niedziela, lutego 15, 2026

17. Przygotowania

 



Gdy się obudziłem, Eve już była ubrana w kombinezon i pakowała swoje rzeczy. Ken, który został przywieziony przez jedną z Hie… To znaczy przez jedną z dziewczyn, przeciągał się leniwie i ziewał, jeszcze rozespany. Jeszcze raz omiotłem to mieszkanie wzrokiem gdy wychodziliśmy, żeby je dobrze zapamiętać.

W przystani były już tłumy kadetów ustawione karnie w grupy po osiemdziesiąt osób, tak jak na bardziej zaawansowanych treningach, w których nasza grupa już nie brała udziału. Wsiadali na regularnie przypływające statki różnego kształtu i rozmiaru, które miały ich przetransportować na “Arkę”. Zobaczyliśmy, że ktoś do nas macha - była to Doktorka, ponownie ubrana w czarny kombinezon; musiał jej się spodobać z jakichś przyczyn. Stała przy naprędce ustawionych barierkach oddzielających grupy.

- Jak tam, mięśnie nie bolą? W sumie mieliście dużo aktywności… - Zamyśliła się.
- Proszę pani!
- Oj tam. Czekam na Gigi, miała przynieść moje toboły… Znowu się guzdrze. Mówiła, że chce dopracować jeszcze formułę środka łagodzącego skutki uboczne… Nieważne, i tak mamy wypływać jako jedni z ostatnich. Znając życie, pewnie wszystko i tak się opóźni… - Zastanawiała się na głos Doktorka.

Spojrzeliśmy wszyscy na swoje mobilki, by sprawdzić czas. Z zamyślenia wyrwało nas czyjeś wołanie.
- Inez-ちゃん!  Czekaj no!
- Mówi mi szybko - Doktorka nachyliła się do Eve - co to znaczy to całe “czan”? Od lat mi tak pierdoli do ucha…
- To jest honoryfikator… - Eve spojrzała na Doktorkę, szukając śladu zrozumienia. - Ten konkretny dodaje się wtedy, jeśli zwraca się do osoby znajomej, uroczej, kochanej, czyli do bliskich osób, dzieci, zwierzątek…
- Czyli pozwala sobie?
- Pozwala sobie.
- Nie udawaj, że mnie nie słyszysz! おい、デコ助! - Ku nam ze stacji szedł szybkim krokiem wysoki, chudy mężczyzna lat około trzydziestu pięciu, w białym fartuchu i z sięgającymi ramion blond włosami. Bardzo nieregulaminowe.
- To “dekosuke”...
- Nic miłego - odpowiedziała Eve.

Doktorka wreszcie zwróciła uwagę na mężczyznę.

- O, Ryuuji! Jak miło cię widzieć! A teraz wypierdalaj.
- Miałaś mi pokazać ten swój okaz, który znalazłaś! Nosi go jeden z tych mutantów! - Przybysz nawet się nie zająknął.

Eve i Doktorka popatrzyły sobie w oczy. Odniosłem wrażenie, że Ryuuji popełnił właśnie bardzo poważny błąd, jednocząc je przeciw sobie.

- Oto szanowny pan doktor Ryuuji, ekspert i pionier protez filamentowych, niezmiennie sympatyczny.
- Do dzisiaj cię boli, że poskładałem cię sprawniej, niż sama byś potrafiła.
- Tak mnie poskładałeś, że w ogóle mało co jest już w stanie boleć. I mam lepsze postępy ze specjalistycznymi protezami filamentowymi, niż ty kiedykolwiek będziesz miał.

Ryuuji założył dumnie ręce na piersi.

- Neurochirurgia filamentowa. Co ty na to?
- Brednie.
- Wrócisz, to ci pokażę efekty. A teraz ty pokażesz mi tę cudowną protezę, o której tyle mówiłaś wszystkim. Wszystkim oprócz mnie, znaczy się.

Odpowiedziała mu cisza.

- Fochy nie powinny stać na drodze progresu. - Rzucił Ryuuji, wyciągając z fartucha skręta, którego zapalił taką samą zapalniczką, jaką miała Doktorka.

Nasza Mentorka pogładziła swoje metalowe czoło.

- Kotuś… Pokaż mu proszę swoją protezę…

Byłem zaskoczony, że Doktorka nie dyskutuje z Ryuujim dalej, to nie było w jej stylu. Posłusznie zacząłem odpinać górną część kombinezonu.

Eve oparła się o barierkę i spojrzała wyzywająco na Ryuujiego.

- 見なよ…オレの男を。。。- Powiedziała.
- なんだ?! To znaczy… - Zaskoczony Ryuuji szybko się ogarnął.
- A pan doktor się nazywa… 療治さん?
- 竜二!

Nie miałem pojęcia o co chodzi, ale wyraźnie irytowało to mężczyznę i wyglądało to całkiem zabawnie.

