuujiego, który postanowił na mnie przetestować swoją eksperymentalną egzoprotezę kręgosłupa; to była szansa by żyć w miarę normalnie, to się nie sprzeciwiałam. Nie do końca wyszło, bo nogi są dalej niesprawne, ale oddycham samodzielnie, poruszam rękami, mogło być gorzej. Ale będę jeździć na wózku i szczać do worka do końca życia, przynajmniej mi ich nie amputowali… - Zamilkła.

Doktorka.

- Dobra, nieważne. Ja powoli wracam do życia i staram się coś robić, zamiast leżeć bezwładnie jak nie powiem kto.

Dużo wysiłku wymagało opanowanie się, by jej czegoś teraz nie powiedzieć.

- Słuchaj, czy tobie się przypadkiem gdzieś nie spieszyło?
- Tak, przyszedłem odebrać kroplówki…
- Przeciwbólowe? Już się skończyły? - Obliczyła coś szybko na swojej mobilce. - Aha… - Popatrzyła na mnie niepewnie.
- Coś nie tak?
- Nie, nic… Dobra, leć po to, pogadamy pewnie jeszcze kiedyś. - Odegnała mnie skinieniem ręki.

Pożegnałem się i pobiegłem do Ceci; gdy wracałem po chwili przez recepcję, Gigi już tam nie było.


Przywlokłem za sobą cały wózek kroplówek, którymi hojnie obdarowała nas Ceci. Na szczęście standaryzowana szerokość wszystkiego pozwoliła mi przejechać przez drzwi naszego mieszkania. Podpiąłem nową na miejsce już opróżnionej i Eve zaczęła chciwie naciskać przycisk dozujący, a ja udawałem, że tego nie widzę.

***

Minęło kolejnych kilka dni, nie wiem dokładnie ile, bo wolałem ich nie liczyć. Wtedy na nasze mobilki przyszło ogłoszenie z serwisu informacyjnego: deluminacja.

Dzień Ziemi to było trochę kontrowersyjne święto, bo obrzydzenie do niektórych praktyk naszych przodków było powszechne nawet w trzecim czy już w czwartym pokoleniu, ale z drugiej strony była to jakaś tradycja, którą obchodzono nawet na statku badawczym z czasów mojego dzieciństwa, gdy hologramowi nauczyciele pokazywali nam kulę ziemską i opowiadali nam o niej.
Na ten rok zaplanowano deluminację: specjalny pokaz, gdzie pod kopułą parku organizatorzy, czyli Komitet, mieli wygasić wszystkie światła i wyświetlić rozgwieżdżone niebo wraz z ziemskim Księżycem. Zjawisko “nocy”, gdy nie widać żadnego ze słońc, jest dla nas konceptem dość obcym, dlatego ogłoszenie zawierało też porady jak zachować się w ciemnościach i świecić sobie ekranem mobilki w razie konieczności.

Zaproponowałem Eve, że wybierzemy się tam; musiałem jej to powiedzieć kilka razy, bo widziałem, że nie do końca do niej to dociera: coraz trudniej było jej się wyrwać ze stanu półsnu. W końcu jednak pokiwała głową z jako takim entuzjazmem.

Dzień pokazu deluminacji nadszedł dość szybko, ale to pewnie znowu identyczne dni zlały mi się w jedno. Przeniosłem ją na wózek i zjechaliśmy na dół, ostrożnie przewiozłem ją między niedokończonymi ulicami na stację i pojechaliśmy do parku.

Czekał już tam spory tłum, który u wejścia kondensował się w kolejkę powoli wchodzącą do parku. Mieszkańcy Sopla przepuszczali nas, kiwając głowami i rzucając ukradkiem zmartwione spojrzenia w kierunku Eve. Czy nas poznawali? Czy rozpoznawali mnie? Nie miałem pojęcia, po prostu kłaniałem się w odpowiedzi i starałem się jak najszybciej przepchnąć wózek, by nie tarasować przejścia.

Deluminacja miała następować stopniowo, aby nie wywołać niepotrzebnego szoku u zgromadzonych; wielu przyszło z kocami i rozłożyło się na nich, żeby mieć lepszy widok na kopułę parku. Stanęliśmy obok ściany drzew, niedaleko ścieżki, gdy kopuła parku zaczęła się już robić matowa. Eve się na to trochę ożywiła i jakoś energiczniej rozglądała na boki, jakby właśnie się obudziła z długiego snu. Ja też się rozejrzałem i zobaczyłem kolejną postać na wózku… No świetnie. Była to Gigi.

- No jak tam, koleżanko? - Zagadała ze źle skrywaną złością. - Czemu nie odpisałaś na moje wiadomości?
- Ja… Nie wiedziałam, co ci powiedzieć…
- Śmieszne, nie? Kiedyś obie trafiłyśmy do szpitala tego samego powodu, teraz obie jeździmy na wózkach…
- Tak… Bardzo śmieszne… - Powiedziała Eve słabo i potrząsnęła głową, jakby próbując się dobudzić.
- Pan bohater dba o ciebie, co? - Dodała złośliwie.
- Gdyby nie on… - Nie dokończyła, dalej potrząsając głową.

Gigi popatrzyła najpierw na mnie, potem z powrotem na Eve i teraz na jej kroplówkę. Najwyraźniej uznała, że dalsze próby rozmowy nie mają sensu, bo odwróciła wózek i pomachała nam na pożegnanie. Coś jeszcze pomruczała pod nosem, ale nie usłyszałem dokładnie. Dużo bardziej interesowało mnie to, co robi teraz Eve, bo właśnie przestała się kołysać i patrzyła w kopułę imitującą niebo. Błyszczały jej oczy. Wykonała gest ręką, abym zbliżył się do niej.
- Wiesz, powiem ci coś… - Wyszeptała mi do ucha, patrząc dalej w pojawiające się wśród ciemności gwiazdy. - Tylko nie mów nikomu, a na pewno nie Gigi… - Pokazała słabo ręką w kierunku oddalającego się wózka. - I sam się nie śmiej…
- Ależ skąd. - Słuchałem z najwyższą uwagą, bo było to najwięcej, co Eve powiedziała naraz od czasu naszej rozmowy o zdarzeniach z Inselhorn.
- Dzieci.
- Co?
- Śniły mi się. Że jest ich dwójka, chłopiec i dziewczynka, chyba bliźniaki… - Znowu zaczęła kiwać głową na boki. - Wiem, to bez sensu, ale to było takie wyraźne…

Nic na to nie odpowiedziałem. Oderwała wzrok od gwiazd i spojrzała mi prosto w oczy.

- Zostawiam cię teraz.
- … O czym ty mówisz?

Podniosła słabo rękę, w której trzymała przycisk dozowania płynu z kroplówki. Powiodłem wzrokiem po przewodzie i dopiero teraz zobaczyłem, że jest prawie pusta.
- Jeszcze niedawno ją zmieniałem…?
- Zaraz pewnie… wysiądzie mi… serce… - Jej oczy zaszły mgłą. Oklapła na wózku. Chyba nie oddychała.

Nie. Tak nie może być. To nie tak miało być.

Chciałem powtórzyć to, co zrobiłem na Inselhorn. Dotknąć jej tatuażu. Pobudzić serce do pracy. Nie miałem czym.

Myśl. Myśl teraz. Nie panikuj. Znikąd pomocy. Co robić? Myśl logicznie. Xavier. Ręka w szklanym pudle. Kształt ręki Mistral. Zmiana kształtu. Kalibracja. Moja… własna proteza zmieniała kształt… W miarę jak nabierałem mięśni… Czy zwrócił ktoś na to uwagę? Milioner bredził coś o tym paradoksie. Coś z niczego.

Wyciągnąłem kikut iskrzącej protezy nad głową nieprzytomnej… albo już nieżywej Eve? Ściągnąłem płaszcz i wyobraziłem sobie, jak powinno wyglądać moje prawe ramię. Tak, jak wtedy, gdy pojawiało się w szklanym pudle.

Wokół kikuta uformowała się czarna chmura cząstek, przeszywały ją łuki elektryczne ze szczątków wpijającej się w moje ciało protezy. Chmura zaczęła się kondensować.

Po chwili uformowało się kompletne, jeszcze iskrzące ramię. Zupełnie tak, jakby cały czas tam było, tylko po prostu dopiero teraz zrozumiałem, że mogę je przywołać. Wyobrazić sobie, a ono się pojawi. Filamentowe palce dłoni zaczęły się poruszać z pełną swobodą, sama dłoń już też była w pełni uformowana, choć jeszcze iskrzyła.

Natychmiast dotknąłem protez Eve.

W umyśle pojawił mi się jej obraz takiej, jaka była na Inselhorn: zmasakrowana, z wyrwanymi nogami. Wyobraziłem sobie ją taką, jaka była przedtem: w głowie pojawił mi się obraz Eve, która swobodnie chodzi na swoich protezach, jakby były naturalną częścią jej ciała. Bo przecież teraz już były. Posłałem jej tę myśl, aby przekonać ją, że to prawda. Impuls elektryczny przeskoczył z mojej ręki do jej filamentowych nóg i poszybował dalej, do mózgu.

Przyjęła moją myśl, zrozumiała ją. Odpowiedziała mi, poprzez filament przeskoczyła jej myśl do mnie, widziała siebie stojącą pewnie na dwóch protezach, zerwała się do biegu. Podniosłem głowę na jej twarz i wyżej, ku rozgwieżdżonemu sklepieniu parku.

Poczułem, że unosimy się w powietrzu, że jesteśmy teraz gdzieś wysoko pod kopułą. Trzymaliśmy się za ręce, wirowaliśmy powoli. Eve miała otwarte oczy i była w pełni przytomna, płakała i śmiała się równocześnie, ja zresztą chyba też. Rozejrzeliśmy się w euforii; gwiazdy powoli niknęły w poświacie powoli wyłaniającego się zza horyzontu ziemskiego Słońca. Ta poświata powoli nas pochłaniała, lecieliśmy na niej, nie rozumiejąc, co się dzieje. Byliśmy szczęśliwi, światło i euforia przepełniały nas. Mieliśmy po jednym skrzydle, będziemy w stanie unosić się wspólnie, dopóki będziemy trzymać się za ręce. Niczego się już nie baliśmy. Światło wschodzącego Słońca pochłonęło nas w całości.

Ocknąłem się, wizja skończyła się. Klęczałem przy siedzącej na wózku Eve, dalej dotykałem swoją protezą jej nóg. W parku właśnie wracało zwyczajne oświetlenie; rozejrzałem się, niektórzy ludzie klaskali, inni leniwie podnosili się z kocy i zbierali do domu. Nami nikt się nie interesował.

Podniosłem wzrok. Eve patrzyła na mnie, w pełni przytomna, swoimi szeroko otwartymi, teraz mokrymi od łez oczami. Wykonała gest dłońmi, abym trochę się odsunął.

Wstała.

Obserwująca nas zza drzewa Gigi otworzyła usta w zaskoczeniu.

niedziela, lipca 26, 2026

20. Myśli natrętne

 


Ocknąłem się na łóżku w naszym mieszkaniu. Z powodu iskrzącego barku musiałem spać na siedząco.
Tak dużo rzeczy kotłowało mi się głowie i mieszało ze sobą, ale to dobrze, niech tak będzie. Wolałem mieć w głowie niezrozumiały mętlik niż myśleć o tym, co opowiadał mi Milioner i co ja potem opowiedziałem jemu.


Czy jego potok wyjaśnień, przerywany moimi głupimi pytaniami, miał w tej chwili jakieś znaczenie? Niezbyt. Czy moja opowieść o dzieciństwie, a przede wszystkim o moim ojcu, Xavierze, coś zmieniła? Nie wiem, ale gdy skończyłem, mój dziadek zamilkł i głęboko się zamyślił, a potem odesłał mnie gestem i odwrócił się bez słowa, wnikając w falującą ścianę filamentu. Nie dziwię mu się.
Lilitu wyprowadziła mnie przez drzwi i na stację, pomagając iść, bo musiałem wyglądać nietęgo. Od doktora Ryuujiego dostałem wcześniej płaszcz z kapturem, którym okryłem iskrzący bark i twarz, żeby współpasażerowie kolejki mnie nie poznali. Podobno byłem teraz bohaterem, choć dalej nie rozumiałem do końca dlaczego. Wiem, że było jakieś poruszenie związane z zajęciem Inselhorn i ekscytacja tym, że tylko uszkodziłem generator bariery, zamiast go niszczyć, ale szczegółów nikt mi jeszcze nie wytłumaczył. Ja też nie pytałem, ostatki mojej uwagi zużyłem na rozmowę z Milionerem. Teraz po prostu siedziałem w naszym mieszkaniu gapiąc się przed siebie, starając się nie myśleć o tym, co się dzieje teraz z Eve. To była przerażająca, paraliżująca myśl, która tylko czekała z tyłu mojej głowy, by wskoczyć na pierwsze miejsce. Desperacko nie chciałem do tego dopuścić; tak długo byłem przestraszony i bezwolny w moim życiu, że nie chciałem ponownie znaleźć się w tym stanie.
 

Spojrzałem na mobilkę, dalej żadnej wiadomości od doktora. Jak długo to będzie jeszcze trwało? Ile on ją będzie jeszcze męczył?!


Nie.

Zaczęła gotować się we mnie wściekłość, po raz trzeci w moim życiu. Poprzednie dwa razy były… przełomowe, ale i tak się ich wstydziłem. To nie byłem ja.
 

Odetchnąłem głęboko, wstałem. Według zegara były już wczesne godziny poranne, rozsunąłem zasłony niby-okien. Mogłem ustawić sobie dowolny widok, ale nie chciało mi się. Klapnąłem ciężko z powrotem na nasze łóżko.


Moją uwagę przyciągnęło posłanie Kena. Biedny, niemądry zwierzak, któremu najpierw pośrednio zabiliśmy mamę, a potem zaciągnęliśmy na wojnę, gdzie zginął marnie. Kompletny bezsens, jak większość rzeczy dookoła.


Najlepiej byłoby się odciąć od tego wszystkiego… Zdobyć tradycyjną protezę, a potem zniknąć gdzieś, zaciągnąć się na jakiś statek może, może nawet z jedną sprawną ręką bym się przydał…

A gdyby tak uciec.

Zostawić Eve.

Uderzyłem się mocno w twarz.

