niedziela, lutego 01, 2026

15. Milioner

 


Stałem przed wrotami Milionera dużo wcześniej, niż dziewiąta - w końcu mnie i wielu innych kadetów ulokowano w budynkach przystani, skąd miałem do umówionego miejsca tylko kilka minut spacerkiem. Hieny ulokowano w kilku wolnych pomieszczeniach laboratorium, a resztę gdzie tylko się da. Gdybyśmy nie mieli wypływać za kilka dni, to nie wiem, jaki plan administracja Sopla miała na długotrwałe zakwaterowanie wszystkich, skoro już teraz był problem z mieszkaniami, i to podobno spory.

Siedziałem tak na gołej skale tuż obok wrót, czekając na spotkanie. Musiałem przyznać przed samym sobą, że byłem mocno zestresowany. Przyzwyczaiłem się do uporządkowanego życia na lotniskowcu, obowiązkowych treningów, pracy z Eve, z którą świetnie się rozumieliśmy. Właściwie to w tej chwili zaczęło mi jej trochę brakować, tak sobie właśnie uświadomiłem. Wczorajszy dzień był bardzo długi, cała ta wycieczka może miejscami się dłużyła, ale tak dużo się dowiedziałem o Soplu i zrozumiałem tak wiele. Natomiast teraz po prostu czekałem na coś nieznanego i co dotyczyło bezpośrednio mnie. I co najgorsze, miałem czas myśleć.
Zacząłem powoli obracać małe kamyki w palcach protezy i kruszyć je na proszek - cokolwiek, byle tylko czymś się zająć.

- No cześć - znienacka pojawiła się przede mną Eve.
- O, witam cię - ucieszyłem się na jej widok. - I jak tam?
- Do bani - odpowiedziała ze skwaszoną miną. Była taka od wczoraj z powodu dogryzającej jej Doktorki, ale zdziwiłem się, że jej jeszcze nie przeszło.
- A co się stało? Coś z kwaterami? Z Kenem może… - Pieska nigdzie nie było widać.
- Nie, tu wszystko w porządku, a Ken został z dziewczynami. Ale musiałam jechać kolejką razem z nią… - Znowu się skrzywiła i pokazała palcem w głąb jaskini.

Biegała tam dziewczyna ubrana w wysokie buty, krótkie spodenki kończące się nad kolanami i grubą, szarą kurtkę z długimi rękawami i wysokim kołnierzem. Włosy koloru ciemny blond miała upięte po bokach głowy w dwa warkocze, była niewiele wyższa od Eve. Podbiegała do kadetów, o coś ich pytała, chwytała za ręce. Gestykulowała żywo i chyba próbowała się przytulać.

- Kto to jest?
- Jakaś wariatka. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. W wojsku szybko postawiliby ją do pionu.

Spróbowałem skierować rozmowę na inne tory, aby nieco polepszyć atmosferę.

- Dziś Doktorka zabiera was do stoczni, prawda? Monter nie mógł się zamknąć na ten temat, ty chyba też idziesz…?
- Nie.
- No okej, ale znowu chcesz ją drażnić, jak wczoraj w szatni?
- Uzgodniliśmy to.
- Aha…
- O trzynastej mamy do niej przyjść.
- Tak? Nie dostałem powiadomienia…
- Miałam ci przekazać.
- Okej…

Eve była, niecharakterystycznie dla niej, mocno skwaszona. Czyżby szalona dziewczyna z kolejki ją tak wkurzyła? Albo miało miejsce kolejne spięcie z naszą mentorką? Może później wróci jej humor na tyle, że będzie można sensowniej porozmawiać. Bo chyba nie złości się na mnie…

Z rozmyślań wyrwał mnie kobiecy głos, który wczoraj słyszeliśmy w gorących źródłach.

- No witam, skarbeńki! - Lily, tym razem z rozpuszczonymi włosami, no i w ubraniu, pojawiła się na stacji. Pomachała do nas, odmachałem jej nieśmiało, natomiast Eve założyła ręce na piersi i taksowała przybyłą kobietę wzrokiem.

Ta była ubrana w ciasne spodnie i sweter, które razem wyglądały jak jednoczęściowy uniform i może właśnie nim były - wrażenie potęgował fakt, że całość miała jednolity, ciemnobrązowy kolor. Przez ramię miała przewieszoną średniej wielkości prostokątną torebkę i teraz szła ostrożnie ku nam, schodząc z gładkiej drogi i starając się nie przewrócić na kamieniach. Do wrót Milionera nie prowadziła żadna konkretna ścieżka.

- Jak tam, nie zmarzliście? W tej jaskini zawsze robi mi się zimno nie powiem w co, ha ha! - Klepnęła ręką o moją pierś. - A ty, koleżanko, co taka skrzywiona dzisiaj? - Z uśmiechem skierowała pytanie do Eve.
- A, takie tam. Możemy zaczynać? Już prawie czas.
- Jak najbardziej, ale tylko ten młody mężczyzna może wejść. - Położyła mi rękę na ramieniu. - Ty zostajesz tutaj. - Dodała zaskakująco surowym głosem.

Spojrzałem przepraszająco i wzruszyłem ramionami. Dość powiedzieć, że humor Eve się od tego nie polepszył.


Lilitu wyciągnęła ze swojej torby klockowate urządzenie z klawiaturą i słuchawką. Wystukała jakąś kombinację, uważając, żebym nie podglądnął, i przyłożyła słuchawkę do ucha. Po chwili kiwnęła głową i schowała urządzenie. Wrota zaczęły się rozsuwać, za nimi znajdowało się jasno oświetlone pomieszczenie wyłożone jasnoszarymi płytkami. Weszliśmy do środka i zatrzymaliśmy się. Na przeciwległej do wejścia ścianie były kolejne drzwi, tym razem mniejsze i miały słuchawkę podobną do tej na urządzeniu Lilitu, jak również ekran, który był wyłączony. Przed drzwiami usadowione było krzesło.

- Usiądź proszę i poczekaj - Powiedziała łagodnie Lily i skierowała się do wyjścia. Po chwili wrota zasunęły się za nią, równie cicho i szybko, jak się otworzyły.

Siedziałem tak chwilę przed czarnymi drzwiami, gapiąc się w lśniącą słuchawkę, a wyłączony ekran odbijał moją sylwetkę. Nie miałem pojęcia, jak długo mam tu siedzieć.

- Witam cię, młodzieńcze - ze słuchawki wybrzmiał męski, pewny głos. Ekran pozostał wyłączony.
- Witam - odezwałem się i skłoniłem, choć nie miałem pojęcia, czy rozmówca w ogóle mnie widzi.
- Nazywają mnie “Milioner”.
- Eee… a mnie “Kot”. - Uznałem, że to właściwy sposób na kontynuację rozmowy.
- Że jak? - Zdziwił się na głos. - Ha ha, to całe wojsko! - Zaśmiał się.

Nie tak sobie wyobrażałem tę rozmowę.

- I nikt nie mówi ci po imieniu?
- No, nie… Wolę przezwisko… - Podrapałem się w zakłopotaniu po głowie.
- O? A to dlaczego? Coś się stało?
- Dużo się stało. - Milioner najwyraźniej miał zamiar zadawać pytania dużo bardziej prywatne niż spoglądająca chciwie na moją protezę Doktorka, która bardzo się z nimi hamowała, żeby mnie nie spłoszyć. Dobrze to widziałem i wiedziałem, jak ją rozegrać. Natomiast nie miałem pojęcia, do czego zmierza ten cały Milioner i czego, do cholery, ode mnie chce.
- Opowiesz mi o tym?
- Nie.

Zapadła cisza.

- No w sumie… - Podjął Milioner. - Jest to pewne rozczarowanie, ale z drugiej strony powinienem był tego oczekiwać…
- Niby dlaczego?
- Jeśli nie masz ochoty grać w otwarte karty, to ja nie będę się narzucał - głos zaśmiał się kpiąco. - Ale na pytania o twoje życie na lotniskowcu mi odpowiesz?
- To raczej mogę zrobić.
- No i świetnie! To zacznijmy: czy pracujesz tam dużo? Jak byś siebie ocenił?
- Pracujemy cały czas: śniadanie, obowiązkowe treningi, programowanie z Eve… To taka kadetka, ona zna się na językach… Często poza obowiązkowe godziny.
- Lubisz to?
- Tak.
- A ta Eve, lubisz ją?
- Tak.
- Czy zastanawiałeś się, co byś robił poza wojskiem? Gdyby nie było wojny?
- Nie. Chociaż…
- Chociaż?
- Eve parę razy wspominała o tym. Nie wiedziałem, co jej wtedy odpowiedzieć. Nie myślałem o tym.
- Czujesz się bezpiecznie w wojsku? Na tym lotniskowcu?
- Tak.
- To programowanie cię wciąga, dlaczego tak jest?
- Bo… to jest coś przydatnego, robimy rzeczy, z których ludzie korzystają, jak systemy komunikacji, zresztą jesteśmy za to chwaleni…
- Dobrze, chyba już mamy. Wiesz, na Ziemi, w czasach Pionierów popularność zdobyła pewna teoria filozoficzna…
- Ja nie mam pojęcia o filozofii.
- W wojsku nie uczą tego? No co za niespodzianka… - Podsumował sarkastycznie Milioner. - Ale pewien ziemski filozof użył ciekawego porównania i spróbuję ci je przedstawić, bo kiedyś mocno przemówiło do bardzo wielu ludzi. Wiesz, jak wygląda takie zwierzę, jeleń?
- Widziałem slajdy. Taki z dużymi rogami.
- No dokładnie. Jeden gatunek tego jelenia, jeleń olbrzymi, żył na Ziemi tysiące lat temu, a jego poroże miało rozpiętość jakichś czterech metrów…
- To bardzo ciekawe, ale…
- Spokojnie, daj mi chwilkę. Ten jeleń olbrzymi dzięki temu porożu mógł walczyć z innymi, to była de facto jego broń, tak więc ewolucja promowała większe, cięższe poroża. Aż w końcu poroże stawało się zbyt ciężkie, jeleń olbrzymi nie mógł swobodnie się poruszać i uciekać przed nowym, bardzo wrednym drapieżnikiem, jakim był człowiek pierwotny. Jak na razie wszystko jasne?
- Tak.
- Ewolucyjnie rodzaj ludzki wykształcił… samoświadomość. Na Ziemi człowiek to jedyny gatunek, który ma tak rozwinięte myśli na temat celu własnego istnienia, sensu życia, śmierci. Zadaje sobie pytania, na które nie istnieje satysfakcjonująca odpowiedź. Czuje się nieszczęśliwy, bo ta świadomość go przytłacza… Niczym przesadnie rozrośnięte poroże jelenia olbrzymiego.
- To jest jakaś interpretacja, ale co z tego? Skoro tacy jesteśmy, to musimy sobie z tym radzić, Prawda? Cóż może zmienić naturę człowieka? - Przytoczyłem, trochę bezmyślnie, usłyszany wczoraj tekst Doktorki.
- Tyle razy słyszałem to pytanie i niezmiennie mnie ono denerwuje. - Odpowiedział trochę zimno Milioner. - Zawsze mam ochotę odpowiedzieć: a jak zdefiniujesz naturę człowieka, czym ona jest, co uwzględnia? To jest takie pretensjonalne pytanie, które tak bardzo spłyca zagadnienie…
- No dobra, przepraszam, ale jaki to wszystko ma związek ze mną, z nami tutaj?
- W sumie to żaden, ale chciałem wprowadzić cię w to, jak ludzie radzą sobie z tym problemem. Według wspomnianego już filozofa człowiek poświęca bardzo dużo czasu i energii, by tę swoją świadomość przytłumić. Izolacja od informacji, zajmowanie uwagi czymś innym, albo sublimacja: przekierowanie swoich popędów na coś akceptowalnego… Pionierzy zresztą wybrali właśnie oddanie się eksploracji, odkryciom, pracy…
- No i?
- No i to wszystko widać u ciebie bardzo wyraźnie. Ciąży ci wielka świadomość czegoś, od czego uciekasz na przykład w pracę, czy też bardziej zabawę z tą twoją koleżanką, bo nie chcesz zadawać sobie pytań. Zaprzeczysz?
- Nie ma sensu zaprzeczać. - Podchody Milionera były oczywiste. - Ale po pierwsze: nie trzeba do tego jakiejś dawnej, ziemskiej filozofii, by to stwierdzić! Powiedziałem to już panu zaraz na początku rozmowy! Poza tym, jak sam pan powiedział, to nie jest nic wyjątkowego u ludzi, na przykład jedna z kadetek wierzy w istnienie duszy i praktykuje, za przeproszeniem, religię…
- O proszę! - Usłyszałem ożywienie w głosie Milionera. - Wiara w istnienie duszy, kolejna bardzo popularna rzecz na Ziemi, ale niekoniecznie tutaj. Zresztą nie bez powodu… Ale moment, ta religia… W co konkretnie wierzy twoja koleżanka? To znaczy domyślam się, ale to chyba możesz mi powiedzieć?
- W Skurwieli. To znaczy w Pierwotnych.
- “Skurwieli”? Ha ha ha! No całe wojsko po prostu! A taką ładną nazwę im nadałem, EPM, Emanacja Pierwotnego Mieszkańca… Wojsko jest takie głupie, że aż zabawne… Do czasu… Wierzy w to ktoś jeszcze?
- No, kilka innych Hien…
- Przepraszam, kto? “Hieny”?
- No, tak nazywamy czasem nasze koleżanki…
- Ale dlaczego? Skąd to się wzięło?
- No bo na wykładach mówili kiedyś, że samice hien są umięśnione i że mają, no, ten tego…
- Ha ha ha! Moment, to bardzo nieładnie wobec koleżanek, nie wypada się śmiać… Z drugiej strony, to przecież wojsko…

Udało mi się naszą nomenklaturą wprowadzić prawdopodobnie niezwykle inteligentnego i potężnego człowieka w zakłopotanie. Poczułem coś w rodzaju dumy.

- No dobrze. Pogadaliśmy sobie, ale niewiele z tego wyniknęło. Jak już mówiłem, nie grasz w otwarte karty.
- Pan też nie. Nawet nie stanął pan przede mną osobiście.
- No… tu mnie masz, przyznaję. Naciskałem cię trochę, ale wiesz, czego chcesz w najbliższej przyszłości i trzymasz się tego, jest to dla mnie jasne. Powiem ci tyle: dokładnie wiem, kim był twój ojciec i mam dość dobre pojęcie, czym się zajmował.
- Nie ma pan.
- I właśnie chciałem poznać od ciebie szczegóły - ciągnął niezrażony Milioner - ale rozumiem, że nie jesteś gotów o tym mówić. Zapamiętaj: gdy przejdzie ci ochota na zabawę w wojsko, gdy zmienią ci się priorytety, to wróć tu do mnie, a porozmawiamy na poważnie: opowiem ci o Pionierach, Ekspedycji i Pierwotnych i nawet o protezach, a przynajmniej tyle, ile sam wiem. I tak, spotkamy się twarzą w twarz. Ty w zamian opowiesz mi każdy szczegół, który zapamiętałeś, choć jak zgaduję, większość chcesz zapomnieć. Jeszcze tylko kilka rzeczy: mówił ci o paradoksie Banacha-Tarskiego?
- Trochę.
- O splątaniu kwantowym?
- Nie.
I-  jeszcze jedno… wybacz tę osobistą ciekawość, ale muszę zapytać: tu parles français?
- J’en ai appris un peu avec ma mère.
Ha ha ha! Ona! … Przepraszam.
Nie ma za co. - Odpowiedziałem ze skwaszoną miną. Milioner wiedział tak dużo.

***

Wrota Milionera zasuneły się cicho za mną. Byłem skołowany i czułem się, jakbym właśnie wyszedł z innego świata. Miałem miękkie nogi, musiałem ostrożnie stąpać po kamieniach. Oczywiste było, że Milioner wiedział o mojej przeszłości więcej niż ktokolwiek inny i owszem, chciałem wiedzieć dlaczego, ale nie na tyle, by zacząć mówić o przeszłości. Po prostu nie.

Eve podniosła się na mój widok i otaksowała mnie wzrokiem.

- I jak? W porządku? - Spytała niepewnie.
- W miarę. Bywało gorzej.
- Widziałeś go? Czy tam ich?
- Nie, gadał przez głośnik.
- O co cię pytał?
- Takie tam, proteza, różne rzeczy. Uczepił się tego niczym Doktorka, to chyba też był jakiś naukowiec.
- Aha.

Eve patrzyła na mnie w milczeniu, jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła tego z siebie wydusić. Gdy już-już miała coś powiedzieć, przerwał nam dziewczęcy głos.

- No cześć, chłopaki! Może wy mi pomożecie? Bo reszta to jakieś miękkie pały, i to dosłownie… - Wykonała gest ściskania ręką.

- Odwróciliśmy się oboje. Właśnie szła do nas po kamieniach dziewczyna w kurtce, ta wariatka, która tak mocno wkurzyła Eve.

- Słuchajcie, jest sprawa… Romi jestem, tak w ogóle. Mówią na mnie Rąbnięta, Wariatka, albo jeszcze gorzej, gdy myślą, że nie słyszę. Ale o co chodzi: czy znacie kogoś, kto przyjmuje na statek?
- Na okręt - poprawiłem odruchowo.
- No tam na okręt. Chcę płynąć z wami, chcę walczyć! - Podniosła do góry zaciśnięte pięści. - Potrafię strzelać - rozsunęła poły kurtki, miała na sobie pas i dwie kabury z jakimiś pistoletami. Wyglądały bardziej jak jakieś zabawki, ale wolałbym nie przekonywać się na sobie, czy naprawdę potrafią strzelać.

Zerknąłem szybko na Eve, ale ona emanowała zimną wrogością wobec Romi i raczej nie chciała być częścią tej konwersacji.