Ja w międzyczasie ściągnąłem górną część kombinezonu i podwinąłem rękaw podkoszulka, aby Ryuuji mógł lepiej zobaczyć, jak filamentowe żyły wpijają się w ciało. Ten zaczął się przyglądać tak uważnie, że wnet dotykałby nosem mojej protezy. Trochę to trwało i zaczęło być mi chłodno.

- Czy musimy tyle…
- Zamknij się - warknął i dalej kontynuował obserwację.

Minęło jeszcze trochę czasu.

- Ryuuji, jak cię proszę… - Zaczęła Doktorka.
- Czemu nie przyprowadziłaś go do mnie?! - Wrzasnął w odpowiedzi. - Czemu nie zrobiłaś testów?! Kto tego w ogóle dokonał?! Nigdy czegoś takiego nie widziałem!
- Nie znasz całej sytuacji. Nawet sobie nie wyobrażasz, skąd go odratowali. Dla ciebie to obce pojęcie, wiem, ale mi jeszcze zostały jakieś resztki etyki. Zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
- To bardzo szlachetne, ale w międzyczasie ludzie cierpią, bo chcesz być miła dla jakiejś znajdy.

Mnie komentarze Ryuujiego nie ruszały za specjalnie, natomiast bojowa postawa i wyraz twarzy Eve mówiły mi, że było z nimi wręcz przeciwnie. 

- Ta, jak to sympatycznie określiłeś, znajda, wraz z tą dziewczyną, to elita intelektualna kadetów. Systemy komunikacji, które usprawnili, a w niektórych przypadkach stworzyli od podstaw, mogą uratować jeszcze więcej istnień. Nie mogę go tak sobie wyjąć z machiny wojskowej i rzucić pod mikroskop, bo tak mi się właśnie spodobało. Owszem, nie od razu było to dla mnie jasne, ale teraz rozumiem strukturę wojskową dużo lepiej, gdy poznałam ją z bliska. W sumie to jestem teraz jej częścią…
- Tak, dzięki tatusiowi… - Warknął w odpowiedzi Ryuuji.

Doktorka odwróciła się nagle, chyba po raz pierwszy w tej rozmowie zachowanie mężczyzny tak ją ubodło.

Szybkim ruchem odwróciła się i uderzyła Ryuujiego pięścią prosto w krocze, ruchem bardzo podobnym do tego, który wykonała Eve w windzie na “Noel”. Nie był nawet w części tak silny, ale wystarczył, żeby mężczyzna zgiął się wpół i padł na kolana.

- To właśnie są 金玉... - Zaczęła Eve.
- Tak, pamiętam.

Doktorka ostentacyjnie odwróciła się i dała nam znak ręką, żebyśmy poszli za nią w kierunku przystani. Ubieranie górnej części kombinezonu w biegu było trudne, ale możliwe. Staliśmy bliżej trapu, obserwując, jak kadeci karnie wchodzą na pokład statku do transportu filamentu; to był jeden z wielu, który miał ich zabrać na “Arkę”.

W końcu doczłapała do nas Gigi, niosąc zarówno swoje toboły, jak i te Doktorki. Widać było nawet jakieś tuby.
- Chyba nie widzieliście, ale tam wcześniej klęczał jakiś mężczyzna, to był chyba sam doktor Ryuuji! Spytałam, czy coś go nie boli, ale tylko warknął na mnie… Dziwne.

Tym razem to Eve podrapała się w zakłopotaniu po głowie.


***

Obserwowaliśmy w milczeniu kolejne sprawnie podpływające statki, transportujące kolejne grupy ubranych w czarne kombinezony kadetów. Wszyscy dużo lepiej zbudowani ode mnie; niektórych znałem z widzenia, innych w ogóle nie kojarzyłem. Niektórzy mieli już ubrane hełmy, wtedy byli nie do odróżnienia od reszty. Większość uśmiechnięta, podekscytowana rejsem i powrotem na “Arkę”. Tak sobie pomyślałem, że może podobnie jak ja uznali, że lotniskowiec to teraz jest ich dom, a wizyta na Soplu to była tylko fajna wycieczka... Chociaż nie: my mamy tu teraz mieszkanie? Jeszcze nie mogłem się do tego przyzwyczaić, to wszystko stało się tak szybko. A jak z nimi? Co będzie później? Cholera, teraz zacząłem się martwić o przyszłość. I tak źle, i tak niedobrze.

W końcu dostaliśmy termin naszego rejsu na mobilki. Kapitan i reszta dowództwa już dawno wrócili na lotniskowiec, zresztą przypuszczam, że takie osoby jak na przykład Noin wraz z Modliszkami i część personelu i tak musiała tam być stale, w końcu okręt musiał się stale poruszać, by zminimalizować ryzyko bycia zbombardowanym z orbity.
Przyszli Monter i Derpi, obaj jacyś uchachani, a krótko po nich dotarli milczący Młotek i Gamoń. Przez nikogo niepytany Monter opowiadał, jak to się wprosili do stoczni i magazynów i mogli wypytać o wszystko, co tylko chcieli. Dobrze dla nich. Nasz statek właśnie wpływał do przystani, skąd miał nas zabrać na “Gurena”, a stamtąd helikopterem na “Arkę”.