Jak mogłem tak pomyśleć?! Rzuciła się na biorobota by mnie ratować, nie dbając o własne bezpieczeństwo. Zapłaciła za to olbrzymią cenę i będzie ją jeszcze długo płacić. Nasze pierwsze spotkanie było… oryginalne, ale potem…

Zacząłem przypominać sobie wszystkie nasze wspólne momenty: gdy odczytywaliśmy listy, gdy pokazała mi swój tatuaż. Gdy krzątała się po tym mieszkaniu, zaglądając w każdy kąt. Wiele, wiele innych.

Tak bardzo mi jej brakuje.

Dlaczego nie jestem przy niej? Dlaczego siedzę w tych pustych czterech ścianach, myśląc o echach tego, co było? I jeszcze jedno: czy ktoś mnie teraz zatrzyma?

Chwyciłem za płaszcz i ruszyłem na stację.

***

Telebimy znowu wyświetlały sceny z ataku na Inselhorn. Odpowiednio zmontowane, starannie unikały obrazów rzezi i zniszczeń, koncentrując się na celnych trafieniach naszych, świętujących żołnierzach, wystrzeleniu czegoś małego na orbitę z ocalałej rampy. O, teraz znowu widok z mojego hełmu, jak rozwalam skrzynkę, w której błyszczy coś zielonego. Moment wybuchu mojej protezy już wycięli, może to i lepiej.

Wysiadłem na stacji szpitalnej i poszedłem prosto na oddział gdzie była Eve, nie zatrzymując się na recepcji.


Siedziałem przy Eve przez kilka (albo kilkanaście?) dni podróży powrotnej na Sopel, trzymałem ją za rękę. Oddychała ciężko, co jakiś czas miała drgawki, wtedy zabiegany personel medyczny coś jej podawał i uspokajała się. Przez większość czasu była półprzytomna. Potem wzięli nas do helikoptera i przetransportowali na “Gurena”, podobnie jak wielu innych w najcięższym stanie. Po drodze widziałem jakieś dymiące jeszcze wraki unoszące się na wodzie, ale nie przyszło mi do głowy żeby zapytać co tu się stało.

Doktor Ryuuji już czekał na nas w przystani i od razu kazał przenieść Eve na noszach do pojazdu ratowniczego. Wsiadłem razem za nią; doktor popatrzył na mnie spode łba, ale szczęśliwie dla niego postanowił się nie odzywać. Zresztą szybko całą jego uwagę pochłonęły protezy Eve, które zaczął mierzyć i fotografować. Po przyjeździe do szpitala ratownicy i Ryuuji przenieśli Eve na łóżko z kółkami i pojechaliśmy na piętro, po którym wcześniej oprowadzała nas Doktorka, wieki temu. Szedłem za całą grupą, mijając w większości puste sale chorych; tylko kątem oka dostrzegłem, że w paru małych, indywidualnych salach-izolatkach ktoś leży, ale ponownie: nie przywiązywałem do tego wielkiej uwagi.

Gdy teraz szedłem tym samym korytarzem to widziałem, że wszystkie sale są przepełnione, całkiem sporo pojedynczych łóżek było nawet na korytarzu. Podniosłem wyżej kołnierz płaszcza; oby tylko nikt nie zainteresował się pustym rękawem. Klimat co salę był inny: w jednych gwar i śmiechy, w innych grobowa cisza. Z niektórych izolatek dobiegały wrzaski: ktoś wzywał pomocy, ktoś wołał mamę. Wyczerpane pielęgniarki i ratownicy albo siedzieli oklapnięci na dyżurce, albo opierali się niemrawo o ściany. W salach było mnóstwo paczek z jedzeniem, na ściennych tablicach przypięte były kolorowe rysunki, tu i tam dało się zauważyć krzątających się mocno zagubionych ludzi w wieku podobnym do mojego lub młodszych - prawdopodobnie wolontariusze. Sopel musiał teraz zadbać o swoich weteranów, bo prawie wszystkim w salach chorych brakowało jednej lub więcej kończyn. Ktoś mnie chyba zaczął wołać, ale tylko przyspieszyłem kroku.

Dotarłem do sekcji zajętej przez doktora Ryuujiego. Jego asystentka, jak jej było, takie krótkie imię… Ach tak, Ceci. Czarne włosy do karku, okulary w prostokątnych oprawkach, zielony uniform. Spała teraz przy biurku; postanowiłem jej nie budzić i przemknąłem obok.

- Zaraz, tam nie wolno…! - Usłyszałem za plecami.
- Mi wolno.

Otworzyłem z impetem drzwi. Blada Eve leżała na szpitalnym łóżku; w dłoni, nadgarstku i ramieniu miała wkłute wenflony, a do każdego z nich była wpięta kroplówka. Przykryta była cienką kołdrą, spod której wystawały czarne protezy nóg. Spod kołdry wystawał przewód cewnika, podpięty do worka pełnego ciemnożółtego moczu. Miała zamknięte oczy, jej ułożona na poduszce głowa powoli przechylała się w jedną lub drugą stronę, jakby przeżywała… no właśnie, koszmar.

Doktor Ryuuji spał na podłodze. Zdusiłem w sobie pierwszy odruch by go z całej siły kopnąć; zamiast tego schyliłem się i podniosłem go jedną ręką do góry, fundując mu brutalne przebudzenie.

- Dlaczego nie przysłał pan żadnej wiadomości? - Warknąłem.
- Doktorze! - W tym momencie Ceci wpadła przez otwarte drzwi. - Próbowałam…
- Spokojnie. - Ryuuji był idealnie opanowany. - Zaraz wszystko wyjaśnimy jak cywilizowani ludzie. Prawda? - Spojrzał na mnie znacząco.
- Puść go, proszę… - Usłyszałem półprzytomny głos Eve. - On mi… pomógł, nie boli tak bardzo… - Podniosła trzymany w dłoni podłączony do kroplówek klips, zapewne kontrolujący przepływ przezroczystego płynu.

- Co?
- Puść mnie, to ci wyjaśnię. - Doktor odezwał się cierpko.

Posłuchałem.

- Gdybym miał szansę wcześniej zbadać twoją protezę - zaczął na nowo Ryuuji, nie kryjąc wyrzutu w swoim głosie - to może doszlibyśmy do czegoś, ale w takiej sytuacji moje możliwości są ograniczone. Technologia użyta do skalibrowania tych protez wykracza poza naszą obecną wiedzę; nigdy nie widziałem filamentowej protezy całej nogi, a co dopiero obu. Mówiąc bardziej obrazowo: pacjentka straciła około jednej trzeciej masy ciała. Przy naszej obecnej technologii ja bym się tak brutalnego zabiegu nawet nie podjął, bo to byłby pewny zgon. Tutaj pacjentka jeszcze żyje, choć… - Doktor Ryuuji wreszcie dostrzegł, że Ceci daje mu wyraźne znaki, by przestał o tym mówić w obecności Eve. - Może wyjdziemy na chwilę…

Nasza trójka wyszła z gabinetu, Ceci ostrożnie zamknęła za nami drzwi. Jeszcze zdążyłem zobaczyć, że półprzytomna Eve dalej porusza niemrawo głową.

- Podałem jej eksperymentalny środek przeciwbólowy, który powoduje mocne otępienie, ale obniża odczuwanie bólu nawet filamentowych protez. Efekt uboczny jest taki, że proces adaptacji znacznie się wydłuża. Mieliśmy niedawno pierwszego od długiego czasu ochotnika, a właściwie ochotniczkę do operacji instalacji filamentowej protezy i mieliśmy sukces, choć tam skala obrażeń była dużo mniejsza…
- Do rzeczy. - Widziałem, że doktor Ryuuji nie chce mi czegoś powiedzieć.
- Nie wiemy, dobra?! Rozumiesz to, prymitywie?! - Wrzasnął, straciwszy na krótką chwilę panowanie nad sobą. Błyskawicznie się opanował. - Wybacz. Przy nieznanej technologii protez i takiej skali… Nie jestem w stanie ocenić, czy i kiedy dojdzie do adaptacji.

Westchnąłem.

- Będzie chodzić?
- Nie wiem, czy będzie żyć.

Cisza. Spojrzał mi prosto w oczy.

- Po prostu nie wiem. Zrobiłem, co mogłem. Teraz wszystko zależy od niej. To już poza mną.

Jego ramiona i głowa opadły w geście bezsilności, ale zaraz wrócił do swojego zwyczajnego, bezczelnego ja.

- W każdym razie: tutaj została mi już tylko jedna, bardzo eksperymentalna operacja kręgosłupa. Potem czekają na mnie nowe wyzwania, w tej chwili na Inselhorn dzieje się bardzo dużo i wkrótce tam wyruszamy. Dawne badania naszej nieodżałowanej Inez i jej koleżanek o dziwo bardzo się przydadzą. Może ty też… - Skierował wzrok na mój pusty rękaw. - Albo nic.
- Chcę być przy niej.
- Droga wolna - machnął ręką, odwracając się ode mnie. Ceci, która wcześniej stała przy drzwiach, wreszcie odsunęła się od nich i wróciła za swoje biurko.

Ostrożnie zamknąłem drzwi za sobą i przysunąłem sobie krzesło. Eve dalej była półprzytomna; ostrożnie chwyciłem ją za drobną dłoń. Skierowała głowę w moją stronę i otworzyła oczy.

- Jesteś… Wróciłeś…
- Tak.
- Nie zostawiłeś mnie…
- Nawet mi to do głowy nie przyszło.
- Nie złość się na doktora…
- Już wszystko sobie wyjaśniliśmy.

Milczała przez chwilę, dalej powoli potrząsała głową, jakby próbując wybudzić się z koszmaru.

- Opowiedz mi coś…
- Co ci opowiedzieć?
- Coś… Coś innego, cokolwiek… Byle o tym nie myśleć…

Zastanowiłem się.

- Opowiem ci… Słuchaj, wychowałem się na statku badawczym, całkiem sporym. Kapitanem, szefem grupy był tam mój tata, Xavier. On też miał protezy filamentowe i to obu rąk, świetnie mu się przyjęły, bez żadnych problemów…

Oczy Eve rozbłysły zainteresowaniem.

Pamiętam jego napady słowotoku, potrafił wtedy nawet szarpać rozmówcę; wszyscy trzymali się zazwyczaj na około półtora metra od niego, o ile to było możliwe w ciasnych korytarzach. Razem ze mną na statku było sześcioro dzieci oraz piątka naukowców, prawie zawsze w białych kitlach. Trzech chłopców i trzy dziewczynki; oprócz Kate ledwo pamiętam ich twarze, a imion już dawno zapomniałem. Wszyscy oprócz mnie i niej mieli problemy albo z chodzeniem, albo z posługiwaniem się rękami, niektórzy musieli być karmieni. Problemem Kate było mówienie, była w stanie wydawać z siebie tylko czasem trudne do zinterpretowania nieartykułowane dźwięki. Pisać i czytać jeszcze nie potrafiliśmy. Natomiast instynktownie zbijaliśmy się w grupkę, gdy wchodził do nas Xavier - jego czarne ręce nas przerażały i nie wiadomo było co zrobi i czy zacznie na nas krzyczeć. Pozostali dorośli chyba też się go bali.
Pamiętam też, jak zakradłem się do drzwi jego kajuty i zobaczyłem, jak obsługuje jakąś dużą, metalową skrzynkę, do której podpięte były biegnące po ścianach grube kable pompujące jakieś płyny. Pozostając niezauważonym patrzyłem przez chwilę jak ją otwiera i obserwuje jakiś czerwony, pulsujący organ wewnątrz; przypominał trochę ludzkie serce, które hologramowi nauczyciele pokazywali nam na lekcjach biologii, ale był częściowo przezroczysty i odchodziły z niego dwa organiczne przewody zakończone jakimiś kulkami. Mój ojciec obserwował odczyty z monitora, kręcąc w rezygnacji głową. Nagle odwrócił się i dostrzegł mnie gapiącego się przez lekko uchylone drzwi i krzyknął zaskoczony.

- Adam, stój! Adam!

Próbowałem przed nim uciekać, pędziłem przed siebie po pokładach. Schwytał mnie, dał mi parę mocnych klapsów na goły tyłek i zakazał wchodzić do jego kajuty bez pytania, jakbym miał odwagę próbować. To bardzo wczesne wspomnienie i nie pamiętam o co dokładnie chodziło - został tylko strach.

- … To było po prostu pływające przedszkole, wszyscy byli tacy mili dla nas. Żadnych problemów. Beztroskie lata - pokiwałem głową na podkreślenie moich słów. - Choć to było jeszcze przed bombardowaniem…
- A u mnie… - Półprzytomna Eve powoli cedziła słowa. - Moja mama… Wsadziła mnie na statek… Niewiele potem pamiętam… A twoja… jaka była?
- To… pełna ciepła i miłości osoba. Była między nami specyficzna więź…

Podobnie jak w przypadku moim i Xaviera, pozostali naukowcy byli rodzicami reszty dzieci na statku. Mieli mamę i tatę, którzy się nimi opiekowali, a ja…

Kiedyś zebrałem się na odwagę i spytałem Xaviera o to; akurat była ku temu dobra sposobność, bo już od jakiegoś czasu pracował nad systemami automatyzacji statku badawczego i okazało się, że mam do tego jakiś tam talent i zacząłem mu pomagać. Był dużo spokojniejszy gdy skupiał się na pracy i nawet dawało się z nim rozmawiać. Mimo to spodziewałem się wybuchowej reakcji i nie pomyliłem się: zaczął wykonywać gwałtowne gesty, dreptać nerwowo po korytarzu i prychać gniewnie.

- Adam, wiesz…Ta… osoba! Myślałem, że zależy jej na badaniach tak samo, jak mnie! Że jest gotowa na poświęcenia… A ona tylko chciała się wyrwać z Sopla, szczególnie teraz, gdy zaczęło przypływać tam więcej osób, bo podobno robi się niebezpiecznie… Kolejne wariactwa tej twojej matki! Adam, tyle jej dałem… Wolność… Wziąłem sobie od niej w zamian tylko jedną, małą rzecz… - Wycelował we mnie swój filamentowy palec w oskarżającym geście. - A ona w zamian mnie okradła i uciekła! Przynajmniej teraz mam oddaną sprawie grupę… - Znowu zaczął dreptać i mówić już tylko do siebie. - Chociaż nie wyglądają mi na przekonanych… Żeby oni też nie zaczęli czegoś planować za moimi plecami… No ale zbierasz to, co zasiejesz… - Zaczął mruczeć pod nosem i to był dla mnie sygnał, żeby dyskretnie się oddalić.