- Nie masz szkolenia, nie przyjmą cię…
- A tam, pieprzenie - Romi wyciągnęła pistolety z kabur i zaczęła nimi sprawnie żonglować. - Chciałabym mieć większe dłonie… Bo mogłabym trzymać większe gnaty!
- My jesteśmy tylko kadetami…
- No nie bądźcie tacy… - Romi położyła mi palec wskazujący na klatce piersiowej i zaczęła zjeżdżać nim coraz niżej. - Powiedzieli mi, że znacie Kapitana i inne szychy, możemy pomóc sobie nawzajem… - Patrzyłem się na jej umizgi beznamiętnie. - A może ty, taki ładny i młody, chłopiec jeszcze… - Romi skierowała swoją uwagę na Eve i zaczęła się do niej zbliżać.
- Bierz te ręce, bo ci je połamię.

Zaskoczona Romi cofnęła ręce jak oparzona.

- Dziewczyna? To na was mówią, te, no, Hieny, bo podobno macie…
- Wynoś się stąd.
- Mi to nie przeszkadza - Romi uśmiechnęła się szelmowsko. - W Piątej jest takie fajne miejsce, jak popytasz, to mnie tam znajdziesz. - Powiedziała z błyskiem w oku.
- Nie będę powtarzać - Eve postąpiła krok do przodu.
- Ależ zadziorna, aż mnie to nawilża! - Romi prowokowała, ale też zaczęła się cofać, co było bardzo rozsądne z jej strony. - No nic, buziaki! - Posłała nam wyimaginowanego całusa i odwróciła się, zmierzając w kierunku kolejki.
- Pieprzona zdzira. - Syknęła Eve na tyle głośno, że Romi musiała usłyszeć.
- Przestać? Kiedy mi w duszy gra, lala-lalalalalalaaaa! - Zaczęła sobie śpiewać na  cały głos.

- Ona chyba coś bierze… - Stwierdziłem, gdy już była na stacji.
- Tak, do buzi marynarzom - burknęła Eve.
- Przepraszam, co?
- Przecież są te filmiki z nią, nie kłam mi, że ich nie oglądacie - teraz Eve zaczęła mnie oskarżać.
- Jakie filmiki? Gdzie?
- Wszyscy oglądają, jak ona… Oj nieważne! - Prawie tupnęła nogą ze złości. Chyba nigdy jej takiej nie widziałem.
- Co ci się dzieje?
- Nic mi się nie dzieje. - Wyciągnęła mobilkę. - Jedziemy do laboratorium.
- My? Po co?
- Doktorka chyba już wróciła ze stoczni. Ma dla nas zadanie.
- Niby mieliśmy mieć wolne, ale jasne, czemu nie. Wiesz, co będziemy robić?
- Tak, eksperyment. Anonsuję nas.

Eksperymentów to ja już przeżyłem wiele. Nie o każdym z mojego otoczenia mogłem to powiedzieć.

Z pewnym ociąganiem ruszyłem za Eve w kierunku stacji, powoli, żeby nie trafić ponownie na Romi.

niedziela, stycznia 25, 2026

14. Sopel


 

 

Stałem oparty o reling i rozmyślałem nad wydarzeniami ostatnich miesięcy. Doktorka chciała, żebym nie zatajał już nic przed nią, ale przecież nie powiem jej o spotkaniu z Omenem, bo pytaniom nie będzie końca. Nie obejdzie się też bez powrotu do wydarzeń z przeszłości, pewnie też dobierze się do mojej protezy. Mam przeczucie, że prędzej czy później i tak będę do tego zmuszony, ale oby jeszcze nie teraz, bo to są ostatnie rzeczy, o których mam ochotę komukolwiek opowiadać.
Całe te wielkie manewry też mnie prawie w całości ominęły - albo siedziałem w hangarze razem z Eve, gdzie spotkaliśmy Riko i później jej już nie zobaczyliśmy, albo w areszcie, i widziałem tylko zakończenie, które w praktyce przemknęło mi przed oczami. To zresztą nie były już manewry, a prawdziwe działania wojenne.

Obecnie płynęliśmy na Sopel celem uzupełnienia zasobów, reorganizacji i przygotowania się do “najważniejszej akcji tej wojny”. Zapasy do pozostałych okrętów grupy uderzeniowej dostarczały na bieżąco mniejsze statki i okręty, ale “Arka” była zbyt duża i konieczne było zbliżenie się do bazy. Przeważająca większość kadetów wychowała się też w tamtejszym sierocińcu, więc była to dobra okazja do paru dni wolnego i odwiedzenia miejsca, które było dla nich domem. Ja i na przykład Derpi nie pochodziliśmy stamtąd, dlatego byliśmy ciekawi, jak ta baza w ogóle wygląda.

Przy relingach pojawiało się coraz więcej osób, każdy chciał zobaczyć ten moment: chwilę, gdy wypływamy z oceanu czarnej mazi na normalne wody.
- Kurwa mać, ale wieje - z moich rozmyślań wyrwało mnie pojawienie się Doktorki, w towarzystwie Gigi i Eve trzymającej Kena. Wszystkie były ubrane w czarne kombinezony z hełmami; ja zresztą też, zapewniały świetną ochronę termiczną i dlatego nawet nasza mentorka też zdecydowała się taki ubrać.
Zbliżamy się do bieguna północnego, inaczej nie będzie - mruknęła Gigi, reagując na bądź co bądź trafną uwagę swojej przełożonej.
- Te skafandry byłyby całkiem wygodne - Doktorka kontynuowała, niezrażona postawą podopiecznej - gdyby nie trzeba było wkładać tych rurek, potem je trzeba czyścić, bo będą śmierdzieć…
- Proszę pani! - Tym razem to Eve zareagowała.

Derpi i Monter, a nawet Gamoń i Młotek stanęli obok nas, bo też wyszli zobaczyć, jak lotniskowiec opuszcza czarny ocean i wypływa na okołobiegunowe wody. Wszyscy byli ubrani w kombinezony i hełmy, zapewniające ochronę przed zimnem. Maź nie rozprzestrzeniała się po najzimniejszych regionach, widocznie to były warunki niesprzyjające dla… jak Omen to nazwał? “Habitatu”?


W końcu przekroczyliśmy tę barierę, czarna maź kończyła się jak nożem uciął. Po chwili “Arka” znacznie przyspieszyła, gdyż napęd nie musiał już mielić gęstszej niż woda mazi.

Niedługo potem na horyzoncie pojawiła się krępa sylwetka okrętu… a może statku?

- To nasz “Guren”, lodołamacz! - Podekscytował się Monter. Pomalowany na ciemnoczerwono kadłub był widoczny z daleka, podobnie jak jaskrawozielone lądowisko dla helikopterów.

Dało się usłyszeć lekkie poruszenie, bo oto Kapitan i kilku oficerów właśnie wsiadało do windy prowadzącej na górny pokład. Starali się ją otaczać i zasłaniać, ale i tak widzieliśmy jasny kombinezon i drobną sylwetkę Riko - nawet nie wiedziałem, że jest na “Arce”! Nie tylko Eve, ale też i Derpi wykonali jakieś nerwowe ruchy.
- Kto to jest?! - Spytał mój kolega. Popatrzyłem na Doktorkę błagalnie.
- Nasz gość specjalny. Nie przejmuj się tym. - Ucięła.
Derpi tylko poprawił hełm na głowie i nic więcej nie powiedział.

Gdy helikopter zaczął wracać, Doktorka wezwała naszą grupę do windy.
- Teraz nasza kolej. Miałam was tam zabrać miesiące temu na “Meteorze”, no ale wyszło jak wyszło. Resztę kadetów do Sopla będą transportować mniejsze statki i okręty dowożące zaopatrzenie, żeby nie było pustego przebiegu, no ale oni muszą jeszcze poczekać. Większość z was stamtąd pochodzi, ale Kotuś i Derpi nie, dlatego to świetna okazja by im pokazać to miejsce, a i wy zobaczycie, co się zmieniło przez te lata. Taki jest plan przynajmniej… Tędy, proszę wycieczki! - Przywołała nas gestem ręki.

Helikopter zabrał nas na lodołamacz. W przeciwieństwie do załóg okrętów, ci z “Gurena” byli do nas życzliwie nastawieni, wydawali bojowe okrzyki gdy schodziliśmy z lądowiska, jeden mężczyzna nawet poklepał mnie po plecach. Nie tego się spodziewałem, ale nie mówię nie.
Zaprowadzili nas pod pokład i poczęstowali ciepłą zupą, dużo smaczniejszą od tego, co nam serwowali na “Arce”. Tam były głównie rzeczy bez smaku, “by zapewnić odpowiednią ilość białka”. Podróż miała jeszcze trochę potrwać, dlatego siedzieliśmy pod pokładem, w ciepłej kajucie, i po raz pierwszy od długiego czasu nie mieliśmy nic do roboty.

- Sopel istnieje już od dawna, ale chyba tylko sam Milioner wie, od kiedy dokładnie. Pozwolił tam założyć stację badawczą nad wirusami… - Zaczęła Doktorka.
- Ale moment - przerwał Derpi - kim dokładnie jest ten Milioner?
- Tego nikt za bardzo nie wie - Doktorka próbowała się podrapać po metalowym czole. - Nikt nigdy go nie widział. Moim zdaniem to są oni, jakaś enklawa żyjąca za zamkniętymi drzwiami, i to dosłownie. Wiecie, Pionierzy mieli różne pomysły, zanim życie je zweryfikowało… Komunikują się albo za pomocą wybranych przedstawicieli, albo przez głośniki w zamkniętych drzwiach. Stację założył lider Pionierów, zwany Milionerem właśnie, musieli dołączyć potem do niego inni i to wszystko rozbudowywać, ale nie komunikowali się ze światem zewnętrznym.
- A później? - Zapytałem.
- Parędziesiąt lat temu przybył tam statek badawczy i poprosił o miejsce na bezpieczne badanie wirusów, bakterii i tak dalej.
- Czy to był “Meteor”? - Miałem przed oczami sterany rejsami statek z dźwigiem.
- Nie, jeszcze starszy.
- A to pamiętam - wtrącił się Derpi. - Przypływali na nim wykładowcy, ale już od miesięcy ich nie było. - Co się z nimi stało?
- Umarli.
- Co?!
- Wirus, który badali, zainfekował tam wszystkich i dla bezpieczeństwa wypłynęli możliwie najdalej od Sopla. W końcu kontakt radiowy umilkł, a statek zaczął dryfować, nie widzieliśmy sensu w sprawdzaniu dokładnie. Zbombardowali krypę i poszła na dno. Ryzyko zawodowe.

Wszyscy zamilkli, przejęci nie tylko losem badaczy, ale też zimnym pragmatyzmem.

- Czy będziemy mogli odwiedzić sierociniec? - Spytała Eve.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo już go nie ma, przynajmniej takiego masowego jak wasz. Prawie wszystkie sieroty, które zdołały dotrzeć po bombardowaniu na Sopel, trafiły na “Arkę”.
- A nasze koleżanki…?
- Zostały na Soplu, by rodzić dzieci. No co tak na mnie patrzycie! - Doktorka zwróciła się z pewnym wyrzutem do Eve i Gigi. - Nie moja decyzja. Każda samica… to znaczy każda kobieta zdolna do porodu bez szkody dla własnego zdrowia fizycznego i psychicznego przyda się na Soplu. Sama urodziłam dwójkę, czyli wymagane minimum…
- Eee?! Co? Jak?
- Gremlinku, chyba nie muszę ci tłumaczyć, skąd się biorą dzieci? Eve też raczej wie, biorąc pod uwagę jej…
- Proszę pani!
- Ale, tego… ojciec?
- Raczej strzykawka. Mi jest szkoda czasu na bzdury, więc wybrałam inseminację domaciczną i urodziłam obowiązkowe minimum, żeby mieć potem spokój.
- A… gdzie one teraz są? Kto się nimi opiekuje?
- W przedszkolu, albo może już w szkole. Zajmują się nimi natalki, porządnie wychowają moje córki.
- Natalki?
- Są dobre w byciu rodzicami i nauczycielkami, mają swoją pracę, a ja mam swoją. Logiczna sprawa. Mój ojciec miał z tym pewien problem, ale to człowiek starej daty.

Cisza, która zapadła, była jeszcze dłuższa niż poprzednio. Nawet Doktorka uznała za stosowne nie kontynuować tego tematu.

- A co jeśli… - Odważyłem się przerwać tę gęstniejącą atmosferę. - Jakaś kobieta… może, ale nie chce rodzić dzieci?
- Jeśli ewaluacja psychiatryczna wykaże, że byłaby z tego większa szkoda niż pożytek dla potencjalnej mamy, to z przymusu nic dobrego nie wyniknie. Dokładnych statystyk nie znam, ale odsetek takich przypadków jest niski, a dla każdego praca się znajdzie… Aha, skoro zacząłeś ten temat, to był taki ciekawy przypadek, mówili na nią Piratka… Szalona kobieta, której nie powierzyłabym metalowych kulek pod opiekę, a co dopiero dziecka.
- Piratka? Coś słyszałam, porwała sporo cennego sprzętu i uciekła sama małą łodzią na ocean? - Podjęła Eve.
- Tak, podobno do dzisiaj gdzieś tam krąży, czasem podobno ją ktoś tam zobaczy na horyzoncie… Według mnie to raczej bzdury, ale pewności nie mam. W sumie po tym zdarzeniu trzeba było skorygować trochę politykę rodzinną… A ty, Kotuś, co taki zmartwiony?
- Eee… Czy wie pani, jak ta Piratka miała na imię?
- Mistral.

Tak bardzo żałowałem, że podjąłem ten wątek i postanowiłem się już do końca podróży nie odzywać. Im mniej na ten temat, tym lepiej.

***

- Chodźcie! - Rozentuzjazmowani marynarze lodołamacza wezwali nas na pokład. - Zbliżamy się!

Trochę szkoda było opuszczać ciepłe wnętrze, ale z drugiej strony to była wyjątkowa okazja. Wyszliśmy na podkład, by zobaczyć to, co było na horyzoncie pod kłębami ołowianych chmur. Zobaczyłem gigantyczną skorupę lodową, w którą tu i ówdzie powbijane były tungstenowe pręty, niezdolne ją przebić. Wzrok przyciągały dwa ziejące czernią tunele w lodzie, prowadzące do leżących za nimi jaskiń - naturalne formacje, które zostały poszerzone i wzmocnione przez przybyłych tu ludzi. Jedna jaskinia była stocznią, druga stanowiła przystań prowadzącą do doków i dalej do poszczególnych sektorów bazy. Większość mężczyzn pracowała tam przy drążeniu nowych tuneli i pomieszczeń.

Eve oparła się o reling tuż obok mnie.
- Poznałyście się z Gigi w sierocińcu? - Spytałem.
- Nie do końca, znałyśmy się z widzenia, ale byłyśmy w osobnych grupach… Ale w szpitalu leżałyśmy na tej samej sali i jakoś tak się zaprzyjaźniłyśmy. Potem razem trafiłyśmy na “Arkę”...

Przyczyny tej, delikatnie mówiąc, niechęci Gigi wobec mnie teraz stały się jasne - z jej punktu widzenia wszedłem pomiędzy nią a koleżankę z dzieciństwa. Gigi właśnie regulowała swoje okulary w cienkich oprawkach, aby zrobić zbliżenie na wlot jaskiń, albo na powbijane pręty. W sumie zastanawiałem się, po co jej były okulary, skoro wzrok zazwyczaj korygowało się prostym zabiegiem - teraz dopiero to zrozumiałem. Ile człowiek jest w stanie zauważyć rzeczy, gdy ma czas spokojnie się nad nimi zastanowić.

Zaczęliśmy wpływać do tunelu. Jego wlot był podpierany potężnymi łukami z czarnego metalu - skała i lód mogły tworzyć naturalne formacje, ale po co ryzykować zawalenie się. Patrzyłem w górę na te łuki i plątaniny rur i kabli i uświadomiłem sobie, że już to kiedyś widziałem, dawno temu, w dzieciństwie. Czy byłem kiedyś na Soplu? Najwyraźniej musiałem być, wtedy…
Nie. Za dużo ostatnio myślałem o przeszłości, czyli dokładnie to, czego nie chciałem robić. Niestety nie dawało się od tego kompletnie uciec.


W końcu lodołamacz wpłynął do oświetlonej trupiobladym światłem przystani, emitowanym przez potężne reflektory. Kanciaste budynki zbudowane były z beżowej skały - materiału, którego było pod dostatkiem dzięki poszerzaniu bazy. Musieliśmy poczekać, aż najpierw wysiądzie grupa Kapitana wraz z Riko. Trzymaliśmy się z dala i tylko widzieliśmy, jak wsiadają do wojskowego pojazdu transportowego i znikają w jednym z kilku tuneli.

Widzieliśmy… kolorowe dekoracje i transparenty z napisami typu “DO BOJU” i tym podobne, ustawiana też była scena z czarnych, metalowych rusztowań. Oraz tablica z kolorowymi bohomazami, najprawdopodobniej dziecięcymi rysunkami.

- O, widzę, że przygotowania idą pełną parą - zauważyła Doktorka.
- To znaczy? - Spytał Monter.
- Wiesz, ludzie cieszą się, że ktoś walczy za nich. Aha, ani słowa nikomu o Oku, po co siać panikę.

Na nas żaden pojazd już nie czekał, musieliśmy iść piechotą. Nie był to jakiś problem, mieliśmy dzięki temu więcej czasu na dokładne obejrzenie wszystkiego.

To była najstarsza część bazy, powstała prawie sto lat temu. Budynki tuż przy przystani były używane teraz głównie jako magazyny i pokoje administracji - ale jeden, tuż obok stacji szybkiej kolejki, był izbą przyjęć. Jak wyjaśniła Doktorka, można tam było zająć się prostymi kontuzjami, ewentualnie zdiagnozować pacjenta i szybko odesłać kolejką w głąb bazy, gdzie była dużo bardziej zaawansowana placówka medyczna. Obecnie szykowano tu tymczasowe noclegownie dla przybywających kadetów.