***

Moja koja, nareszcie. Wprawdzie dalej dzieliłem kajutę z Derpim, a nie z Eve, moją… żoną? Zresztą błyskawicznie wróciliśmy do uporządkowanego planu dnia, tak więc większość czasu i tak spędzałem z nią. Mieliśmy teraz priorytetowe zadanie: zmodyfikować sygnał mobilek tak, aby umożliwiały komunikację między urządzeniami poszczególnych kadetów, a sygnał miał być tak silny, jak to tylko możliwe. Nie za bardzo rozumieliśmy po co, ale wytyczne były tak jasne, że praca nad tym i eksperymentowanie wciągnęło nas bez reszty.
Wróciliśmy też na standardową, żołnierską dietę, zawierającą witaminki - nie wiem jak Eve, ale ja przez pewien czas czułem się… Nie otępiały, ale, sam nie wiem, mniej czuły, jakby mnie wycięto z papieru. Nie odczuwałem presji, pośpiechu czy strachu tak mocno, jak według mnie powinienem był normalnie czuć. Ale również i to wrażenie szybko minęło.

W trakcie testów łączności mobilek poszliśmy z Eve do hangaru, w którym pracowali Monter i Derpi. Na pierwszy rzut oka nic się tam nie zmieniło, choć zdecydowanie ubyło rolek filamentu. Cała załoga była intensywnie zajęta, trwały przygotowania, do których chyba wszyscy podeszli z entuzjazmem, a już na pewno ja.

Monter gonił od małej drukarki 3D do stołu, na którym stały jakieś czarne naczynia podgrzewane przez palnik na stałe paliwo - zaskakująco archaiczna aparatura.

- A co to jest? - Musiałem spytać, choć narażałem się na ryzyko kolejnego słowotoku mojego kolegi. Eve przeczuwając, co się święci, oddaliła się od nas pod pretekstem sprawdzenia zasięgu i siły sygnału.
- Podgrzewacz do cieczy, czajnik taki - rzucił w biegu Monter. - Gigi prosiła.
- Przecież jest taki sprzęt w szpitalu okrętowym?
- Ja nie wiem, Gigi ładnie prosi, to ja robię. - Monter znowu krzątał się przy czarnym czajniku. - No, zabulgocz, skarbie!

Aparatura wykonała polecenie.

- A tak w ogóle… - Podjął na nowo Monter oglądając się by sprawdzić, czy Eve jest poza zasięgiem głosu. - Słuchaj, słyszałem, że ty i Eve…
- Co słyszałeś? I od kogo?
- Nieważne od kogo, ale chodzi o to, że podobno braliście udział w, takim, no wiesz, eksperymencie…

Kto mógł mu to powiedzieć? Eve lubi paplać, ale szczerze wątpię, by chwaliła się tym koleżankom. Nieważne, nie było sensu w tej chwili zaprzeczać.

- No tak, pomagałem w czymś takim…
- “Pomagałem”, podobno prawdziwy dawca z ciebie…
- Że co?
- Słuchaj, nie złość się, ale muszę zapytać… Czy Eve ma, no wiesz…?
- O co ty pytasz… Moment… Zajebię ci zaraz!
- Spokojnie! - Monter zaczął wykonywać uspokajające gesty. - Przecież to Hiena, chyba wszyscy się nad tym kiedyś zastanawiali…

Potarłem lewą dłonią czoło, bo prawą miałem zaciśniętą w pięść. Nie mogłem uwierzyć, jak bardzo mnie to pytanie wkurzyło.

- No dobra, powiem to tylko raz. Nie mów na nie “Hieny”, to paskudne przezwisko, które sprawia dziewczynom dużą przykrość…
- Widzę, że z kolegi robi się prawdziwy dżentelmen, a na Gigi pod prysznicem to się gapiłeś…
- Wszyscy się gapiliśmy, bardziej lub mniej dyskretnie. Ty akurat mniej. I co, widziałeś u niej jakieś… niespodzianki?
- No nie.
- No i już, to jest twoja odpowiedź. Skończmy ten temat raz na zawsze.
- A jeszcze podobno mieliście do czynienia z tą Rąbniętą… - Monter był dzisiaj jeszcze bardziej ożywiony niż zazwyczaj.
- No, zaczepiła nas jakaś szurnięta z Sopla, ale sobie poszła.
- A widziałeś to? - Monter podsunął mi pod nos swoją przerobioną mobilkę, którego to wykroczenia nie miałem serca raportować. Mógł na niej przeglądać jakieś swoje własne pliki… Może to był błąd.