Dzień bombardowania pamiętam dokładnie, jak mogło być inaczej. Jedna z kobiet wpadła do mesy, gdzie wszyscy siedzieliśmy przy śniadaniu.

- Miasta wydały sygnały alarmowe, a potem wszystko ucichło! Musieli przejąć satelity!
- Nie mamy łączności? Nie możemy nikogo powiadomić?! - Xavier wstał gwałtownie od stołu.
- Nie, komunikacja satelitarna kompletnie padła.

Wszyscy dorośli mocno się zaniepokoili. My, grupa pięcio- i sześciolatków, mocno się wystraszyła na ten widok. Rodzice zaczęli tulić swoje dzieci. Ja stałem na uboczu i obserwowałem Xaviera. Uśmiechał się w zamyśleniu.

Jakiś czas potem znaleźliśmy się w zasięgu radiowym kilku małych statków, od których dowiedzieliśmy się o apokaliptycznej skali zniszczeń. Przetrwał tylko Sopel, a ludzie, którzy tam wcześniej uciekli przeczuwając, co może się stać, byli w stanie się obronić przed kilkoma falami dronów. Wszyscy, którzy ocaleli, właśnie tam się kierowali.

Niewiele z tego rozumiałem - na statku zawsze mówiono, że musimy być na otwartych wodach i unikać portów, chyba że w “sytuacji ekstremalnej”, a teraz płynęliśmy w środku małej floty różnorakich łodzi i statków prosto na Sopel. Choć nasz statek badawczy był duży, nie przyjmowaliśmy nikogo, tłumacząc to “potencjalnym zagrożeniem bakteriologicznym”.

Nasza grupka miała siedzieć pod pokładem i nie wychodzić pod żadnym pozorem, podczas gdy dorośli mieli załatwić wszystkie sprawy. Wiem tylko, że w końcu się zatrzymaliśmy, pewnie to właśnie była przystań Sopla.

W środku nocy obudziły nas wibracje turbin i nasz statek zaczął się gwałtownie poruszać. Wstaliśmy, chcąc spotkać się z dorosłymi, ale w sterowni był tylko Xavier.

- Maaa…? - Spytała rozespana Kate, mając na myśli swoją mamę.

Xavier odwrócił się do nas gwałtownie.

- Ach… Słuchajcie, wasi rodzice muszą zostać na Soplu przez jakiś czas. Ja będę się wami opiekował… - Uśmiechnął się dziko i popatrzył na mnie. - Adam, posłuchaj: dowiedziałem się, że widziano w okolicy twoją mamę. Mniej więcej wiem, w którym kierunku odpłynęła i mamy szansę ją dogonić - jego głos nawet nie próbował ukryć satysfakcji. - Zbierze to, co zasiała…

W tej chwili jedynym dorosłym na naszym statku badawczym był Xavier.

Wpłynęliśmy na plamę czarnego filamentu, która teraz rozciągała się gdzie okiem sięgnąć. To była nasza nowa rzeczywistość. Turbiny rzęziły, ale Xavier popracował pół dnia w maszynowni i zaczęliśmy płynąć z zauważalnie większą prędkością. Gdy był zajęty czymś innym, to większość systemów pracowała automatycznie, dzięki ulepszeniom, nad którymi regularnie pracował, z moją nieznaczną pomocą.

- Chodźcie - nad ranem Xavier wyprowadził nas na pokład. Pociągnął mnie za rękę i zaciągnął na dziób. - Adam, zobacz.

Widziałem w oddali dymiący, nieruchomy kształt.

- Adam, zaraz spotkasz się z mamusią.

Podpłynęliśmy bliżej do statku-laboratorium, mniejszego od naszego, którego najbardziej charakterystyczną cechą była olbrzymia talerzowa antena.

- Myślę, że da się to naprawić - mruczał mój ojciec pod nosem. Powoli redukowaliśmy prędkość, Xavier kontrolował systemy naszego statku swoim tabletem. Głośny, pojedynczy dźwięk syreny przeszył powietrze i nasze bębenki.

Po chwili na pokładzie mniejszego, unieruchomionego statku pojawiła się wysoka postać, uzbrojona w harpun i lornetkę. Spojrzała na nas i z zaskoczenia upuściła swoją broń. Xavier pomachał nad głową swoim tabletem i wskazał na wielki talerz anteny. Postać szybko weszła do wnętrza i po chwili wróciła, tym razem niosąc podobne urządzenie. Przyłożyła je sobie do ucha.

- Oddaj statek. Nie masz gdzie uciekać.
- Jamais.
- Wiem, jak potrafisz być uparta, dlatego patrz uważnie.

Xavier jedną ręką bez wysiłku podniósł jednego z chłopców i wyrzucił go za burtę, gdzie natychmiast pochłonęły go czarne fale. Potem podniósł mnie.

- Patrzysz uważnie? To twój syn.
- Toi…! Quoi? Et pourtant… Tu l’as fait… 

Kobieta upuściła tablet i lornetkę, po czym powoli osunęła się na pokład, jakby w jednej chwili opuściły ją wszystkie siły.

Xavier postawił mnie na pokładzie.

- Adam, bo widzisz, ja ją znam - zaczął mi spokojnie tłumaczyć. - Inaczej by nie posłuchała. To było racjonalne. - Pokiwał z przekonaniem głową. Podobnie jak reszta dzieci, byłem zbyt przerażony, by cokolwiek zrobić.

Naprawa uszkodzeń i modyfikacja turbin nie zajęła Xavierowi wiele czasu, choć ja nie byłem w stanie dużo mu pomóc. W końcu to był jego dawny statek: pływające laboratorium połączone z salą operacyjną, gdzie w szklanych szafkach umieszczone były czarne protezy kończyn.

- No ładne cacko! - Skomentował. - Okradła nie tylko mnie, ale i laboratorium Sopla… O, a co to? - Otworzył czarną skrzynkę, z której wyjął jakiś czarny, workowaty kształt z rurkami. - Proteza… organu, i to właśnie takiego? Przecież to bez sensu… Adam, ta twoja matka jest szalona. - Znowu pokiwał do siebie głową z przekonaniem i w zamyśleniu odłożył dziwny obiekt do skrzyni. - Chociaż… Pomysł wart rozważenia.

Xavier dał sobie pełną kontrolę nad statkami. Połączone były grubą liną i sznurową drabinką, ale niczym więcej. Mistral, moja matka, w co nadal trudno było mi uwierzyć, nadal niespecjalnie reagowała na bodźce, więc Xavier po prostu bezceremonialnie wziął ją pod pachę, a mnie pociągnął za rękę. Reszta dzieci została pozostawiona samym sobie.

Zamknął nas oboje w kajucie.

- Dogadajcie się - polecił. Zbliżył swoją twarz do mojej i popatrzył mi prosto w oczy. - Adam, uważaj na nią. Jest przebiegła. - Pokiwał głową, cały czas patrząc na mnie, jakby upewniając się, że rozumiem.

Zostawił nas samych. Pomachałem ręką przed oczami Mistral, zareagowała.

- Fils...? Mon...? 
- Nie rozumiem…
- Syn… - W jej oczach pojawiły się iskry, których wcześniej tam nie było. Gwałtownie uścisnęła mnie, aż zatrzeszczały mi kości.

Mistral zajęła się opieką nad nami, podczas gdy Xaviera pochłonęła praca w laboratorium, które miał teraz tylko dla siebie i nie pozwalał nikomu tam wchodzić, choć Mistral go od czasu do czasu o to prosiła.

Pilnowała, żebyśmy siedzieli na lekcjach, przestrzegała czasu naszych posiłków, toalety, snu. Karmiła te dzieci, które miały z tym problem. Największą uwagę skupiała na mnie, uważnie mnie obserwując i często przytulając, jakby upewniając się, że jestem prawdziwy. Xavier i Mistral taktycznie się unikali, choć mój ojciec od czasu do czasu wypytywał mnie o nią: czy robi coś dziwnego, czy mnie do czegoś namawia. Nic takiego nie miało miejsca.

Poza tymi dyskretnymi sesjami pytań wydawało się, że dogadują się bardzo dobrze, choć Mistral mówiła głównie w swoim języku, a Xavier po naszemu; zresztą to właśnie w tamtym czasie podchwyciłem odrobinę jej mowy. Ale najwyraźniej dzielili wspólną pasję, bo potrafili gadać godzinami, żywo gestykulując. To, co co ich dzieliło, wydawało się odchodzić w przeszłość.
Do czasu, aż pewnej nocy obudziło mnie szarpnięcie. Moja matka nawet nie zadała sobie trudu, by mnie przebrać - po prostu wyciągnęła mnie za rękę z łóżka, spiesząc się. Drugi chłopiec też się obudził i zaczął iść za nami. Mistral w drugiej ręce trzymała tablet kontrolny, który jakoś musiała wykraść Xavierowi.

- Vite! - Ponaglała.
 

Cała nasza trójka wyszła na pokład. W szarówce nocy Mistral ciągnęła mnie ku drabince sznurowej, która stanowiła przejście między statkami, cały czas płynącymi równolegle do siebie. Właśnie mnie podnosiła nad burtę, gdy dostrzegła drugiego chłopca.

- Quoi…? Va-t'en!

Chłopiec nie rozumiał, że go odgania, albo po prostu mu nie zależało; wszyscy dalej byliśmy przestraszeni ostatnimi zdarzeniami mimo opieki Mistral. Ostatecznie ta przerzuciła swoje długie nogi przez burtę i zaczęła schodzić, co chwilę patrząc w górę i sprawdzając, czy idę za nią. W końcu oboje staliśmy na pokładzie mniejszego statku, a Mistral zaczęła operować tabletem, próbując zmienić kurs. Widziałem, jak drugi chłopiec mozolnie wspinał się na burtę, ale w tym momencie coś podniosło go do góry. Był to oczywiście Xavier, który spokojnie patrzył na nas i trzymał szamoczące się dziecko.

- Nigdy ci do końca nie zaufałem. - Patrzyliśmy oboje w przerażeniu. - Ukradłaś mi statek, a teraz jeszcze chcesz ukraść mi syna, co?!

Spokojnie postawił chłopca na pokładzie, wyciągnął przed siebie lewe ramię, dotknął go prawą ręką, jakby naciskał jakieś przyciski i… otworzył małą skrytkę w protezie, o której istnieniu do tej pory nie miałem pojęcia. Wyjął z niej małe, prostokątne urządzenie, które skierował na tablet. Ekran zaczął emitować czerwone, alarmowe światło, które oświetlało twarz przestraszonej Mistral.

- Ne lui faites pas de mal. 
- Nie mam takiego zamiaru, Adam nie jest niczemu winien. Synu, wracaj na pokład, twoja mama dołączy później.

Przerzucił wysoką, chudą Mistral przez burtę bez większego wysiłku i trzymał nad sobą, po czym zarzucił ją sobie na ramię jak worek.

- Muszę skorygować pewne założenia. Masz szczęście, że jestem racjonalny.

Mistral dołączyła do nas w mesie następnego dnia, chodząc o kulach, wlokąc sparaliżowaną nogę; miała też gruby opatrunek wokół kostki. Jak teraz o tym myślę, to Xavier musiał jej uszkodzić kręgosłup (colonne vertébrale), złamać kostkę (cheville) i podać płyn zrostowy bez prawidłowego nastawienia kości, tak więc od tamtego dnia ledwo mogła chodzić. To znaczy do czasu, gdy miała jeszcze stopy.

- … Tak więc to były miłe chwile, nie mam na co narzekać. Tak jak mówiłem, pływaliśmy po oceanie, rodzice prowadzili swoje badania, reszta personelu statku opiekowała się nami, niczego nam nie brakowało. W porównaniu do naszych kolegów na Soplu czy na statkach to było beztroskie dzieciństwo…
- To miło… To wszystko usłyszeć… Dziękuję, że… mi to wreszcie opowiadasz…
- Nie ma sprawy.
- A te inne dzieci… Była was szóstka… Dogadywaliście się jakoś…?
- Raczej tak, nie pamiętam tego tak dobrze, bo to było lata temu, ale tworzyliśmy raczej zgraną grupę…

Drugi chłopiec i dwie dziewczynki zaczęły mnie nienawidzić, bo dorośli poświęcali mi najwięcej uwagi, zostawiając ich z własnymi problemami. Poza tym coraz bardziej bali się Xaviera, który stał się bardziej wybuchowy i nikt nie zapomniał widoku chłopca pochłoniętego przez czarne fale. Wprawdzie po przetrąceniu kostki Mistral nikogo od tego czasu nie skrzywdził, ale zdecydowanie sprawiał wrażenie, że może to zrobić w każdej chwili. Wtedy tego nie rozumiałem, ale też separowałem się od nich. Wyjątkiem była Kate: patrząc na to z dzisiejszej perspektywy nie mam pojęcia ile było w tym szczerości, a ile wyrachowania, ale to już nie ma żadnego znaczenia.

Kolejna zmiana przyszła po dopłynięciu do szczątków laboratorium.

Turbiny naszego statku ledwo były w stanie poradzić sobie ze szczególnie gęstą mazią w tym miejscu - to było gdzieś w okolicach równika, sam środek oceanu. Xavier popracował trochę nad ustawieniami reaktora i byliśmy w stanie przemierzyć również i ten obszar, wpływając tam, gdzie nikogo od dłuższego czasu już na pewno nie było.

W oddali zobaczyliśmy błyszczące, kołyszące się na powierzchni fragmenty i oboje moich rodziców natychmiast zapłonęło ciekawością. Po podpłynięciu bliżej okazało się, że były to fragmenty jakiejś potężnej szklanej kopuły, zbudowanej z heksagonalnych kawałków połączonych grubą ramą z czarnego metalu. Coś tę kopułę rozsadziło, wraz z instalacją, która się pod nią znajdowała, i rozrzuciło na dość dużym obszarze. Xavier spekulował, że prawdopodobnie nie był to tungstenowy pręt, ale nie miał co do tego pewności. Wiele kawałków, niektóre całkiem sporej wielkości, nie zatonęło do końca i unosiło się smętnie na powierzchni. Mistral, która właśnie dokuśtykała na dziób, ujęła zawieszoną na szyi lornetkę i zaczęła się rozglądać.

- Là! - Wskazała energicznie. Na powierzchni unosiło się kilka małych kontenerów, wyglądających na starannie zapieczętowane. Czarna maź nie pochłonęła ich jeszcze do reszty, choć jej żyły już powoli pięły się ku wierzchom pojemników. Xavier natychmiast podjął decyzję o wyciągnięciu ich.