Kiedyś tu był też dział badawczy zajmujący się protezami - spojrzała wymownie na moją - ale po popisie Piratki cały pozostały sprzęt przeniesiono do szpitala. Idziemy dalej, proszę wycieczki… - Skierowaliśmy się w stronę stacji. Obok wejścia były około trzymetrowej wielkości wrota z czarnego metalu, na oko bardzo solidne.

- Co to jest? - Spytał Młotek, rzadko wyrażający werbalnie swoje myśli.
Drzwi prowadzące do sektorów Milionera, jest ich kilka w całej bazie. Wszelkie drążenia nowych tuneli muszą być wcześniej z nim uzgodnione i zatwierdzone…
- A że tak spytam - wtrąciła się Gigi - po jaką cholerę mamy słuchać kogoś, kogo nawet nikt nie widział?
- Ponieważ korzystamy z jego reaktorów. Mamy już własne, jak i alternatywne źródła zasilania typu energia słoneczna z mobilnych baterii na powierzchni czy geotermalna, ale nadal sporą część zasilania dostarcza nam on, zupełnie za darmo. Dopóki nie następujemy sobie na odcisk, to jest to całkiem korzystne… Poza tym Milioner ma kilku posłańców, to usprawnia komunikację. Tak, to dobry układ - Doktorka pokiwała z przekonaniem głową.
- Czy będziemy mogli zobaczyć stocznię? - Spytał Monter, ledwo kryjący swoje podekscytowanie.
- Teraz nie, może później. Stocznia ma potężne drukarki, odchodzą też z niej tunele do magazynów amunicji, rakiet i innych niebezpiecznych rzeczy, aby oddalić je od sektorów mieszkalnych. Jeśli dobrze pamiętam, teraz niewiele się w niej dzieje, po wypuszczeniu “Fubuki” i “Yukikaze” drukują głównie małe, szybkie łodzie transportowe do zbierania filamentu i tym podobne, a i te niezbyt często.
- Mimo to chciałbym zobaczyć…
- Ja też - do Montera dołączył Derpi. - Nawet samoloty nie są drukowane?
- W sumie sama nie wiem - Doktorka znowu próbowała się podrapać po metalowej powierzchni swojej głowy. - Chyba nie. Brakuje pilotów. W każdym razie wycieczka do stoczni jest w planach.

Czekając na kolejkę przestudiowaliśmy szybko mapę wszystkich sekcji Sopla, który wwiercał się w skałę na dziesiątki metrów w głąb i wiele kilometrów wszerz - cała baza w chwili obecnej mieściła prawie osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Było to ostatnie istniejące duże skupisko ludzkie na powierzchni planety.
Poszczególne sekcje łączyła szybka kolej, ale w razie jej awarii można było przejść pieszo albo użyć pojazdu kołowego, bo obok głównego tunelu był też nieco mniejszy tunel bezpieczeństwa. Na wszelki wypadek pobraliśmy tę prostą mapę na nasze mobilki.




Wsiedliśmy, a Ken pobiegł za nami.

Po krótkiej jeździe wysiedliśmy w Laboratorium.
- Powinno wam się spodobać, szczególnie naszemu Gremlinkowi. - Gigi powstrzymała się od komentarza, tylko założyła ręce na piersi. - Aha, i może zdejmijcie te hełmy, tu jest już w miarę ciepło i gdy będziemy zjeżdżać jeszcze niżej, to ubranie w ogóle nie będzie wskazane…
- Co proszę? - Spytała Eve.
- Zobaczymy jeszcze, na ile wystarczy nam czasu. No, chodźmy, proszę wycieczki.



Również ludzie w Laboratorium byli do nas przyjaźnie nastawieni, uśmiechali się, niektórzy podnosili do góry zaciśnięte pięści w geście wsparcia i zwycięstwa. Próbowaliśmy się uśmiechać w odpowiedzi, mi to wychodziło niemal równie źle co Gigi.

Mijaliśmy gabinety pełne różnych urządzeń, medycznych i innych. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro.

- Tutaj są moje laboratoria - Doktorka wykonała zapraszający gest. - Tutaj jest moja stacja robocza, no i przy okazji sypialnia no i przy okazji jadalnia i pokój odpraw. - Faktycznie, pomieszczenie było tym wszystkim. Ciężko było objąć rozumem takie nagromadzenie obiektów na tak małej przestrzeni.
- A co to jest? - Gigi wskazała na stół, na którym leżały jakieś… walcowate, rurkowate przedmioty, wyjątkowo nie z czarnego metalu, zamiast tego wykonane z jakiegoś na oko miękkiego materiału, dość skomplikowane.
- Sztuczne krtanie, wraz z kawałkiem tchawicy. Dla Trzy i Pięć, bo pomyślałam sobie, że mogłyby chcieć zacząć znów mówić.
- One… działają? - Spytała Gigi.
- Tak, puścisz przez nie powietrze i mówią całkiem sprawnie. Zaprojektowałam te prototypy na podstawie mojej krtani, tak więc mówią moim głosem jak na razie. Trochę śmieszne, trochę straszne, muszę przyznać. Nie do końca wiem jeszcze, jak im to wmontować, by działało i nie bolało tak bardzo jak protezy…
- Jak to “bolało”?!
- Co? To nie wiecie? Kotuś wam nie opowiadał? - Wszyscy spojrzeli na mnie i na moje prawe ramię. - Przynajmniej jeśli chodzi o kończyny to mamy z grubsza dwa typy: funkcjonalne oraz prawdziwe zastępstwa… Albo najlepiej będzie, jak wam pokażę, chodźmy do sektora szpitalnego. Uwaga, może być niewesoło.

Było. Mijaliśmy sale pełne łóżek, w których leżeli ludzie starzy i schorowani, niezdolni do samodzielnego poruszania się. Coś, czego na “Arce” zdecydowanie nie było. Widzieliśmy ludzi ciężko rannych, podłączonych do urządzeń podtrzymujących ich funkcje życiowe. Przechodziliśmy szybko, żeby nie gapić się na nich jak na eksponaty.
I wreszcie skrzydło poświęcone kończynom: składanie połamanych i montowanie protez.

- Tutaj zakładamy protezy zwyczajne: są to po prostu nakładki na kikuty, spełniają swoje role, są nieinwazyjne. Nie ma z nimi większego problemu. - Powiedziała, gdy przez szybę obserwowaliśmy paru mężczyzn uczących się na nowo chodzić, korzystając z poręczy i protez nóg wykonanych z materiału o kolorze zbliżonym do koloru skóry.

Poszliśmy nieoświetlonym już korytarzem dalej, w głąb budynku. Doktorka wstukała coś na swojej mobilce i zapaliły się światła. Otworzyła drzwi do pomieszczenia, gdzie było kilka pustych łóżek i szklane szafy… pełne czarnych protez dłoni, ramion, nóg.

- Eksperymentalne protezy filamentowe. W odpowiedniej konfiguracji filament świetnie przewodzi impulsy elektromagnetyczne, dlatego można zrobić z niego również protezy nie tylko idealnie imitujące prawdziwe kończyny, ale również znacznie je przewyższające: silniejsze, wytrzymalsze… Jest tylko jedna wada - Doktorka spojrzała na mnie i skinęła głową. - Proces adaptacji jest bolesny jak jasny skurwysyn. Środki przeciwbólowe nie za bardzo działają, Właściwie to ponad połowa ochotników, na których to testowaliśmy, oszalała i musieliśmy ich… To znaczy… - Doktorka po raz wtóry próbowała podrapać się po metalowym czole - Mieliśmy kilka sukcesów, ale tłumu ochotników jakoś nie ma.

Eve spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami w ten sam sposób, w jaki często patrzyła na Kena: jak na zwierzątko, którym trzeba się zaopiekować. Z jednej strony poczułem ukłucie irytacji, z drugiej było to nawet przyjemne.

- Spokojnie, mi nic nie jest - uniosłem ręce w obronnym geście. - U mnie było to trochę inaczej… nieważne.
- Właśnie ważne. Od dawna chciałam cię o to dopytać, ale nie było na to czasu. Twoja proteza jest podobna do naszych, ale tak na oko bardziej zaawansowana, a na pewno inna. Chciałabym się temu przyjrzeć, tak na poważnie. Choć to zajmie sporo czasu…
- Którego teraz nie mamy, prawda? - Spojrzałem wyczekująco na Doktorkę.

Spojrzała na mnie z namysłem, studiując swoimi goglami.

- No niech ci będzie. Ale siądziemy do tego, gdy zrobi się spokojniej, i wszystko mi opowiesz. - Nachyliła się do mnie. - Tego ci już nie odpuszczę. - Szepnęła tak, żebym tylko ja mógł usłyszeć.

Jeszcze trochę pochodziliśmy po kompleksie szpitalno-laboratoryjnym, tym razem już po spokojniejszych jego sektorach. Zwiedzaliśmy sale drukowania urządzeń medycznych, roboty operacyjne, pracownie chemiczne. W pewnym momencie zauważyłem, że Doktorka i Eve obie zostały z tyłu, co bardzo mnie zdziwiło, bo nie było między nimi zażyłości, delikatnie mówiąc - teraz na czele grupy stanęła Gigi. Dyskretnie je obserwowałem i zauważyłem, że nagle Doktorka odciąga Eve do jakiegoś pustego pomieszczenia, które sami przed chwilą mijaliśmy. Bardzo mnie to zaintrygowało: wiem, że nie wolno tak robić, ale podkradłem się i zacząłem podsłuchiwać.

- Ale proszę pani! To jest…!
- To jest naturalne i pożyteczne, zresztą nie powinna być to dla was żadna nowość.
- Ale my… to…
- To jest dla dobra wszystkich. Jesteście najlepszymi kandydatami, jakich mamy. Pomożecie mi… To znaczy nam to zbadać…
- Czy ja wiem… - Byłem w stanie rozpoznać w głosie Eve silne, stłumione emocje.
- Twoje opory bardzo mnie dziwią, muszę przyznać. - Doktorka też była w kropce. - Nie znam się na tych sprawach zbyt dobrze, ale… chyba będziecie potrzebować mieszkania? Normalnie trzeba czekać, ale… Mogę coś załatwić. Co ty na to?
- Ja… My nie myśleliśmy w ogóle nad tym… Wojna, “Arka”...
- To pomyślcie. I pamiętaj: jesteście najlepszymi kandydatami.
- Ale jeszcze nie spytaliśmy o jego zgodę…
- Nawet nie żartuj. To przecież chłop.

Rozmowa chyba się zakończyła i odbiegłem od drzwi tak szybko, jak to było możliwe. Gdy dołączyły z powrotem do naszej grupy, Eve była cała czerwona.


Nasza wycieczka po szpitalu zakończyła się i spiesznie opuszczaliśmy to miejsce. Większość z nas była szczęśliwa, że mogliśmy wreszcie sobie stamtąd pójść - może tylko na Gigi to miejsce nie zrobiło negatywnego wrażenia. Kena musieliśmy zostawić w recepcji na czas wizyty, dlatego on też cieszył się, że mógł na powrót do nas dołączyć.

- Teraz jedziemy do sektorów mieszkalnych. Składają się z trzech dużych, naturalnych jaskiń przystosowanych na kwatery mieszkalne oraz pięciu mniejszych, już wydrążonych przez nas, w miarę jak przybywało ludzi. Nie było łatwo i nie każdy ma takie same warunki, ale powoli pracujemy nad tym. Na Ziemi podobno bywało dużo gorzej, ha!

Ziemia. Też mi porównanie.

***


 Kolejka przejeżdżała przez środek gigantycznej jaskini, w ścianach której wykute były bloki mieszkalne, pełne malutkich - z naszej perspektywy - okienek. Dno jaskini również zawierało budynki i ulice, po których chodzili ludzie i jeździły pojazdy, głównie dostawcze. Sklepienie było zabudowane siatką reflektorów imitujących światło słoneczne - dużo jaśniejsze niż to zazwyczaj na powierzchni rzecz jasna, które zazwyczaj było przyćmione przez ciężkie chmury, blokujące światło dwóch słońc.
- Imitują nasz 26-godzinny cykl dobowy! - Poinformował nas Monter. - Faktycznie dużo się zmieniło, jest więcej kolejek! A nasz sierociniec był w drugiej jaskini! - Wyglądało na to, że nasz kolega znowu się uruchomił.
- Oprócz tych pięciu mniejszych jest jeszcze szósta, najmniejsza jaskinia - wtrąciła Doktorka. Jest połączona z Pierwszą i robi za centrum administracyjne. W Drugiej teren waszego sierocińca przerobili na park, przedszkole i szkołę. Trzecia to już tylko i wyłącznie bloki mieszkalne. W budowie jest teraz centrum rekreacji: stadion i takie tam. Ale to jeszcze trochę zajmie…
- A gdzie teraz jedziemy? - Spytała Gigi, obok której siedziała milcząca Eve ze wzrokiem utkwionym w tulonym przez nią Kenie.
- Do Drugiej. Jest tam ktoś, kto chce się z wami spotkać…

Oby nie ten cały Milioner, pomyślałem. Podobno chciał mnie zobaczyć: dobrze pamiętam, co Doktorka mówiła mi jeszcze na “Noel”. 

- Potem pewnie pojedziemy do ogrodów i wrócimy do Pierwszej. Planowałam też zjazd na dół: tam dalej wszystko się buduje, ale część już została oddana do użytku. Chociaż czekajcie…

Doktorka sprawdziła nową wiadomość na mobilce.

- Słuchajcie, właśnie dostałam aktualizację programu załadunku i mamy dużo więcej czasu, niż sądziłam. To zarówno źle, jak i dobrze. Dobra, przesiadamy się tutaj. - Wyjrzeliśmy za okno, by zobaczyć zbliżającą się stację.

Wyszliśmy na peron, stało tam kilku ludzi w różnym wieku, wszyscy patrzyli na nas z podziwem.

- W ramach ciekawostki - podjęła wątek Doktorka - pierwsza grupa kadetów już przybyła, nie wiem, czy załapali się na huczne powitanie, ale kogoś na pewno kopnie ten zaszczyt… - Nasza mentorka miała na myśli przygotowaną scenę i dekoracje. W sumie ucieszyłem się, że nas ominęło to zamieszanie.

Kolejki jeździły bardzo regularnie. Nie wiedziałem, czy są zautomatyzowane, czy w kabinie siedział kierowca, bo czarne szyby nie przepuszczały światła. Po zaledwie kilku minutach jazdy przez tunel rozpostarła się przed nami kolejna gigantyczna jaskinia, która podobnie jak pierwsza pełna była wykutych w skale mieszkań. Kolejka zatoczyła koło, dojeżdżając na stację przed wielką szklaną kopułą w centrum kompleksu. Wysiedliśmy bez słowa, podeszliśmy do barierki okalającej kopułę i spojrzeliśmy parę metrów w dół.

Choć tu i tam dało się zauważyć przy ulicach pojedyncze drzewa czy klomby z kwiatami, to kopuła okalała bajeczny park, pełen soczystej, zielonej trawy, potężnych drzew, przecinających się ścieżek ogrodzonych krzewami. Całość była zalana żywym, żółtym światłem, dużo przyjemniejszym dla zmysłów niż trupioblade światło reflektorów u sklepienia jaskiń.

Mi, i zapewne również Eve, natychmiast przypomniała się psia utopia, którą mieliśmy zaszczyt zwiedzić parę miesięcy temu. Zresztą psy były również i tutaj, biegały sobie, bawiły się albo leżały. Ale przede wszystkim widzieliśmy mnóstwo kobiet z dziećmi, tak mnóstwo dzieci! Te mniejsze były w wózkach, te nieco większe biegały albo siedziały w piaskownicach. Kobiety, w bardzo różnym wieku, opiekowały się nimi, organizowały zabawy. Gdzieniegdzie przechadzali się mężczyźni w uniformach podobnych do ekip naprawczych na “Arce”. Niektórzy zamiast pracować, rozmawiali z kobietami.

Moje pierwsze wrażenie było takie, że wszyscy są tacy spokojni, wręcz szczęśliwi: nie spieszyli się nigdzie, nie byli spięci, atmosfera była zupełnie inna niż na lotniskowcu. Nie znałem za bardzo takiego podejścia i kontrast był uderzający.
Znowu mnie zdziwiło, jak bardzo różni byli ci ludzie: dzieci, młodzi, pomarszczeni starcy. Wszyscy dużo lżejszej budowy, bardziej przypominającej naszą Doktorkę, którą postrzegałem za bardzo wątłą i chudą, natomiast po raz kolejny okazało się, że to my jesteśmy naprawdę potężnie zbudowani - tutaj ta różnica była jeszcze bardziej widoczna, niż na “Noel”.

Kilka kobiet spojrzało górę i pomachało do nas, odmachaliśmy niepewnie.

- Pasożytku, taka uwaga: tutaj nikt nie jest pod działaniem witaminek.
- T-to znaczy…?
- To znaczy, że lepiej pilnuj chłopa.

Eve nie kontynuowała wątku, a ja dalej nie rozumiałem do końca, o co tutaj chodzi.

Zeszliśmy schodkami, które obok miały też rampę dla wózków.

- Trzeba było wcześniej zmienić ten kombinezon na coś normalnego - zauważyła Doktorka. - Te buty są jak forteca, mają tyle klamr łączących je z nogawkami, aż chciałabym…

Eve nic nie powiedziała, tylko usiadła na trawie i kilkoma sprawnymi ruchami odpięła klamry swoich butów, w końcu miała lata praktyki. Ściągnęła swoje śnieżnobiałe skarpetki, jej stopy były małe i delikatne, tak samo zresztą jak jej dłonie. Zaczęła chodzić po trawie. Popatrzyła na mnie zaskoczona.
- Chodź. - Pociągnęła mnie za rękę. Doktorka się przyglądała nam obojgu z zainteresowaniem.
- Ale po co…?
- Ściągaj buty.

Posłuchałem, ciekaw nowego doświadczenia.