Na poziomym ekranie było widać niską dziewczynę z warkoczami po bokach głowy. Nosiła maskę zasłaniającą górną część twarzy, tak że ledwo było widać oczy przez małe otwory, ale ten szelmowski uśmiech poznałbym wszędzie. Aha, no i była ubrana tylko w kilka czarnych sznurków, które mało co zasłaniały. Po chwili w kadr weszło trzech rosłych mężczyzn, z których żaden ubrania już nie miał.

- Co to ma być, do ciężkiej cholery…
- Czekaj, przewinę kawałek.

Monter przesunął palcem po ekranie mniej więcej do połowy nagrania.

- To sobie zobacz.
- Oni wszyscy naraz… Ale jak… To tak można w ogóle…

Patrzyłem na scenę z chorą fascynacją. Nie rozumiałem sensu tych dość karkołomnych wygibasów, w dodatku przed kamerą, żeby wszyscy mogli zobaczyć. Nigdy nie widziałem wcześniej tego typu nagrania i wyglądało to dosyć odpychająco, z drugiej strony gapiłem się jak kretyn i pewnie nie miałem najmądrzejszego wyrazu twarzy.

- I co tam oglądacie, chłopaki - zawołała nas Eve, głośno przy tym stąpając, abyśmy ją słyszeli z daleka. Monter szybko schował mobilkę do kieszeni.
- N-nic takiego. - Wyjąkałem.
- Ale opowiesz mi, jeśli zmienisz zdanie - odpowiedziało kwaśno Eve i spojrzała zmrużonymi oczami na Montera. Ten znowu zaczął krzątać się przy swojej drukarce 3D i starannie unikał kontaktu wzrokowego.
- Chodźmy, robota czeka.

***

Mijały dni, a tempo prac tylko przyspieszało. Nawet nie wiem kiedy dokładnie dołączyły do nas pozostałe okręty grupy uderzeniowej, które brały w manewrach: “Asuka” i “Eris”, “Fubuki” i “Yukikaze” oraz przede wszystkim “Noel”. Pracowaliśmy z Eve nad odbiorem sygnału; dzięki jej pomocy udało mi się wycisnąć z małego urządzenia naprawdę dużą moc i rezultaty na małe odległości były zadowalające. Posłaliśmy raport do Doktorki, ta przyszła, odebrała od nas przerobione prototypy i wyszła bez słowa. Chyba jej też się spieszyło.

Potem nie mieliśmy żadnego nowego rozkazu, więc siedzieliśmy w hangarze i pomagaliśmy Monterowi, Derpiemu i innym w przeróbkach setek mobilek, które do nas regularnie trafiały. Przeróbka polegała na wgraniu aktualizacji i prostej modyfikacji płyty głównej, co trwało może kilka minut, ale pomnożone przez liczbę kadetów dawało dni monotonnej roboty. Mi to pasowało, Eve już niekoniecznie. Nocami udało się nam wymykać razem, niby mieliśmy te chipy śledzące nasze położenie, ale podróżowaliśmy niemal wyłącznie na trasie hangar-audytorium, tak więc Derpi miał kajutę tylko dla siebie. W każdym razie nikt się nas nie czepiał. Na początku próbowaliśmy robić z Eve pewne rzeczy, ale szybko zrozumieliśmy, że nic z tego nie wyjdzie, dlatego po prostu spaliśmy w audytorium obok siebie. To też było przyjemne.

***

Wszystko, co dobre, zawsze się kończy. Gdy kończyliśmy montować już ostatnie partie, a były to już godziny wieczorne, na nasze własne mobilki przyszło powiadomienie o briefingu. Wszyscy kadeci mieli się stawić w hangarach w pełnym rynsztunku, czyli w kombinezonach, hełmach i z przytroczonymi do pasa pałkami i długimi nożami, punkt dziewiąta.

Ja mało co spałem ze zdenerwowania, Eve też wierciła się niespokojnie. Wstaliśmy, zanim jeszcze zapaliły się światła dzienne i poszliśmy do swoich kajut ubrać kombinezony oraz by pobrać broń. Nie mieliśmy z nią zbyt częstych treningów, w przeciwieństwie do reszty kadetów, ale mieliśmy pojęcie, jak się nią posługiwać. Ruszyliśmy do podanych na mobilkach hangarów.

Nasza grupa: ja, Eve, Derpi, Gigi, Monter, Gamoń i Młotek stała trochę bliżej ekranu, na którym projektor wyświetlał transmisję na żywo z kajuty kapitańskiej. Ken też posłusznie siedział nieopodal.

Przed kamerą stanął sam Kapitan.

- Kadeci! - Zaczął. - Ciężko pracowaliście przez lata swojego pobytu na “Arce”. Kształciliście się, trenowaliście, doskonaliliście swoje ciała i umysły. Zapewniam was: ten trud nie pójdzie na marne!

Rozejrzałem się dyskretnie na boki. Wszyscy słuchali z przejęciem.