Było z tym trochę problemów, ale ostatecznie udało się zaczepić małym kontenerom haki z pokładu mniejszego statku, bo tak było łatwiej. Silne ręce Xaviera wyciągnęły pudła na pokład, zresztą kontenery nie były jakieś bardzo ciężkie; pewnie dlatego jeszcze nie zatonęły. Pamiętam, że ja i drugi chłopiec odczepialiśmy haki i odwiązywaliśmy liny.

Gdy skończyliśmy, mój ojciec zaczął uważnie przyglądać się plombom na drzwiczkach, podczas gdy Mistral z dwoma dziewczynkami trzymały się z tyłu. Kate natomiast podeszła do mnie i chwyciła mnie za rękę w oczekiwaniu.

W końcu, zniecierpliwiony, po prostu szarpnął za drzwiczki, zrywając wszystkie plomby naraz i niszcząc mechanizm zamykający. Z wnętrza wypadło na pokład przezroczyste pudło z grubym dnem, natychmiast pojawiły się na nim pęknięcia i kawałek przezroczystej ścianki odpadł. Urządzenie zaczęło syczeć i wibrować, a wewnątrz pudła zaczęły pojawiać się niebieskie łuki elektryczne; wszyscy mimowolnie odsunęliśmy się. Ich wiązki skoncentrowały się w jedną i wystrzeliły, trafiając drugiego chłopca w lewy bark.

Gdy dym opadł, zobaczyliśmy, że leży na pokładzie, desperacko próbując złapać powietrze w płuca, których już nie miał. W miejscu jego klatki piersiowej znajdowała się bezkształtna masa czarnego filamentu, która pojawiła się tam znikąd. Zastąpiła większość płuc oraz serce - jego twarz poszarzała, przestał desperacko oddychać, nie ruszał się już i byłem pewien, że umarł. Byłem sparaliżowany ze strachu, ale równocześnie idealnie świadomy tego, co się naokoło mnie dzieje: Xavier, przyglądający się w zamyśleniu to zwłokom, to uszkodzonemu urządzeniu. Kate mocno ściskająca moją rękę. Szlochające dwie pozostałe dziewczynki, uczepione nóg Mistral. I wreszcie ona, moja matka, doskonale pamiętam wyraz jej twarzy: ona patrzyła z zafascynowaniem.

Xavier i Mistral nakryli zwłoki kocem i kontynuowali otwieranie pudeł już bez naszego udziału. Widziałem tylko, że po oczyszczeniu z mazi na ich powierzchni były ostrzeżenia i instrukcje jak się z nimi obchodzić. Było tam jeszcze kilka szklanych akwariów, takich samych jak to uszkodzone. Miałem też okazję zobaczyć, jak wyciągany jest duży sarkofag, pusty w środku - po jego otworzeniu ukazała się pusta forma w kształcie człowieka, której przeznaczenia na razie nie rozumieliśmy. Z kolejnego, identycznego sarkofagu po otworzeniu wylał się gęsty filament oraz… okrwawione kawałki małego, ludzkiego ciała. Klatka piersiowa i fragment ramienia martwego chłopca.

Moi rodzice rzucili się do badania nowych zabawek, niemal kompletnie o nas zapominając; od tej pory dwie dziewczynki trzymały się razem, siedząc w kącie i szlochając, nie reagowały na nasze próby zagadywania do nich. Ja i Kate zostaliśmy pozostawieni samym sobie.


- Parę razy… - Mruczała senne Eve. - Wspomniałeś o tej Kate. Czy wy… - Zamknęła oczy i powoli ruszała głową na boki. - Byliście, no wiesz…
- Nie, to była po prostu koleżanka. Ją zapamiętałem ze wszystkich dzieci najmocniej, bo… Często przydzielano nam pracę nad tym samym zadaniem, tak właśnie było. I tyle.

Od tamtego dnia Kate i ja spaliśmy w jednej koi; po prostu wchodziła do niej, przytulała się do mnie i zasypialiśmy. Byliśmy dzieciakami, więc było wystarczająco miejsca dla nas obojga. Pozostałe dwie dziewczynki wpadły w jakiś letarg, w końcu przestały jeść i pić. Zawiadomiliśmy pochłoniętego badaniami Xaviera, który zamyślił się, podrapał filamentową ręką po brodzie i powiedział, że “musiało do tego dojść” i że “nawet takie defekty się przydadzą”. Wieczorem obu dziewczynek już nie było i nigdy ich już nie zobaczyliśmy, nie wiedziałem co się z nimi stało. Tak naprawdę to w głębi serca czułem ulgę, że już ich nie ma - nie lubiliśmy się, stały się obciążeniem, a teraz był spokój. Kolejna z wielu, naprawdę wielu rzeczy, za które nienawidzę siebie z tamtych czasów.

Jeśli miałbym wskazać jakiś dobry moment mojego dzieciństwa, to byłby to właśnie ten: biegaliśmy z Kate po pokładzie korzystając z gorącego, równikowego słońca, bawiliśmy się, nie uczyliśmy w ogóle. I nie rozumieliśmy jeszcze co zachodzi między nami, ale powoli zaczynaliśmy się domyślać. Nie jestem w stanie określić, jak długo to trwało.

Nasza czwórka siadała tylko do wspólnych posiłków, podczas których nie rozmawialiśmy za wiele, bo każdemu się spieszyło do swoich zajęć (lub, mówiąc precyzyjniej, zabaw). Mistral sprawdzała tylko, czy zjedliśmy wszystko i czy jesteśmy umyci, czasem pomagając Kate w ubraniu się, choć z tego co widziałem, nigdy nie miała z tym problemów. Jednak wszystko co dobre, zawsze się kończy - w tym przypadku skończyło się w dniu testu.

- Allez! - Zachęcała Mistral i kuśtykała powoli w stronę największego laboratorium, w którym pracowali nad czymś intensywnie z Xavierem.

W końcu weszliśmy tam, a Kate mocno ściskała mnie za rękę. Nie dziwiłem się, bo też nie byłem pewien, co nas czeka, choć może to po prostu moje wspomnienia tamtej chwili zniekształcają to, jak było naprawdę. Mistral bardzo ostrożnie usiadła na krześle obok szklanego pudła, o które oparła też kule. 

Oddychała ciężko.

- Commençons.

Xavier pokiwał głową i podszedł do ekranu sterowania, uważnie obserwowany przez Mistral. Uruchomił szklane pudło, w którym zaczęły się formować łuki elektryczne.

- Adam, teraz patrz uważnie… - Mruknął Xavier, skupiony na urządzeniu. - Dzięki temu możemy nie tylko formować protezy z mikroskopijnych cząstek filamentu na podstawie zaprogramowanych modeli, możemy je też kalibrować… Urządzenie pobierało wzorce z rzeczywistych części ciała, umieszczanych w tym sarkofagu - wskazał kciukiem na duży obiekt przy ścianie.

Kate pokazała na sarkofag i jęknęła pytająco. Xavier aż się zdziwił, że jest tym zainteresowana; wydawało mi się, że niespecjalnie zwracał na nią uwagę, podobnie jak na resztę dzieci, które były wcześniej na statku - oprócz mnie rzecz jasna.

- No proszę, może coś z ciebie jeszcze będzie… - Wymruczał pod nosem, podszedł do sarkofagu i otworzył go z zamiarem opowiedzenia nam jak działa i po co w ogóle jest.
- Kate! Teraz! - Wykrzyczała Mistral, pamiętam to jak dziś. Kate rzuciła się do ekranu sterującego, wyjęła z kieszeni mały nośnik danych i wcisnęła go w slot. Kątem oka dostrzegłem, że Mistral chwyciła jedną z kul i precyzyjnie wybiła nią mały, okrągły otwór w ścianie szklanego pudła. Przyłożyła do otworu lewą rękę.

Zaskoczony Xavier nie zdążył nawet zareagować. Program z nośnika wyrzucił na ekran ściany przesuwającego się błyskawicznie tekstu. W szklanym pudle uformowała się chmura czarnego filamentu, przecinana niebieskimi łukami elektrycznymi. Po chwili całość wystrzeliła i trafiła Mistral w dłoń, eksplodując w chmurze szarego pyłu.

Gdy chmura się rozwiała, ujrzałem Mistral z uniesioną ku górze lewą ręką. Kończyna zmieniała kształt na moich oczach, z masywnej i męskiej stawała się cieńsza i dłuższa, dostosowując się do sylwetki Mistral. Spojrzałem na Xaviera, leżącego u stóp sarkofagu. Jego lewa proteza zniknęła, a na podłodze obok powoli sączyła się krew z ruszającej się jeszcze ręki Mistral.

Ale to był dopiero początek. Mistral ściągnęła koszulę, podniosła się o kulach i przyłożyła plecy do otworu urządzenia: sterowane jej programem łuki elektryczne uformowały kolejny promień i uderzyły z jeszcze większą siłą. Na plecach Mistral zaczął formować się zewnętrzny kręgosłup, który zaczął wpijać się w jej ciało. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś krzyczał bardziej przeraźliwie niż wtedy ona. Wszystkie ścięgna naprężyły się do granic wytrzymałości, łącznie z nogą, która była do tej pory bezwładna.
Podejrzewam, że to właśnie wtedy Mistral zmieniła się bezpowrotnie - szok z tak nagłej adaptacji egzoprotezy kręgosłupa, której nigdzie indziej nie widziałem, był zbyt wielki. A to był dopiero początek.

Urządzenie zaczęło wariować, ekran pulsował na czerwono. Łuki elektryczne zaczęły formować się jeden po drugim i uderzać przez otwór prosto w ciało Mistral. Z szarych chmur formowały się dodatkowe ręce i dodatkowe nogi, które wpijały się w jej ciało natychmiast i przyłączały do egzokręgosłupa. Nie pamiętam jak długo trwał ten groteskowy spektakl, ale w końcu ustał. Gdy szary, filamentowy dym rozwiał się, Mistral stała prosto na swoich licznych kończynach, nawet nie wiem dokładnie ilu. Siedem albo osiem rąk zwisało bezwładnie, ale po chwili aktywowało się i cała groteskowa sylwetka obudziła się do życia.

- Mon fils! Où est mon fils? - Rozglądała się, ale jej wzrok nie zauważał ani mnie, ani Kate. 

Wyciągnęła sterownik ze skrytki w ramieniu Xaviera, teraz należącym już do niej. Trzy kolejne ramiona podniosły szklane pudło, teraz już nieaktywne.
- Je dois retrouver mon fils! - Rzuciła jeszcze i wyszła na pokład, a po chwili usłyszeliśmy odgłos turbin przecinających czarną maź. Mistral odpłynęła małym statkiem badawczym, zabierając ze sobą jedno z pudeł. Od tamtej pory nie spotkałem jej ani razu, opuściła nas; zobaczyłem ją dopiero na Inselhorn. Ale już wtedy docierało do mnie, że Mistral, jaką znałem, już nie istnieje.

Zapanowała cisza. Zerknąłem na Kate, która była skulona i trzęsła się ze strachu. Patrzyła nie na mnie, ale na Xaviera, który właśnie zaczął się podnosić.

- Ty… - Widziałem, że był wściekły. Znowu dał się oszukać Mistral, ale jej już tu nie było. Została tylko Kate.

Xavier powoli zaczął się podnosić, cały czas na nią patrząc.

- Nie! - Krzyknąłem.
- Adam, spokojnie. Jeszcze mi się przyda. Ale musimy sobie coś wyjaśnić. Jak zawsze powtarzam: zbierasz to, co zasiałeś… - Zaczął mruczeć do siebie pod nosem.

Zawlókł ją do swojej kajuty, podczas gdy ja musiałem posprzątać oderwane kończyny Mistral i zmyć jej krew, co zajęło mi nieskończenie długo.

- To musiało być… cudowne… - Mówiła słabym głosem Eve. - Mama, tata, inne dzieci, ich rodzice… Pływaliście sobie po całym oceanie, z dala od tego, co się działo tu, na Soplu… - Skrzywiła się, bo to musiało przywołać nieprzyjemne wspomnienia. Albo ból po prostu zaczął wygrywać.
- No tak, źle mi się nie działo… - Mruknąłem. - Trwało to przez dłuższy czas, nie wiem dokładnie jak długo… Hm… Trzymaliśmy się zazwyczaj cieplejszych regionów, ale był taki jeden dłuższy rejs na północ, nie wiem dokładnie po co, miałem wtedy jakieś dziesięć lub jedenaście lat, to była ciekawa wyprawa…

Plan dnia był tak monotonny, że wszystkie te miesiące, a może nawet i lata, zlały mi się w jedno. Wstawaliśmy podczas porannej szarówki i jedliśmy codziennie to samo śniadanie wyplute przez maszyny, jakie mieliśmy na statku. Siedzieliśmy w milczeniu, Kate przeważnie ze spuchniętą twarzą gapiła się w swój talerz, a ja drżałem, bojąc się cokolwiek zrobić by nie narazić się na gniew Xaviera. 

Potem kazał mi iść do jakiejś sekcji by sprawdzić tam automatykę i, jeśli była taka konieczność, dokonać niezbędnych napraw, a sam zabierał Kate do swojej kajuty, gdzie trzymał te nieznanego mi przeznaczenia aparaty, których nie wolno mi było zobaczyć. Po godzinach sprawdzania, naprawiania i sprzątania miałem iść do swojej kajuty, gdzie siedziałem sam przez parę godzin, do czasu kolacji. 

Korzystałem z czasu wolnego na różne sposoby: czytałem podręczniki techniczne, aby szybciej wykonywać swoje zadania i mieć więcej czasu wolnego, albo przeglądałem inne… mniej grzeczne rzeczy z zakresu biologii, bo takie też można było znaleźć w bazie danych. Zacząłem też robić w tajemnicy to, co zazwyczaj robią dojrzewający chłopcy w moim wieku. Pewnego wieczoru Xavier mnie jednak nakrył na tym procederze; zamyślił się na chwilę i w końcu kazał mi zbierać efekt końcowy mojej działalności do plastikowych pojemniczków i zostawiać je w chłodni. Za brak posłuszeństwa zagroził karą, której natury wolałem nie poznawać.

O ustalonej wieczorem porze Xavier ciągnął wymęczoną i wyraźnie obolałą Kate do stołu, gdzie znowu jedliśmy monotonny posiłek; wstydziłem się swojej słabości i nie byłem w stanie patrzeć na nią, bo nie mogłem jej w niczym pomóc. Nie miałem pojęcia co on jej robi i bałem się zapytać, a nie było okazji, bym mógł z nią dłużej porozmawiać. Prosty język migowy mówił tylko “BOLI”, podczas posiłków często trzymała się za dolną część brzucha.