I faktycznie: krótko przystrzyżona trawa łaskotała mnie w stopy, które chyba nigdy nie miały kontaktu z taką powierzchnią: zawsze to były metalowe pokłady, nic innego nie pamiętam. Było to niesamowite uczucie. Reszta grupy podążyła za nami, reagując z podobnym zdumieniem. Nie tylko Gamoń i Młotek się uśmiechali, nawet Gigi przestała być naburmuszona i stąpała ostrożnie, podekscytowana. Ken biegał od krzaka do krzaka i obwąchiwał wszystko, sam podlał też parę roślin.

- Pomoże mi któraś z tymi buciorami… albo lepiej nie. Dobra, proszę wycieczki, wszystko, co dobre, zawsze się kończy! Chodźcie już, czeka ktoś na was.

Spiesznie założyliśmy skarpetki i buty, zresztą wokół nas zgromadził się mały tłumek. Sądząc po twarzach, patrzyli na nas trochę z rozbawieniem, trochę z politowaniem. Nie było to w pełni komfortowe przeżycie, ale przynajmniej nie zauważyłem żadnych oznak wrogości, co samo w sobie było plusem.

Szliśmy ścieżką pośród drzew, zieleń i jasne światło było kolejnym wspaniałym doznaniem. Po chwili ścieżka otworzyła się na okrągły, piaszczysty plac, pośrodku którego był mały staw, otoczony kilkoma ławkami. Przed stawem stała czekająca na nas para wysokich ludzi. Mężczyzna i kobieta, obejmowali się. Gabrielle i Padel.

- No witajcie. Dawno się nie widzieliśmy. - Powitał nas nasz niedoszły kolega.
- Witamy na Soplu. - Gabrielle prawą dłoń trzymała na swoim wyraźnie zaokrąglonym brzuchu. Gigi pokazała nieśmiało palcem i przyjęła pytający wyraz twarzy. - To będzie zdrowy chłopiec. - Odpowiedziała z łagodnym uśmiechem Gabrielle.
- To… wspaniale! - Eve klasnęła w dłonie. - A jak tam w ogóle… - Jej paplanina uruchomiła się z pełną mocą i razem z Gigi zatonęły w rozmowie, odchodząc od reszty grupy. My i Doktorka zostaliśmy z Padlem.
- Pracuję teraz przy planowaniu instalacji wentylacyjnych. Nie jest to może wymarzona robota, ale to wszystko trzeba zasilić, zbudować systemy awaryjne, kanalizację… Każda praca jest ważna. Wasze zadanie jest w tej chwili najważniejsze, ale my też staramy się robić tyle, ile się da… - Wskazał na park. - Nie tego jeszcze za wiele, ale będzie więcej, cały czas nad tym pracujemy. Opowiem wam…

Kolejne paręnaście, albo parędziesiąt minut spędziliśmy na słuchaniu o systemach zasilania, wentylacji i drążenia na Soplu. Ostrzegał przed okazyjnymi wstrząsami, bo niektóre warstwy trzeba było wysadzać. Było to fascynujące i zrozumiałem, jak bardzo ograniczone pojęcie o wszystkim mieliśmy na “Arce”, gdzie technologia była używana do kilku bardzo sprecyzowanych zadań. Na Soplu trzeba było myśleć o wszystkim i rozwiązywać dużo więcej niespodziewanych problemów technicznych, logistycznych i innych. Na lotniskowcu większość załatwiano drukiem 3D z uniwersalnego w większości sytuacji filamentu, natomiast tutaj zagadnienia były wielokrotnie bardziej złożone i filament często był tylko jednym z komponentów - niezbędnym, ale nie jedynym.

W końcu trójka dziewczyn wróciła do nas.
- Wybaczcie, ale ja muszę już wracać, dostałem tylko krótką przerwę na tę specjalną okazję - Padel każdemu z nas uścisnął dłonie. Gabrielle uśmiechała się promiennie do wszystkich, a Doktorka cierpliwie czekała w milczeniu na koniec spotkania, uważnie wszystkich obserwując.
- A ja muszę jechać na kolejne badania - Gabrielle przewróciła oczami. - Męczące są te wycieczki do szpitala, ale z drugiej strony dostaliśmy świetne mieszkanie w Pierwszej, lepsze nawet, niż dostają młode małżeństwa!

Pożegnaliśmy się i szliśmy na stację, zamyśleni. W ciszy czekaliśmy na przyjazd kolejki.

- I jak, podobało się? No to zapamiętajcie to dobrze: o to walczymy. Jeśli przegramy, wróg wypali to wszystko do skały macierzystej.

Byłem pewien, że zapamiętamy.

***

Dalej myślałem nad tym wszystkim podczas naszej jazdy do ogrodów, siedząca obok mnie Eve też milczała, zatopiona we własnych myślach.

- Oho, zaczęło się - powiedziała Doktorka, wyglądając przez okno wagonu. - Spójrzcie tam.

Jakiś potężny projektor emitował obraz na sklepienie jaskini, co widzieliśmy bardzo dobrze, bo właśnie wjeżdżaliśmy do Pierwszej - stamtąd mieliśmy pojechać dalej do ogrodów. Transmisja pokazywała liczną grupę naszych kolegów kadetów w pełnym rynsztunku, którzy byli entuzjastycznie witani przez tłum w przystani, grała muzyka, były wiwaty i okrzyki. Ktoś przemawiał, były uściski dłoni i poklepywanie po plecach. Musiało to być przyjemne, przynajmniej w małych dawkach.

Kolejka przejechała przez całą jaskinię, po drodze zatrzymując się na kilku stacjach, na których nikt nie wsiadał - widocznie większość ludzi śledziła ceremonię powitalną. Potem był tylko dość długi tunel.

- Przed nami ogrody. Mało popularne miejsce, z kilku różnych przyczyn. - Wyjaśniła Doktorka.

Wysiedliśmy, kolejka pojechała dalej. Nagle poczuliśmy lekki wstrząs, w sumie Padel ostrzegał nas przed nimi. Ken skulił się, ale Eve zaraz wzięła go na ręce. Gdy nie nastąpiły kolejne, ruszyliśmy pieszo za Doktorką.

- Dalej są już tylko magazyny strategiczne, trzeba do nich zjechać stąd na dół. Ale chodźmy do pierwszego działu, tu jest naprawdę dużo do zobaczenia.

Faktycznie, przejście przez ogrody hydroponiczne zajęło nam trochę. Widzieliśmy niezliczone rzędy półek z naczyniami, z których wyrastały rośliny mające wyżywić dziesiątki tysięcy ludzi. Padel mówił nam, jak ważne jest bezpieczeństwo ciągłości zasilania tego działu i doprowadzenie źródeł wody. Mijaliśmy ludzi doglądających wszystkich systemów i kontrolujących parametry, wszyscy byli bardzo skupieni i nie zwracali na nas szczególnej uwagi.

- Dobrze, proszę wycieczki… A teraz fragment, do którego mało kto zagląda. Ja nie mam z nim problemu, ale niektórzy tak. Farmy białka znacie, na “Arce” też takie są, nie jest to przyjemny widok…

Za kolejnymi przesuwanymi drzwiami, na wielkich, metalowych stołach pulsowała czerwona tkanka. Postawni mężczyźni w białych uniformach odkrawali wielkimi nożami kawałki, pakowali w folię i umieszczali w wózkach, które potem były wywożone do chłodni. Doktorka powiedziała, że albo były transportowane do magazynów strategicznych, albo do sekcji mieszkalnych, gdzie stawały się komponentem racji żywnościowych, dystrybuowanych wśród mieszkańców.

- Podobno na Ziemi, dawno temu, hodowano zwierzęta, zabijano je i ćwiartowano na mięso, zamiast hodować samą tkankę. Ziemia, ha! - Podsumowała Doktorka. Zerknąłem na Eve: ona i trzymany przez nią Ken rozglądali się po tym groteskowym pomieszczeniu tak samo niepewnie. - A teraz chodźmy do tej, zdaniem niektórych, kontrowersyjnej sekcji. Jest też tam przejście bezpośrednio ze stacji, ale najpierw chciałam wam pokazać całą resztę.

Szliśmy w milczeniu, zaniepokojeni, co taka osoba jak Doktorka może podejrzewać za bycie niestosownym czy kontrowersyjnym. Minęliśmy jedną odnogę, do której mieliśmy wrócić w drodze powrotnej, i poszliśmy na sam koniec korytarza. Ken zaczął się wiercić, ale po chwili my też to poczuliśmy.

- Lepiej załóżcie hełmy, one trochę filtrują powietrze. - Nasza mentorka wydała polecenie. W sumie tylko Derpi nosił hełm przez prawie cały czas, reszta ściągnęła swoje jakoś jeszcze w parku. - Może zostaw tego stwora na zewnątrz - powiedziała do Eve, która o dziwo posłuchała bez protestu. Przeszliśmy przez otwarte drzwi, a Ken został z tyłu i uważnie nas obserwował.

Naszym oczom ukazała się połać ziemistej masy, od której byliśmy odgrodzeni barierką. Mimo filtrów w hełmach czuliśmy zapach, który w większym stężeniu musiał być duszącym smrodem.

- Dlaczego to ma być takie, nie wiem, kontrowersyjne? - Spytałem.
- Tak trafiliśmy, że nie muszę tego wyjaśniać, tylko sami to zobaczycie.

Czterech mężczyzn w brązowych kombinezonach i w maskach gazowych na twarzach wniosło potężną skrzynię z nieznanego mi materiału. Spojrzeli pytająco na Doktorkę, ale ta tylko skinęła głową i pomachała ręką w geście wyraźnie wskazującym na to, że mają po prostu dalej robić swoje.
Mężczyźni weszli na pomosty rozwieszone nad połacią czarnej, miękkiej gleby. Położyli skrzynię ostrożnie na pomoście, odsunęli wieko i we czwórkę podnieśli jej zwartość. Były to owinięte białą, lekką tkaniną zwłoki Gustavusa, naszego potężnego kolegi, który zmarł w wyniku przedawkowania pewnego komponentu witaminek.  Mężczyźni wprawnym ruchem wrzucili zwłoki do gleby, w której zaczęły się natychmiast zanurzać, a po chwili zniknęły całkowicie.

- Ja nazywam to miejsce kompostownikiem, ale już parę razy mówili mi, że to określenie jest “niestosowne”. Po mojemu to zabobony, pozostałości prymitywnego, ziemskiego myślenia, ale rzeczywistości oszukać się nie da. - Spojrzała na nas, stojących bez ruchu. - Nie mamy czasu i miejsca na te wszystkie pogrzebowe bzdury, a to jest najbardziej ekonomiczne wyjście. Powstałą w ten sposób glebą dywersyfikujemy produkcję żywności, ale administracja uznała, żeby… nie ogłaszać tego na telebimach, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. Poza tym nie zapominamy o tych, którzy odeszli - wróćmy się kawałek, jeszcze coś wam pokażę.

Wróciliśmy do rozwidlenia i tym razem skręciliśmy w odnogę. Po drodze znajdowała się wnęka pełna kwiatów, małych przedmiotów typu koraliki czy wstążki, było też kilka figurek - niektóre były wykonane ręcznie, ale było też parę wydrukowanych. Oba typy przedstawiały Skur… to znaczy Pierwotnego. Paliły się też dwie świece.

- Ktoś tu niedawno był… W każdym razie, dla jasności: ja tego nie pochwalam. - Doktorka podniosła ręce do góry w geście rezygnacji, a Gigi jej intensywnie potakiwała. - To są zabobony, które mieliśmy zostawić, ale niektórzy dalej je wloką za sobą. No ale cóż może zmienić naturę człowieka? - Wykonała udawany gest rozpaczy. - No dobra, chodźmy dalej. Czasy mamy teraz trudne i są ważniejsze problemy.

Weszliśmy do wysokiego na kilkanaście metrów prostokątnego pomieszczenia. Wszystkie ściany do wysokości paru metrów zapełnione były masywnymi, szerokimi na około pięćdziesiąt centymetrów czarnymi płytkami. Każda miała wygrawerowana imię i podobiznę ludzkiej twarzy.

- Tak upamiętniamy żołnierzy, którzy polegli w obronie resztek ludzkości. To jest miejsce szacunku dla ich poświęcenia w obronie… Zaraz, a kto ty jesteś?! - Doktorka wskazała na wysoką postać w czarnym kombinezonie, stojącą na drabinie i próbującą powiesić coś na jednej z tablic. Obok drabiny leżał jej hełm.
- To Siobhan! - Gigi wskazała nowo przybyłą Hienę oskarżycielsko palcem.
- Kto? - Zdziwiła się Doktorka.
- No… Kosa! Złaź stamtąd, nie wygłupiaj się! - Krzyknęła Gigi.

Kosa zeskoczyła zwinnie na posadzkę. Na najnowszej tablicy powieszone było kilka wstążek i dyndająca na sznurku figurka wydrukowana z czarnego metalu.

- Dosyć mam już tych twoich wygłupów! Zdejmij te śmieci z plakietki!
- To nie są śmieci - Kosa mówiła tonem takim, jakby wyjaśniała coś krnąbremu dziecku. - Dzięki temu dusza naszego kolegi Gustavusa… - Ciche metaliczne pacnięcie oznajmiło, że Doktorka właśnie klepnęła się dłonią w czoło. - … Trafi pod opiekę Pierwotnych.

Gigi rozłożyła ręce w geście rozpaczy.

- Koleżanko, tyle razy ci mówiłam, że Pierwotni to w pełni logiczne zjawisko. Jeszcze go nie rozumiemy, ale istnieje, da się nagrać, zmierzyć, efekty ich działań są rzeczywiste, tak samo jak drugiego słońca. W przeciwieństwie do tej twojej “duszy”. - Głos Gigi na początku był pełen pasji, ale teraz po prostu brzmiał zimną nienawiścią.
- To jak wyjaśnisz Cud Gabrielle? - Spokojnie zapytała Kosa.
- Jaki cud… Aha, ciąża. Nie wiem, nie potrafię. Ale to nie znaczy, że w przyszłości tego nie zrozumiemy. Natomiast ty, zamiast podejść do sprawy logicznie, odstawiasz cyrk i robisz sobie te szkaradne filamentowe tatuaże! Myślisz, że nie wiem?!

Spojrzałem na Eve. Ta rzuciła mi swoimi wielkimi oczami spojrzenie krzyczące “tylko nie mów nikomu”.

- Jest tyle pytań, na które nie masz odpowiedzi. - Siobhan uśmiechnęła się lekko i spojrzała w górę, chyba nie patrząc na nic konkretnego. - Ja mam. Objawienia były jeszcze na Ziemi, tak więc normalne jest, że pojawili się również tutaj, i to w dodatku w chwili naszej próby! - Kosa weszła w tryb kazania, podobnie jak podczas spotkań na lotniskowcu. - Nie ignoruję nauki. Tylko ta nauka, cała nasza wiedza o wszechświecie zawiera tyle luk, opiera się na tylu karkołomnych założeniach, a ja mam je wszystkie zignorować? - Teraz chodziła w te i wewte po pomieszczeniu z uniesionymi ramionami, że nawet Gigi i Doktorka patrzyły w zdumieniu. - Zignorować w obliczu tego, co widziałam na własne oczy, czyli istoty przybyłej znikąd, ignorującej zasady grawitacji, dokonującej cudów? Zaprawdę, powiadam wam! - Zatrzymała się tuż przy drabinie. - To nie jest przypadek! Nie ma tutaj przypadku, Pierwotni to bogowie, których musimy błagać o opiekę nad naszymi duszami i…

W tym momencie nastąpił kolejny wstrząs, przed którymi ostrzegał nas wcześniej Padel. Plakietka z imieniem i podobizną Gustavusa odpadła i z pełnym impetem uderzyła Kosę w głowę, nokautując ją na miejscu. 

***

Było z tym trochę zamieszania, bo gdyby nie natychmiastowa pomoc Gigi i Eve, ich koleżanka pewnie by umarła chwilę potem, bo tak rozległe były pęknięcia czaszki. W rekordowo szybkim czasie zabrano ją tunelami awaryjnymi do szpitala, ale zdaniem Doktorki w ciągu najbliższych miesięcy na “Arkę” już nie wróci. A mieliśmy ponownie wypływać za kilka dni.

- No dobrze, proszę wycieczki… - Doktorka najwyraźniej mocno nad czymś dumała. - Jest już prawie dwudziesta piąta, jestem wykończona tym wszystkim… - Potarła ze znużeniem metalowe czoło. - A wy?

Rozejrzałem się po reszcie grupy.

- Niespecjalnie. - Z powodu całej tej wyprawy żadne z nas nie odbyło regularnego treningu i nasze ciała się go domagały, dlatego mieliśmy jeszcze sporo energii. Gigi była w miarę opanowana, a z Eve stres związany z wypadkiem Siobhan też chyba zaczął już opadać.
- No i prawidłowo. Zresztą o tej godzinie nie powinno być tłoku, dlatego jeszcze pojedziemy z z ostatnim punktem programu, czyli centrum rekreacyjnym. Budują je gdzieś pod nami, ale bezpośredniego przejścia stąd nie ma: musimy się wrócić do Pierwszej i stamtąd pojechać na dół, ale powinno pójść szybko.
- Skoro nie jest jeszcze gotowe, to po co tam jedziemy?
- By zobaczyć coś, czego na “Arce” na pewno nie ma. Będziecie mieli niespodziankę. Przyjmijmy, że to taka nagroda za dobrą służbę.

Już wizyta w parku była wystarczająco przyjemna, tak więc nie za bardzo wiedziałem, czego można się było spodziewać. Sądząc po uśmieszku Doktorki to wszystkiego.

Wysiedliśmy na jednej ze stacji w Pierwszej i cofnęliśmy się trochę do Laboratorium, by zostawić Kena w recepcji. Już rozkładały się tam przybyłe z “Arki” Hieny, które tam tymczasowo zakwaterowano na czas zaopatrywania lotniskowca; wszystkie kochały psiaka na zabój, tak więc Ken prawie nie miał nam za złe, że go na chwilę opuszczamy. Wróciliśmy do Pierwszej, przeszliśmy kawałek od pierwszej stacji i przeszliśmy do wielkiej, pomalowanej na żółto klatki, za którą mieściła się duża winda, która nieco przypomniała mi tę na “Noel”. Eve chyba nie zwróciła na to podobieństwo uwagi, raczej wyglądała na zatopioną w myślach; może zastanawiała się, dokąd prowadzi nas Doktorka.