- Dzisiaj rozpoczynamy najważniejszą operację tej wojny! Niebawem dopłyniemy do gniazda wroga i uderzymy z całą siłą, jaką dysponujemy. Mamy szansę na pełne zwycięstwo! Będziemy mogli znowu bezpiecznie pływać po czarnych oceanach, zakładać osiedla i miasta na kontynencie bez lęku, że Sztuczna Inteligencja nas zbombarduje! Po latach chowania się i krycia nadszedł czas na kontratak!

Nie miałem pojęcia jak. Nie mieliśmy żadnej możliwości wzniesienia się na orbitę, ponieważ wszystkie instalacje naziemne niezbędne do startu zostałyby natychmiast zbombardowane.
Na ekranie pojawił się teraz bardzo szczegółowy, trójwymiarowy model skalistej, pozbawionej roślinności wyspy. W jej najwyższym punkcie zbudowana była rampa startowa, wzniesiona ku niebu na solidnie wyglądających kratownicach.

- Tej rampy wróg używa do rozpędzenia swoich statków powietrznych i wysyłania ich na orbitę! Okrada nas z zasobów, które transportuje, by konstruować instrumenty śmierci! Nie możemy dłużej na to pozwalać. Musimy przejąć kontrolę nad tym kluczowym obiektem! Nie wolno go zniszczyć!
 

Były to dla mnie informacje kompletnie nowe, a sądząc po minach Eve i Derpiego, dla nich również. Reszty nie byłem w stanie dostrzec, rozglądanie się podczas briefingu było bardzo nieregulaminowe. Tymczasem model wyspy otoczyła zielona, kulista bariera, której dolna połowa znikała pod powierzchnią czarnego oceanu. 

- Sztuczna inteligencja też doskonale rozumie, jak ważna jest dla niej ta instalacja. Wszystkie próby zbudowania przez nią nowych udawało nam się niszczyć, ostatnio podczas manewrów, czego mieliście okazję być świadkami! Cała ta wyspa jest otoczona barierą energetyczną. Dzięki bohaterskiemu poświęceniu naszych informatorów wiemy, jak ona działa!

Animacja modelu oddaliła się trochę i zaczęła pokazywać wyspę z przeciwnej strony.

- Wasi koledzy spędzili miesiące na tworzeniu trójwymiarowego modelu na podstawie zdjęć i pomiarów, które udało nam się zrobić! Dzięki temu byliśmy w stanie zaplanować najlepsze drogi ataku!

Na brzegach wyspy zapaliły się trzy punkty, które miały być miejscami desantowymi. Ale zaraz, “wasi koledzy”...? To nad tym Gamoń i Młotek pracowali tyle czasu w tajemnicy…? I to pokazywali kapitanom, gdy ci zawitali na “Arkę” podczas manewrów...?

- Według naszych obliczeń w oznaczonych miejscach bariera nie pokrywa całej linii brzegowej i właśnie tam nastąpi nasz desant! Myśliwce zneutralizują ich obronę powietrzną, natomiast wy przeprowadzicie atak lądowy! A oto wasz cel!

Włączyła się animacja pokazująca bardzo uproszczony model rakiety lecącą wprost na półokrągłą barierę. Po uderzeniu w nią nastąpił wybuch, który został wchłonięty, a zwizualizowane fale energii najpierw popłynęły ku szczytowi zielonej sfery, a potem prostym strumieniem w dół do jakiegoś sześcianu.

- Kadeci! To jest ekstremalnie ważne! Ta bariera wchłania energię z zewnątrz, co właśnie zademonstrowaliśmy, i przesyła ją do konwertera, którego lokację jesteśmy w stanie dość dokładnie oszacować! Im większa energia, tym silniejsza jest bariera, ale wolno poruszające się obiekty są w stanie przez nią przejść! Ale uwaga: energia kinetyczna jest tłumiona również pod kopułą bariery! W praktyce oznacza to, że broń palna, wybuchowa nie mają tam żadnego zastosowania!

Zapadła ciężka cisza. Wręcz czułem, jak wszyscy są skonsternowani.

- Ale jesteście na to gotowi! Przeciętnie zbudowany człowiek miałby olbrzymie trudności w ogóle w poruszaniu się, ale wy jesteście silni! Wasza broń może być użyta pod barierą! Ciężko pracowaliście na ten sukces! Zwyciężymy! I jeszcze jedno…

Dlaczego Kapitan nie powiedział, jakiego rodzaju siły wroga tam spotkamy…?

- Od dzisiaj wszyscy jesteście żołnierzami zawodowymi! Ze wszystkimi związanymi z tym przywilejami! Przygotujcie się na przenosiny na “Noel”, skąd łodzie desantowe zabiorą was na pole walki! Wygramy! HURRA!
- HURRA! - Odpowiedziały setki i tysiące gromkich głosów, aż zawibrowały ściany hangarów. Krzyknąłem również i ja, choć byłem pewien wątpliwości.