Xavier był coraz bardziej sfrustrowany, nie radził sobie tak dobrze tylko jedną protezą i musiało go zżerać od środka to, że Mistral ponownie go oszukała. Nie wiem, czy wyładowywał swoją złość na Kate: nie miała żadnych widocznych siniaków, ale na pewno się go bała, może nawet bardziej niż ja. Był jak bomba gotowa wybuchnąć w każdej chwili i wolałem nie być tym, który ją odpali.

Naprawdę nie wiem jak długo to trwało, ale pewnego dnia dostrzegliśmy dryfującą żaglówkę - to był bardzo rzadki widok i mogłem się tylko domyślać, że jakiś żądny przygód ekscentryk wyruszył w rejs i zaskoczył go kataklizm z orbity. Przynajmniej była to jakaś odmiana od przygniatającej rutyny dnia: po zamknięciu Kate w jej kajucie Xavier zabrał mnie na żaglówkę, wspólnie wyrzuciliśmy wyschnięte zwłoki pasażerów za burtę i uruchomiliśmy na powrót automatykę.

W Xaviera wstąpiła nowa energia i wyraźnie miał jakiś plan: korzystając z narzędzi obaliliśmy maszt i zepchnęliśmy razem z poszarpanym żaglem w czarną otchłań; silniki zmieniły ekscentryczną żaglówkę w coś podobnego do kutra. Bez żadnych wyjaśnień Xavier skierował oba statki na północ.


Rejs trwał dość długo i znowu nie jestem w stanie określić ile dokładnie. Zaczęło się robić zimno i praca na pokładzie wymagała już ciepłych ubrań. W końcu jednak się zatrzymaliśmy na środku czarnej mazi, bez żadnego lądu ani żadnego obiektu na horyzoncie.

Xavier narzucił na siebie długi płaszcz skrywający jego sylwetkę. Zamknął mnie i Kate w osobnych kajutach, gdzie uprzednio wrzucił kartony z suchymi racjami; był to zapas na co najmniej tydzień. Zmierzył mnie jeszcze na odchodne wzrokiem, po czym odwrócił się i zaryglował drzwi kajuty. Po jakimś czasie dało się słyszeć warkot silnika przerobionej żaglówki.

Dni nieobecności Xaviera dłużyły się niesamowicie. Próbowałem się komunikować z Kate, stukać w ściany i walić pięściami w drzwi, w odpowiedzi słysząc podobne odgłosy, ale to było za mało, by się porozumieć. Mogłem do niej krzyczeć, ale co miałem jej powiedzieć? Że Xavier już niedługo wróci? Lepiej nie. Czekając na niego głównie leżałem, okazyjnie robiąc inne rzeczy.

Zapasów zaczęło być niebezpiecznie mało, ale w końcu pewnego ranka usłyszałem zbliżający się znajomy warkot silnika, który sam pomagałem instalować. Wkrótce potem usłyszałem kroki, głuchy odgłos jakichś plastikowych pudeł stawianych pod drzwiami i szczęk otwieranego zamka.
Xavier kolanem otworzył drzwi, dalej w tym swoim czarnym płaszczu. W obu rękach trzymał plastikowe, czerwone pojemniki - wiedziałem, że w środku jest lód i służą do transportowania delikatnych substancji… lub organów.

Ale najważniejszą rzeczą było to, że teraz Xavier miał obie ręce. Zauważył gdzie patrzę i wyciągnął swoją nową protezę przed siebie, uśmiechając się dziko. Był jak naelektryzowany, pełen groźnej energii, gotów rozerwać cię wpół jeśli staniesz mu na drodze. 

- Adamie…! - Zaczął.
- Tato… - Wskazałem na jego twarz. - Te brązowe plamy…

Xavier dotknął swoich policzków, zaczął skrobać je palcami. Obejrzał ślady.

- Ach, to nic ważnego. Szczegóły. Zaschnięta krew. - Odwrócił się do pojemników. - Mam mnóstwo ciekawego materiału do badań… Szkoda czasu! - Ruszył raźnym krokiem do kajuty, w której zamknięta była Kate.

Ruszyłem ostrożnie za nim, nie wiedząc czego się spodziewać - zachowywał się wyraźnie inaczej niż przed swoją wyprawą.

- Adamie, chodź szybko! - Zawołał głosem, w którym ekscytacja mieszała się z pośpiechem. - Przynieś bandaże, ona próbowała się zabić.

Na dźwięk silnika Kate próbowała rozszarpać sobie żyły; wielkiej krzywdy nie była w stanie sobie zrobić, mimo to spędziła potem parę dni w łóżku patrząc tępo w sufit. Potem wszystko wróciło do znanej codzienności, choć dzika energia Xaviera nie wyczerpywała się. Podjął decyzję, że na noc Kate będzie wiązana do łóżka pasami, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Miałem też stać pod drzwiami łazienki żeby szybko zareagować na wypadek, gdyby znowu czegoś próbowała.

Xavier poświęcał jej mniej czasu i nie wlókł jej już codziennie do swojej kajuty-laboratorium, przez co wyrwała się ze swojego bliskiego katatonii stanu i przez jakiś czas znowu było trochę lepiej. Spędzaliśmy więcej czasu razem, ból zadawany jej przez Xaviera nie był już tak częsty, choć tylko spuszczała głowę gdy ostrożnie próbowałem pytać co tak naprawdę się tam dzieje. Pisała dużo lepiej na tablecie, łaskawie zwróconym jej przez Xaviera, a nasz prymitywny język migowy nieco się rozwinął. Zacząłem patrzeć na nią w nieco inny sposób, szczególnie że zaczęły jej teraz rosnąć piersi. Miałem ochotę ją dotykać, ale powstrzymywałem się w obawie, że znowu się przestraszy. Poprzestaliśmy na tym, że pomagała mi w naprawach, podając narzędzia i wykonując inne drobne prace. I tak znowu minął czas jakiś, prawdopodobnie kilka lat; mniej widzieliśmy Xaviera, pochłoniętego pracą nad tym, co przywiózł ze sobą, i nawet nie było tak źle… Przynajmniej do czasu, gdy Kate zaczęła po raz pierwszy krwawić.


- Czy bycie nastolatkiem na statku… No wiesz… - Mruczała Eve. Wyraźnie ją coś niepokoiło w temacie Kate.
- No dobrze… Powiem ci tak: porządnie nas wychowano. Może i były jakieś społeczności czy grupy, które próbowały, nie wiem, innych norm społecznych, delikatnie mówiąc, ale to nie u nas. Wszystko było, nie wiem, normalnie. Tradycyjnie. Zapewniam cię.

Eve odetchnęła i nieco się rozluźniła; nawet nie zauważyłem, że była nieco spięta.

Pewnego dnia Xavier bezceremonialnie chwycił mnie za rękę, odrywając od pracy nad automatycznym systemem gaśniczym, i zawlókł do jednej z nieużywanych kajut. Kate leżała przywiązana pasami do łóżka, blada, wyraźnie nafaszerowana jakimiś lekami. Powoli kiwała głową na boki. Była naga od pasa w dół.

- Adam. - Xavier klepnął mnie w plecy. - Wiesz co masz robić.

Popatrzyłem na niego nierozumiejącym wzrokiem.

- Co?

Xavier westchnął zniecierpliwiony.

- Adam! Czego tu nie rozumiesz? Wskazał na Kate. - Naturalne zapłodnienie. Naturalna ciąża. Zaraz ściągnę jej pasy…
- Co? Ale ja…?!
- Żadne “ale”. Adam… Po tysiącach, dziesiątkach tysięcy prób nie jestem w stanie powtórzyć wyniku… - Wskazał dłonią na mnie. - Nie mam pojęcia dlaczego. Mogę albo polegać na szczęściu, czyli też układzie czynników, które są poza moją kontrolą, albo spróbować innych metod. Wybieram to drugie.

Przyjrzał się Kate.

- Chyba potrzebne będzie nawilżenie… - Zamyślił się. - I jak, gotowy?

Byłem sparaliżowany ze strachu, nie byłem w stanie nic powiedzieć. Nie byłem w stanie zareagować na to, czego on ode mnie wymaga. Prawdopodobnie płakałem, nie pamiętam dokładnie.

Xavier spojrzał na mnie z rozczarowaniem.

- Adam, przydaj się na coś w końcu… No dobrze. Posiedź tu chwilę.

Narzucił cienki koc na Kate i wyszedł, ryglując za sobą drzwi.

Siedziałem pod ścianą, spoglądając co jakiś czas na Kate, która chyba zaczęła się przebudzać ze swojego letargu. Kątem oka widziałem, że wpatruje się we mnie coraz intensywniej. Zaczęła ostrożnie szarpać za pasy i jęczeć, wyraźnie pokazując, żebym ją uwolnił.

Bałem się wykonać jakikolwiek ruch; wiedziałem, że Xavier może wrócić w każdym momencie, ba! może nas teraz obserwować. Nie, nie mogłem teraz nic zrobić.

Ukryłem głowę w kolanach, zakryłem dłońmi uszy.

Musiałem zasnąć, bo ocknąłem się na dźwięk szczęku rygla. W drzwiach stał Xavier, znowu pełen tej swojej dzikiej energii. Trzymał w ręku małą medyczną teczkę.

- Adam, ja naprawdę potrzebuję rezultatów, a dzisiaj jest odpowiedni dzień cyklu. - Zaczął odpinać pasy Kate, która była zesztywniała ze strachu. - A teraz…

Spojrzał na mnie. Zacząłem się cofać.

- Adam, daj mi swoje ramię. - Chwycił mnie mocno żelaznym uściskiem. W drugiej ręce trzymał już iniektor. - Ta mieszanka powinna dać właściwy efekt, ale dla pewności… - Jednym, gwałtownym ruchem ściągnął przepoconą koszulę Kate, odsłaniając jej chude ciało. Odwróciłem ze wstydu wzrok, a Kate skuliła się na łóżku, próbując zakryć się kocem. Xavier wyrwał jej go z rąk. - Czekam na rezultaty.

Zaryglował za sobą drzwi.

Dalej siedziałem w tym samym miejscu, gdzie byłem. Teraz jednak czułem, że moje serce bije szybciej i robi mi się gorąco. Krew zaczęła buzować, głowa stała się lekka. Zacząłem dyszeć i rozglądać się nerwowo. Przerażona Kate próbowała wcisnąć się w kąt, w który wciśnięte było łóżko.

Wstałem. Nie byłem w stanie jasno myśleć, krew pulsowała. Zacząłem lekko drżeć. Nie mogłem oderwać wzroku od Kate, wszystko inne przestało się liczyć. Wywołana wstrzykniętą substancją żądza zawładnęła mną całkowicie.

Nigdy nikomu nie powiem czy miałem świadomość tego co robię, czy nie. Tego, co popełniłem później, też nie opowiedziałem nikomu i nigdy tego nie zrobię.


Kolejnych dni nie pamiętam za dobrze, dość długo dochodziłem do siebie po specyfiku podanym mi przez Xaviera. Mój umysł był jak we mgle, ale w końcu nagle odzyskałem pełną przytomność. Leżałem na łóżku, byłem podpięty do kilku kroplówek.

- Ciekawe efekty uboczne - rzucił do mnie Xavier, który pracował przy stole obok. Musiał mnie obserwować. Mi zaczęło się przypominać, co działo się przedtem.

O nie.

- Kate…? - Zapytałem niepewnie.
- Adam, dobrze że pytasz! Poszło świetnie! Mamy zapłodnienie! Teraz wystarczy tylko…
- Jak ona się czuje…?
- Ciężko ją ustabilizować, nad tym teraz właśnie pracuję. Wiesz, potrzeba równowagi, żeby nie zabić matki ani płodu, mogą być konieczne specjalne zabiegi, a i ona nam w tym nie pomaga, ale mamy dużo opcji…

Teraz mówił już bardziej do siebie niż do mnie, nie chciałem tego słuchać. Osunąłem się na łóżko i leżałem bezwładnie nie wiem jak długo.

Powoli wracałem do życia, snułem się po statku, wróciłem do sprawdzania systemów i dokonywania napraw, udając, że nic się nie stało. Powoli odsuwałem od siebie poczucie winy, usprawiedliwiając się, że to przecież wina Xaviera, nie moja. Co ja mogłem poradzić? Udusiłby mnie jedną ręką, gdybym spróbował się postawić. Tak, lepiej wrócić do swoich zajęć. Wszystko będzie dobrze.

Kate była zamknięta w jego kajucie i od tamtego potwornego dnia jej nie widziałem. Wstyd mi było to przyznać przed samym sobą, ale cieszyłem się z tego. Nie było to moim zmartwieniem. Mogłem poruszać się po całym statku za wyjątkiem kajuty Xaviera i pasowało mi to.


Oczywistym było, że nie mogło to trwać wiecznie.

- Adam, musisz coś zobaczyć - Xavier wezwał mnie głosem nie znoszącym sprzeciwu. Stracił gdzieś swoją dzikość, wręcz przeciwnie: był wyraźnie przygaszony.

Poczłapałem za nim jak na ścięcie, domyślając się, co zaraz zobaczę.

- Chodzi o Kate. Niestety nawet ten płód nie rozwija się tak, jak powinien. Uznałem, że powinieneś o tym wiedzieć, skoro brałeś udział w eksperymencie…

Poczułem niemal fizyczny ból na tamto wspomnienie.

Xavier otworzył na oścież drzwi swojej kajuty. Na widok wnętrza ugięły się pode mną nogi.

Kate, w jej obecnej postaci, była przypięta do pochylonego pionowo stołu. Xavier zmienił jej ręce i nogi w kikuty zakończone czarnym filamentem, zapewne za pomocą maszyny do zamiany kończyn. Między nogi miała wepchniętą grubą rurę, ale nie chciałem na to patrzeć. Pod jej powiększonymi piersiami widoczny był ciążowy brzuch, który… był przezroczysty, Xavier zmienił tam skórę w cienką błonę, przez którą było widać płód. Ten powoli się poruszał się w płynie owodniowym…

Płód otaczała pajęczyna czarnego filamentu: czarne nitki wżerały się w jego głowę, rączki i nóżki. Narosły wokół pępowiny, jakby próbując ją oderwać. Kate była nieprzytomna, jej klatka piersiowa unosiła się powoli.