Zjeżdżaliśmy windą na dół już kawałek czasu, zaczęło robić się nam ciepło w naszych kombinezonach. Zapewniały one regulację termiczną do pewnego stopnia, ale nie na tyle, by w pełni skompensować wzrost temperatury.

- Im głębiej pod ziemią, tym cieplej - wyjaśniła Doktorka, która zaczęła niezgrabnie rozpinać swój kombinezon. - Niektórzy tam stale przebywający chodzą po prostu w minimalnym ubraniu albo w ogóle bez, wzorem podziemnych baz na Księżycu…
- Przepraszam, na czym? - Odezwał się Derpi.
- Naturalny satelita Ziemi, taka malutka niby-planeta krążąca wokół większej. Tutaj tego nie mamy, ale za to mamy dwa słońca! Choć o tym drugim lepiej nie przypominajcie Siobhan, bo też zacznie się do niego modlić… O ile się kiedyś obudzi… Nieważne.
- Wspomniała pani o bazach podziemnych? Że tam chodzą bez… - Eve przypomniała rozpoczęty wątek.
- No tak, jeśli pamiętacie z jakichś wykładów, to ziemski Księżyc nie ma atmosfery. Prawie wszystkie osiedla są pod ziemią, gdzie wysoka temperatura, oświetlenie i parę innych czynników spowodowały, że kolejne pokolenia po prostu przyzwyczaiły się do tych warunków i przestały nosić ubrania, dla nich to naturalne.
- Dla nas nie! - Zaprotestowała Eve.
- To poczekaj, aż zjedziemy jeszcze niżej.

Winda w końcu się zatrzymała i wszyscy wysiedliśmy. Po krótkim marszu olbrzymim, wykutym w skale korytarzem, skręciliśmy w mniejszy, aż w końcu przeszliśmy do wyłożonych błękitnymi płytkami pomieszczeń. Kontrast z wcześniejszym korytarzem używanym do transportu ciężkich maszyn był uderzający.
- Chodźmy do szatni - zarekomendowała Doktorka.
- Zaraz, a gdzie jest damska? - Rozglądała się zaniepokojona Eve.
- Co? Szatnia jest jedna.
- Ale…
- Ale co?
- Albo nic, przynajmniej jest kurtyna pośrodku…

Zaczęliśmy się rozbierać z kombinezonów i przepoconej bielizny. Uplecione z czarnych włókien kombinezony były dość ciężkie, dlatego starannie złożyliśmy je jak nas uczono i położyliśmy na podłodze, zamiast wrzucać do delikatnie wyglądających pojemników. Oczywiście słyszeliśmy wszystko, co się dzieje za szmacianą kurtyną przedzielającą pomieszczenie na połowy.

- Do tych butów chyba potrzeba śrubokręta i wiertarki - narzekała Doktorka. - No, w końcu zeszły! - Słyszeliśmy stuknięcie butów o wyłożoną płytkami posadzkę.
- Nie rozumiem, z czym pani ma problem. - Eve chyba nie mogła się powstrzymać od wbicia szpili.
- Teraz część z tymi rurkami… Kotuś, chodź no tu, pomożesz mi! - Doktorka zaczęła mnie wołać.
- Nie! - Krzyknęła Eve.
- Co nie?
- Ja pomogę! I robi to pani specjalnie!
- Co specjalnie? Nic specjalnie. Zresztą sama widzisz, nie wychodzą…
- Gigi, pomóż mi, błagam cię!

W sumie cała nasza piątka już tylko czekała, owinięta ręcznikami, i słuchała tego, co się działo za kurtyną.

- No dobra, teraz ty, Pasożytku, rozbieraj się. Na co czekasz, na księcia z bajki?
- Ja… dopiero po pani…! - Tutaj problemem był chyba ten nieszczęsny tatuaż. Gigi go wypomniała Kosie i Eve nie chciała się z nim teraz obnosić, tak przynajmniej się domyślałem.
- A ty co znowu?
- Bo ja nie…
- Słuchaj no, koleżanko: oficjalnie to służycie pode mną i jeśli coś ci rozkażę, to macie to zrobić: ty, Kot, cała reszta. Rozumiesz to?

Przez chwilę panowała totalna cisza.

- No niech ci będzie. Ale nie zapominaj, że dalej jesteś w wojsku. Chodź, Gremlinku! I ściągnij te okulary, po co ci one, do zbliżeń na kolegów? Panowie, naprzód marsz!

Wyszliśmy wszyscy z szatni. Mieliśmy ręczniki owinięte wokół pasa, a Gigi miała dłuższy, którym szczelnie owinęła całe ciało. Doktorka nie przejmowała się niczym i była kompletnie nago, swój ręcznik trzymała na przedramieniu. Nasz wzrok najbardziej przyciągały filamentowe żyły, którymi była połatana, co zresztą nam zaprezentowała jeszcze przy pierwszym spotkaniu.

- Pod prysznice, raz! - Najwyraźniej przypomniała sobie, że może nam wydawać komendy i bardzo jej się to spodobało.
Prysznice nie miały żadnych przegród ani stojaków, dlatego położyliśmy nasze ręczniki na ziemi, weszliśmy do płytkich brodzików i puściliśmy wodę. Była cudownie ciepła! Z dozowników na ścianach wzięliśmy na dłonie mydło w płynie, szybko się namydliliśmy i spłukaliśmy. Gigi stała przez chwilę i gapiła się na nas, po czym sama zrzuciła ręcznik i też dołączyła, najwyraźniej uznając, że ma sensu się czymkolwiek przejmować.

- Gdzie ta niedojda? - Doktorka wypatrywała Eve, ale ta wciąż się nie pokazywała. - Robi takie cyrki, a ma szczęście, że tak późno wieczorem prawie nikogo tutaj nie ma… No nic, teraz chodźmy do głównej atrakcji: gorących źródeł. Tylko dokładnie wypłukajcie mydło z brodzików!

Pokierowała nas do kilkumetrowej niecki z parującą wodą.

- Panowie dokopali się do źródeł gorącej wody i urządzili taki luksus dla wszystkich - Doktorka wskazała dłonią. - Korzystajcie!

Upuściła ręcznik na posadzkę i ostrożnie zeszła po stopniach do basenu z parującą wodą, wydając przy tym jęki rozkoszy. Nigdy nie słyszałem naszej mentorki wydającej tego typu odgłosy i zatrzymało mnie to na chwilę, ale zaraz również i my weszliśmy, najpierw ostrożnie i z niedowierzaniem, a potem zalało nas uczucie błogiego relaksu, gdy zanurzyliśmy się w ciepłej wodzie po szyje. Gigi też zrzuciła ręcznik i dołączyła do nas, siadając na umieszczonej jakiś metr pod powierzchnią wody ławce.
Siedzieliśmy się tak przez pewien czas w milczeniu.

W końcu przyszła Eve, szczelnie opięta ręcznikiem, ale z mokrymi włosami, więc musiała wziąć prysznic gdy już sobie poszliśmy. Nie ściągając go, wlazła do basenu i usiadła na ławce po mojej prawej stronie.

Doktorka tylko popatrzyła się na nią swoimi goglami, ale było jej chyba zbyt błogo, żeby czynić Eve jakieś uwagi. A ta osiągnęła swój cel: filamentowego tatuaża nad piersią nikt nie zauważył.

Nie wiem jak długo tak siedzieliśmy, po prostu rozkoszowałem się tą chwilą. Było mi ciepło, przyjemnie, nie było żadnego zadania, które trzeba było wykonać na wczoraj. Dzisiaj zobaczyłem tak wiele rzeczy, nad którymi będę najprawdopodobniej jeszcze długo rozmyślał, a te przyjemne fragmenty, jak wizyta w parku i widok Eve biegającej boso po trawie… Ten widok miałem cały czas przed oczami, nawet gdy zamknąłem oczy. Spojrzałem na nią, miała zamknięte oczy i była zanurzona w ciepłej wodzie aż po podbródek. Uśmiechała się błogo. Nie wiem, czy było jej wygodnie w ciężkim od wody ręczniku, ale chyba przestała zwracać na to uwagę.

- Szkoda, że nie ma już sierocińca… - Wymruczała półprzytomnie.
- Co ja ci poradzę - odburknęła Doktorka. - Twoja wychowawczyni… wiadomo, co się z nią stało. Gdy większość sierotek przeniesiono na “Arkę”, to wszyscy odet- to znaczy zwolniło to tak dużo miejsca, że nie było sensu utrzymywać tej placówki. Ale parę zdjęć ocalało, przeglądnęłam je sobie dzisiaj. Mogę wam przesłać, takie chude dziecko z ręką w majtach i kryjące się za plecami innych to chyba byłaś ty, tak przynajmniej było podpisane.
- To ja może podziękuję za takie zdjęcia… - Wymruczała Eve.
Gigi siedziała niewzruszona.

- Zresztą znalazłam parę innych, Henri i Tell siedzą na podłodze i grają w jakieś gry planszowe…
- Przepraszam, kto? - Wtrącił się Derpi.
- No, Gamoń i Młotek. - Nasi koledzy w odpowiedzi pokiwali głowami. - Monter siedzi sam, układa z klocków jakieś zamki…
- Pamiętam! Miałem parę zestawów, ciągle mi je zabierali, to zacząłem robić elementy sam… - Przypominał sobie Monter.
- Ciekawe historie. - Derpi zastanowił się na głos.
- Ty i Kotuś dołączyliście do załogi dużo później, prawda?
- Zgadza się, ja mieszkałem na jednym ze statków, gdzie przez lata radziliśmy sobie sami. Ale pewnej nocy nastąpił potężny wybuch i mój statek poszedł na dno jak kamień, ja uciekłem w szalupie ratunkowej i gdyby nie transmiter alarmowy, to pewnie bym tam zginął marnie… Chyba nikt nie ocalał oprócz mnie…

Derpi opowiadał o tym dość spokojnie, ale kto wie, co się naprawdę w nim kotłowało. Niech ma swoje tajemnice, a ja mam swoje. Gdy mnie odratowali z dryfującego statku, to długo zajęło, nim zacząłem rozumieć co się w ogóle wokół mnie dzieje. Gdy w końcu uznali, że nadaję się do kontaktu z ludźmi, to zaczęli mnie puszczać do mesy na krótkie posiłki. Tam jakoś dosiadał się do mnie Derpi, który wtedy miał jeszcze zwyczaj mówienia tego “derp” do ludzi, na szczęście ostatnio mu jakoś przeszło. W sumie w naturalny sposób się zakumplowaliśmy ze względu na podobne pochodzenie - on dołączył do załogi sporo wcześniej niż ja, ale pewnie cały czas czuł się obco zestawiony z grupą, w której większość osób jakoś się tam znała jeszcze z dzieciństwa w sierocińcu. Nigdy nie miałem czasu się nad tym poważniej zastanowić, dopiero teraz te fakty do mnie wracały.


Tak siedzieliśmy lub leżeliśmy w cudownie ciepłym basenie, senni, zrelaksowani, tracący poczucie czasu. Ta chwila była… magiczna i miałem nadzieję, że pozostali kadeci też będą mieli okazję tego doświadczyć. Z tego, co słyszałem, mieli zacząć od jutra.



- No proszę! Nie wiedziałam, że ktoś tu jest! - Obcy, damski głos wyrwał nas z zamyślenia. Wszyscy zwróciliśmy się w stronę korytarza, który prowadził do pryszniców.

Właśnie nadchodziła wysoka kobieta z brązowymi włosami upiętymi nad głową. Podobnie jak Doktorka, była kompletnie naga i niosła ręcznik na przedramieniu, ale tu podobieństwa się kończyły: wielkie piersi podskakiwały przy każdym jej kroku, a szerokie biodra kołysały się rytmicznie. Na pozbawionym włosów łonie znajdował się… filamentowy tatuaż, układający się w spirale i kwiatowe wzory. Wzrok każdego samca z naszej grupy skupił się wyłącznie na niej i żadna bezpieczna dawka witaminek nie mogła temu zapobiec.

Kobieta zamachała przyjaźnie, położyła ręcznik na posadzce i zaczęła usadawiać się po mojej lewej stronie.

- To niegrzecznie się tak gapić! - Syknęła mi w ucho Eve na tyle głośno, że wszyscy słyszeli.
Ależ skarbie, nie ma problemu, mi to nie przeszkadza! - Kobieta zaprzeczyła radośnie i nachyliła się, żeby położyć rękę na ramieniu Eve w uspokajającym geście. Jej piersi przycisnęły się do mojego ramienia na tyle mocno, że zaczęło mi się robić naprawdę gorąco, ale postanowiłem wytrzymać. - No proszę, postawny, młody mężczyzna z protezą prawej ręki.

Nowo przybyła mierzyła mnie wzrokiem, trwało to chwilę. W końcu nawet Doktorka zaczęła patrzeć na nią wyczekująco.

- Tak w ogóle to jestem Lily. Czasem nazywają mnie Lilitu. Milioner chce cię widzieć. Bądź jutro o dziewiątej przed wrotami w przystani.

Mimo panującej gorącej atmosfery, w tym momencie mnie zmroziło.

- Tylko nie zaśpij! - Dodała radośnie.

niedziela, listopada 30, 2025

13. Manewry, część 3: oko na niebie


 

 Obudziłem się cały zesztywniały, było mi zimno. Miałem na sobie tylko bokserki i podkoszulek, musiano mnie rozebrać z kombinezonu - w sumie nic dziwnego, bo właśnie w tej chwili byłem w areszcie. Nie byłem tylko pewien, na jakim okręcie - postanowiłem siedzieć cicho na wypadek, gdybym nadal był na “Noel”, gdzie na przejawy sympatii raczej nie mam co liczyć. Siedziałem tak godzinę albo dwie, próbując sobie przypomnieć, co się stało - była wielka rozróba w mesie, rzucili się na mnie po tym, jak przyładowałem wyrwanym stołem w parę niedoszłych morderców. Wiem, że szamotałem się, ale ich było dużo, dużo więcej i chyba mnie unieruchomili. Co było dalej, nie pamiętam.

W końcu przyszedł strażnik by sprawdzić, co u mnie - odetchnąłem z ulgą, bo miał na sobie mundur “Arki”. Więc w międzyczasie musieli mnie przenieść do domu…

Domu…?

Jakiś czas potem przyszedł do mnie Kapitan. Po raz kolejny zmierzył mnie wzrokiem.

- Dlaczego opuściłeś hangar i urządziłeś sobie spacer po “Noel”?
- Doktorka wezwała mnie na lądowisko. - Usłyszawszy to, Kapitan chwycił się za czoło.
- No dobra, a teraz powiedz mi… Zasłużyli sobie?
- Tak. Bardzo.
- No i prawidłowo. Aroganckie gnoje. To tak między nami. A teraz kwestie formalne: siedząc w areszcie na nic nam się nie przydasz, ale od tej pory ty i reszta zespołu dostajecie pod skórę chipy lokalizacyjne. - Kapitan zbliżył twarz do krat. - I jeśli zamierzasz poskarżyć się Inez, to szkoda czasu, bo decyzji nie zmienię.
- Nie będę się skarżyć.
- Zuch chłopak. - Kapitan odwrócił się i wyszedł, a mnie wypuszczono z celi.

Ubrałem się w swojej kajucie, Derpiego nie było. Udałem się do audytorium, gdzie Eve siedziała przy ekranie stacji roboczej. Odwróciła się do mnie uśmiechnięta, choć oczy miała podpuchnięte.

- Wypuścili cię w końcu!

Ken podbiegł do mnie, machał ogonem i podskakiwał, próbując polizać mnie po dłoni. Uklęknąłem i zacząłem go głaskać.

- Co się w ogóle stało?
- Poszedłeś do mesy “Noel” i mało ich tam nie pozabijałeś. Na szczęście Doktorka była w pobliżu, unieruchomili cię i ona dała ci jakiś zastrzyk. Potem odeskortowali nas na “Arkę”.
- Aha.

Eve patrzyła na mnie oczami błyszczącymi z podziwu. Nie rozumiałem w pełni dlaczego, ale bardzo mi się to podobało.
Nie przygotowało mnie to jednak na to, co się stało w naszej mesie - gdy poszliśmy na nasze śniadanie, powitały mnie oklaski, a kadeci stojący bliżej wstali i zaczęli klepać mnie po plecach. Byli silniejsi ode mnie, dlatego parę razy mało mnie nie przewrócili, ale powiedzmy sobie szczerze: to było wspaniałe uczucie. Dostałem dziś rano podwójną porcję, “na uzupełnienie kalorii”, jak mi powiedziano.

Nasz kolejny przystanek był w szpitalu, gdzie Gigi wstrzyknęła mi chip pod skórę karku. Reszta naszej grupy: Eve, Derpi, Monter, Gamoń, Młotek i sama Gigi podobno już byli po tym zabiegu. Nikt nie był specjalnie szczęśliwy, ale też nikt mi otwarcie nie wyraził swoich pretensji, co mi bardzo pasowało - i tak czułem się wystarczająco winny. Gigi się krzywiła, ale niecharakterystycznie dla niej nic nie skomentowała, nawet mnie nie sklęła.