Wszyscy zaczęli się rozchodzić, patrzyli na swoje mobilki, na które dostawali komunikaty gdzie i o której godzinie się stawić celem transferu na płynącą blisko nas “Noel”. Nasza grupa stała tak skołowana, że nikt za bardzo nie wiedział, co powiedzieć. Ja drapałem się po głowie, Eve miała założone z tyłu ręce i przestępowała z nogi na nogę. Gigi popatrywała na nas spode łba, Monter unikał jej wzroku. Derpi gładził się po szczęce w zamyśleniu, intensywnie nad czymś myślał. Tylko Gamoń i Młotek wyglądali na w miarę wyluzowanych; najwyraźniej czuli ulgę, że to, nad czym pracowali w tajemnicy przez ostatnie miesiące, wreszcie ujrzało światło dzienne i do czegoś się przydało. No nic, trzeba ubrać hełm i przygotować się do wykonania rozkazu…

- Zostańcie, gdzie jesteście - rozkazała nam Doktorka, która nie wiadomo kiedy zjawiła się w hangarze. Podeszła do nas bliżej i odwróciła się, sprawdzając, czy reszta kadetów… czy teraz już żołnierzy jest wystarczająco daleko.
- Proszę pani…? - Zaczęła Eve.
- Zostajecie na “Arce”. Nie pozwalam wam na udział w desancie. Jutro, jak już wszyscy żołnierze będą na “Noel”, spotkamy się u Kapitana, który ma wam coś do powiedzenia. Rozejść się! - Dodała głośniej. Tak, wydawanie rozkazów bardzo jej się spodobało.

***

Siedziałem z Eve w audytorium. Nie było już praktycznie nic do roboty, ale jeszcze przeglądaliśmy pliki i tabele, bardziej żeby zająć się czymś i nie myśleć o nadchodzącym dniu. Ostateczny atak. Najważniejsza akcja tej wojny. Z czym nasi mieli walczyć? Mają przedrzeć się do centrum skalistej wyspy polegając wyłącznie na sile własnych mięśni, uzbrojeni w pałki i noże? Wyspy, której Sztuczna Inteligencja będzie bronić wszystkim, co ma? I która doskonale wie, że tam płyniemy? Nie mogłem się nie martwić. Pozostało mi tylko wierzyć w plan Kapitana i reszty dowódców; może mają jakiś gambit w zanadrzu, który trzymali do tej pory w tajemnicy? I co ma nastąpić po przejęciu rampy używanej do startu w kosmos? Dlaczego od razu jej nie zniszczyć? Pewnie chcieli ją użyć do własnych celów, ale nie mieliśmy żadnych pojazdów, które można wysłać na orbitę? Zaraz, przecież…

Z rozmyślań wyrwało mnie pochrapywanie Eve, która zasnęła na swoim fotelu. Zazdrościłem jej, bo wiedziałem, że ja dzisiaj nie usnę. Przykryłem ją ostrożnie kocem i wyszedłem, po prostu nie mogłem usiedzieć w miejscu. Pozostały na lotniskowcu personel był zajęty przygotowaniem myśliwców, które były niezbędne do jutrzejszej akcji - bez zniszczenia obrony powietrznej wroga, którą na pewno rozstawił, łodzie desantowe będą bezbronnym celem i nawet nie wystartują, jeśli nie będzie w miarę bezpiecznie. Nogi same poniosły mnie do hangaru, gdzie spędziliśmy tyle czasu: pracując, gadając ze sobą, parę razy nawet odwiedziliśmy Modliszki, które chyba nas polubiły…
Przypomniały mi się wydarzenia z przepłynięcia przez obszar burzy, ból protezy, wypadek biednego Gustavusa, który pewnie chciałby być na pierwszej łodzi desantowej, ale nie było mu to dane. Szwendałem się dalej po korytarzach, niekiedy ciasnych i z krzywą podłogą, bo wszystko było montowane naprędce i niekiedy bez żadnego sensu. Miałem wrażenie, że nikt nie monitoruje już moich ruchów. Nogi prowadziły mnie same znajomymi ścieżkami.

Drzwi szpitala okrętowego były uchylone i jakoś pomyślałem o Gigi, która musiała znosić irytujące dziwactwa Doktorki praktycznie przez całą dobę. Na początku ciągle się w niej gotowało, ale ostatnio zaczęła się do swojej przełożonej… upodabniać? Zamiast reagować irytacją na wszystko, częściej zachowywała spokój i komentowała sytuację chłodną, acz złośliwą uwagą. Może musiała nabrać takiej cechy, by przetrzymać szkołę, którą zafundowała jej nasza mentorka. O ile ja miałem Eve, Derpi trzymał sztamę z Monterem, a Młotek i Gamoń byli praktycznie nierozłączni, tak Gigi była sama w tym chaosie… Zabrałem jej koleżankę…

Wszedłem do laboratorium Doktorki. Lampy sufitowe się świeciły i widziałem aparaturę, którą testował niedawno Monter, ale chyba nikogo nie było. Wtedy usłyszałem zza drzwi sali szpitalnej jakieś dźwięki, czyli jednak ktoś tam był…? Podszedłem ostrożnie i zajrzałem przez uchylone drzwi, starając się ich szerzej nie uchylać.
W półmroku, na jednym z łóżek widoczne były… ludzkie sylwetki? Gigi. Monter. Gamoń. Młotek. Cała czwórka, naraz. Zasapani, spoceni, splątani ze sobą. Niczym na nagraniu, które pokazywał mi Monter.
Sparaliżowało mnie w pierwszej chwili i nie wiem, czy przypadkiem nie uchyliłem wtedy szerzej drzwi, ale nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi.