- Adam, to była nasza ostatnia szansa. - Xavier zaczął cierpliwie tłumaczyć. - Ta metoda była ryzykowna i nienaukowa, ale musiałem zaryzykować… Na początku nawet miał kontrolę, musiałem tylko uspokoić matkę, która próbowała zrobić sobie krzywdę - wskazał na filamentowe kikuty.

Ja tylko patrzyłem tępo to na niego, to na groteskową postać na pochylonym stole, w którą nieodwracalnie zmieniona została Kate. W inny sposób nie byłem w stanie reagować na to, co mówi.

- Niestety nawet to się nie udało, później stracił kontrolę nad filamentem… Prawdopodobieństwo powtórzenia się idealnych warunków jest przyzerowe. Mogę tylko kontynuować badania na możliwie największej próbie, tak jak wcześniej, licząc, że w końcu się uda, ale to jest takie nieefektywne… - Zaczął mruczeć do siebie pod nosem, podpierając podbródek swoją czarną protezą.

Wpadłem w szał i rzuciłem się na niego, ale padłem od jednego ciosu i straciłem przytomność.

Obudziłem się w kajucie, w której doszło do zdarzenia z Mistral. Bolała mnie szczęka. Xavier coś majstrował przy urządzeniu do zamiany kończyn na filament, widziałem już ustawiony sarkofag.
Adam, zachowujesz się nieracjonalnie. - Powiedział, nie odrywając wzroku od ekranu. - Na szczęście metoda, którą zastosowałem na matce, okazała się bardzo pomocna. Zaczniemy od dominującej ręki…
Dopiero teraz zauważyłem, że moje prawe ramię jest w tym przeklętym akwarium. Zacząłem się szarpać, ale byłem - a jakże - przypięty pasami. Xavier miał w tym już sporo praktyki.

- Adam… Nie będzie bolało, jeśli tego się obawiasz. Zakończenia nerwowe będą potrzebowały trochę czasu by się przystosować, ale ktoś taki jak ty powinien sobie poradzić. Masz to po matce… - Westchnął ciężko i uruchomił program.

Jak zahipnotyzowany patrzyłem, jak w akwarium formują się łuki elektryczne. Jeden z nich uderzył w moją rękę, która zniknęła. Spojrzałem na sarkofag, gdzie zgodnie z przewidywaniami po chwili się pojawiła. 

I wtedy wydarzyło się coś, czego ani ja, ani najwyraźniej Xavier jeszcze nie widzieliśmy. We wnętrzu sarkofagu zaczęła się gromadzić czarna mgła, która po chwili uformowała humanoidalną postać. Jej prawa ręka jeszcze przed chwilą należała do mnie.

Humanoid powoli wyszedł z sarkofagu, rozejrzał się po pomieszczeniu. Podszedł do ściany kadłuba i zaczął przez nią przenikać, ale zatrzymała go moja ręka. Otworzył bulaj, przełożył przez niego moją rękę i w ten sposób opuścił statek. Xavier stał bez ruchu, kompletnie zaszokowany.

Moje prawe ramię zostało zastąpione przez filamentowy kikut. Nie powinno tak być. Nie może tak być.
W akwarium zostało jeszcze trochę filamentowej mgły. Zaczęła się koncentrować wokół kikuta i po chwili uformowała nowe, sprawne, filamentowe ramię. Poczułem, jak wielką mam teraz siłę.

Xavier zwrócił na mnie uwagę dopiero wtedy, gdy zniszczyłem szklane ściany akwarium i wyszarpałem pasy, które mnie trzymały. Zacząłem iść ku niemu.

- Adam… Przecież nie wgrałem tego modelu… - Popatrzył mi prosto w oczy. - Ty masz aż taką kontrolę… - Wpatrywał się w moje filamentowe ramię. Nie chciałem już go więcej słuchać.

Wyciągnął rękę w moją stronę, chyba w geście obrony. Chwyciłem ją, wykręciłem i oderwałem jednym szybkim ruchem, rozdzierając rękaw i filament.

- Adam, poczekaj…

Nie czekałem, zamiast tego chwyciłem go za gardło. Napędzała mnie wściekłość, jak nigdy wcześniej w życiu. Cała frustracja za wszystkie krzywdy, za lata życia w strachu, za własną niemoc właśnie się ze mnie wylewała. I wreszcie miałem narzędzie, by coś zmienić.

Podniosłem go kilka centymetrów do góry.

W tym momencie coś mnie tknęło, zawahałem się na chwilę.

Xavier chwycił moje nowe ramię swoją pozostałą ręką. Pojawiły się łuki elektryczne, a wyraz jego twarzy gwałtownie się zmienił. Zrelaksował się, uśmiechnął, jakby patrzył gdzieś w dal.

- Adam… Zostawią cię…  Widzę to. A więc jednak… Zbierzesz to, co zasiejesz... Niesamowite…

Cała dzikość, zimna i nieobecna maska na jego twarzy, zniknęły w tym jednym momencie, jakby w jednej chwili stał się kompletnie innym człowiekiem. Jakby właśnie osiągnął swój cel.

Nic z tego nie rozumiałem, wpatrywałem się tylko z coraz większą wściekłością i coraz mocniej zaciskałem dłoń na jego gardle. Coś, co mnie do tej pory hamowało, zniknęło. Przed oczami pojawił mi się obraz okaleczonej przez niego Kate.


Zmiażdżyłem Xavierowi gardło i odrzuciłem targane pośmiertnymi konwulsjami zwłoki. Pobiegłem do jego kajuty zobaczyć, co z Kate.

Nie dało się jej już uratować. Filamentowe żyły wniknęły zbyt głęboko w jej narządy i zniszczyły je, chyba nawet doktor Ryuuji nie byłby w stanie tego rozplątać. Płód też był ledwo żywy i jedyne, co mogłem zrobić, to wyłączyć aparaturę sztucznie podtrzymującą oboje przy życiu.

Snułem się jeszcze przez jakiś czas po pustym już statku badawczym, w końcu wyłączyłem systemy gaśnicze i roznieciłem pożary w kilku miejscach. Stałem na dziobie statku i ostatecznie skoczyłem w czarną maź, chcąc wreszcie zakończyć ten koszmar. Dopiero niedawno zrozumiałem, że najpewniej Omen przemieścił mnie gdzieś w pobliże tras patrolowanych przez ocalałe statki i okręty, dzięki czemu ktoś mnie znalazł. Nie wiem, czy była to od razu “Arka” czy może najpierw znalazł mnie ktoś inny; nie wiem kiedy i jak. Bardzo długo dochodziłem do siebie, byłem bardzo słaby; niewiele rozumiałem z tego, co się dzieje wokół mnie oprócz jednego: nie mogę za żadne skarby opowiedzieć o tym, co wydarzyło się na statku badawczym.


- … Tak więc eksplozja pary w maszynowni, w wyniku której straciłem rękę, była tylko zapowiedzią dalszych problemów. Na szczęście napotkaliśmy statek na którym byli lekarze, którzy założyli mi protezę, nie wiem, gdzie potem odpłynęli… Moi rodzice bardzo się cieszyli, że udało się to tak w miarę bezproblemowo załatwić, ale problemy z systemami na statku narastały i pewnej nocy zaskoczył nas pożar, który odciął mnie od reszty. Uciekłem szalupą, zostawiając ich… Nigdy o tym nikomu nie mówiłem, bo pierwsze czułem się okropnie zostawiając ich, po drugie ja byłem odpowiedzialny za systemy przeciwpożarowe… Mam nadzieję, że rozumiesz.
- Tak… Rozumiem… Dziękuję, że mi zaufałeś… Że wreszcie opowiedziałeś mi prawdę… - Powiedziawszy to, Eve wreszcie się rozluźniła, przestała kręcić głową na boki. Po chwili oddychała już miarowo.

Spała spokojnie, po raz pierwszy od bardzo bardzo długiego czasu.

Odchyliłem się na krześle, nagle śmiertelnie zmęczony. Chyba sam zasnąłem na chwilę.

W pewnym momencie kątem oka dostrzegłem, że ekran mobilki Eve rozbłysł światłem. Karcąc się w myślach za to, że naruszam jej prywatność, zerknąłem na wiadomość, którą otrzymała, z tyłu głowy notując, że system mobilek, który opracowaliśmy, musiał zostać wdrożony na Soplu i to bez tylu ograniczeń, jakie nałożyło na “Arce” dowództwo.

Na ekranie było powiadomienie o nowym przesłanym zdjęciu. Na miniaturce widziałem zamazany obraz dziewczyny leżącej na szpitalnym łóżku i w masce tlenowej, a tekst wiadomości był krótki:
 

Od: GIGI
Treść: PRZEZYLAM SUKO

Odłożyłem mobilkę na miejsce.

niedziela, marca 22, 2026

19. Opowieść sprzed stu lat


 

Ekran zgasł. Na drzwiach został tylko czarny, pusty ekran, w którym odbijała się moja pokiereszowana twarz. Bark, gdzie jeszcze do niedawna była filamentowa proteza, iskrzył od czasu do czasu.

- To było całe twoje nagranie, bez montażu, bez cenzury. - Głos Milionera rozbrzmiewał z głośników, ale brzmiał tak, jakby stał tuż obok mnie. - Nie ta wersja, którą puszczają na telebimach w całym Soplu.

Byłem naćpany tabletkami, które dał mi doktor Ryuuji. Bez nich nie byłbym w stanie usiedzieć w miejscu. Choć gdy zamykałem oczy, przed oczami dalej przewijały mi się obrazy z ataku na Inselhorn: wybuchy, zatonięcie “Arki”, kraksa, trupy, Eve…

- Młody człowieku, słyszysz mnie? Jesteś bohaterem!
- Nie jestem. Mało brakowało, a wszyscy byśmy tam zginęli.
- Uszkodziłeś konwerter energii, wyłączając barierę! Mechy tych waszych Modliszek rozwaliły Oko! Nasza kochana Mistral przylazła na wyspę i uratowała was!

Zazwyczaj tego typu kpiący ton mnie nie ruszał. Nie dzisiaj. Postanowiłem nie korygować jego błędnych informacji na temat tego, ile dokładnie mechów poleciało i kto je pilotował. Niech spada.

- Mistral jest szalona. Uszkodzona na umyśle tak samo, jak na ciele. Zakładam, że wie pan, kto jest za to odpowiedzialny.
- Wiem. I o tym chcę właśnie porozmawiać…
- Wyłącznie twarzą w twarz.
- Nie mówię nie, ale to będzie wymagać… pewnego przygotowania.
- Mam czas.

Doktor Ryuuji obiecał, że zrobi wszystko, by proces adaptacji u Eve przebiegł możliwie najmniej boleśnie. Dobrze wiedziałem, że ten skurwysyn po prostu chce dokładnie poznać protezy nóg, z którymi się obudziła.

Mistal podniosła wtedy nas oboje i zdjęła nam hełmy z kamerami, reszty z tego fragmentu nie pamiętam. Musiała nas zanieść do swojego statku, mknąc szybko na swoich licznych nogach.

Potem byliśmy wewnątrz jej małego, samowystarczalnego statku. Położyła mnie na stole i przyjrzała się z bliska mojemu iskrzącemu barkowi, wyciągając głowę na swojej nienaturalnie długiej szyi.
- Ça va vite guérir, ne t'inquiète pas!
- Nie rozumiem…
- Synu! Będzie dobrze! - Powiedziała entuzjastycznie z wyraźnym akcentem, dała mi jakiś zastrzyk i bezceremonialnie zdjęła ze stołu, kładąc na podłodze. Nie było tam wiele miejsca.

Widziałem jeszcze, jak zabrała się za Eve. Nie powinna zrobić jej krzywdy, ale też nie była osobą, której mogłem w stu procentach ufać.
Mistral wyjęła ze szklanej szafy dwie małe, filamentowe nogi, włożyła je do tego przeklętego, przezroczystego pudła i rozpoczęła na monitorze kalibrację rozmiaru i kształtu - nie miałem pojęcia, czy protezy na Soplu w ogóle miały taką funkcję. Może właśnie to było to, co tak zaintrygowało Ryuujiego w mojej własnej? To była ostatnia myśl, zanim ponownie straciłem przytomność, pewnie od zastrzyku.
Następne wydarzenia mocno mi się mieszają: leżę na kamienistej plaży, wokół biegają ludzie, kolejni przypływają szalupami i kutrami i wyskakują na brzeg. Krzyki, zamieszanie. Zielona bariera na chwilę się włączyła, by zaraz zgasnąć. Jakaś rakieta startuje po rampie prosto w niebo, a bariera znowu się włącza. Oni wszyscy czegoś ode mnie chcieli, nic nie rozumiałem, chyba zacząłem się szarpać i krzyczeć, może kogoś uderzyłem, nie pamiętam dokładnie.
Doszedłem do siebie w jakimś pomieszczeniu już na płynącej “Asuce”, siedzę na krześle obok łóżka Eve i trzymam ją za rękę. Patrzę na nią, jest przytomna, ma bladą twarz i płacze. Leży na łóżku, czerń filamentowych protez wyraźnie się odcina od bieli prześcieradła. Spod jej ud wycieka tłusty, żółto-brązowy aseptyczny płyn, brudząc prześcieradło. Eve zauważyła, że patrzę na nią i zaczyna wyć.