Potem ja i Eve zostaliśmy wezwani przez mobilki do hangaru, gdzie urzędowali Monter i Derpi. Ten pierwszy wydał nam najnowszy model hełmów, ten drugi wręcz promieniał.
- A ty co taki zadowolony?
- No, udało mi się w końcu załatwić parę rzeczy, które już dawno miały być zrobione. - Poklepał się po kieszeni. Promieniał ulgą.
- A o co konkretnie chodzi?
- A, taki tam projekt w końcu udało mi się wydrukować. No, dawaj - wskazał na hełm.
- Będę wyglądał jak kretyn.
- A w hełmie jeszcze gorzej. No, zakładaj - Derpi podał mi egzemplarz czarnego, zakrywającego twarz hełmu z mocno wysuniętą, wręcz iglastą poziomą końcówką. Nie była jakaś specjalnie długa, ale dziwnie było go nosić. No cóż, kwestia przyzwyczajenia.
- Co to za cyrk znowu?
- To kamera - wyjaśnił Monter. - Nasza czwórka ma obserwować i nagrywać przebieg manewrów z helikoptera, do celów edukacyjnych podobno.
- To manewry się jeszcze nie skończyły?
- Coś tam popływali, polatali, niewiele więcej. Kadeci i Modliszki mają tylko siedzieć i patrzeć. Sprzeciwów jakoś nie było. - Podsumował Derpi i wzruszył ramionami.
- Dopiero teraz ma być jakaś większa akcja, stąd nagrywanie z helikoptera. - Wtrącił się Monter, niosąc hełm z kamerą dla Eve. - Dla nas też są.
- Instrukcje są następujące: dwójka z nas obserwuje manewry, druga para ma patrzeć cały czas w niebo i wypatrywać, czy coś tam nie leci z orbity.
- Ja wolałbym obserwować manewry - wymruczałem.
- Jak każdy chyba, bez losowania się nie obejdzie…

Ja miałem szczęście i razem z Derpim wylosowaliśmy manewry, Eve i Monter dostali niebo. Eve w sumie było to obojętne, natomiast Monter był mocno rozczarowany. Pocieszał się tym, że potem i tak obejrzy sobie nagrania.

Zresztą nie było więcej czasu na gadanie, ubrani w kombinezony i hełmy zostaliśmy wezwani do helikoptera, tego samego, którym lecieliśmy na kontynent. Czułem jakąś satysfakcję z tego, że przydał się i jest używany, a nie był tylko jakąś chwilową fanaberią, choć z drugiej strony przy takiej łatwości drukowania wszystkiego nie byłoby wielkim problem to, gdyby w ogóle nie był używany.

Niebo było jak zwykle zachmurzone, nasz i parę innych helikopterów krążyło wokół grupy uderzeniowej. Widziałem, że ich załogi mieli zwykłe kamery, a nie śmieszne hełmy jak my. Myśliwce już czekały na górnym pokładzie “Arki”, gotowe do startu, w niezbyt imponującej liczbie ośmiu. W hangarach było ich jeszcze kilkanaście, ale nie byłem pewien, czy w ogóle są w gotowości bojowej.
Za “Arką” płynęła “Noel”, a dwa niszczyciele i dwa krążowniki otaczały tę parę. Tak na mój gust przydałoby się jeszcze parę krążowników, których zbudowanie nie byłoby wielkim problemem, ale pewnie nie było już załogi do ich obsadzenia. Ale i tak byliśmy prawdopodobnie najpotężniejszą grupą uderzeniową na planecie… Również dlatego, że chyba jedyną.

Obserwowałem płynącą grupę, na pokładach krzątała się załoga. Myśliwce wystartowały. W oddali zobaczyliśmy skalistą wyspę, na której widać było prostokątną wieżę złożoną z metalowych kratownic. Wokół niej było widać jakieś inne budynki, małe lądowisko… Żaden z nich nie był wykonany z czarnego metalu, a z jasnoszarego. To były instalacje wroga, zbudowane przez Sztuczną Inteligencję. Chyba po raz pierwszy w życiu widzieliśmy przeciwnika. Zobaczyłem jeszcze chmurę podrywających się punktów, które musiały być dronami wroga.

Ja i Derpi obserwowaliśmy na zmianę lecące myśliwce oraz manewry naszej grupy uderzeniowej, natomiast Monter i Eve dalej mieli obserwować niebo. Ze skalistej wyspy zaczęły nadlatywać pociski i dopiero wtedy dotarło do mnie, że to już nie są ćwiczenia.
“Yukikaze” wystrzeliła pionowo pociski przechwytujące. Nie widziałem błysków eksplozji, bo musiałem koncentrować się na ruchach okrętów, ale po chwili usłyszałem eksplozje gdzieś nad nami. Zacząłem się bać.
Teraz Derpi wrócił do okrętów, a ja nagrywałem myśliwce. Błyskawicznie rozprawiły się z chmurą dronów, które nie zdążyły się nawet zbliżyć do floty, po chwili zobaczyłem eksplozję na wyspie niszczącą lądowisko, a myśliwce zawróciły z powrotem w stronę lotniskowca. Żaden nie został zestrzelony.
Śledziłem ich lot i zauważyłem, że nasza grupa uderzeniowa zwolniła, a “Asuka” zatrzymała się kompletnie. Wokół jej działa szynowego zapalały się i gasły łuki elektryczne i po chwili z potężnym wizgiem zaostrzony pocisk z czarnego metalu został wystrzelony w kierunku wyspy. Po chwili z wyspy wzbiła się chmura pyłu i dotarł do nas huk eksplozji. Niestety teraz była moja kolej na nagrywanie okrętów, więc nie widziałem czy i w ogóle coś zostało z wyspy, gdy rozwiał się pył.

To zobaczyłem dopiero za kilkanaście minut, gdy cała grupa zbliżyła się do celu ataku: na skalistej wyspie nie zostało nic, nie widać było nawet ruin budynków. Wszystkie okręty zatrzymały się, co było niebywałe - wprawdzie ustawiły się teraz w dość sporych odległościach od siebie, ale było to ekstremalnie niebezpieczne ze względu na ryzyko bombardowania z orbity. Tymczasem z “Noel” wypłynęło kilka bark desantowych, z góry doskonale widzieliśmy, że były prawie puste. Barki dopłynęły w pobliże skalistego wybrzeża, ale nikt z nich nie wysiadał. Zapanowała atmosfera wyczekiwania.

Z zamyślenia wyrwały mnie okrzyki zaskoczenia i strachu Eve i Montera, ale niemal w tym samym momencie barki odbiły od brzegu i zaczęły płynąć w kierunku “Noel”, a nasze okręty ruszyły z taką szybkością, jaka tylko była możliwa. Naszym helikopterem szarpnęło ostro, bo pilot też wykonał nagły skręt. Zaczęliśmy oddalać się od pozostałości skalistej wyspy, jakby zaraz miała wybuchnąć. Zmieniliśmy się z Derpim i skierowałem hełm na pozostałości wyspy i wtedy też to zobaczyłem: spomiędzy chmur wyłaniało się gigantyczne oko.

Nie należało do jakiegoś potwora, a raczej było częścią instalacji stworzonej przez Sztuczną Inteligencję gdzieś w kosmosie: gigantyczna soczewka, która musiała być częścią jeszcze większej, niewyobrażalnie groźnej konstrukcji. Oddalaliśmy się od niej coraz szybciej i wkrótce zaczęła się chować wśród chmur, nie podejmując żadnej akcji.

Jakby tego było mało, w pobliżu wyspy pojawił się znienacka zielony stwór: Skurwiel. To znaczy Pierwotny. Wisiał tak chwilę w powietrzu, po czym również i on zniknął, nie robiąc nic.

***

- Kadeci! - Kapitan zwrócił się do nas wszystkich, zgromadzonych w hangarach. - Widzieliście wszyscy, co szykuje dla nas wróg. To oko na niebie to nowa superbroń, budowana na orbicie. Nie jest jeszcze sprawna bojowo, bo inaczej by nas tu nie było. Nie byłoby też Sopla, ponieważ według naszych szacunków Oko jest w stanie zniszczyć nawet tę bazę. Jedno wiemy na pewno: prędzej niż później będzie ukończona i musimy ją zniszczyć. I przygotowanie pozycji do ataku i to właśnie będzie wasze zadanie.

Rozejrzałem się po twarzach kolegów. Wszyscy byli przejęci, nie tylko zaaferowany czymś ostatnio Derpi, ale nawet mający średni kontakt z otoczeniem Gamoń czy Młotek.

- Po uzupełnieniu zapasów na Soplu zacznie się najważniejsza operacja tej wojny. To wszystko.


Więc w końcu, po tylu miesiącach, zawitamy na Sopel. Byłem tak samo przestraszony, jak i podekscytowany tą perspektywą.

niedziela, listopada 16, 2025

12. Manewry, część 2: otchłań

 


Czerń zalała moje oczy, czarna maź wlała mi się do uszu i ust, byłem przerażony. Zacząłem panikować, szamotać się, czułem, jak czarny ocean coraz bardziej na mnie napiera. I w jednym momencie wszystko zniknęło, a ja znalazłem się na czarnej powierzchni, w bańce powietrza. Proteza zaczęła mnie mrowić, a na powierzchni bańki, wewnątrz której byłem, pojawiły się niebieskie łuki elektryczne, dające błyski światła. Po chwili w sklepieniu otworzył się mały otwór, przez który do środka dostało się światło i powietrze. Byłem, przynajmniej chwilowo, bezpieczny.

Ze ściany bańki wyłonił się obły kształt, przypominający ludzką głowę. Spojrzałem na swoją protezę - błyski pojawiły się również na niej, przepływały od ramienia poprzez dłoń aż do podłogi bańki. Tymczasem kształt miał już szyję i korpus, zaczęły pojawiać się ręce. Jedna z nich była ludzka. Moja.

- Jestem Omen. Herold. - Odezwał się humanoid. Czy też, opisując to doświadczenie dokładniej, usłyszałem monotonny, pełen zakłóceń głos w mojej głowie.
- Ten sam, co wcześniej.
- Ten sam - pokazał mi swoją ludzką rękę, jakbym nie widział jej wcześniej.
- Teraz rozumiem cię dużo lepiej, niż wtedy.
- My… nauczyliśmy się. Byliśmy tam. - Wskazał na moją protezę. - Komunikujemy się… ale różnimy się. Bardzo.
- Dlaczego pojawiliście się wcześniej, na lotniskowcu?
- To był… błąd. Usłyszeliśmy wibracje… - Wskazał na moją protezę, którą wtedy przyładowałem w ścianę dzwonowatego audytorium w akcie wściekłości. - Pojawiliśmy się… jak wtedy, gdy twój… ojciec…

Spodziewałem się tego tematu. Tak bardzo nie chciałem wracać do tamtych chwil i unikałem ich, jak tylko mogłem, koncentrując się na tym, co jest tu i teraz, ale w obecnej chwili nie było od tego ucieczki.

- On… próbował komunikować się z nami.
- Tak, wiem.
- Uczyliśmy się od niego o ludziach… Jedzenie, rozwój, rozmnażanie się…
- To był bardzo zły przykład.

Omen, czyli humanoidalna sylwetka z czarnej mazi otoczona niebieskimi wyładowaniami elektrycznymi, mówiąca monotonnym, radiowym głosem, zamilkła i znieruchomiała.

- Wyjaśnij.
- A choćby to, że moja matka zwiała, zanim się urodziłem. Potem wróciła, ale wśród ludzi tak to nie działa… - Moje wyjaśnienia nie spotkały się z żadną reakcją. - A może ja o coś spytam: dlaczego zaatakowałeś naszą załogę?
- To był… Jak mówiłem… błąd. Próbowaliśmy używać podobnej częstotliwości, co sygnał… - wskazał na protezę. - To było… szkodliwe. Dla was.
- Ale teraz rozmawiamy normalnie?
- Jesteśmy również tam. - Ponownie wskazał na protezę. - Dostosowaliśmy częstotliwość na… bezpieczną. To jest nasz… odbiornik. - Oderwałem na chwilę dłoń od podłogi bańki i głos Omenu wtedy umilkł; znowu go słyszałem, gdy przyłożyłem dłoń do czarnej powierzchni. Więc tak to działało.
- Tylko ja mogę was słyszeć?
- Na razie tak.
- A burza? Wtedy, gdy proteza tak bardzo mnie bolała?
- To była… strefa wojny.
- Walczycie z kimś?
- Walczymy z… Wy nazywacie ich… Pierwotnymi.

Osobiście widziałem Pierwotnego, który czyścił ocean z czarnej mazi. Czyżby stanowił aż takie zagrożenie dla… tego czegoś, co reprezentował Omen?

- Czy możesz mi wyjaśnić tę wojnę?
- Przybyliśmy tutaj… w tym samym czasie, co wy. Żyjemy. Nasz… habitat… zostaje zniszczony. Rozprzestrzeniamy się. Pierwotni nas atakują.
- Zniszczony? Jak? Przez kogo?
- Przez metalowy pręt z nieba.

Mówiono, że czarna maź rozlała się po prawie całym oceanie planety krótko po ataku Sztucznej Inteligencji. Teraz już chyba wiedziałem dlaczego.

- Twój ojciec… - Podjął Omen.
- Najlepiej zapomnijcie o nim.
- Zapominanie jest dla nas… niemożliwe…
- Aha. Ale czy musimy o tym mówić?
- Nie. Nie musimy.
- Mam jeszcze jedno pytanie: czego w ogóle chcecie ode mnie?
- Uczyć się. Zrozumieć. Komunikować.
- Ze mną?
- Tak. - Wskazał nieforemną dłonią na protezę. - I później… jeśli się uda… z innymi.
- Jak się nazywacie?
- Miano… - Głos Omenu ucichł na chwilę. - Ekspedycja.
- Okej. I co teraz?
- Chcemy dalej… Obserwować, rozumieć… Nie będziemy przeszkadzać.
- Ale równocześnie prowadzicie wojnę?
- Tak.
- Gdzie walczycie? W jaki sposób?

Głos ucichł na dłuższą chwilę.

- No i?
- Nie znamy słów… by to przedstawić… Może… matematyka…

Głos zaczął przedstawiać wzory, formuły, diagramy. Nie tylko je słyszałem, ale też pojawiały się w mojej głowie. Prawdopodobnie pismo języka mamy Eve było prostsze do zrozumienia niż to.

- Nic z tego nie zrozumiałem.
- Może… później. Czas… inaczej…

Dyskusja wkroczyła na tematy, odnośnie których już nie byliśmy w stanie się porozumieć. Do tego potrzebny był zespół specjalistów od matematyki i fizyki, którym nie byłem.

- Czy mam powiedzieć o was innym…?
- Nie widzimy takiej potrzeby. Teraz… wojna…
- To tak jak u nas. Też mamy własną.

Omen znowu ucichł, wyraźnie oczekując wyjaśnień.

- Sztuczna Inteligencja bombarduje nas z orbity. Niszczy wszystko, co zbudujemy. Musimy ją pokonać, by w ogóle dalej istnieć.
- Teraz… rozumiemy lepiej. Musimy to… przeanalizować.
- Świetnie. czy mogę już iść? Możecie mnie odstawić na “Noel”? Ten wielki okręt, z którego mnie… z którego wypadłem? - Nie chciałem wpaść pod ostrzał kolejnej serii pytań.
- Tak. Będziemy z tobą… Obserwowali… Poznawali… Uczyli się.

Poczułem, że jestem w ruchu; bańka, w której byłem, zaczęła się przemieszczać i to całkiem szybko. Zostałem wypchnięty do góry i znalazłem się w doku “Noel”, gdzie zgromadzone były łodzie desantowe, tak jak opisał to Monter. Całe doświadczenie nie trwało dłużej niż parędziesiąt minut.

Ruszyłem do schodów i później do windy. Dzisiaj wydarzyło się tak wiele rzeczy, ale ja jeszcze nie miałem dosyć. Eve rozpaczała po tym, jak zabrali Riko, natomiast we mnie zaczęła buzować wściekłość na to wszystko.

Uważnie przyglądałem się ludziom wokół, personelowi i żołnierzom, ale wszystko było po staremu, czyli spojrzenia pełne wrogości. Nie tego jednak szukałem. Wróciłem do hangaru i otworzyłem drzwi kartą, którą dostałem na lądowisku helikopterów od Doktorki. Eve dalej spała, nie chciałem jej budzić. Ubrałem swój hełm i rękawice. W pełnym rynsztunku poszedłem do mesy “Noel”, gdzie zaczynało się śniadanie.

Stanąłem w wejściu. Nie musiałem nic mówić, bo uwaga wszystkich natychmiast skupiła się na mnie. Patrzyłem uważnie po twarzach zgromadzonych i chyba wypatrzyłem dwóch kandydatów. Zdjąłem hełm i ich przerażone miny tylko potwierdziły moje podejrzenia.

Wyrwałem jeden z przyśrubowanych stolików i rzuciłem się na nich, reszty nie pamiętam.

niedziela, listopada 09, 2025

11. Manewry, część 1: jaśmin

 


Staliśmy z Eve oparci o reling i patrzyliśmy na okręty naszej grupy uderzeniowej. Udawaliśmy, że dyskutujemy nad kolejną aplikacją mobilkową, ale tak naprawdę gapiliśmy się na potężny okręt desantowy, który mieliśmy po lewej burcie. Ken węszył wokoło, ale wolał nie zbliżać się do relingów - bardzo rozsądnie z jego strony.
Pływający dok miało około dwustu metrów długości, czyli około połowy długości “Arki”, miał dwa lądowiska dla helikopterów do szybkiego przenoszenia żołnierzy z jednego okrętu na drugi i w środku miał zapewne kilkanaście lub kilkadziesiąt pojazdów desantowych - zakładałem, że były to łodzie, choć amfibie też wchodziły w grę. Próbowaliśmy machać do załogi, ale bez reakcji. Nie widziałem za dokładnie, ale jeden chyba pokazał nam środkowy palec. Szybko zaprzestaliśmy naszych starań.

- Piękna, prawda? - Eve jakoś ostatnio przestała pojawiać się za moimi plecami, ale tym razem pojawił się znienacka Monter.
- Ona? - Spytała odruchowo Eve, nie zauważając mojego umęczonego spojrzenia proszącego, aby nie uruchamiać Montera.
- “Noel”, największy okręt floty zaraz po naszej “Arce”. Dwadzieścia dwie barki desantowe w środku, w każdej zmieści się do osiemdziesięciu żołnierzy. Okręt budowany od początku do tego celu, nie przerobiony z transportowca jak nasz lotniskowiec.
- Czy były… inne lotniskowce oprócz naszego? - Teraz sam byłem zainteresowany.
- Był jeden, ale Skur… to znaczy Pierwotny go pochlastał na kawałki. Ocalałe odrzutowce trafiły do nas.
- Ale moment, dlaczego “ona”? - Przypomniała się Eve.
- Wszystkie te okręty noszą żeńskie imiona, popatrz - wskazał na dwa niszczyciele płynące w pewnym oddaleniu za nami. - To “Fubuki” i “Yukikaze”...
- Niech zgadnę, zbudowane w Soplu?
- Skąd wiedziałaś?
- “Fubuki” to “burza śnieżna”, a “Yukikaze” to “zimowy wiatr”, tak więc pasuje.
- Nie wiedziałem tego… - Monter zamyślił się.

Patrzyliśmy przez chwilę na dwa identycznie wyglądające niszczyciele z czarnego metalu. Miały bardzo prosty, kanciasty, wręcz prymitywny kształt, ale wiedziałem, że mają w środku pionowe wyrzutnie przeciwlotniczych pocisków rakietowych przystosowanych do przechwytywania i niszczenia wrogich pocisków i pojazdów latających. Zapewniana przez nie ochrona przeciwrakietowa będzie niezbędna w razie ataku.
Każdy z niszczycieli miał też po lądowisku dla helikopterów - jak się nad tym zastanowić, nasz własny stawał się trochę zbędny, ale nie martwiłem się tym za specjalnie.

Równocześnie spojrzeliśmy w stronę dziobu: przed nami przecinały powierzchnię czarnego oceanu dwa krążowniki.
- A tam płyną “Asuka” i “Eris”.
- “Asuka” to też imię żeńskie? Dziwne jakieś…
- Ty, uważaj sobie! - Eve walnęła mnie pięścią w zdrowe ramię. - Tak miała na imię moja babcia!

Choć nie były tak długie jak “Noel”, każdy z krążowników i tak wyglądał imponująco. W przeciwieństwie do niszczycieli nie wyglądały identycznie: “Eris” miała, a jakże, lądowisko helikopterów, dwie takie maszyny lśniły w bladym słońcu. Pomiędzy dwoma potężnymi nadbudówkami umieszczony był wysoki maszt systemu radarowego, ale najważniejsze znajdowało się pod pokładem, bliżej dziobu: pionowe wyrzutnie pocisków stanowiły potężną siłę uderzeniową. Z kolei “Asuka” miała jakieś 150 metrów długości i nieco lżejszą budowę od “Eris”, ale podobno była równie groźna, jeśli nie bardziej: oprócz pionowych wyrzutni miała również działo szynowe, które używało pola elektromagnetycznego do rozpędzania i wystrzeliwania pocisków. Dużo łatwiejsze do wyprodukowania pociski nie wymagały trudno dostępnego płynnego paliwa i nie zawierały żadnych materiałów wybuchowych, polegając tylko na energii kinetycznej. Podobna zasada jak tungstenowe pręty, które swoją energię uzyskały dzięki grawitacji. Działo miało kilkanaście metrów i wyglądało groźnie, choć nigdy nie widziałem go w akcji i nie miałem pojęcia, jak spisywałoby się w praktyce.
- Długo testowali ten railgun - Monter najwyraźniej myślał teraz o tym samym, co ja. - Wyników nie znam, ale skoro tak się z nim obnoszą, to chyba jest coś na rzeczy.

Z małego lądowiska na “Asuce” poderwał się helikopter, patrzyliśmy jak zmierza w stronę “Arki” i ląduje na górnym pokładzie. Na mobilkach mojej i Eve pojawił się rozkaz stawienia się tam za pół godziny, w pełnym rynsztunku. Ruszyliśmy biegiem do do audytorium po nasz sprzęt z krótkim przystankiem w szpitalu, by zostawić Kena u Gigi.

***

Testowaliśmy wcześniej system wymiany wiadomości między kadetami, co dowództwo zdeptało niemal równie szybko, jak zaczęliśmy. Nie pomyśleliśmy, żeby przypisać konto do danej mobilki, dzięki czemu dość łatwo można było wysyłać wiadomości anonimowo - gdy jedna z Hien wrzuciła zdjęcie swoich… walorów, wzbudziło to zainteresowanie reszty kadetów tak duże, że dowództwo kazało cały system po prostu wyłączyć. Nie dociekano, która Hiena wrzuciła to zdjęcie, ale sądząc po rozmiarach nie była to, z całym szacunkiem, Eve. “Moja Eve”, jak myślałem o niej już od jakiegoś czasu.

Stawiliśmy się naszych czarnych kombinezonach, z długimi nożami i pałkami u pasa. Na głowach mieliśmy hełmy zakrywające również twarze - niedawno wydrukowany wynalazek, połączenie hełmów do komunikacji używanych podczas wyprawy helikopterowej i tych stosowanych przez Modliszki. Podobno projekt opracował Monter i Derpi na podstawie istniejących danych i pomysłów od Młotka i Gamonia. Zresztą ci dwaj dawno niewidziani koledzy też stali na górnym pokładzie, choć nie byli w pełnym rynsztunku tak jak my - właściwie to wyglądali nieco nieregulaminowo, w pomiętych koszulach, mocno niewyspani i nieogoleni - choć stosowanie kremu antyzarostowego było obowiązkową częścią porannej rutyny na “Arce”. Zaraz, czy Hieny też muszą… nieważne.

Z myślenia o bzdurach wyrwał mnie widok delegacji wjeżdżającej windą na pas startowy. Sądząc po insygniach, byli tam dwaj nieznani nam kapitanowie i ich kilku podwładnych, a obok naszego Kapitana szła Doktorka, Noin i jeszcze parę osób ze ścisłego dowództwa lotniskowca.

- Wy - Kapitan wskazał na mnie i Eve - lecicie na “Noel”, spotkacie się tam z delegacjami ze wszystkich innych okrętów. Macie na mnie poczekać. Bądźcie grzeczni i starajcie się zrobić dobre wrażenie - dodał ciszej. - Natomiast wy - wskazał na parę naszych nieświeżych i małomównych kolegów - pokażecie kapitanowi Renoirowi i kapitanowi Verso to, co prezentowaliście mnie.

To jakby tchnęło nową energię w naszych kolegów, oczy im się zaświeciły - nic nie mówiąc, żwawym krokiem dołączyli do delegacji i zjechali windą. My zgodnie z rozkazem wsiedliśmy do helikoptera, który zabrał nas na “Noel”.

***

Nie rozmawialiśmy ze sobą w trakcie lotu, choć hełmy umożliwiały nam swobodną komunikację. Byliśmy dość przejęci tym, dlaczego akurat nas wezwano i po co. Wysiedliśmy na lądowisku, pochylając się tak, jak nas uczono. Koordynator lądowiska wskazał nam, gdzie mamy się udać - stanęliśmy na baczność i karnie czekaliśmy na dalsze instrukcje. Po dłuższym czasie - nie wiem dokładnie, ile minęło, godzina czy dwie, ale jak każą nam czekać, to czekamy - koordynator wskazał nam, że możemy wejść do wnętrza okrętu.

W sali konferencyjnej, nieco podobnej do naszego audytorium, siedziało kilkunastu mężczyzn. O ile zza uchylonych drzwi słyszeliśmy głosy swobodnych rozmów, to wszyscy umilkli, gdy tylko weszliśmy. Przeszyły nas czujne spojrzenia, niektóre były chyba nawet wrogie. Mężczyźni byli ubrani w mundury o różnych odcieniach czerni i szarości, reprezentowali wszystkie pozostałe okręty naszej grupy bojowej. My byliśmy z “Arki” jako jedyni.
- Koniec imprezy, idziemy, panowie! - Zawołał jeden z nich, wszyscy zaczęli się podnosić z krzeseł i kierować do wyjścia. Omijali nas szerokim łukiem, starając się nas w ogóle nie dotykać. Atmosferę dało się kroić nożem.
- Idziecie czy nie?! - Zawołali za nami. Chcąc nie chcąc podążyliśmy za grupą, nie wiedząc za bardzo, o co chodzi.

Weszliśmy do wielkiej windy, która bez problemu wszystkich nas pomieściła, i zaczęliśmy powoli zjeżdżać. Reprezentanci innych okrętów wyglądali na sprawnych fizycznie, byli regulaminowo ubrani, pełen profesjonalizm - to nie byli kadeci tacy jak my. Problem polegał na tym, że najwyraźniej bardzo nas nie lubili - i teraz zaczęli nas otaczać.

- “Arka”? Chyba raczej “Zoo”.
- Banda mutantów.
- Pieprzone mięso armatnie.
- Cały lotniskowiec zmarnowany na to, by niańczyć bandę sierot - jeden z grupy wskazał na mnie oskarżycielsko palcem.
- My tu walczymy o przetrwanie, rozumiesz to? Nie możemy sobie pozwolić na takie bzdury, no ale dowództwo wie lepiej. Że jak ubierze takich niedojebanych kurdupli w hełmy i kombinezony to już mogą walczyć. - Wskazał palcem na Eve. - Słuchasz mnie, kolego?!

Eve zaczęła powoli cofać się za moje plecy.

- Gdzie się chowasz, gnoju! - Stojący za naszymi plecami żołnierz ciężko położył swoją rękę na ramieniu Eve. To był jego błąd. Wyuczonym na zajęciach ruchem wywinęła się, wzięła zamach ręką i z pełną siłą uderzyła go pięścią w krocze, co przy różnicy wzrostu było dla niej bardzo łatwe. Usłyszałem chrupnięcie, prawdopodobnie jego miednica poszła w proszek. Żołnierz odleciał w tył na półtora metra i klapnął na posadzkę windy, po czym zaczął wrzeszczeć z bólu.
- O ty…! - Kolejny próbował chwycić Eve, ale natychmiast chwyciłem jego ramię moją protezą. Chyba trochę przesadziłem, bo usłyszałem kolejne chrupnięcie, a napastnik zwiotczał i osunął się na kolana.

Dostałem uderzenie w brzuch, ale kombinezon i warstwa mięśni sprawiły, że prawie nie poczułem bólu. Uderzyłem na wprost moim hełmem, protezą chwyciłem kolejnego napastnika i zamiotłem nim teren przede mną, przewracając wszystkich, którzy tam stali. Odwróciłem się i zobaczyłem, że Eve w międzyczasie podcięła nogi stojącymi za nami i jakoś nie byli skorzy, by wstawać. Oparliśmy się plecami o siebie, gotowi do dalszej walki, ale w tym momencie winda się zatrzymała i jej drzwi się rozsunęły.

Czekał tam na nas nasz Kapitan w towarzystwie dowódców wszystkich pozostałych okrętów, sądząc po mundurach. 
- Widzę, że byliście grzeczni - rzucił ze złośliwym uśmiechem. Odwrócił się do pozostałych, którzy patrzyli na pobojowisko szeroko otwartymi oczami. - Ta dwójka należy do grupy najsłabszych fizycznie kadetów, zajmują się głównie sprawami technicznymi i w związku z tym mają ograniczone treningi.
- Ale… - Zaczął kapitan Verso.
- Dwójka moich najsłabszych kadetów rozjebała waszych najlepszych ludzi. - Wycedził chłodno Kapitan. - Jakie pytania szanowni panowie jeszcze mają?

Odpowiedziała mu cisza. Kapitan popatrzył po twarzach swoich kolegów.
- Ściągnijcie hełmy - rozkazał. Nacisnęliśmy przyciski zwalniające i wykonaliśmy rozkaz. Paru krzyknęło z zaskoczenia widząc dziewczęcą twarz Eve i jej sięgające karku włosy.

- I jak? To może teraz poślecie po personel medyczny, jak od początku mówiłem? A temu, co wyje, od razu dajcie zastrzyk zrostowy.

***

Szliśmy razem z Kapitanem korytarzami wewnątrz “Noel”, reszta dowódców została przy swoich podopiecznych. Przez dłuższy czas szliśmy w milczeniu, ale w końcu nie wytrzymałem.
- Panie Kapitanie… dlaczego?
- Wy, kadeci, jesteście kluczową częścią naszej strategii. Mamy jeszcze wiele niewiadomych, ale najwięcej wątpliwości było wokół was. To wreszcie powinno przekonać wszystkich, tak dowództwo, jak i załogi.
- Przekonać…? Raczej nas po tym nie pokochają… - Wymruczała na wpół do siebie Eve.
- Oczywiście, że nie - podchwycił Kapitan. - Jesteście teraz znienawidzeni i dobrze radzę, uważajcie teraz na siebie. Ale nie jesteście po to, by was kochali, tylko żeby wygrać.
- I my… co dokładnie mamy robić…? - Zaryzykowałem pytanie, choć ciekawość w wojsku nie należy do dobrych pomysłów.
- Dowiesz się w swoim czasie. - Uciął natychmiast Kapitan. - No, jesteśmy.

Stanęliśmy przed wrotami małego hangaru (albo wielkiej sali), Kapitan wyciągnął kartę dostępu, wstukał jakiś kod i wrota się rozsunęły. Naszym oczom ukazały się sterty metalowych pudeł, stacje robocze podobne do tych, jakie mieliśmy na “Arce” w audytorium, szafy, stolik, krzesła, śpiwory pod ścianą. Centralne miejsce zajmowało jednak wielkie, przezroczyste pudło, wysokie na jakieś cztery metry i szerokie na osiem, może dziesięć. Wewnątrz znajdował się cylindryczny obiekt przypominający pocisk rakietowy, jednak o dużo bardziej niezgrabnym, mało aerodynamicznym kształcie. Wykonany był z dziwnego, biało-szarego metalu zamiast normalnego czarnego. Otaczało go kilka zielono-żółtych pasków, niestety moja znajomość nazewnictwa kolorów była dość ograniczona - potem od Eve dowiedziałem, że ten kolor nazywa się “jaśminowy”.

Kapitan podszedł do jednej z szaf.
- Tu macie coś, co bardzo lubicie - otworzył skrzydła. Na półkach były ustawione… szeregi jajec, czyli satelitów z informacjami od mieszkańców planety, które wysyłano w kosmos z zamiarem przesłania dalej na Ziemię. - Nie wiemy, czy są sprawne, nikt nie miał za bardzo czasu, by je badać.
- Czy my mamy to wszystko…
- Nie. Nie wiemy, czy te informacje zostały przesłane dalej, czy nie, i co tam się znajduje, ale po prostu nie mamy już czasu. Waszym zadaniem będzie rozgryzienie tej rakiety - wskazał na obiekt w akwarium.
- Czy to kolejna pozostałość po… kataklizmie? - Eve miała na myśli atak Sztucznej Inteligencji.
- Nie, to akurat przyleciało do nas z orbity około dwóch miesięcy temu. Dryfowało w pobliżu regularnej trasy patrolowej “Noel”, wysyłało sygnał pomocy, chyba zresztą robi to do teraz. Podejrzewamy, że coś jest nie tak. Chyba nie jest to broń ani urządzenie szpiegowskie, ale nie mamy pewności. Zachowajcie ostrożność i postarajcie się to zbadać. Macie na to sześć dni, potem dołączycie z powrotem do załogi “Arki”. W pudłach macie prowiant i witaminki, ze względów bezpieczeństwa… naszego i waszego… będziecie przez prawie cały czas zamknięci, choć Inez może chcieć was odwiedzić. - Kapitan uśmiechnął się lekko. - Pamiętajcie też o treningach.

Po incydencie z lekarzem okrętowym Kapitan prezentował się dużo bardziej profesjonalnie, ani razu nie widziałem go w jego “nieświeżym” stanie. Mimo okazyjnej wymiany kąśliwych uwag chyba zaczął dogadywać się też z Doktorką, swoją córką, no ale co ja tam wiem.

- Powodzenia, kadeci! - Rzucił i zamknął za nami rozsuwane wrota hangaru. Włączyliśmy ekrany stacji roboczych i zabraliśmy się do pracy.

Do gniazda w rakiecie podłączona była wiązka grubych przewodów, która była przeprowadzona przez izolowany okrągły otwór w przezroczystej ścianie pudła. Wybrałem opcję zainicjowania połączenia. Po chwili na ekranie pokazały się krzaczkowate symbole: 莉子.

- Eve, pomóż…!
- Teraz to “pomóż”... - Powiedziała nie bez satysfakcji. - To znak na “jaśmin”, a to na “dziecko”, ale całość to najpewniej imię żeńskie. Nie mam pewności, jakie jest ich czytanie, ale teraz chyba bez znaczenia.

Na szczęście po tym ekranie startowym reszta interfejsu była już w znanym mi języku i nie mieliśmy żadnego problemu ze zlokalizowaniem funkcji: “sekwencja otwarcia”.

- Dlaczego nikt wcześniej tego nie otworzył?
- Nie mam pojęcia. Odstraszył ich ekran startowy? Nikt nie chciał się tym zająć?

Uruchomiliśmy funkcję. Naszym oczom ukazała się ściana krzaczków, przedzielonych cyframi i literami.

- Aha.

Rozkodowywanie tego zajęło nam chyba sześć godzin, a gdyby nie nasze doświadczenie przy naprawie kodu jajca oraz talent Eve do języków i zauważania wzorców, to chyba by to było nie do ruszenia. Niemniej jednak w końcu udało się napisać dekoder, który poukładał ten bałagan w czytelną tabelę parametrów i komend. Nie wiem, kto opracował tak zawodny interfejs i czemu ładowano go do wszystkiego, co było na orbicie albo miało tam lecieć. Ekrany pokazywały aktualny czas, który spieszył się parę sekund w porównaniu do tego na naszych mobilkach, odczytywały temperaturę, która wskazywała cztery stopnie, oraz parę innych danych opisanych jako “puls”, “fale” i tak dalej.

- Jedziemy?
- Jedziemy.

Uruchomiliśmy sekwencję otwierania i na ekranie pojawiło się sześciogodzinne odliczanie. Wyglądało na to, że mieliśmy sporo czasu.

***

- Zastanawiam się nad tą akcją… - Zaczęła Eve. Oderwałem się od ekranu, który pokazywał stopniowy wzrost temperatury, pozostałe odczyty również się ożywiły.
- Jaką akcją?
- No tym, co oni planują! Nie myślałeś nad tym?
- Niezbyt - przyznałem szczerze.
- Te całe manewry, nasze treningi, to wszystko jest po coś, ale nikt nam nic nie mówi. Dlaczego?
- No, mamy walczyć…
- Ale z kim? Z czym? Wie ktoś, jak wyglądają siły wroga?

Nie miałem na to odpowiedzi. Eve patrzyła na mnie chwilę, po czym wróciła do przeglądania rejestrów obiektów w szafach, a ja do obserwacji odczytów.

***

Czekaliśmy w napięciu na koniec odliczania. Około trzeciej godziny aktywowały się czujniki rakiety i zaczęły pobierać informacje na temat otoczenia, a po bokach korpusu odsłoniły się klapki, za którymi były małe obiektywy. Na godzinę przed końcem odliczania otworzył się dziób rakiety i zaczęło wypływać mnóstwo niebieskiego, gęstego żelu - Eve natychmiast zaczęła go skanować zza przezroczystej tafli swoim urządzeniem diagnostycznym, ale szybko się uspokoiła, gdy odczyty wyeliminowały obecność substancji toksycznych czy broni biologicznej. Był to materiał niemal równie neutralny, co czarny filament. Niby byliśmy odgrodzeni, ale ostrożności nigdy za wiele. Uznaliśmy, że nie będziemy jeszcze tego raportować, tylko poczekamy na rezultat odliczania.

Po osiągnięciu zera klapa rakiety powoli podniosła się z sykiem i zaczęła podnosić. Wpatrywaliśmy się podekscytowani, usiłując coś dojrzeć wśród obłoków pary, która na szczęście zaczęła szybko się przerzedzać. Powoli zaczęła się wyłaniać… ludzka sylwetka, bardzo mała i drobna, około metr dwadzieścia wzrostu. Ubrana w ciasny, zielonkawy - przepraszam, jaśminowy kombinezon oraz hełm zasłaniający całą głowę. Nieco przypominał nasze usprawniające pracę mięśni kombinezony, ale wątłej istocie wewnątrz rakiety ciężko było podnieść się do pozycji siedzącej, musiała chwycić się krawędzi otworu i powoli podnieść. Skierowała na nas wizjery swojego hełmu. Dało się słyszeć jakiś przytłumiony głos, ale nic nie zrozumieliśmy - popatrzyliśmy tylko z Eve po sobie. To chyba dało pasażerowi rakiety wystarczającą wskazówkę - powolnym ruchem nacisnął przyciski hełmu w okolicach szyi, zwalniając zabezpieczenia - niemal identyczny sposób, w jaki działały nasze hełmy.

Naszym oczom ukazała się twarz dziewczynki - miała około dziewięć lub dziesięć lat, długie blond włosy częściowo schowane w kombinezonie oraz okulary - nie takie grube gogle jak Doktorka, ale cienkie szkła w lekkich oprawkach, co wyglądało niezwykle archaicznie - obecnie korygowaliśmy wzrok szybką operacją laserową, jeśli była taka potrzeba.

Dziecko odchrząknęło.

- えと。。。Je m'appelle 莉子... Wo bin ich… Powiedzcie mi… please…
- Nazywa się Riko - przetłumaczyła szybko Eve.
- To “nazywam się” akurat zrozumiałem, ten język akurat znam trochę. - Eve była zaskoczona, ale mieliśmy akurat ważniejsze sprawy na głowie.
- Je suis… 宇宙から。。。 tutaj… - Riko cedziła powoli, co chwilę przełączając się między językami, na ile byłem w stanie się rozeznać. Nawet Eve miała problemy ze zrozumieniem wszystkiego; położyła dłonie na przezroczystej tafli i zbliżyła twarz na tyle, na ile było to możliwe.
- Dawno nie mówiłam w tym języku, ale spróbujemy… - Zaczęła mówić w języku swojej mamy, co spotkało się z entuzjastyczną reakcją dziecka, które zaczęło gestykulować energicznie podczas mówienia, choć dalej co chwilę przeskakiwało z jednego języka na drugi. Zostawiłem je same, bo w niczym nie byłem w stanie pomóc, zamiast tego zainteresowałem się odczytami na ekranie. No i zacząłem się zastanawiać, jak pozbyć się niebieskiego szlamu z akwarium, jak zacząłem je w myślach nazywać.

***

- Dobra, co ci naopowiadała Riko? Musimy wszystko opisać w raporcie.
- Spróbuj otworzyć właz, musimy ją stąd wydostać.
- Ale raport…
- Chrzanić raport! Musimy ją ukryć.
- Ale dlaczego…
- Rodzice ją tutaj wysłali w sekrecie, tam groziło jej niebezpieczeństwo.
- “Tam”, czyli gdzie…?
- Na orbicie.
- Przecież tam nikogo już nie ma, Sztuczna Inteligencja pozbyła się każdego, kto tam pozostał… Tak nam… mówili… - Wpatrująca się w nas Riko była żywym dowodem na to, że to raczej nie była prawda.
- No i sam widzisz. W każdym razie: jej mózg nie działa tak, jak powinien, ma problemy z artykułowaniem znaczeń. Normalnie przy znajomości kilku języków twój mózg powinien automatycznie przełączać między językami, ale u niej to nie działa. A że zna kilka, bo uczy się ich błyskawicznie, stąd problemy z komunikacją. No i ma wadę wzroku, i przez to wszystko odstaje od normy. Rodzice zdecydowali się ją ewakuować, zanim zrobią jej krzywdę.
- Kto?
- Służby, źli ludzie. Tak jej powiedzieli rodzice.
- Gdzie oni są teraz?
- Zostali na orbicie. Martwi się o nich, ale cieszy się, że ją znaleźliśmy. Słuchaj, wiesz, co z nią zrobią, jak ją znajdą?!
- Spokojnie, nie krzycz. - Emocje Eve udzieliły się również mnie: powinniśmy tak ważne odkrycie natychmiast zgłosić, z drugiej strony sercem byłem po stronie Eve i Riko.
- Najpierw spróbujmy ją stąd wydostać.

Na wszelki wypadek Riko ubrała swój hełm, który również filtrował powietrze - wewnątrz akwarium było dla niej bezpieczne, ale poza nim niekoniecznie musiało takie być. Ustawiliśmy kilka skrzynek, z których Eve sięgnęła do mechanizmu zamykającego właz i odblokowała go. Zwinnie przeskoczyła nad ścianą i pewnie wylądowała na rakiecie. Chwyciła Riko i bez większego problemu podniosła ją do góry, gdzie ja ją przejąłem i postawiłem na podłodze. Trochę się chwiała, ale poza tym wszystko było w porządku. Odczyty filtrów jej hełmu nie wykazały niczego niepokojącego, dlatego go ściągnęła, uważając, by nie spadły jej okulary.

Eve wylądowała miękko obok niej i znowu zaczęły rozmawiać - Eve w języku swojej mamy, a Riko cedziła powoli słowa w kilku różnych. Aby ją zachęcić, Eve przykucnęła przy niej i chwyciła za dłonie, natomiast ja próbowałem wymyślić cokolwiek, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Po prostu kręciłem się kilkanaście minut wokół naszych stacji roboczych co chwila zerkając na odczyty, wszystko bez większego efektu.

Całej naszej trójce przeszkodził szczęk aktywowanego mechanizmu drzwi hangaru.
W tym momencie zacząłem, dla odmiany, myśleć błyskawicznie.
- Schowaj ją do rakiety!
Eve wskoczyła na skrzynki i przez otwarty właz do środka akwarium. Nieco straciła równowagę i o mało co nie wpadła do zastygającego na dnie szlamu, ale szybko się opanowała. Ja chwyciłem Riko w pasie i po prostu podrzuciłem do góry, żeby Eve mogła ją chwycić i umieścić z powrotem w rakiecie. Zatrzasnęła wieko, zwinnie wyskoczyła, zamknęła właz i wylądowała. Całość zajęła niewiele krócej niż trwał proces otwierania szczelnych drzwi hangaru.

Po chwili naszym oczom ukazała się Doktorka, trzymająca rękę na piersi.

- No witam, sierotki wy moje - rzekła, zbliżając się do nas. - Co wy tacy nabuzowani… - Zwróciła uwagę na nasze rumieńce i rozbiegane oczy. - Ja już wiem wszystko. - Popatrzyliśmy spanikowani po sobie. - Znowu próbowaliście się pieprzyć.
- My nie…! - Zaczęła Eve.
- Nic nie mów, nie trzeba. - Doktorka powstrzymała ją gestem lewej dłoni, bo prawą dalej trzymała przyciśniętą do ciała. Trzymany tam tobołek właśnie zaczął się szamotać. - Dopóki wypełniacie swoje obowiązki i bierzecie regularnie witaminki, nie powinno być jakiegoś problemu, zresztą na Soplu spróbujemy to zbadać… A, tak przy okazji, macie gościa - zza fartucha wyjęła Kena, który się szamotał i machał ogonem. Eve wzięła go ostrożnie i przytuliła.
- Ja… dziękuję pani…
- Kulił się kącie albo wył, Gigi nie mogła się skupić, lepiej było go tu przemycić. Zaraz, a co to jest?!

Zmroziło nas, bo Doktorka spoglądała w stronę akwarium, a konkretniej wysychającej już niebieskiej substancji.
- -Skąd to się tu wzięło?
- No, wylało się z rakiety, gdy uruchomiliśmy jeden z procesów…
- Czemu tego nie zgłosiliście?
- Uznaliśmy, że jeszcze nie trzeba, to nie jest jakaś groźna substancja… - Eve pokazała Doktorce odczyty z urządzenia diagnostycznego.
- Wszystko dobrze, ale to mi wygląda na płyn hibernacyjny. Tam w środku może być, nie wiem, coś żywego!
- Ojej, naprawdę?!
- Uruchomiliście sekwencje otwierania, zgadza się? Ile jeszcze czasu?
- No, jakieś dwie godziny…
- Ja mobilkuję po Gigi, pewnie teraz kombinuje z witaminkami, gdy mnie nie ma, i myśli, że nie zauważyłam… Czekajcie tu na mnie, ja idę na lądowisko, powinniśmy zdążyć przed otwarciem rakiety.


- Mamy przechlapane - podsumowałem, gdy drzwi hangaru się zasunęły za wychodzącą Doktorką. Eve nic nie powiedziała, tylko wskoczyła do włazu i zaczęła wyciągać Riko. Ken tylko siedział i patrzył za nią.
- Pomóż mi! - Podała mi Riko.
- I co chcesz teraz zrobić?
- Uciekamy stąd.
- Co? Jak?
- Porwiemy helikopter. Przebijemy się na lądowisko i polecimy na kontynent, wiesz, w góry…
- Jeśli nas nie aresztują po drodze, a mało kto nas tu lubi, to daleko nie zalecimy, bo nas po prostu zestrzelą. Nikt nie będzie się o nic pytał.
- Mmmhhh… No wiem, ale nie masz tego wszystkiego dosyć?! Nikt nam nic nie mówi, ile to jeszcze będzie trwało? Całe życie tłuką nam do głowy, że jest wojna, ale widziałeś kiedyś jakiegoś wroga?
- No, był Skur… to znaczy Pierwotny…
- To nie jest nasz wróg. Ale nieważne, mamy oddać Riko…? - Zobaczyłem łzy w oczach Eve. - Tymczasem dziewczynka przyglądała się naszej dyskusji, coraz bardziej wystraszona. Ken powoli podchodził do niej, zdziwiony; skoczył szybko i polizał Riko po dłoni, co wyraźnie ją rozbawiło i rozładowało trochę napięcie. Eve oklapła.

- Posłuchaj - zacząłem. - Też mi się to nie podoba, ale nie widzę wyboru. Nie mamy jej gdzie ukryć, a już na pewno nie przez dłuższy okres czasu. Gdy ją znajdą, a znajdą na pewno, to pewnie się nią zaopiekują, natomiast z nami będzie wtedy bardzo kiepsko.
- Myślisz w tej chwili o sobie?! - Warknęła Eve.
- Myślę… o nas. Posłuchaj… - Objaśniłem krótko jedyny drogę, jaką mogliśmy w tej chwili obrać. Eve znowu miała łzy w oczach, ale pokiwała milcząco głową.

Znowu kucnęła przy Riko i zaczęła jej wszystko tłumaczyć. Zaczęła coraz mocniej ściskać jej dłonie i ledwo powstrzymywała się od płaczu, dziewczynce też zaczęły cieknąć łzy po policzkach, ale trzymała się dzielnie. Założyła hełm i po raz kolejny wsadziliśmy ją do rakiety, szczelnie zatrzaskując włazy.
Po jakimś czasie przybyła cała delegacja: Doktorka i dźwigająca jej toboły Gigi, kilku kapitanów, paru żołnierzy pod bronią. Odegraliśmy umówioną scenkę z otwieraniem Rakiety, na widok kombinezonu i hełmu Riko Kapitan mało się nie przewrócił z zaskoczenia. Po szybkich testach urządzeniem diagnostycznym Doktorka zezwoliła na otworzenie włazu. Próbowała rozmawiać, ale na prośbę Eve Riko nic nie mówiła, tylko wykonywała proste gesty. Prawdopodobnie szybko rozwinie się to w język migowy, co rozwiąże jej problem z podstawową komunikacją werbalną.
Doktorka wzięła dziewczynkę za rękę, Kapitan polecił nam dokładnie zbadać rakietę, wszyscy wyszli i drzwi hangaru zasunęły się za nimi. Twarz Eve wykrzywił grymas płaczu i oparła się o mnie, zawodząc głośno.

Po jakimś czasie się uspokoiła i zasnęła w śpiworze, wyczerpana. Ja dla odmiany nie mogłem zasnąć, cały czas analizując niedawne wydarzenia. Coś mi nie pasowało, cały czas miałem wrażenie, że coś przegapiliśmy, ale nie mogłem zidentyfikować co konkretnie. Z zamyślenia wyrwała mnie wiadomość na mobilce: Doktorka wzywała mnie na lądowisko. Samego. Drogę znałem, starałem się nie wchodzić w drogę nikomu, choć niestety udało się zebrać parę wrogich spojrzeń. Zegar wskazywał nocne godziny, na pokładzie “Noel” panowała przyjemna szarówka. Doktorka siedziała na skrzynce przy helikopterze i paliła kolejnego skręta.
- Siadaj, kotuś - wskazała miejsce obok siebie. Zbliżyła głowę do mojej i mówiła przyciszonym głosem. - Abyśmy mieli pełną jasność: wiem, że podczas wyprawy helikopterem widzieliście z koleżanką więcej, niż mówicie. Usunęliście część zdjęć z mobilek, ale zostały puste sloty. - Zmroziło mnie. - Nie pytałam, dałam wam spokój, mamy ważniejsze problemy. Wiem też, że coś się dzieje z twoją protezą, którą dawno zresztą powinnam rozłożyć i sprawdzić, bo drugiej takiej nie widziałam, ale ze względu na twoje… pochodzenie też się nie mieszam.
- Co pani wie o moim pochodzeniu?
- To, czym zajmował się twój ojciec i gdzie cię znaleźli. Już samo to mi wystarczy, by nie poruszać tego tematu, zresztą mało się na nim znam. Na Soplu jest Milioner, który ci powie dużo więcej, zresztą pewnie będzie chciał się z tobą spotkać. Może nawet twarzą w twarz.
- Milioner? To jest kapitan… nie, prezydent Sopla?
- Raczej “właściciel”. Ale lepiej nie wspominaj o nim przy Kapitanie. On i wojsko niezbyt się lubią, delikatnie mówiąc.
- Zapamiętam.
- Zapamiętaj również to: udawałam, że daję się nabierać na wasze przedstawienie z dzieckiem z rakiety, ale naprawdę powinniście to zgłosić od razu. Dla dobra wszystkich.
- Skąd pani wiedziała?
- Przecież zostawiła hełm, gdy ją ukryliście na czas mojej wizyty. Każdy poznałby, że to nie jest nasze standardowe wyposażenie. Macie szczęście, że to byłam wtedy ja, a nie ktoś inny, mniej… życzliwy.
- Dlaczego to pani robi?
- Słuchaj, nie jestem zbyt dobra jeśli chodzi o subtelności, ale… wydaje mi się, że warto. Że macie potencjał, by coś zmienić na lepsze, by zbudować przyszłość. Jesteście młodzi, macie talent i jeśli nadchodzące wydarzenia pójdą po naszej myśli, to tacy jak wy będą bardzo potrzebni.
- Szykuje się coś poważnego, prawda?
- Mam nadzieję, że tylko tak pytasz i nie muszę ci nic potwierdzać - wskazała dookoła, mając na myśli zgrupowanie grupy uderzeniowej, helikoptery, uzbrojenie. - Jesteśmy zdecydowanie bliżej, niż dalej.
- Nie da się ukryć.
- Nie wiem na pewno, ale jeśli mam zgadywać, to pewnie choć do części kłamstw namówiła cię Eve. Synergia waszych umiejętności daje fantastyczne rezultaty, jest między wami więź, rozdzielanie was teraz nic dobrego nie przyniesie. Ale uważaj. Do tej pory mieliśmy szczęście i byłam w stanie jakoś was chronić przed machiną wojskową, ale nie zawsze tak będzie. Spraw, żeby Eve też to zrozumiała. Okej? - Klepnęła mnie wątłą dłonią w plecy. - Ała! Mięśnie jak postronki…

Wstała i odeszła. Ja siedziałem jeszcze chwilę, mając mętlik w głowie. Podszedłem nieco chwiejnym krokiem do relingu, to było za dużo dla mnie jak na jeden dzień. Gapiłem się tępo na fale czarnego oceanu. Znienacka wszystko obróciło się do góry nogami - ktoś zaszedł mnie od tyłu i wyrzucił przez reling! Zdążyłem jeszcze zauważyć dwie pary nóg w mundurach załogi “Noel”, a potem spadłem prosto do czarnego oceanu. Otoczyła mnie ciemność.