Wycofałem się najciszej, jak potrafiłem. Nie moja sprawa.

***

Wcześnie rano przyszła wiadomość od Doktorki, że mamy się stawić w audytorium. Starałem się nie gapić na kolegów i koleżankę, ale czułem się cokolwiek nieswojo, natomiast oni zachowywali się jak gdyby nigdy nic. “Nie moja sprawa” powtarzałem sobie, starając się nie myśleć o scenie, której byłem mimowolnym świadkiem wczoraj, niestety bez większych sukcesów. Zakłopotanie musiało być widoczne, bo nawet Eve popatrywała na mnie z ukosa. Ken biegł przed nami, przyzwyczajony do stałej trasy.

W audytorium czekał już na nas Kapitan, sam ubrany w czarny kombinezon. Siedział na obrotowym fotelu, a obok niego stała… Riko, którą mogliśmy zobaczyć z bliska po raz pierwszy od dawna. Pomachała do nas, rozpromieniona Eve odmachała jej. Ken też wyraźnie się ucieszył, ale Eve wzięła go na ręce. Żadne z nas się nie odezwało, czekając na słowa Kapitana.

- Wszyscy są? Inez, zamknij drzwi…
- Są permanentnie otwarte.
- Aha, no tak… Nieważne. Usiądźcie, spocznij, czy co tam chcecie… - Wyglądał na zrezygnowanego. - Inez, ty też…
- Postoję.
- Ech… Wy dwoje - Kapitan wskazał na nas, gdy już cała nasza grupa usiadła. - Zwalniam was ze służby. Słyszałem, że wzięliście ślub na Soplu…

Wzrok zszokowanej reszty naszej grupy skupił się na nas, nawet ten Gamonia i Młotka, których zazwyczaj mało co ruszało. Wzroku Montera i Derpiego nie widziałem, bo obaj byli w hełmach.
- Eve?! - Krzyknęła z zaskoczenia Gigi.
- No, tak wyszło… - Zawstydziła się.
- Ahem! - Przypomniał o sobie Kapitan. - Gratulacje i wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. Jedna z niewielu dobrych rzeczy teraz… W każdym razie: odwaliliście do tej pory kawał dobrej roboty…
- Możemy wrócić na Sopel?! - Spytała z nadzieją Eve.
- O tym za chwilę… Gigi, jesteś teraz naszym nowym lekarzem okrętowym.
- Co? Eee… a co z dotychczasowym?
- Jest niedysponowany. - Powiedział Kapitan.
- Powiesił się. - Powiedziała równocześnie z Kapitanem Doktorka.

Ojciec popatrzył karcąco na córkę, która teraz starannie unikała jego wzroku.

- Nasz stary doktor nie wytrzymał presji… I poczucia winy. - Kapitan potarł czoło. - Właśnie posłaliśmy prawie dwa tysiące młodych chłopaków i parę dziewczyn na pole walki, o którym prawie nic nie wiemy.
- Sztuczna Inteligencja wie, że się zbliżamy… - Mruknąłem.
- Co? A, to… Nie ma żadnej sztucznej inteligencji, walczymy z ludźmi z orbity. Mówiliśmy o “Sztucznej Inteligencji”, bo tak było łatwiej tworzyć propagandę… Ludzie z orbity uważają nas za chorych, skażonych i nie chcą się zbliżać do powierzchni planety, wolą ją badać z daleka. My, potomkowie prawdziwych Pionierów, zasiedlamy ją, jemy tutejsze jedzenie i tak dalej, co bardzo nie podoba się purystom tam na górze. No to odcięliśmy ich od zasobów, którymi akurat się nie brzydzą, ale które są im niezbędne do rozbudowy instalacji orbitalnych, bo nie chcą stosować filamentu. Zatrzymaliśmy wysyłki surowców na orbitę, a ci w odwecie zafundowali nam apokalipsę piętnaście lat temu, realizując swój plan oczyszczenia planety z “nieczystych” i “skażonych”.

Słuchaliśmy w skupieniu, nawet dla Doktorki nie wszystkie szczegóły były chyba znane.