- Porządnie cię naćpali, młody człowieku - głos Milionera znowu przywołał mnie do rzeczywistości, krył w sobie przyganę. - Ta twoja koleżanka… Eve, jak się czuje?
- Jeszcze nie wiemy. Mają mi dać znać po badaniu. Doktor Ryuuji powiedział, że zajmie się jej protezami osobiście. Aha, Eve to moja żona.
- Co?! - Milioner był wyraźnie zaskoczony i miałem z tego dużą satysfakcję. - Podczas twojej ostatniej wizyty jeszcze tak nie było, z tego co pamiętam… No, gratulacje.
- Dziękuję.
- Czy wiesz, dlaczego proces adaptacji protezy filamentowej może być taki bolesny?
- Muszą się utworzyć połączenia nerwowe z materiałem stworzonym z filamentu. To trwa.
- Tak, ale to nie jest dokładna odpowiedź.
- Wiem.
- Filament to materiał idealny do przewodzenia impulsów elektrycznych. Nasze mózgi wysyłają sygnały elektryczne, na które reaguje między innymi tkanka mięśniowa. Filament uczy się naszych reakcji, wysyła sygnały zwrotne… które mogą być brutalne. I trafiają bezpośrednio do mózgu.
- I na tym nie koniec.
- Dokładnie, idea posiadania nowej kończyny zagnieżdża się w twoim mózgu właśnie na podstawie tych sygnałów. Niektórzy nie są w stanie tego sobie przyswoić. Doktor Ryuuji to bardzo inteligentny człowiek, ale pewnych prostych rzeczy jeszcze nie rozumie…
- Jeśli tylko jest w stanie pomóc Eve…
- Kto wie. A może ty jesteś w stanie to zrobić.
- Jak?
- Widziałem to wyraźnie na nagraniu. Przywróciłeś ją do życia. Czy wiesz dokładnie, co zrobiłeś?
- Nie. Coś mnie tknęło, nie wiem dokładnie.
- Byłbyś w stanie to powtórzyć?
- Na pewno nie w tym stanie.
- Mistral nie zajęła się twoją urwaną protezą, ciekawe… Może oceniła, że to dla ciebie nie jest duży problem. Intrygujący tok myślenia.
- Dlaczego pan tak mówi?
- Mówiłeś, że ojciec opowiadał ci o paradoksie Banacha-Tarskiego.
- Tak. A że mało z tego zrozumiałem, to inna sprawa.
- To normalne! Ha ha ha! - Milioner zaśmiał się szczerze. Czy przy pierwszym spotkaniu też mi tak działał na nerwy? - Spróbuję ci wyjaśnić ponownie, w możliwie prostych słowach. Co z tym zrobisz to już zależy od ciebie. A teraz wyobraź sobie sferę, dowolnego koloru. Masz już?
- Mam.
- Ta sfera składa się z nieskończonej ilości punktów. A nieskończoność… rządzi się innymi prawami. Dodasz jeden punkt do nieskończoności i dalej będziesz miał nieskończoność. Podzielisz ją na dwa i dalej będziesz miał nieskończoność, tylko w dwóch zbiorach. Czy któryś będzie większy lub mniejszy? Nie, dalej to będzie nieskończoność, nawet gdy ją podzielisz. Czyli wszystkie nieskończoności są takie same, prawda?
- Tak…?
- Nie. Istnieje nieskończoność policzalna i niepoliczalna. W tej pierwszej każdemu punktowi możesz przypisać liczbę naturalną: jeden, dwa, trzy i tak dalej. W niepoliczalnej nie ma takiej możliwości, bo pomiędzy liczbami jest nieskończenie wiele stanów pośrednich: innymi słowy: różnica między tymi nieskończonościami to jak liczenie zero, jeden, dwa, trzy i tak dalej porównać do liczenia wszystkich ułamków między zero a jeden. Rozumiesz?
- No raczej…?
- Na tej sferze, którą masz w głowie, możesz zaznaczyć nieskończoną ilość punktów. Oszczędzę ci matematycznego dowodu, dlatego w dużym, bardzo dużym uproszczeniu: oznacz nieskończenie wiele punktów na sferze kolorem białym, każdemu punktowi nadaj jakieś oznaczenie liczbowe: punkt pierwszy, drugi i tak dalej. potem do ich współrzędnych dodaj jeden i oznacz te nowe punkty kolorem czerwonym. Potem weź z powierzchni sfery punkty czerwone. Ile będziesz miał wtedy sfer?
- Dwie… Jedną białą i drugą czerwoną…?
- Dokładnie! To jest oczywiście duże uproszczenie, panowie matematycy pewnie by się zaraz do mnie przyczepili, ale podstawowe pojęcie już masz.
- Tak, to interesujące ćwiczenie na wyobraźnię, tylko bez zastosowania praktycznego. Nie można rozebrać czegoś na nieskończoną liczbę kawałków…
- A teraz wyobraź sobie, że ta sfera jest czarna, jak filament.
- No dobra, ale… o?
- Ludzkość przyjęła pewne aksjomaty i wszystko na nich oparliśmy, a jeśli coś do nich nie pasuje, to ignorujemy to, uznając za niemożliwe. W miejscu, z którego wywodzi się Ekspedycja, przyjęto aksjomaty zgoła odmienne.
- Oni potrafią w praktyce…?
- Tak. Teoretycznie mogliby wypełnić substancją, który my ogólnie nazywamy filamentem, cały wszechświat. W praktyce nawet to ma swoje ograniczenia, bo impulsy elektryczne, czyli to, czym w dużym uproszczeniu Ekspedycja faktycznie jest, już podlegają znanym nam aksjomatom…
- To znaczy?
- Jak to wyjaśnić… Nasza rajska planeta krąży wokół jednej gwiazdy, tak samo jak Ziemia. Ekspedycja przybyła z planety swobodnej, która nie jest przyciągana grawitacją żadnej gwiazdy i mknie samotnie przez wszechświat. Sami nie wiedzą, jak do tego doszło, może ich planeta została wybita z orbity jakimś uderzeniem… W każdym razie pod skalistą powierzchnią, zasilana wciąż gorącym rdzeniem planety, istnieje sobie świadomość w postaci impulsów elektrycznych w morzu filamentu. Ta świadomość potrafi sterować filamentem tak, jak my naszymi mięśniami.
- Ale… jak oni się tutaj pojawili?
- Tą samą drogą, co my! Ha ha ha!
- Dlaczego się pan śmieje?
- Bo to idealna okazja, abym ci opowiedział historię tego, jak się tu znaleźliśmy.
- Na początku znowu próbował pan wyciągnąć ode mnie opowieść o moim ojcu, potem zaczął o filamencie i Ekspedycji, a teraz przerywa nagle i chce opowiadać historię Pionierów? Po co to wszystko?
- Chcesz rozmawiać twarzą w twarz, a ja powiedziałem, że wymaga to przygotowań. I właśnie cały czas cię przygotowuję. Rozumiesz?
- Rozumiem.
- No to usiądź spokojnie, bo to trochę zajmie.

***

- Nowe wynalazki drastycznie zmieniały oblicze ludzkości, tak było od zawsze. My, ludzie, adaptujemy się do sytuacji i zmieniamy relatywnie szybko, co Ekspedycję nieustannie fascynuje… Ciekawskie łobuzy z nich. Ale do rzeczy: reaktory zimnej fuzji w połączeniu z kilkoma innymi przełomowymi odkryciami, jak na przykład farmy białka, zapewniły minimum przeżycia całej ludzkości, po raz pierwszy w jej historii. Jak sądzisz, jakie zmiany wtedy zaszły na Ziemi?
- Nie jestem zbyt dobry z historii… Nie wiem, wszyscy się cieszyli?
- Jak najbardziej nie. Bardzo duża grupa ludzi po prostu odpuściła, zajmując się bezwartościowymi dla ogółu rzeczami: konsumowaniem popkultury równającej do najmniejszego wspólnego mianownika, albo jej tworzeniem. Nie wiem, które gorsze! Ha ha ha!
- To znaczy… Nie pracowali?
- Większość. Ale szybko wyodrębniła się mała grupa, która dla odmiany pracować i uczyć się bardzo chciała. Nauka języków, praca naukowa, projektowanie, inżynieria… Ta nieliczna grupa ludzi potrzebowała czegoś dużo bardziej… zaangażowanego, by stłumić swoje wątpliwości egzystencjalne, o których mówiłem ci przy naszym poprzednim spotkaniu. I oni pierwsi zrozumieli, jak wielkie możliwości mają. I teraz masz leniwą, gotującą się we własnym sosie masę, oraz małą grupę sprytnych ludzi wiedzących, czego chcą. Jaki będzie tego efekt?
- Konflikt?
- I to niemal natychmiast! Ludzie z nudów mogą zacząć niszczyć rzeczy dookoła, celowo utrudniać sobie życie… Albo jeszcze inaczej: Dostojewski, taki ziemski pisarz, opisywał, jak to w człowieku tkwi potrzeba buntu wobec ustalonego porządku…
- I do czego to doprowadziło?
- Niektóre grupy zaczęły wierzyć w bzdury o rzekomej szkodliwości reaktorów zimnej fuzji, automatycznych farm i tak dalej i zaczęli przeciwko nim protestować. Więcej, zaczęli je niszczyć! Choć żaden z nich potrafił ich zbudować… Ci nieliczni, którzy to potrafili, stanęli przed wyborem: czy uszczęśliwiać ludzi wbrew ich woli?
- I co wybrali?
- Zwiali na Księżyc. To satelita Ziemi, taka mała…
- To akurat wiem.
- Tam założyli bazę i w miarę dobrze sobie żyli. Ziemia przez pewien czas płonęła, a ludziom znacznie się pogorszyło, ale ostatecznie zostali głównie ci, którzy lepiej rozumieli, na co spożytkować swój czas i umiejętności. Ewolucja!
- No dobrze, ale czy już dochodzimy do momentu przybycia tutaj?
- W sumie tak. Sprawy toczyły się swoim torem, gdy pewnego dnia wykryliśmy anomalię grawitacyjną, czy też czasoprzestrzenną: kwadrat, a może sześcian, o stałych wymiarach… i o stałej pozycji. Constans między środkiem Księżyca a środkiem Ziemi. Absurd, który według naszej wiedzy na temat praw rządzących wszechświatem nie ma prawa istnieć. Nie wiedzieliśmy od kiedy się tam znajduje, czy pojawiła się dopiero niedawno, czy może miliony lat temu. Odkryta przypadkowo, podczas rutynowych pomiarów.
- Czy to właśnie…?
- Tak, ale powoli. Obudowaliśmy ten “kwadrat” laboratorium kosmicznym i szybko okazało się, że jest to… otwór w czasoprzestrzeni, z braku lepszego określenia. Nie mieliśmy pojęcia dokąd prowadzi, tak więc pierwsze, co tam puściliśmy, to kabel z kamerą na końcu. I pierwsze, co zrozumieliśmy to fakt, że jest to przejście tylko w jedną stronę, bo żadne sygnały w drugą stronę już nie docierają. Puściliśmy nadajnik, jeden, drugi, trzeci, ale ich sygnały też nie docierały do nas: ani przez anomalię, ani przez przestrzeń kosmiczną. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie trafiają wysyłane przez nas obiekty. Jakiż to był fascynujący problem do rozwiązania!
- I co zrobiła ludzkość?
- Obudziła się. Gdy na gruzach konfliktu wyrosło nowe, pewne siebie społeczeństwo, po rozbudowie bazy na Księżycu przyszedł okres pewnej stagnacji, czy też po prostu nudy: pojawiła się narracja, że odkryto już wszystko, co byliśmy w stanie, że osiągnęliśmy już wszystko jako gatunek. Że potrzeba bodźca z zewnątrz, by móc dalej się rozwijać. Jak większość narracji, również i ta była uproszczeniem tak dużym, że ocierała się o kłamstwo, ale ludzie w nią wierzyli. Odkrycie anomalii zbiegło się w czasie w tym poglądem i w rezultacie cała ludzkość praktycznie rzuciła się do pracy. Najtęższe umysły, przypadkowi geniusze, potężna moc obliczeniowa no i gigantyczne inwestycje zostały zaangażowane w rozwiązanie problemu dowiedzenia się, co jest po drugiej stronie anomalii i gdzie dokładnie znajduje się wyjście.
- I jak rozwiązano ten problem?
- Splątanie kwantowe. Próbowaliśmy różnych teorii, ale ostatecznie udało nam się w ten sposób. Wyobraź sobie, że dwie różne cząstki mają wspólny stan kwantowy. Pomiar stanu jednej cząstki natychmiast ustala stan drugiej, choćby znajdowały się niewyobrażalne odległości od siebie. Szybciej, niż prędkość światła. Wcześniej uważano komunikację za pomocą tego dalej nie do końca poznanego zjawiska za niemożliwą, bo wymuszenie konkretnego stanu na jednej ze splątanych cząsteczek zrywa ich splątanie…
- Zgubiłem się…
- W każdym razie, po odrzuceniu kilku aksjomatów, skoncentrowaniu się na samym fakcie obserwacji lub jego braku i potężnych wydatkach energetycznych rozwiązaliśmy ten problem. Po setkach testów zbudowaliśmy i przesłaliśmy przez anomalię, kawałek po kawałku, najdroższe jak na tamten czas urządzenie stworzone przez ludzkość. Zaczęło się samo składać po tej drugiej stronie i czekaliśmy cierpliwie na sygnał.
- Udało się?
- Na ekranie, linia po linii, piksel po pikselu, zaczął pojawiać się obraz rajskiej planety. Niebieskie oceany, pokryte bujną roślinnością kontynenty. Była to jedna z najwspanialszych chwil w historii ludzkości.
- To musiało być… cudowne. - Rozmarzyłem się. - A potem ludzie z orbity wszystko zniszczyli… W ogóle jak daleko od Ziemi znajduje się nasza planeta?
- Nie wiemy dokładnie.
- Co?! - Tym razem ja byłem zaskoczony.
- Światło gwiazd potrzebuje czasu, by do nas dotrzeć. To, co możemy aktualnie zaobserwować, to tak naprawdę stan z przeszłości: sprzed tysięcy, setek tysięcy, milionów i miliardów lat. Krótko mówiąc: nie za bardzo jesteśmy w stanie dopasować obserwowane tutaj gwiazdozbiory do tych, które możemy aktualnie obserwować na Ziemi.
- I to znaczy…?
- Że jesteśmy bardzo, bardzo daleko. Całe galaktyki od Ziemi. Mamy kilka hipotez co do lokalizacji, ale stuprocentowej pewności brak. Przynajmniej jesteśmy w tym samym wszechświecie, ha ha ha!
- Tak, to świetnie. No ale ludzie, jak tu przybyli z Ziemi? Wszyscy jesteśmy potomkami Pionierów, prawda?
- To ciekawa sprawa. O tym zasadniczo się nie mówi; to fascynujące, jak stronnicza może być historia… Ale do rzeczy: najekonomiczniejszym rozwiązaniem stał się druk 3D. Posłaliśmy, w kawałkach rzecz jasna, drukarki 3D i zaczęliśmy tworzyć części baz orbitalnych. Mniej więcej w tym czasie na obrazach z satelit pojawiła się czarna plama na oceanie, czyli habitat Ekspedycji. Przybyli tą samą drogą, co my, czyli przez swoją własną anomalię, która była w stałej odległości od ich planety, a filament i część świadomości przepchnęła się przez nią bez większego problemu… Ale do rzeczy: dość szybko zbudowaliśmy funkcjonalny zespół orbitalny, gotowy na przyjęcie badaczy gotowych na obserwację i późniejszą eksplorację planety. Co do transportu…
- No właśnie, bo tego nie jestem w stanie sobie wyobrazić.
- Projekt przyciągnął specyficzną grupę ludzi. Odważni, postępowi, nie splątani tabu i zabobonami z przeszłości. Chcący pracować, uczyć się, głodni wiedzy. Elita spośród grupy, która przetrwała wcześniejsze… niepokoje. Wybraliśmy takich, którzy według mnie potrafili współpracować, niektórzy mówili na to “rasizm” czy “dyskryminacja”, ale według mnie to była jedyna droga do sukcesu. Poza tym nic ich to nie kosztowało…
- Znowu odbiega pan od tematu. Niech zgadnę: teleportacja?
- Co? Nie, splątanie kwantowe to jedno, przesyłanie składających się z ogromnej ilości cząsteczek obiektów i składanie ich na nowo to drugie…
- No więc jak?
- Do drukarek 3D możesz załadować różne rodzaje filamentu…
- No tak, ale… Nie. Niemożliwe.
- Ależ jak najbardziej. Dlatego do projektu zgłosiła się specyficzna grupa ludzi, którzy nie bali się tematów uznawanych za tabu. Na przykład tego, co stanie się z ich duszami po skopiowaniu ich sieci neuronowej do nowo wydrukowanej istoty ludzkiej.
- Dusza… - Byłem oszołomiony tymi informacjami. - Kosa wspominała coś o tym…
- Kto?
- Nasza koleżanka z grupy Hie… dziewczyn na lotniskowcu. Wzywała Pierwotnych, żeby uratowali dusze poległych czy coś takiego. Chwilę potem miała poważny wypadek, ledwo przeżyła, tyle jej przyszło z ich pomocy…
- Ciekawe… Niektórzy mówią, że przypadków nie ma, zresztą zastanów się: trafiła do szpitala i nie brała udziału w desancie. Dzięki temu uniknęła masakry…

Zamyśliłem się.

- Zgłosiło się ponad milion osób - podjął wątek Milioner. - W końcu mieli tylko postać chwilę w urządzeniu i wrócić do domu, a tylko ich kopie trafią do odległej galaktyki, gdzie zostaną na resztę życia. Po ostrej selekcji i testach odrzuciliśmy ponad połowę, pozostawiając dość jednolitą grupę z podobnymi poglądami. Równość dla wszystkich, braterstwo, odrzucenie wielu reguł rządzących życiem na Ziemi. Nowy, wspaniały świat!
- I co poszło nie tak?
- Drukarki 3D nie są idealne. W makroskali wszystko było w porządku, wzór istoty ludzkiej był idealny, ale po jakimś czasie zaczęły ujawniać się problemy. Najczęstszy to bezpłodność u kobiet, które rodzą się z ustaloną już ilością komórek jajowych i nie wytwarzają żadnych nowych w trakcie życia… Nieważne. Drugi najczęstszy to problemy z kończynami, niesprawne nogi, ręce… Podejrzewaliśmy problemy przy kopiowaniu sieci neuronowej, ale pewności nie ma. Na początku nie miało to wielkiego znaczenia: ideały były silniejsze! Obserwowaliśmy planetę z orbity, debatując, czy już czas na jej zasiedlenie, no i pracowaliśmy wspólnie w naszych bazach na orbicie. Budowaliśmy kolejne, czerpiąc surowce z pasa asteroidów, starając się przy okazji budować również od podstaw nową społeczność… Wiesz, że w wielu ziemskich językach rzeczowniki i imiona kończące się na “a” oznaczają rodzaj żeński? Stąd nowa tradycja unikania nadawania imion żeńskich kończących się na “a” dziewczynkom, aby nie wtłaczać je w tradycyjne żeńskie role…
- Kiedy to prysło?
- Bardzo szybko. “Cóż może zmienić naturę człowieka”... - Dodał Milioner kwaśno. - Podział niby zaczął się od różnicy poglądów, w sensie czy zasiedlać planetę, skoro najwyraźniej inni przybysze już tam są, a konkretniej habitat Ekspedycji. Ale tak naprawdę powodem była dyskryminacja zdrowych, tych bez żadnych defektów, wobec ludzi, którzy mieli mniej szczęścia. Dość powiedzieć, po prostu nie pytając pozbawionej defektów większości, zebraliśmy się do lądownika i zaczęliśmy się osiedlać w tym czekającym na nas zielonym raju.
- Od jakiegoś czasu mówi pan “my”. Do tej pory myślałem, że chodzi o całą grupę Pionierów, ale teraz… Ile pan ma lat…?
- Czas obrotu tutaj różni się od tego ziemskiego, więc prostego porównania nie ma, ale około stu czterdziestu. Wliczając moje czterdzieści dwa na Ziemi, gdzie sfinansowałem urządzenie splątania kwantowego oraz skan wzorca. Pojawiłem się jako pierwszy, żeby zademonstrować, że wynalazek działa.
- Aha… Ale sto czterdzieści? Jakim cudem…?!
- Twarzą w twarz, sam tego chciałeś - dodał ze złośliwą satysfakcją.

Uspokoiłem się i zamilkłem.

- W każdym razie to był najwspanialszy czas. Budowaliśmy, tworzyliśmy, nawet współpracowaliśmy z orbitą, wysyłając im surowce. Poznawaliśmy tę niemal całkowicie pozbawioną fauny planetę… No i mnożyliśmy się. Na potęgę, zwiększając naszą liczebność.
- Aha…?
- Pierwsza kobieta poroniła dwoje moich dzieci. Dopiero następna dała mi syna, który urodził się bez rąk.
- Co?!
- Tak, dobrze słyszałeś - dodał lekko rozbawiony Milioner.
- Ech… Twarzą w twarz?
- Dokładnie.
- No to nie mogę się doczekać.
- Już niedługo. Krótko: szukałem lekarstwa dla siebie i dla niego. Ja i mój zespół nawiązał kontakt z Ekspedycją, nauczyliśmy się od siebie naprawdę wiele. Zaczęliśmy wdrażać tę wiedzę, niektóre pomysły zyskały popularność, jak użycie filamentu do drukowania, inne niekoniecznie i trzeba było się… Usunąć w cień… Poza tym konflikt z orbitą eskalował, część ludzi zaczęła bawić się w wojnę drukując sobie zabawki jak myśliwce i lotniskowce, po odcięciu ich od surowców orbita zrzuciła na nas piekło przy okazji rozbijając habitat Ekspedycji, którzy przestali się przejmować i podobnie jak my rozprzestrzenili po planecie wszędzie tam, gdzie im pasowało. Historia najnowsza w skrócie, resztę chyba znasz.
- Jeszcze Pierwotni…
- Ach, o nich będzie jeszcze krócej, bo sami niewiele wiemy. Ale to już może za chwilę… Może lepiej wstań. Chyba już wiesz, kogo możesz się spodziewać…?
- Chyba tak.

Podniosłem się z lekkim trudem. Brak ręki doskwierał.

Szczęknął zamek drzwi z wyłączonym teraz ekranem. Mogłem je pchnąć i wejść.

- Śmiało.

Pchnąłem je i zobaczyłem małą, słabo oświetloną skalną grotę. Jej wylot wypełniała pionowo ściana filamentu, która falowała lekko. Wtedy z jej powierzchni zaczęła wyłaniać się ludzka sylwetka - w miarę wysoki, szczupły mężczyzna; w sile wieku, z krótką brodą. Czarna powierzchnia jego twarzy i ubrania była gładka i odbijała słabe światło pod różnymi kątami. Wyłonił się niemal całkowicie z czarnej ściany i teraz widziałem, że na plecach miał płaszcz, podpierał się laską i utykał na prawą nogę.

Jego twarz i umieszczone w niej świdrujące mnie oczy, choć bardziej przypominały metalowy posąg, były dla mnie dostatecznie wyraźne nawet w tym słabym świetle.
Przełknąłem ślinę.

- I jak? Rozumiesz już, po co były te pochody i przygotowania?
- Tak. Dzięki temu jest mi łatwiej uwierzyć w to, co widzę.
- No właśnie. - Mężczyzna uśmiechnął się ze zrozumieniem. - Chciałeś wiedzieć o Pierwotnych…
- Tak, załatwmy to szybko.
- Pierwotni mieszkańcy tej rajskiej planety dalej tutaj żyją, ale… trochę obok. W jakimś sąsiednim układzie współrzędnych.
- Dlaczego nas tu zaprosili?
- Co proszę? - Milioner wyraźnie się zdziwił. - Ach, oni prawdopodobnie nie wiedzą, że istniejemy, a przynajmniej większość z nich. Ekspedycja próbowała mi to tłumaczyć, ale jeszcze tak wiele nie rozumiem… Choć pewne rzeczy są całkiem ciekawe. Czy wiesz, że istnienie naszego wszechświata opiera się na regułach tak specyficznych i kruchych, że wystarczy minimalna zmiana jednej z wartości i wszystko przestanie istnieć, a my nawet nie będziemy tego świadomi? Może fala nieistnienia właśnie pędzi przez przestrzeń kosmiczną ku nam…
- To znaczy?
- To znaczy coś takiego. - Milioner pstryknął palca





































































- Co to było?!
- Ot, taka sztuczka, nie przejmuj się. - Odpowiedział Milioner z uśmiechem. - Ekspedycja mi wyjaśniła. Pierwotni są zdolni do dużo poważniejszych ingerencji i aktualnie znajdują się… gdzieś indziej, wraz z dobrodziejstwem inwentarza.
- Z czym?
- Ze swoim superkomputerem, bo to on według moich podejrzeń tworzy tę całą sytuację.

Niezrozumienie  musiało być wypisane na mojej twarzy.

- No dobrze, pisane na Ziemi science fiction eksplorowało również ten koncept już zetki lat temu i wydaje mi się, że to było właśnie tak… Pierwotni musieli stworzyć urządzenie, superkomputer, który może zmieniać nasz wszechświat jak tylko chce. Prawdopodobnie podlega trzem prawom robotyki, bo twórca samodzielnie myślącej, wszechmocnej maszyny musi jej wmontować jakieś zabezpieczenia. I ten boski superkomputer zaczął tworzyć im raj, przy okazji eliminując wszystkie możliwe zagrożenia, jak na przykład inne cywilizacje, stąd te tunele w czasoprzestrzeni sięgające zarówno na Ziemię, jak i ku planecie Ekspedycji…
- Ale… nic złego nam nie zrobiły?
- To świadczy o tym, że Pierwotni nie są tak głupi jak my z zapewnieniem nudnego dostatku wszystkim: zrozumieli dostatecznie wcześnie, że raj jest niemożliwy.
- Dlaczego?
- W dużym uproszczeniu: im czegoś jest więcej, tym mniejszą ma wartość. Albo inaczej: twój mózg przyzwyczai się do pozytywnych bodźców i będziesz ich potrzebował coraz więcej, by cokolwiek poczuć. Jeśli superkomputer zapewni ci wszystkie dobra materialne i wieczne życie, to praca i wysiłek stracą wszelkie znaczenie. Zostanie tylko nuda i beznadzieja. Przypuszczam, że ta cecha łączy wszystkie trzy cywilizacje, które tu się znajdują, mimo tak wielkich różnic.
- A jest więcej cywilizacji?
- Gdzieś pewnie tak, ale nic mi o nich nie wiadomo. W każdym razie: podejrzewam, że wśród Pierwotnych jest frakcja, która hamuje tworzenie totalnego raju, stąd taka sytuacja, a nie inna. Zresztą jej symbolem jest nasze drugie słońce…
- Tak?
- Nasza rajska planeta krąży wokół jednej gwiazdy, ale słońca mamy dwa. Druga gwiazda… tkwi nieruchomo w przestrzeni kosmicznej, prawie nie ma grawitacji, po prostu jest. Jej istnienie można wyjaśnić tylko działaniem Pierwotnych, to największe świadectwo ich mocy. I jeszcze jedno: ta gwiazda od czasu do czasu robi się ciemniejsza, ale potem wraca do normalnej jasności.
- Co to może znaczyć?
- To chyba odzwierciedlenie konfliktu między frakcjami Pierwotnych. Wiem jedno: jeśli ta gwiazda stanie się czarna, to pewnie przestaniemy wtedy istnieć, bo zwolennicy raju wygrali. Ale na razie nic na to nie wskazuje.
- Aha… A ten inny konflikt, z Ekspedycją?
- No właśnie: mogliby wymazać ich w nanosekundę, a tego nie robią. Ekspedycja teoretycznie może rozepchać wszechświat filamentem, a tego nie robi. Trzymają się nawzajem w szachu i walczą innymi sposobami i w innych wymiarach… Zazwyczaj… To chyba spór etyczny lub filozoficzny… My, ludzie, nie dysponujemy takimi mocami i możemy tylko stać obok i próbować się uczyć. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. - Milioner uśmiechnął się, ściana filamentu za nim zafalowała łagodnie. Patrzył na mnie wyczekująco.
- Pana syn… Nazywał się Xavier?
- No i po co te podchody? - Napomknął mnie łagodnie Milioner. - Ale tak, to był mój Xavier.

Odetchnąłem głęboko. Przetrawienie tego ogromu informacji w tak krótkim czasie było niemożliwe, a to przecież był fakt najważniejszy. Myśl człowieku, myśl! O co mu może chodzić?

- Po co ta cała skomplikowana opowieść?
- Żebyśmy wiedzieli mniej więcej to samo. Żeby cię przygotować na spotkanie ze mną. Żebyś opowiedział mi wszystko, co wiesz, tak jak ja właśnie opowiedziałem tobie.
- To nie jest jakaś zbieżność imion, niesamowity przypadek…?
- Przypadki? Co najwyżej ciekawe wzorce. Mówiliśmy o tej rannej dziewczynie od ratowania dusz, a przecież to dotyczy też ciebie bezpośrednio! Nie mów, że nie zauważyłeś…
- Ech…
- No śmiało! Jak nazywa się ta planeta?
- No, rajska planeta… Eden.
- Twoja kole- to znaczy żona to…?
- Eve.
- A ty jak masz na imię?
- … Adam.
- I kim ja jestem?
- Moim dziadkiem.
- No widzisz! A teraz… Opowiesz mi wszystko, całe swoje dzieciństwo na statku oraz wszystko, co robił Xavier, aż do samego końca. Większość znam, więc nie musisz tego przede mną ukrywać. Chcę poznać tylko kilka brakujących szczegółów.

Wziąłem krzesło i po raz pierwszy w życiu opowiedziałem komuś całą prawdę.