- Nie wszyscy na orbicie są jednak szaleńcami, na przykład rodzice tego oto dziecka - wskazał na Riko. - To dziecko pary naukowców, którzy przekazywali nam informacje na temat działania bariery i postępów w budowie Oka, co umożliwiło nam opracowanie jakiegoś konkretnego planu. Niestety od paru miesięcy nie mieliśmy od nich żadnej informacji, a na dodatek znaleźliśmy Riko w kapsule ratunkowej, bo prawdopodobnie zostali odkryci…
- 警備 Durchsetzung Regulation Police… - Mruknęła Riko.
- Tak, to siły porządkowe frakcji radykalnej ludzi z orbity. Wybaczcie Riko, na orbicie mówi się wieloma różnymi językami, ale ona ma problem z przełączaniem się między nimi, stąd radykałowie uznali ją za “wadliwą”, czy tam za “nieczystą”. Tak jak nas, ludzi na powierzchni planety. Smutna sprawa. Nie wiemy, co się stało z jej rodzicami… Przepraszam, Riko.
- Riko, nie martw się… - Eve próbowała uspokoić roztrzęsione dziecko.
- W każdym razie… - Kapitan spojrzał na mobilkę. Usłyszeliśmy wizg silników. - Dokonało się. Wystartowały pierwsze myśliwce. Już tego nie cofniemy. - Odetchnął głęboko.
- Ale zaraz, z kim będziemy walczyć tam na wyspie? - Musiałem spytać.
- Nie mamy pojęcia. - Westchnął Kapitan. - Wokół wyspy lądują różne transporty z orbity, które są potem tam przenoszone, ale nie mamy pojęcia co tam jest. Nie wiemy, jakiego typu siłami lądowymi dysponuje wróg… Błądzimy po omacku, ale ze względu na Oko nie mamy już czasu. Ono może już nawet ma zdolność bojową. - Odruchowo sięgnął po piersiówkę, której w czarnym kombinezonie nie miał. Szybko zaprzestał poszukiwań.
- Czy my… Sopel… - Eve próbowała przypomnieć o swoim istnieniu.
- A tak… Oto wasze ostatnie zadanie. Macie hełmy z kamerami, macie helikopter, nagrajcie tę akcję. Jeśli przegramy, to może coś po nas zostanie. Jeśli zobaczycie, że sprawy idą źle… Uciekajcie, nie wiem gdzie. Ukryjcie się gdzieś. Spróbujcie stworzyć niewielką grupę, żeby was nie ścigali. Poszukajcie ocalałych… - Przestał mówić na chwilę, ukrył twarz w dłoniach.

Siedzieliśmy tak, zszokowani.

Doktorka położyła dłoń na jego ramieniu. Po krótkiej chwili doszedł do siebie.

- Wybaczcie. Ty, tam z tyłu, jak ci tam… Derpi, ty będziesz pilotował helikopter. Bądź bardzo ostrożny. - Riko ściągnęła brwi w tym momencie, jakby się nad czymś zastanawiając, ale nic nie powiedziała. Derpi tylko pokiwał głową.
- Tato… - Przypomniała się Doktorka.
- No tak, sedno naszego kontrataku. Nasz as w rękawie. To już się dzieje, więc nie ma sensu tego dalej ukrywać. Jeśli uda się zniszczyć barierę i rampa kosmiczna ocaleje, to wtedy nasze dzielne koleżanki wystartują w swoich mechach. Inez, może ty wyjaśnisz?
- Mamy pięć pilotek mechów, są wytrenowane do poruszania się w warunkach obniżonej grawitacji, kuliste akwaria są dostosowane do ich obecnych… sylwetek, a brak nóg sprawia, że lepiej znoszą ekstremalne przeciążenia, bo krew nie odpływa im całkowicie do kończyn… - Tłumaczyła zimno Doktorka. - Gdy tylko zniszczymy barierę, Modliszki wystartują z “Arki” i rozpędzą się po rampie, postarają się polecieć aż na orbitę. Mechy wyposażyliśmy w najpotężniejsze ładunki, jakie mamy, nawet jeden z nich powinien wystarczyć, aby zniszczyć Oko. Reszta spróbuje zniszczyć tyle, ile się da.
To nasza pierwsza i jedyna szansa na kontratak, jedynie zaskakując wroga będziemy mogli tego dokonać… Nie spodziewają się, że w ogóle możemy dotrzeć na orbitę i sądzimy, że nie mają tam żadnych sił obronnych, dlatego możemy coś zdziałać tak małą grupą uderzeniową…

Odchylił się na krześle i odetchnął, milczał przez chwilę. Zerknął na swoją mobilkę.

- Dobrze, myśliwce wkrótce powinny napotkać pierwsze drony wroga, pozostaje już tylko czekać i przygotować się…

W tym momencie lotniskowcem zatrząsł wybuch. Po chwili mobilki wszystkich obecnych zadźwięczały sygnałem ostrzegawczym.

- To w maszynowni! - Krzyknął Monter.
- Poszły turbiny…

Kapitan walnął pięścią w stół i wstał nagle.
- To nie nie jest przypadek, nie ma przypadków! Mamy na pokładzie sabotażystę!

Wstaliśmy i pobiegliśmy do maszynowni, starając się ratować co tylko się da.

Brak komentarzy: