niedziela, lutego 15, 2026

17. Przygotowania

 



Gdy się obudziłem, Eve już była ubrana w kombinezon i pakowała swoje rzeczy. Ken, który został przywieziony przez jedną z Hie… To znaczy przez jedną z dziewczyn, przeciągał się leniwie i ziewał, jeszcze rozespany. Jeszcze raz omiotłem to mieszkanie wzrokiem gdy wychodziliśmy, żeby je dobrze zapamiętać.

W przystani były już tłumy kadetów ustawione karnie w grupy po osiemdziesiąt osób, tak jak na bardziej zaawansowanych treningach, w których nasza grupa już nie brała udziału. Wsiadali na regularnie przypływające statki różnego kształtu i rozmiaru, które miały ich przetransportować na “Arkę”. Zobaczyliśmy, że ktoś do nas macha - była to Doktorka, ponownie ubrana w czarny kombinezon; musiał jej się spodobać z jakichś przyczyn. Stała przy naprędce ustawionych barierkach oddzielających grupy.

- Jak tam, mięśnie nie bolą? W sumie mieliście dużo aktywności… - Zamyśliła się.
- Proszę pani!
- Oj tam. Czekam na Gigi, miała przynieść moje toboły… Znowu się guzdrze. Mówiła, że chce dopracować jeszcze formułę środka łagodzącego skutki uboczne… Nieważne, i tak mamy wypływać jako jedni z ostatnich. Znając życie, pewnie wszystko i tak się opóźni… - Zastanawiała się na głos Doktorka.

Spojrzeliśmy wszyscy na swoje mobilki, by sprawdzić czas. Z zamyślenia wyrwało nas czyjeś wołanie.
- Inez-ちゃん!  Czekaj no!
- Mówi mi szybko - Doktorka nachyliła się do Eve - co to znaczy to całe “czan”? Od lat mi tak pierdoli do ucha…
- To jest honoryfikator… - Eve spojrzała na Doktorkę, szukając śladu zrozumienia. - Ten konkretny dodaje się wtedy, jeśli zwraca się do osoby znajomej, uroczej, kochanej, czyli do bliskich osób, dzieci, zwierzątek…
- Czyli pozwala sobie?
- Pozwala sobie.
- Nie udawaj, że mnie nie słyszysz! おい、デコ助! - Ku nam ze stacji szedł szybkim krokiem wysoki, chudy mężczyzna lat około trzydziestu pięciu, w białym fartuchu i z sięgającymi ramion blond włosami. Bardzo nieregulaminowe.
- To “dekosuke”...
- Nic miłego - odpowiedziała Eve.

Doktorka wreszcie zwróciła uwagę na mężczyznę.

- O, Ryuuji! Jak miło cię widzieć! A teraz wypierdalaj.
- Miałaś mi pokazać ten swój okaz, który znalazłaś! Nosi go jeden z tych mutantów! - Przybysz nawet się nie zająknął.

Eve i Doktorka popatrzyły sobie w oczy. Odniosłem wrażenie, że Ryuuji popełnił właśnie bardzo poważny błąd, jednocząc je przeciw sobie.

- Oto szanowny pan doktor Ryuuji, ekspert i pionier protez filamentowych, niezmiennie sympatyczny.
- Do dzisiaj cię boli, że poskładałem cię sprawniej, niż sama byś potrafiła.
- Tak mnie poskładałeś, że w ogóle mało co jest już w stanie boleć. I mam lepsze postępy ze specjalistycznymi protezami filamentowymi, niż ty kiedykolwiek będziesz miał.

Ryuuji założył dumnie ręce na piersi.

- Neurochirurgia filamentowa. Co ty na to?
- Brednie.
- Wrócisz, to ci pokażę efekty. A teraz ty pokażesz mi tę cudowną protezę, o której tyle mówiłaś wszystkim. Wszystkim oprócz mnie, znaczy się.

Odpowiedziała mu cisza.

- Fochy nie powinny stać na drodze progresu. - Rzucił Ryuuji, wyciągając z fartucha skręta, którego zapalił taką samą zapalniczką, jaką miała Doktorka.

Nasza Mentorka pogładziła swoje metalowe czoło.

- Kotuś… Pokaż mu proszę swoją protezę…

Byłem zaskoczony, że Doktorka nie dyskutuje z Ryuujim dalej, to nie było w jej stylu. Posłusznie zacząłem odpinać górną część kombinezonu.

Eve oparła się o barierkę i spojrzała wyzywająco na Ryuujiego.

- 見なよ…オレの男を。。。- Powiedziała.
- なんだ?! To znaczy… - Zaskoczony Ryuuji szybko się ogarnął.
- A pan doktor się nazywa… 療治さん?
- 竜二!

Nie miałem pojęcia o co chodzi, ale wyraźnie irytowało to mężczyznę i wyglądało to całkiem zabawnie.

Ja w międzyczasie ściągnąłem górną część kombinezonu i podwinąłem rękaw podkoszulka, aby Ryuuji mógł lepiej zobaczyć, jak filamentowe żyły wpijają się w ciało. Ten zaczął się przyglądać tak uważnie, że wnet dotykałby nosem mojej protezy. Trochę to trwało i zaczęło być mi chłodno.

- Czy musimy tyle…
- Zamknij się - warknął i dalej kontynuował obserwację.

Minęło jeszcze trochę czasu.

- Ryuuji, jak cię proszę… - Zaczęła Doktorka.
- Czemu nie przyprowadziłaś go do mnie?! - Wrzasnął w odpowiedzi. - Czemu nie zrobiłaś testów?! Kto tego w ogóle dokonał?! Nigdy czegoś takiego nie widziałem!
- Nie znasz całej sytuacji. Nawet sobie nie wyobrażasz, skąd go odratowali. Dla ciebie to obce pojęcie, wiem, ale mi jeszcze zostały jakieś resztki etyki. Zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
- To bardzo szlachetne, ale w międzyczasie ludzie cierpią, bo chcesz być miła dla jakiejś znajdy.

Mnie komentarze Ryuujiego nie ruszały za specjalnie, natomiast bojowa postawa i wyraz twarzy Eve mówiły mi, że było z nimi wręcz przeciwnie. 

- Ta, jak to sympatycznie określiłeś, znajda, wraz z tą dziewczyną, to elita intelektualna kadetów. Systemy komunikacji, które usprawnili, a w niektórych przypadkach stworzyli od podstaw, mogą uratować jeszcze więcej istnień. Nie mogę go tak sobie wyjąć z machiny wojskowej i rzucić pod mikroskop, bo tak mi się właśnie spodobało. Owszem, nie od razu było to dla mnie jasne, ale teraz rozumiem strukturę wojskową dużo lepiej, gdy poznałam ją z bliska. W sumie to jestem teraz jej częścią…
- Tak, dzięki tatusiowi… - Warknął w odpowiedzi Ryuuji.

Doktorka odwróciła się nagle, chyba po raz pierwszy w tej rozmowie zachowanie mężczyzny tak ją ubodło.

Szybkim ruchem odwróciła się i uderzyła Ryuujiego pięścią prosto w krocze, ruchem bardzo podobnym do tego, który wykonała Eve w windzie na “Noel”. Nie był nawet w części tak silny, ale wystarczył, żeby mężczyzna zgiął się wpół i padł na kolana.

- To właśnie są 金玉... - Zaczęła Eve.
- Tak, pamiętam.

Doktorka ostentacyjnie odwróciła się i dała nam znak ręką, żebyśmy poszli za nią w kierunku przystani. Ubieranie górnej części kombinezonu w biegu było trudne, ale możliwe. Staliśmy bliżej trapu, obserwując, jak kadeci karnie wchodzą na pokład statku do transportu filamentu; to był jeden z wielu, który miał ich zabrać na “Arkę”.

W końcu doczłapała do nas Gigi, niosąc zarówno swoje toboły, jak i te Doktorki. Widać było nawet jakieś tuby.
- Chyba nie widzieliście, ale tam wcześniej klęczał jakiś mężczyzna, to był chyba sam doktor Ryuuji! Spytałam, czy coś go nie boli, ale tylko warknął na mnie… Dziwne.

Tym razem to Eve podrapała się w zakłopotaniu po głowie.


***

Obserwowaliśmy w milczeniu kolejne sprawnie podpływające statki, transportujące kolejne grupy ubranych w czarne kombinezony kadetów. Wszyscy dużo lepiej zbudowani ode mnie; niektórych znałem z widzenia, innych w ogóle nie kojarzyłem. Niektórzy mieli już ubrane hełmy, wtedy byli nie do odróżnienia od reszty. Większość uśmiechnięta, podekscytowana rejsem i powrotem na “Arkę”. Tak sobie pomyślałem, że może podobnie jak ja uznali, że lotniskowiec to teraz jest ich dom, a wizyta na Soplu to była tylko fajna wycieczka... Chociaż nie: my mamy tu teraz mieszkanie? Jeszcze nie mogłem się do tego przyzwyczaić, to wszystko stało się tak szybko. A jak z nimi? Co będzie później? Cholera, teraz zacząłem się martwić o przyszłość. I tak źle, i tak niedobrze.

W końcu dostaliśmy termin naszego rejsu na mobilki. Kapitan i reszta dowództwa już dawno wrócili na lotniskowiec, zresztą przypuszczam, że takie osoby jak na przykład Noin wraz z Modliszkami i część personelu i tak musiała tam być stale, w końcu okręt musiał się stale poruszać, by zminimalizować ryzyko bycia zbombardowanym z orbity.
Przyszli Monter i Derpi, obaj jacyś uchachani, a krótko po nich dotarli milczący Młotek i Gamoń. Przez nikogo niepytany Monter opowiadał, jak to się wprosili do stoczni i magazynów i mogli wypytać o wszystko, co tylko chcieli. Dobrze dla nich. Nasz statek właśnie wpływał do przystani, skąd miał nas zabrać na “Gurena”, a stamtąd helikopterem na “Arkę”.

***

Moja koja, nareszcie. Wprawdzie dalej dzieliłem kajutę z Derpim, a nie z Eve, moją… żoną? Zresztą błyskawicznie wróciliśmy do uporządkowanego planu dnia, tak więc większość czasu i tak spędzałem z nią. Mieliśmy teraz priorytetowe zadanie: zmodyfikować sygnał mobilek tak, aby umożliwiały komunikację między urządzeniami poszczególnych kadetów, a sygnał miał być tak silny, jak to tylko możliwe. Nie za bardzo rozumieliśmy po co, ale wytyczne były tak jasne, że praca nad tym i eksperymentowanie wciągnęło nas bez reszty.
Wróciliśmy też na standardową, żołnierską dietę, zawierającą witaminki - nie wiem jak Eve, ale ja przez pewien czas czułem się… Nie otępiały, ale, sam nie wiem, mniej czuły, jakby mnie wycięto z papieru. Nie odczuwałem presji, pośpiechu czy strachu tak mocno, jak według mnie powinienem był normalnie czuć. Ale również i to wrażenie szybko minęło.

W trakcie testów łączności mobilek poszliśmy z Eve do hangaru, w którym pracowali Monter i Derpi. Na pierwszy rzut oka nic się tam nie zmieniło, choć zdecydowanie ubyło rolek filamentu. Cała załoga była intensywnie zajęta, trwały przygotowania, do których chyba wszyscy podeszli z entuzjazmem, a już na pewno ja.

Monter gonił od małej drukarki 3D do stołu, na którym stały jakieś czarne naczynia podgrzewane przez palnik na stałe paliwo - zaskakująco archaiczna aparatura.

- A co to jest? - Musiałem spytać, choć narażałem się na ryzyko kolejnego słowotoku mojego kolegi. Eve przeczuwając, co się święci, oddaliła się od nas pod pretekstem sprawdzenia zasięgu i siły sygnału.
- Podgrzewacz do cieczy, czajnik taki - rzucił w biegu Monter. - Gigi prosiła.
- Przecież jest taki sprzęt w szpitalu okrętowym?
- Ja nie wiem, Gigi ładnie prosi, to ja robię. - Monter znowu krzątał się przy czarnym czajniku. - No, zabulgocz, skarbie!

Aparatura wykonała polecenie.

- A tak w ogóle… - Podjął na nowo Monter oglądając się by sprawdzić, czy Eve jest poza zasięgiem głosu. - Słuchaj, słyszałem, że ty i Eve…
- Co słyszałeś? I od kogo?
- Nieważne od kogo, ale chodzi o to, że podobno braliście udział w, takim, no wiesz, eksperymencie…

Kto mógł mu to powiedzieć? Eve lubi paplać, ale szczerze wątpię, by chwaliła się tym koleżankom. Nieważne, nie było sensu w tej chwili zaprzeczać.

- No tak, pomagałem w czymś takim…
- “Pomagałem”, podobno prawdziwy dawca z ciebie…
- Że co?
- Słuchaj, nie złość się, ale muszę zapytać… Czy Eve ma, no wiesz…?
- O co ty pytasz… Moment… Zajebię ci zaraz!
- Spokojnie! - Monter zaczął wykonywać uspokajające gesty. - Przecież to Hiena, chyba wszyscy się nad tym kiedyś zastanawiali…

Potarłem lewą dłonią czoło, bo prawą miałem zaciśniętą w pięść. Nie mogłem uwierzyć, jak bardzo mnie to pytanie wkurzyło.

- No dobra, powiem to tylko raz. Nie mów na nie “Hieny”, to paskudne przezwisko, które sprawia dziewczynom dużą przykrość…
- Widzę, że z kolegi robi się prawdziwy dżentelmen, a na Gigi pod prysznicem to się gapiłeś…
- Wszyscy się gapiliśmy, bardziej lub mniej dyskretnie. Ty akurat mniej. I co, widziałeś u niej jakieś… niespodzianki?
- No nie.
- No i już, to jest twoja odpowiedź. Skończmy ten temat raz na zawsze.
- A jeszcze podobno mieliście do czynienia z tą Rąbniętą… - Monter był dzisiaj jeszcze bardziej ożywiony niż zazwyczaj.
- No, zaczepiła nas jakaś szurnięta z Sopla, ale sobie poszła.
- A widziałeś to? - Monter podsunął mi pod nos swoją przerobioną mobilkę, którego to wykroczenia nie miałem serca raportować. Mógł na niej przeglądać jakieś swoje własne pliki… Może to był błąd.

Na poziomym ekranie było widać niską dziewczynę z warkoczami po bokach głowy. Nosiła maskę zasłaniającą górną część twarzy, tak że ledwo było widać oczy przez małe otwory, ale ten szelmowski uśmiech poznałbym wszędzie. Aha, no i była ubrana tylko w kilka czarnych sznurków, które mało co zasłaniały. Po chwili w kadr weszło trzech rosłych mężczyzn, z których żaden ubrania już nie miał.

- Co to ma być, do ciężkiej cholery…
- Czekaj, przewinę kawałek.

Monter przesunął palcem po ekranie mniej więcej do połowy nagrania.

- To sobie zobacz.
- Oni wszyscy naraz… Ale jak… To tak można w ogóle…

Patrzyłem na scenę z chorą fascynacją. Nie rozumiałem sensu tych dość karkołomnych wygibasów, w dodatku przed kamerą, żeby wszyscy mogli zobaczyć. Nigdy nie widziałem wcześniej tego typu nagrania i wyglądało to dosyć odpychająco, z drugiej strony gapiłem się jak kretyn i pewnie nie miałem najmądrzejszego wyrazu twarzy.

- I co tam oglądacie, chłopaki - zawołała nas Eve, głośno przy tym stąpając, abyśmy ją słyszeli z daleka. Monter szybko schował mobilkę do kieszeni.
- N-nic takiego. - Wyjąkałem.
- Ale opowiesz mi, jeśli zmienisz zdanie - odpowiedziało kwaśno Eve i spojrzała zmrużonymi oczami na Montera. Ten znowu zaczął krzątać się przy swojej drukarce 3D i starannie unikał kontaktu wzrokowego.
- Chodźmy, robota czeka.

***

Mijały dni, a tempo prac tylko przyspieszało. Nawet nie wiem kiedy dokładnie dołączyły do nas pozostałe okręty grupy uderzeniowej, które brały w manewrach: “Asuka” i “Eris”, “Fubuki” i “Yukikaze” oraz przede wszystkim “Noel”. Pracowaliśmy z Eve nad odbiorem sygnału; dzięki jej pomocy udało mi się wycisnąć z małego urządzenia naprawdę dużą moc i rezultaty na małe odległości były zadowalające. Posłaliśmy raport do Doktorki, ta przyszła, odebrała od nas przerobione prototypy i wyszła bez słowa. Chyba jej też się spieszyło.

Potem nie mieliśmy żadnego nowego rozkazu, więc siedzieliśmy w hangarze i pomagaliśmy Monterowi, Derpiemu i innym w przeróbkach setek mobilek, które do nas regularnie trafiały. Przeróbka polegała na wgraniu aktualizacji i prostej modyfikacji płyty głównej, co trwało może kilka minut, ale pomnożone przez liczbę kadetów dawało dni monotonnej roboty. Mi to pasowało, Eve już niekoniecznie. Nocami udało się nam wymykać razem, niby mieliśmy te chipy śledzące nasze położenie, ale podróżowaliśmy niemal wyłącznie na trasie hangar-audytorium, tak więc Derpi miał kajutę tylko dla siebie. W każdym razie nikt się nas nie czepiał. Na początku próbowaliśmy robić z Eve pewne rzeczy, ale szybko zrozumieliśmy, że nic z tego nie wyjdzie, dlatego po prostu spaliśmy w audytorium obok siebie. To też było przyjemne.

***

Wszystko, co dobre, zawsze się kończy. Gdy kończyliśmy montować już ostatnie partie, a były to już godziny wieczorne, na nasze własne mobilki przyszło powiadomienie o briefingu. Wszyscy kadeci mieli się stawić w hangarach w pełnym rynsztunku, czyli w kombinezonach, hełmach i z przytroczonymi do pasa pałkami i długimi nożami, punkt dziewiąta.

Ja mało co spałem ze zdenerwowania, Eve też wierciła się niespokojnie. Wstaliśmy, zanim jeszcze zapaliły się światła dzienne i poszliśmy do swoich kajut ubrać kombinezony oraz by pobrać broń. Nie mieliśmy z nią zbyt częstych treningów, w przeciwieństwie do reszty kadetów, ale mieliśmy pojęcie, jak się nią posługiwać. Ruszyliśmy do podanych na mobilkach hangarów.

Nasza grupa: ja, Eve, Derpi, Gigi, Monter, Gamoń i Młotek stała trochę bliżej ekranu, na którym projektor wyświetlał transmisję na żywo z kajuty kapitańskiej. Ken też posłusznie siedział nieopodal.

Przed kamerą stanął sam Kapitan.

- Kadeci! - Zaczął. - Ciężko pracowaliście przez lata swojego pobytu na “Arce”. Kształciliście się, trenowaliście, doskonaliliście swoje ciała i umysły. Zapewniam was: ten trud nie pójdzie na marne!

Rozejrzałem się dyskretnie na boki. Wszyscy słuchali z przejęciem.

- Dzisiaj rozpoczynamy najważniejszą operację tej wojny! Niebawem dopłyniemy do gniazda wroga i uderzymy z całą siłą, jaką dysponujemy. Mamy szansę na pełne zwycięstwo! Będziemy mogli znowu bezpiecznie pływać po czarnych oceanach, zakładać osiedla i miasta na kontynencie bez lęku, że Sztuczna Inteligencja nas zbombarduje! Po latach chowania się i krycia nadszedł czas na kontratak!

Nie miałem pojęcia jak. Nie mieliśmy żadnej możliwości wzniesienia się na orbitę, ponieważ wszystkie instalacje naziemne niezbędne do startu zostałyby natychmiast zbombardowane.
Na ekranie pojawił się teraz bardzo szczegółowy, trójwymiarowy model skalistej, pozbawionej roślinności wyspy. W jej najwyższym punkcie zbudowana była rampa startowa, wzniesiona ku niebu na solidnie wyglądających kratownicach.

- Tej rampy wróg używa do rozpędzenia swoich statków powietrznych i wysyłania ich na orbitę! Okrada nas z zasobów, które transportuje, by konstruować instrumenty śmierci! Nie możemy dłużej na to pozwalać. Musimy przejąć kontrolę nad tym kluczowym obiektem! Nie wolno go zniszczyć!
 

Były to dla mnie informacje kompletnie nowe, a sądząc po minach Eve i Derpiego, dla nich również. Reszty nie byłem w stanie dostrzec, rozglądanie się podczas briefingu było bardzo nieregulaminowe. Tymczasem model wyspy otoczyła zielona, kulista bariera, której dolna połowa znikała pod powierzchnią czarnego oceanu. 

- Sztuczna inteligencja też doskonale rozumie, jak ważna jest dla niej ta instalacja. Wszystkie próby zbudowania przez nią nowych udawało nam się niszczyć, ostatnio podczas manewrów, czego mieliście okazję być świadkami! Cała ta wyspa jest otoczona barierą energetyczną. Dzięki bohaterskiemu poświęceniu naszych informatorów wiemy, jak ona działa!

Animacja modelu oddaliła się trochę i zaczęła pokazywać wyspę z przeciwnej strony.

- Wasi koledzy spędzili miesiące na tworzeniu trójwymiarowego modelu na podstawie zdjęć i pomiarów, które udało nam się zrobić! Dzięki temu byliśmy w stanie zaplanować najlepsze drogi ataku!

Na brzegach wyspy zapaliły się trzy punkty, które miały być miejscami desantowymi. Ale zaraz, “wasi koledzy”...? To nad tym Gamoń i Młotek pracowali tyle czasu w tajemnicy…? I to pokazywali kapitanom, gdy ci zawitali na “Arkę” podczas manewrów...?

- Według naszych obliczeń w oznaczonych miejscach bariera nie pokrywa całej linii brzegowej i właśnie tam nastąpi nasz desant! Myśliwce zneutralizują ich obronę powietrzną, natomiast wy przeprowadzicie atak lądowy! A oto wasz cel!

Włączyła się animacja pokazująca bardzo uproszczony model rakiety lecącą wprost na półokrągłą barierę. Po uderzeniu w nią nastąpił wybuch, który został wchłonięty, a zwizualizowane fale energii najpierw popłynęły ku szczytowi zielonej sfery, a potem prostym strumieniem w dół do jakiegoś sześcianu.

- Kadeci! To jest ekstremalnie ważne! Ta bariera wchłania energię z zewnątrz, co właśnie zademonstrowaliśmy, i przesyła ją do konwertera, którego lokację jesteśmy w stanie dość dokładnie oszacować! Im większa energia, tym silniejsza jest bariera, ale wolno poruszające się obiekty są w stanie przez nią przejść! Ale uwaga: energia kinetyczna jest tłumiona również pod kopułą bariery! W praktyce oznacza to, że broń palna, wybuchowa nie mają tam żadnego zastosowania!

Zapadła ciężka cisza. Wręcz czułem, jak wszyscy są skonsternowani.

- Ale jesteście na to gotowi! Przeciętnie zbudowany człowiek miałby olbrzymie trudności w ogóle w poruszaniu się, ale wy jesteście silni! Wasza broń może być użyta pod barierą! Ciężko pracowaliście na ten sukces! Zwyciężymy! I jeszcze jedno…

Dlaczego Kapitan nie powiedział, jakiego rodzaju siły wroga tam spotkamy…?

- Od dzisiaj wszyscy jesteście żołnierzami zawodowymi! Ze wszystkimi związanymi z tym przywilejami! Przygotujcie się na przenosiny na “Noel”, skąd łodzie desantowe zabiorą was na pole walki! Wygramy! HURRA!
- HURRA! - Odpowiedziały setki i tysiące gromkich głosów, aż zawibrowały ściany hangarów. Krzyknąłem również i ja, choć byłem pewien wątpliwości.

Wszyscy zaczęli się rozchodzić, patrzyli na swoje mobilki, na które dostawali komunikaty gdzie i o której godzinie się stawić celem transferu na płynącą blisko nas “Noel”. Nasza grupa stała tak skołowana, że nikt za bardzo nie wiedział, co powiedzieć. Ja drapałem się po głowie, Eve miała założone z tyłu ręce i przestępowała z nogi na nogę. Gigi popatrywała na nas spode łba, Monter unikał jej wzroku. Derpi gładził się po szczęce w zamyśleniu, intensywnie nad czymś myślał. Tylko Gamoń i Młotek wyglądali na w miarę wyluzowanych; najwyraźniej czuli ulgę, że to, nad czym pracowali w tajemnicy przez ostatnie miesiące, wreszcie ujrzało światło dzienne i do czegoś się przydało. No nic, trzeba ubrać hełm i przygotować się do wykonania rozkazu…

- Zostańcie, gdzie jesteście - rozkazała nam Doktorka, która nie wiadomo kiedy zjawiła się w hangarze. Podeszła do nas bliżej i odwróciła się, sprawdzając, czy reszta kadetów… czy teraz już żołnierzy jest wystarczająco daleko.
- Proszę pani…? - Zaczęła Eve.
- Zostajecie na “Arce”. Nie pozwalam wam na udział w desancie. Jutro, jak już wszyscy żołnierze będą na “Noel”, spotkamy się u Kapitana, który ma wam coś do powiedzenia. Rozejść się! - Dodała głośniej. Tak, wydawanie rozkazów bardzo jej się spodobało.

***

Siedziałem z Eve w audytorium. Nie było już praktycznie nic do roboty, ale jeszcze przeglądaliśmy pliki i tabele, bardziej żeby zająć się czymś i nie myśleć o nadchodzącym dniu. Ostateczny atak. Najważniejsza akcja tej wojny. Z czym nasi mieli walczyć? Mają przedrzeć się do centrum skalistej wyspy polegając wyłącznie na sile własnych mięśni, uzbrojeni w pałki i noże? Wyspy, której Sztuczna Inteligencja będzie bronić wszystkim, co ma? I która doskonale wie, że tam płyniemy? Nie mogłem się nie martwić. Pozostało mi tylko wierzyć w plan Kapitana i reszty dowódców; może mają jakiś gambit w zanadrzu, który trzymali do tej pory w tajemnicy? I co ma nastąpić po przejęciu rampy używanej do startu w kosmos? Dlaczego od razu jej nie zniszczyć? Pewnie chcieli ją użyć do własnych celów, ale nie mieliśmy żadnych pojazdów, które można wysłać na orbitę? Zaraz, przecież…

Z rozmyślań wyrwało mnie pochrapywanie Eve, która zasnęła na swoim fotelu. Zazdrościłem jej, bo wiedziałem, że ja dzisiaj nie usnę. Przykryłem ją ostrożnie kocem i wyszedłem, po prostu nie mogłem usiedzieć w miejscu. Pozostały na lotniskowcu personel był zajęty przygotowaniem myśliwców, które były niezbędne do jutrzejszej akcji - bez zniszczenia obrony powietrznej wroga, którą na pewno rozstawił, łodzie desantowe będą bezbronnym celem i nawet nie wystartują, jeśli nie będzie w miarę bezpiecznie. Nogi same poniosły mnie do hangaru, gdzie spędziliśmy tyle czasu: pracując, gadając ze sobą, parę razy nawet odwiedziliśmy Modliszki, które chyba nas polubiły…
Przypomniały mi się wydarzenia z przepłynięcia przez obszar burzy, ból protezy, wypadek biednego Gustavusa, który pewnie chciałby być na pierwszej łodzi desantowej, ale nie było mu to dane. Szwendałem się dalej po korytarzach, niekiedy ciasnych i z krzywą podłogą, bo wszystko było montowane naprędce i niekiedy bez żadnego sensu. Miałem wrażenie, że nikt nie monitoruje już moich ruchów. Nogi prowadziły mnie same znajomymi ścieżkami.

Drzwi szpitala okrętowego były uchylone i jakoś pomyślałem o Gigi, która musiała znosić irytujące dziwactwa Doktorki praktycznie przez całą dobę. Na początku ciągle się w niej gotowało, ale ostatnio zaczęła się do swojej przełożonej… upodabniać? Zamiast reagować irytacją na wszystko, częściej zachowywała spokój i komentowała sytuację chłodną, acz złośliwą uwagą. Może musiała nabrać takiej cechy, by przetrzymać szkołę, którą zafundowała jej nasza mentorka. O ile ja miałem Eve, Derpi trzymał sztamę z Monterem, a Młotek i Gamoń byli praktycznie nierozłączni, tak Gigi była sama w tym chaosie… Zabrałem jej koleżankę…

Wszedłem do laboratorium Doktorki. Lampy sufitowe się świeciły i widziałem aparaturę, którą testował niedawno Monter, ale chyba nikogo nie było. Wtedy usłyszałem zza drzwi sali szpitalnej jakieś dźwięki, czyli jednak ktoś tam był…? Podszedłem ostrożnie i zajrzałem przez uchylone drzwi, starając się ich szerzej nie uchylać.
W półmroku, na jednym z łóżek widoczne były… ludzkie sylwetki? Gigi. Monter. Gamoń. Młotek. Cała czwórka, naraz. Zasapani, spoceni, splątani ze sobą. Niczym na nagraniu, które pokazywał mi Monter.
Sparaliżowało mnie w pierwszej chwili i nie wiem, czy przypadkiem nie uchyliłem wtedy szerzej drzwi, ale nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi.

Wycofałem się najciszej, jak potrafiłem. Nie moja sprawa.

***

Wcześnie rano przyszła wiadomość od Doktorki, że mamy się stawić w audytorium. Starałem się nie gapić na kolegów i koleżankę, ale czułem się cokolwiek nieswojo, natomiast oni zachowywali się jak gdyby nigdy nic. “Nie moja sprawa” powtarzałem sobie, starając się nie myśleć o scenie, której byłem mimowolnym świadkiem wczoraj, niestety bez większych sukcesów. Zakłopotanie musiało być widoczne, bo nawet Eve popatrywała na mnie z ukosa. Ken biegł przed nami, przyzwyczajony do stałej trasy.

W audytorium czekał już na nas Kapitan, sam ubrany w czarny kombinezon. Siedział na obrotowym fotelu, a obok niego stała… Riko, którą mogliśmy zobaczyć z bliska po raz pierwszy od dawna. Pomachała do nas, rozpromieniona Eve odmachała jej. Ken też wyraźnie się ucieszył, ale Eve wzięła go na ręce. Żadne z nas się nie odezwało, czekając na słowa Kapitana.

- Wszyscy są? Inez, zamknij drzwi…
- Są permanentnie otwarte.
- Aha, no tak… Nieważne. Usiądźcie, spocznij, czy co tam chcecie… - Wyglądał na zrezygnowanego. - Inez, ty też…
- Postoję.
- Ech… Wy dwoje - Kapitan wskazał na nas, gdy już cała nasza grupa usiadła. - Zwalniam was ze służby. Słyszałem, że wzięliście ślub na Soplu…

Wzrok zszokowanej reszty naszej grupy skupił się na nas, nawet ten Gamonia i Młotka, których zazwyczaj mało co ruszało. Wzroku Montera i Derpiego nie widziałem, bo obaj byli w hełmach.
- Eve?! - Krzyknęła z zaskoczenia Gigi.
- No, tak wyszło… - Zawstydziła się.
- Ahem! - Przypomniał o sobie Kapitan. - Gratulacje i wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. Jedna z niewielu dobrych rzeczy teraz… W każdym razie: odwaliliście do tej pory kawał dobrej roboty…
- Możemy wrócić na Sopel?! - Spytała z nadzieją Eve.
- O tym za chwilę… Gigi, jesteś teraz naszym nowym lekarzem okrętowym.
- Co? Eee… a co z dotychczasowym?
- Jest niedysponowany. - Powiedział Kapitan.
- Powiesił się. - Powiedziała równocześnie z Kapitanem Doktorka.

Ojciec popatrzył karcąco na córkę, która teraz starannie unikała jego wzroku.

- Nasz stary doktor nie wytrzymał presji… I poczucia winy. - Kapitan potarł czoło. - Właśnie posłaliśmy prawie dwa tysiące młodych chłopaków i parę dziewczyn na pole walki, o którym prawie nic nie wiemy.
- Sztuczna Inteligencja wie, że się zbliżamy… - Mruknąłem.
- Co? A, to… Nie ma żadnej sztucznej inteligencji, walczymy z ludźmi z orbity. Mówiliśmy o “Sztucznej Inteligencji”, bo tak było łatwiej tworzyć propagandę… Ludzie z orbity uważają nas za chorych, skażonych i nie chcą się zbliżać do powierzchni planety, wolą ją badać z daleka. My, potomkowie prawdziwych Pionierów, zasiedlamy ją, jemy tutejsze jedzenie i tak dalej, co bardzo nie podoba się purystom tam na górze. No to odcięliśmy ich od zasobów, którymi akurat się nie brzydzą, ale które są im niezbędne do rozbudowy instalacji orbitalnych, bo nie chcą stosować filamentu. Zatrzymaliśmy wysyłki surowców na orbitę, a ci w odwecie zafundowali nam apokalipsę piętnaście lat temu, realizując swój plan oczyszczenia planety z “nieczystych” i “skażonych”.

Słuchaliśmy w skupieniu, nawet dla Doktorki nie wszystkie szczegóły były chyba znane.

- Nie wszyscy na orbicie są jednak szaleńcami, na przykład rodzice tego oto dziecka - wskazał na Riko. - To dziecko pary naukowców, którzy przekazywali nam informacje na temat działania bariery i postępów w budowie Oka, co umożliwiło nam opracowanie jakiegoś konkretnego planu. Niestety od paru miesięcy nie mieliśmy od nich żadnej informacji, a na dodatek znaleźliśmy Riko w kapsule ratunkowej, bo prawdopodobnie zostali odkryci…
- 警備 Durchsetzung Regulation Police… - Mruknęła Riko.
- Tak, to siły porządkowe frakcji radykalnej ludzi z orbity. Wybaczcie Riko, na orbicie mówi się wieloma różnymi językami, ale ona ma problem z przełączaniem się między nimi, stąd radykałowie uznali ją za “wadliwą”, czy tam za “nieczystą”. Tak jak nas, ludzi na powierzchni planety. Smutna sprawa. Nie wiemy, co się stało z jej rodzicami… Przepraszam, Riko.
- Riko, nie martw się… - Eve próbowała uspokoić roztrzęsione dziecko.
- W każdym razie… - Kapitan spojrzał na mobilkę. Usłyszeliśmy wizg silników. - Dokonało się. Wystartowały pierwsze myśliwce. Już tego nie cofniemy. - Odetchnął głęboko.
- Ale zaraz, z kim będziemy walczyć tam na wyspie? - Musiałem spytać.
- Nie mamy pojęcia. - Westchnął Kapitan. - Wokół wyspy lądują różne transporty z orbity, które są potem tam przenoszone, ale nie mamy pojęcia co tam jest. Nie wiemy, jakiego typu siłami lądowymi dysponuje wróg… Błądzimy po omacku, ale ze względu na Oko nie mamy już czasu. Ono może już nawet ma zdolność bojową. - Odruchowo sięgnął po piersiówkę, której w czarnym kombinezonie nie miał. Szybko zaprzestał poszukiwań.
- Czy my… Sopel… - Eve próbowała przypomnieć o swoim istnieniu.
- A tak… Oto wasze ostatnie zadanie. Macie hełmy z kamerami, macie helikopter, nagrajcie tę akcję. Jeśli przegramy, to może coś po nas zostanie. Jeśli zobaczycie, że sprawy idą źle… Uciekajcie, nie wiem gdzie. Ukryjcie się gdzieś. Spróbujcie stworzyć niewielką grupę, żeby was nie ścigali. Poszukajcie ocalałych… - Przestał mówić na chwilę, ukrył twarz w dłoniach.

Siedzieliśmy tak, zszokowani.

Doktorka położyła dłoń na jego ramieniu. Po krótkiej chwili doszedł do siebie.

- Wybaczcie. Ty, tam z tyłu, jak ci tam… Derpi, ty będziesz pilotował helikopter. Bądź bardzo ostrożny. - Riko ściągnęła brwi w tym momencie, jakby się nad czymś zastanawiając, ale nic nie powiedziała. Derpi tylko pokiwał głową.
- Tato… - Przypomniała się Doktorka.
- No tak, sedno naszego kontrataku. Nasz as w rękawie. To już się dzieje, więc nie ma sensu tego dalej ukrywać. Jeśli uda się zniszczyć barierę i rampa kosmiczna ocaleje, to wtedy nasze dzielne koleżanki wystartują w swoich mechach. Inez, może ty wyjaśnisz?
- Mamy pięć pilotek mechów, są wytrenowane do poruszania się w warunkach obniżonej grawitacji, kuliste akwaria są dostosowane do ich obecnych… sylwetek, a brak nóg sprawia, że lepiej znoszą ekstremalne przeciążenia, bo krew nie odpływa im całkowicie do kończyn… - Tłumaczyła zimno Doktorka. - Gdy tylko zniszczymy barierę, Modliszki wystartują z “Arki” i rozpędzą się po rampie, postarają się polecieć aż na orbitę. Mechy wyposażyliśmy w najpotężniejsze ładunki, jakie mamy, nawet jeden z nich powinien wystarczyć, aby zniszczyć Oko. Reszta spróbuje zniszczyć tyle, ile się da.
To nasza pierwsza i jedyna szansa na kontratak, jedynie zaskakując wroga będziemy mogli tego dokonać… Nie spodziewają się, że w ogóle możemy dotrzeć na orbitę i sądzimy, że nie mają tam żadnych sił obronnych, dlatego możemy coś zdziałać tak małą grupą uderzeniową…

Odchylił się na krześle i odetchnął, milczał przez chwilę. Zerknął na swoją mobilkę.

- Dobrze, myśliwce wkrótce powinny napotkać pierwsze drony wroga, pozostaje już tylko czekać i przygotować się…

W tym momencie lotniskowcem zatrząsł wybuch. Po chwili mobilki wszystkich obecnych zadźwięczały sygnałem ostrzegawczym.

- To w maszynowni! - Krzyknął Monter.
- Poszły turbiny…

Kapitan walnął pięścią w stół i wstał nagle.
- To nie nie jest przypadek, nie ma przypadków! Mamy na pokładzie sabotażystę!

Wstaliśmy i pobiegliśmy do maszynowni, starając się ratować co tylko się da.

niedziela, lutego 08, 2026

16. Eksperyment

 


- No w końcu - powitała nas od wejścia Doktorka, gdy zawitaliśmy pod jej laboratorium. - Ja też mam wszystko gotowe, jedziemy.
- Gotowe? Myślałem, że to my będziemy coś przygotowywać? W sensie do eksperymentu?
- No, samych siebie. - Doktorka otworzyła drzwi do sali, gdzie znajdowały się dwa łóżka oddzielone białym parawanem. Gigi właśnie ustawiała pakiety butelek z jakimś gęstym, kolorowym płynem jeden na drugim i popatrywała na nas z ukosa. - Dobra, tu macie ceraty na zmianę, ręczniki papierowe, koszule szpitalne, a tu są koktajle odżywcze - wskazała na pakiety.
- Co?
- Łazienkę macie tam, prysznic też jest… I jak, gotowi? - Klasnęła z entuzjazmem w dłonie.
- Ale o co tu chodzi, do ciężkiej cholery?! - Nie wytrzymałem, bo zacząłem czuć się naprawdę niepewnie. Co innego oglądać szpitalną salę, a co innego samemu na takiej leżeć. Zacząłem się mimowolnie wycofywać.
- Oj Kotuś, nie bądź taki… Zaraz. - Spojrzała na Eve, potem znowu na mnie i znowu na Eve. - Nie powiedziałaś mu, prawda - bardziej stwierdziła, niż zapytała Doktorka.
- No bo mówiła pani, że nie będzie problemu i w ogóle… - Eve patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem.
- Nie dam z siebie zrobić królika doświadczalnego. Nigdy więcej. Nie zgadzam się. - Nogi same mnie poniosły za drzwi, którymi trzasnąłem za sobą. Znalazłem się na korytarzu. Oparłem się o ścianę i osunąłem w dół, bo nogi same ugięły się pode mną. Obrazy tamtych wydarzeń zaczęły pojawiać mi się przed oczami najsilniej od długiego czasu; obrazy, o których tak bardzo chciałem zapomnieć. Milioner miał tak bardzo rację.

Zza drzwi dobiegała mnie kłótnia Doktorki i Eve.
- Dziecko drogie, no i coś ty narobiła? Lepiej idź go przekonaj, inaczej będę musiała poszukać zastępstwa, i to szybko…
- Nie! Proszę! A zresztą, skąd miałam wiedzieć?!
- Facet przeżył montaż protezy, tak ciężko się domyślić, że może nie lubić sali szpitalnych? Nie opowiadał ci o tym?
- My… nie wypytywałam go o to! Nie chciał o tym mówić!
- Nie gadacie ze sobą? Macacie się tylko?
- Proszę zejść ze mnie w końcu! Dosyć mam tego!
- Słuchaj no, idź tam i spróbuj przekonać. Użyj swoich wdzięków, pomasuj go tam, gdzie lubi, nie wiem jak i nie obchodzi mnie to. Jeśli go szybko nie sprowadzisz, to szukam zastępstwa, bo musimy to skończyć zanim wypłyniemy. Rozumiesz?
- Rozumiem.

Siedziałem skulony pod drzwiami, patrzyłem tępo przed siebie i próbowałem zrozumieć, co się ze mną dzieje. Dlaczego tak zareagowałem? Myślałem, że to już miałem za sobą, gdy dołączyli mnie do załogi “Arki”. Że będzie już normalnie, że ataki paniki się skończyły. Spałem niespokojnie, ale przynajmniej byłem w stanie spać. Ale od przybycia na Sopel za dużo rzeczy dotykało mojej przeszłości, a rozmowa z Milionerem tego poranka już zdecydowanie tego dotyczyła. Chcę wrócić na “Arkę”, chcę pracować, programować, siedzieć z nią razem do późnych godzin nocnych…

Drzwi laboratorium się otworzyły i wyszła do mnie Eve, ocierając łzy z policzków. Usiadła na podłodze obok mnie i oparła głowę o ścianę, siedzieliśmy tak chwilę w milczeniu. Skierowała twarz w moją stronę.

- Nie jest dobrze, co?
- Nie jest.
- Słuchaj… Przepraszam. To była dziecinada z mojej strony - zaczęła. - Ja po prostu… Tak bardzo chciałam czegoś. Dla nas. Przyszłości. Nienawidzę “Arki”. Wrzucili nas tam, bo nie mieli co z nami zrobić. Faceci się tam sprawdzają, ale ja, Gigi, Kosa, inne… Wiesz, widziałam dziewczyny na Soplu, takie ładne, wystrzałowe, przecież my jesteśmy w porównaniu do nich mutantami… Bezpłodnym odpadem.
- Nie mów tak.
- Na lotniskowcu, a teraz nawet poza nim, nazywają nas “Hieny”, bo myślą, że… - Zaczęła łkać. - Zresztą sam wiesz. Mogę się z tego śmiać, mogę nie reagować na to w ogóle, ale to po prostu boli. Za każdym razem, gdy to słyszę. Nienawidzę tego. Nie chcę wracać na “Arkę”. Pamiętasz, gdy mówiłam, że uciekniemy razem z Riko…
- Pamiętam.
- To było takie naiwne. Nic mi nie wychodzi. Nawet teraz. - Zwiesiła głowę. - Ale ja chcę przyszłości. Wspólnej. Z tobą.

Zesztywniałem.

- Dogadujemy się, współpracujemy, rozumiemy się… przez większość czasu. Nigdy nawet nie myślałam, że ktoś taki w ogóle się pojawi, ale… jesteś. - Jej mała, drobna dłoń dotknęła mojego kolana.
- Nigdy o tym nie myślałem. - Odpowiedziałem do bólu szczerze. - Po prostu żyłem.
- A ja myślałam - ciągnęła niezrażona Eve. - I możemy żyć… razem. Posłuchaj - nachyliła się do mnie. - Nie musimy być na “Arce”. Przenieśmy się tutaj. Po tej całej “największej operacji” wrócimy, zamieszkamy tu, będziemy pracować, będziemy jak Gabrielle i Padel, na pewno się przydamy… - Przystanęła nade mną i objęła mnie. - Doktorka powiedziała, że załatwi nam mieszkanie za wzięcie udziału. - Mówiła mi teraz cicho do ucha. - Będziemy mieli dokąd wrócić, zamieszkamy tam… Zestarzejemy… - Poczułem jej łzy na moich policzkach.
- Daj mi chwilę.

Wstała, odeszła parę kroków w tył i wytarła policzki.

- To tylko test chemiczny. Nie będą nas kroić ani nic. Nie powinno boleć. Jeśli zacznie, jeśli będziesz miał dosyć, to po prostu pójdziemy sobie, dobra?
- Tak. Rozumiem. Chwila.

Eve nie mówiła już nic więcej, tylko wycofała się i zamknęła drzwi za sobą.

- I jak? - Słyszałem cichą rozmowę.
- Nie wiem. Dajmy mu chwilę.
- Jestem w szoku, naprawdę. Najpierw ty robisz fochy, a teraz facet… Spodziewałam się, że to on cię tu przywlecze za rękaw, a nie odwrotnie. Zaraz, powiedziałaś mu w ogóle o przewidywanych skutkach?

Doktorce odpowiedziała cisza, a po chwili usłyszałem metaliczne plaśnięcie, chyba po raz kolejny uderzyła się dłonią w czoło.

Eve miała rację. Może podeszła do tego od złej strony, ale skąd miała wiedzieć o moich problemach? Przecież celowo jej o nich nie mówiłem. Nie chciałem niszczyć tego, co udało nam się teraz zbudować. I desperacko nie chciałem wracać pamięcią do tamtych wydarzeń. Kiedyś może jej opowiem, ale jeszcze nie teraz, kiedy wszystko może się tak łatwo zawalić. Ale… ona myślała daleko naprzód o sprawach ważniejszych, podczas gdy ja, na dobrą sprawę, tylko się bawiłem. Okazała się doroślejsza ode mnie, a teraz cierpi przez moje dziwne zachowania. Może by tak wziąć w końcu odpowiedzialność, do cholery?

Wstałem, wziąłem głęboki oddech i wszedłem do laboratorium.

***

- Tak jak, gotowi w końcu?
- Raczej tak.
- No i prawidłowo. Właśnie nasza wspólna przyjaciółka, ta oto Eve - Doktorka ceremonialnie wskazała na dziewczynę, która siedziała na krześle ze spuszczoną głową - podała mi do wiadomości, że nie powiedziała ci o niczym, nawet o naturze eksperymentu. Nie lubisz sal operacyjnych, to rozumiem, nikt nie wychodzi bez szwanku na psychice po instalacji protezy filamentowej. Ale mój eksperyment powinien być dla was dwojga, nie wiem, chyba przyjemny? Tak przy okazji: tak naprawdę wymyśliłaś go ty, drogi Pasożytku…
- Co? Ja? - Eve nagle podniosła głowę.
- Już kawałek czasu temu spytałaś, czy możemy możemy przestać pompować was witaminkami. Utkwiło mi to w głowie - stuknęła się w metalową płytkę - warto to zbadać i należycie się przygotować…
- Zaczynamy już? - Przerwała Gigi, która właśnie weszła do gabinetu z sali z łóżkami, wyraźnie zniecierpliwiona.
- Cicho bądź, tłumaczę teraz. - Doktorka pomachała ręką, żeby Gigi sobie poszła. - No dobra. Przeprowadziłam symulacje i skutki długofalowe nie będą drastyczne. Wystarczy lekki trening fizyczny by zapobiec atrofii mięśni, nic strasznego. Niestety zaraz po zaprzestaniu podawania miksu pewne funkcje mózgu i innych części ciała, do tej pory neutralizowane, prawdopodobnie uderzą mocno, nawet bardzo… - nasza prowadząca wyglądała na zakłopotaną, na co wskazywała próba podrapania się po głowie tam, gdzie była metalowa płytka.

Popatrzyłem niepewnie na Eve. “Nie bój się”, powiedziała bezgłośnie i złożyła ręce w błagalnym geście.
- Wasza dwójka najlepiej się do tego nadaje, bo przypadku gwałtownej reakcji załatwicie to między sobą. Chodźmy.

Weszliśmy za Doktorką ponownie do sali. Wziąłem parę głębokich oddechów; teraz, gdy nie byłem zaskoczony sytuacją i czułem wsparcie Eve, nie było tak znowu strasznie. Przytaknąłem i pokazałem Eve w górę uniesiony kciuk, na co odetchnęła z ulgą.

- No i fajno, słuchajcie teraz… Gigi, wynocha! Przestań się tu kręcić, co cię tak ciągnie do tego! Uspokój się, dobra?
- Dobra. - Burknęła Gigi i wyszła z gabinetu.
- Coś ją postrzeliło z tym… Nieważne. Zaczynamy od razu…
- Ale my już wzięliśmy witaminki? - Pokazałem pudełko, w którym były obowiązkowe tabletki. Co jakiś czas aplikowano nam je dożylnie, ale pudełka z tabletkami musieliśmy mieć przy sobie obowiązkowo.
- A tam, bzdury - Doktorka machnęła ręką lekceważąco. - One prawie nic nie zawierają. Najwięcej miksu jest w jedzeniu, które wam podajemy, bo to na lotniskowcu oszukać jest już dużo trudniej. Dlatego przygotowałam dla was te napoje odżywcze, które zastąpią wam wszystkie posiłki: śniadanie i obiadokolację. No i dadzą wam wystarczająco energii, żebyście nie padli ze zmęczenia…
- Zmęczenia?

Doktorka chciała spojrzeć Eve prosto w oczy, ale ta intensywnie patrzyła w ziemię. Westchnęła.

- Dziś na obiadokolację będą te koktajle, one nie zawierają miksu. Pierwszy objaw jest taki, że poczujecie się bardzo zmęczeni i senni. To celowy zabieg by wykryć tych, którzy mogliby próbować oszukać system. Ale prawdziwe efekty poczujecie nad ranem, kiedy podwzgórze, jądro migdałowate, kora przedczołowa, wyspa i wzgórze… No co, nie ja tak nazwałam te części mózgu… Przestaną być tłumione i zaczną reagować bardzo mocno. Potem efekt pójdzie na autonomiczny układ nerwowy i resztę ciała…
- I co to wszystko oznacza?
- To właśnie chcemy dokładnie sprawdzić, ale według moich przewidywań staniecie się tak podnieceni, że wypadałoby zamknąć drzwi i wyrzucić klucz.

***

Leżałem na szerokim łóżku szpitalnym, ubrany tylko w luźną białą koszulę sięgającą połowy ud. Na prześcieradło była nałożona foliowa cerata. Eve leżała za parawanem. Doktorka najpierw krótko porozmawiała z nią, a potem podeszła do mnie.

- No dobra, właśnie mija szósta godzina od ostatniego posiłku i według moich przewidywań wkrótce poczujecie się senni i osłabieni, to normalne. Oboje macie na klatce piersiowej wkłuty monitor funkcji życiowych, więc nie ma czego się bać. Pewnie pośpicie pięć-sześć godzin i zaczną pracować inne obszary… zobaczymy. Powodzenia! - Pomachała nam, starannie zamykając za sobą drzwi.

***

Przebudziłem się dość nagle, bo poczułem, że robi mi się gorąco. Leżałem na wznak i spojrzałem przed siebie - moje przyrodzenie utworzyło z luźnej koszuli sporej wielkości namiot. Po chwili Doktorka weszła na salę i podeszła do mnie. Bezceremonialnie podniosła poły koszuli.
- U ciebie reakcja zgodnie z przewidywaniami - zauważyła. - Leż spokojnie, nie dotykaj go! - Pogroziła palcem.

Polecenie było trudne do spełnienia, bo przyrodzenie pulsowało i domagało się uwagi, ale udało mi się powstrzymać.

Zza parawanu powolnym krokiem szła Eve, miała szybki oddech i wyraźne rumieńce. Doktorka trzymała ją za rękę, pewnie żeby się nie przewróciła.

- Kotuś, ty leż spokojnie, daj jej czas, delikatnie… - Zaczęła Doktorka, ale Eve zaczęła wspinać się na moje łóżko. - Albo nieważne.

Stała jeszcze chwilę patrząc, jak Eve siada na mnie okrakiem.

- To ja was zostawiam, będę monitorować funkcje… Gigi, wynocha stąd! - Usłyszałem jeszcze zza zamykanych drzwi.

Eve rozpięła swoją koszulę, sutki jej małych piersi były postawione na sztorc; nie mogłem się opanować, musiałem je dotknąć. Nad jednym z nich był widoczny filamentowy tatuaż. Chwyciła ciepłą dłonią moje jądra.

- To właśnie są 金玉.

Eve wzięła mojego członka do ręki, włożyła go sobie między nogi, wślizgnął się bez najmniejszego problemu. Zaczęliśmy się poruszać, najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Patrzyłem na twarz Eve jak zahipnotyzowany, dyszała przy każdym pchnięciu coraz mocniej, aż w końcu zaczęła jęczeć.

Przestaliśmy na chwilę, oboje byliśmy już mocno spoceni. Bez słowa zmieniliśmy pozycję: Eve powoli położyła się na plecach, a ja zacząłem poruszać biodrami. Zamknęła oczy.

Nie wiem ile to trwało ani kiedy dokładnie objęła mnie rękami i nogami. Miałem jej usta tuż obok ucha i czułem jej szybki oddech. W końcu jej mięśnie na chwilę ścisnęły się, a potem rozluźniły. Ja również w tym momencie uwolniłem wszystko, co miałem i padłem zdyszany. Leżeliśmy tak przez jakiś czas, nie wiem dokładnie jak długo. W końcu weszła Doktorka, niosąc strzykawki i małe pojemniczki. Eve szybko tylko zakryła dłonią tatuaż, poza tym leżeliśmy kompletnie nago.

- Wszystkie odczyty w spodziewanych normach - poinformowała nas, pobierając nam krew do badań. - Koniecznie wypijcie te koktajle jak już trochę odpoczniecie, ogarnijcie się i przygotujcie.
- Ale na co?
- Na drugą falę. No co? Trochę to potrwa, zanim wasz stan się unormuje, ale przynajmniej macie dobrą okazję rozładowania napięcia… - Zastanowiła się na chwilę. - No i dzięki odczytom powinnam być w stanie opracować środek łagodzący skutki odstawienne, dlatego cieszcie się! Wasze poświęcenie pomoże setkom, albo i tysiącom kadetów.

Pewnie byśmy się cieszyli, gdybyśmy nie zaczęli w tej chwili przytomnieć. Napięcie opadło i zacząłem myśleć racjonalnie, Eve chyba też - jej oddech się uspokoił, rumieńce trochę przybladły.

- Ja… pójdę się umyć. - Wstała ostrożnie, trzymając się za krocze. Mam nadzieję, że nie zrobiłem jej krzywdy, nie do końca zarejestrowałem to, co przed chwilą się wydarzyło. Siedziałem chwilę na krawędzi łóżka, próbując zebrać myśli. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych, to doświadczenie było cudowne i chciałem, by wydarzyło się znowu, ale z drugiej strony zaczął opanowywać mnie wstyd: Doktorka oglądała nas jak obiekty.

Eve wyszła spod prysznica, naga i lśniąca od wody, której nie wytarła dokładnie ręcznikiem. Chwyciła butelkę z koktajlem i zaczęła pić.

- Wiedziałaś, co to za eksperyment?
- No… mniej więcej.
- Ale mniej czy więcej?
- Raczej mniej.

Usiadła obok mnie.

- Doktorka opowiadała, że po zastopowaniu witaminek będziemy bardzo podnieceni przez jakiś czas, ale nie wie jak długo… Że chce stworzyć antidotum łagodzące te skutki odstawienne… I że pomożemy sobie nawzajem rozładować napięcie seksualne, skoro i tak już niby próbowaliśmy na “Arce”... 
Podczas burzy. - Nie pamiętam co wtedy mówiłem, ale najwyraźniej bardzo się to wtedy Eve spodobało. Przecież na “Arce” my nic tak naprawdę nie robiliśmy, to było takie kłamstwo by ukryć mój prawdziwy stan, a teraz wylądowaliśmy tutaj… To się porobiło. - Teraz ja idę się umyć.

Gdy wróciłem, zmieniliśmy ceraty, wypiliśmy jeszcze po koktajlu i położyliśmy obok siebie. Nie mieliśmy nigdy okazji wcześniej być tak blisko, a teraz było mi ciepło i błogo. I chciałem, by to trwało tak długo, jak to tylko możliwe.

Wkrótce potem przyszła kolejna fala reakcji naszych organizmów na odcięcie środków tłumiących, później były kolejne, aż straciłem rachubę. Gdyby nie koktajle energetyczne, to pewnie padlibyśmy z wyczerpania. I gdyby nie partner, to dla pojedynczej osoby to doświadczenie byłoby męczarnią. Doktorka regularnie przychodziła w przerwach i pobierała nam krew, Eve przestała już nawet przejmować się zakrywaniem tatuażu. Ja natomiast mogłem przysiąc, że widziałem Gigi zakradającą się do nas na chwilę, ale mogło mi się wydawać.

Obudziłem się po pauzie po kolejnym razie i tym razem poczułem, że kolejnej już nie będzie. Myślałem dużo jaśniej, moje serce biło spokojniej. Eve jeszcze spała, ale dalej miała wyraźne rumieńce, więc dla niej to chyba nie był jeszcze koniec. W końcu się obudziła, spojrzała na mnie rozbieganym wzrokiem i zaczęła delikatnie szarpać, ale widząc, że nie przynosi to spodziewanego efektu, zaczęła to robić sama ze sobą, patrząc na mnie wyczekująco. Po chwili zacisnęła powieki i wygięła się, ale jej orgazm tym razem też nie był tak gwałtowny, jak poprzednie. Chyba efekty odstawienne przeszły nam obojgu.

***

- Raczej już po wszystkim. - Powiedziałem, gdy Doktorka skończyła pobierać krew.
- No w końcu. Zeszło dużo dłużej, niż przewidywałam, ale przynajmniej materiału do badań nie brakuje… No i w sumie brawo! Wytrenowani z was młodzi ludzie, pozazdrościć kondycji…
- Proszę pani… - Zaprotestowała słabo Eve.
- Dobra, dziękuję za udział, a teraz do łóżek i wyśpijcie się dobrze, bo jutro wypływamy…
- Co?!
- Ryćkaliście się przez prawie cztery dni, jeśli nie zauważyliście…
- Nie zauważyliśmy…
- Aha. No, na pewno nie był to czas zmarnowany! - Dźgnęła mnie palcem w protezę. - I znowu nie udało się tego zbadać.
- To straszne - odgryzłem się, nieco złośliwie jak na mnie.
- Proszę pani… a teraz… - Przypomniała się Eve, ubierając bieliznę.
- Spokojnie dziecko, w przeciwieństwie do ciebie ja wszystko już załatwiłam. - Wyciągnęła z kieszeni fartucha jakąś kartę. - Na mobilkach macie adres w Ósmej, na stacji będzie czekał facet w uniformie, zabierze was do mieszkania. Popatrzcie czy wszystko w porządku, potwierdzicie mu odbiór i załatwione, rozumiecie?
- Rozumiemy.

Szliśmy na miękkich nogach na stację, milczeliśmy w trakcie jazdy. Przejechaliśmy wielkie jaskinie i wjechaliśmy do tych mniejszych, sztucznych - Ósma była dalej w budowie, widać było potężne maszyny wiercące skałę i osobne tory z wagonami wywożącymi gruz.

Na stacji czekał na nas mężczyzna w szarym uniformie i czapce, przypominał trochę kogoś z personelu lotniskowca, tylko w przeciwieństwie do nich odnosił się do nas bardzo sympatycznie i entuzjastycznie.

- No witam, witam! Pogratulować! Chodźcie, chodźcie już! - Ponaglał, wnet by nas ciągnął za rękawy naszych kombinezonów. Czego on nam gratulował? Czyżby wiedział o eksperymencie? Jaki wstyd…

Weszliśmy do kompleksu mieszkaniowego wykutego w skale. Oświetlenie jeszcze nie działało w tej części jaskini zbyt dobrze, nie było porównania do tych największych. Na szczęście nasz przewodnik miał dużą latarkę, którą oświetlał nam drogę.
- Nie martwcie się! Mieszkania są oświetlone, tylko jeszcze tutaj trzeba będzie trochę poczekać! - Emocjonował się.

Weszliśmy na klatkę schodową i zaczęliśmy iść w górę.
- To na trzecim piętrze! Windy jeszcze nie ma, ale będzie! - Wyjaśniał przewodnik. Szliśmy przez jakiś czas w milczeniu.

- I jak? - Eve popatrywała na mnie niepewnie.
- Jak na razie okej. Chyba. - Odpowiedziałem.
- No, jesteśmy! - Odpowiedział przewodnik, gdy stanęliśmy przed czarnymi drzwiami. Wyciągnął swoją sporych rozmiarów mobilkę i wstukał parę danych. Drzwi otworzyły się - były na zawiasach, nie odsuwane jak na przykład wrota Milionera. - Zapraszam!

Weszliśmy do środka. Był tam duży pokój, jasno oświetlony przyjemnym ciepłem.
- Tu macie łazienkę i ubikację, wszystko działa! - Puścił wodę na pokaz. - Tam aneks kuchenny, wyposażenia jeszcze nie ma, ale za parę dni będzie, prezent od Sopla! - Puścił do nas oko. - Łóżko jest, podwójne rzecz jasna, pościel jest, szafa jest, na razie wystarczy! I jak, podoba się?
- No nawet… - Na pewno lepsze od naszych kwater na lotniskowcu czy sali laboratoryjnej. - A ty…?

Eve świeciły się oczy i nie musiałem czekać na odpowiedź.

- Dobra, to przyłóżcie tu odciski palców na potwierdzenie… i już! Dziękuję! I jeszcze raz gratulacje młodej parze! Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia! - Pomachał nam na odchodne, zamykając za sobą drzwi.

Stałem chwilę nieruchomo.

- Przepraszam, co?
- No… inaczej się nie dało tego załatwić… - Wzruszyła ramionami Eve, patrząc na mnie niewinnie.
- Ale… jak… i co teraz?
- Eee… Tam zrobimy Kenowi posłanie? - Wskazała na kąt sypialni.

Poczułem, że mam teraz naprawdę dużo do przemyślenia. Usiadłem na łóżku. Moim własnym łóżku.

niedziela, lutego 01, 2026

15. Milioner

 


Stałem przed wrotami Milionera dużo wcześniej, niż dziewiąta - w końcu mnie i wielu innych kadetów ulokowano w budynkach przystani, skąd miałem do umówionego miejsca tylko kilka minut spacerkiem. Hieny ulokowano w kilku wolnych pomieszczeniach laboratorium, a resztę gdzie tylko się da. Gdybyśmy nie mieli wypływać za kilka dni, to nie wiem, jaki plan administracja Sopla miała na długotrwałe zakwaterowanie wszystkich, skoro już teraz był problem z mieszkaniami, i to podobno spory.

Siedziałem tak na gołej skale tuż obok wrót, czekając na spotkanie. Musiałem przyznać przed samym sobą, że byłem mocno zestresowany. Przyzwyczaiłem się do uporządkowanego życia na lotniskowcu, obowiązkowych treningów, pracy z Eve, z którą świetnie się rozumieliśmy. Właściwie to w tej chwili zaczęło mi jej trochę brakować, tak sobie właśnie uświadomiłem. Wczorajszy dzień był bardzo długi, cała ta wycieczka może miejscami się dłużyła, ale tak dużo się dowiedziałem o Soplu i zrozumiałem tak wiele. Natomiast teraz po prostu czekałem na coś nieznanego i co dotyczyło bezpośrednio mnie. I co najgorsze, miałem czas myśleć.
Zacząłem powoli obracać małe kamyki w palcach protezy i kruszyć je na proszek - cokolwiek, byle tylko czymś się zająć.

- No cześć - znienacka pojawiła się przede mną Eve.
- O, witam cię - ucieszyłem się na jej widok. - I jak tam?
- Do bani - odpowiedziała ze skwaszoną miną. Była taka od wczoraj z powodu dogryzającej jej Doktorki, ale zdziwiłem się, że jej jeszcze nie przeszło.
- A co się stało? Coś z kwaterami? Z Kenem może… - Pieska nigdzie nie było widać.
- Nie, tu wszystko w porządku, a Ken został z dziewczynami. Ale musiałam jechać kolejką razem z nią… - Znowu się skrzywiła i pokazała palcem w głąb jaskini.

Biegała tam dziewczyna ubrana w wysokie buty, krótkie spodenki kończące się nad kolanami i grubą, szarą kurtkę z długimi rękawami i wysokim kołnierzem. Włosy koloru ciemny blond miała upięte po bokach głowy w dwa warkocze, była niewiele wyższa od Eve. Podbiegała do kadetów, o coś ich pytała, chwytała za ręce. Gestykulowała żywo i chyba próbowała się przytulać.

- Kto to jest?
- Jakaś wariatka. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. W wojsku szybko postawiliby ją do pionu.

Spróbowałem skierować rozmowę na inne tory, aby nieco polepszyć atmosferę.

- Dziś Doktorka zabiera was do stoczni, prawda? Monter nie mógł się zamknąć na ten temat, ty chyba też idziesz…?
- Nie.
- No okej, ale znowu chcesz ją drażnić, jak wczoraj w szatni?
- Uzgodniliśmy to.
- Aha…
- O trzynastej mamy do niej przyjść.
- Tak? Nie dostałem powiadomienia…
- Miałam ci przekazać.
- Okej…

Eve była, niecharakterystycznie dla niej, mocno skwaszona. Czyżby szalona dziewczyna z kolejki ją tak wkurzyła? Albo miało miejsce kolejne spięcie z naszą mentorką? Może później wróci jej humor na tyle, że będzie można sensowniej porozmawiać. Bo chyba nie złości się na mnie…

Z rozmyślań wyrwał mnie kobiecy głos, który wczoraj słyszeliśmy w gorących źródłach.

- No witam, skarbeńki! - Lily, tym razem z rozpuszczonymi włosami, no i w ubraniu, pojawiła się na stacji. Pomachała do nas, odmachałem jej nieśmiało, natomiast Eve założyła ręce na piersi i taksowała przybyłą kobietę wzrokiem.

Ta była ubrana w ciasne spodnie i sweter, które razem wyglądały jak jednoczęściowy uniform i może właśnie nim były - wrażenie potęgował fakt, że całość miała jednolity, ciemnobrązowy kolor. Przez ramię miała przewieszoną średniej wielkości prostokątną torebkę i teraz szła ostrożnie ku nam, schodząc z gładkiej drogi i starając się nie przewrócić na kamieniach. Do wrót Milionera nie prowadziła żadna konkretna ścieżka.

- Jak tam, nie zmarzliście? W tej jaskini zawsze robi mi się zimno nie powiem w co, ha ha! - Klepnęła ręką o moją pierś. - A ty, koleżanko, co taka skrzywiona dzisiaj? - Z uśmiechem skierowała pytanie do Eve.
- A, takie tam. Możemy zaczynać? Już prawie czas.
- Jak najbardziej, ale tylko ten młody mężczyzna może wejść. - Położyła mi rękę na ramieniu. - Ty zostajesz tutaj. - Dodała zaskakująco surowym głosem.

Spojrzałem przepraszająco i wzruszyłem ramionami. Dość powiedzieć, że humor Eve się od tego nie polepszył.


Lilitu wyciągnęła ze swojej torby klockowate urządzenie z klawiaturą i słuchawką. Wystukała jakąś kombinację, uważając, żebym nie podglądnął, i przyłożyła słuchawkę do ucha. Po chwili kiwnęła głową i schowała urządzenie. Wrota zaczęły się rozsuwać, za nimi znajdowało się jasno oświetlone pomieszczenie wyłożone jasnoszarymi płytkami. Weszliśmy do środka i zatrzymaliśmy się. Na przeciwległej do wejścia ścianie były kolejne drzwi, tym razem mniejsze i miały słuchawkę podobną do tej na urządzeniu Lilitu, jak również ekran, który był wyłączony. Przed drzwiami usadowione było krzesło.

- Usiądź proszę i poczekaj - Powiedziała łagodnie Lily i skierowała się do wyjścia. Po chwili wrota zasunęły się za nią, równie cicho i szybko, jak się otworzyły.

Siedziałem tak chwilę przed czarnymi drzwiami, gapiąc się w lśniącą słuchawkę, a wyłączony ekran odbijał moją sylwetkę. Nie miałem pojęcia, jak długo mam tu siedzieć.

- Witam cię, młodzieńcze - ze słuchawki wybrzmiał męski, pewny głos. Ekran pozostał wyłączony.
- Witam - odezwałem się i skłoniłem, choć nie miałem pojęcia, czy rozmówca w ogóle mnie widzi.
- Nazywają mnie “Milioner”.
- Eee… a mnie “Kot”. - Uznałem, że to właściwy sposób na kontynuację rozmowy.
- Że jak? - Zdziwił się na głos. - Ha ha, to całe wojsko! - Zaśmiał się.

Nie tak sobie wyobrażałem tę rozmowę.

- I nikt nie mówi ci po imieniu?
- No, nie… Wolę przezwisko… - Podrapałem się w zakłopotaniu po głowie.
- O? A to dlaczego? Coś się stało?
- Dużo się stało. - Milioner najwyraźniej miał zamiar zadawać pytania dużo bardziej prywatne niż spoglądająca chciwie na moją protezę Doktorka, która bardzo się z nimi hamowała, żeby mnie nie spłoszyć. Dobrze to widziałem i wiedziałem, jak ją rozegrać. Natomiast nie miałem pojęcia, do czego zmierza ten cały Milioner i czego, do cholery, ode mnie chce.
- Opowiesz mi o tym?
- Nie.

Zapadła cisza.

- No w sumie… - Podjął Milioner. - Jest to pewne rozczarowanie, ale z drugiej strony powinienem był tego oczekiwać…
- Niby dlaczego?
- Jeśli nie masz ochoty grać w otwarte karty, to ja nie będę się narzucał - głos zaśmiał się kpiąco. - Ale na pytania o twoje życie na lotniskowcu mi odpowiesz?
- To raczej mogę zrobić.
- No i świetnie! To zacznijmy: czy pracujesz tam dużo? Jak byś siebie ocenił?
- Pracujemy cały czas: śniadanie, obowiązkowe treningi, programowanie z Eve… To taka kadetka, ona zna się na językach… Często poza obowiązkowe godziny.
- Lubisz to?
- Tak.
- A ta Eve, lubisz ją?
- Tak.
- Czy zastanawiałeś się, co byś robił poza wojskiem? Gdyby nie było wojny?
- Nie. Chociaż…
- Chociaż?
- Eve parę razy wspominała o tym. Nie wiedziałem, co jej wtedy odpowiedzieć. Nie myślałem o tym.
- Czujesz się bezpiecznie w wojsku? Na tym lotniskowcu?
- Tak.
- To programowanie cię wciąga, dlaczego tak jest?
- Bo… to jest coś przydatnego, robimy rzeczy, z których ludzie korzystają, jak systemy komunikacji, zresztą jesteśmy za to chwaleni…
- Dobrze, chyba już mamy. Wiesz, na Ziemi, w czasach Pionierów popularność zdobyła pewna teoria filozoficzna…
- Ja nie mam pojęcia o filozofii.
- W wojsku nie uczą tego? No co za niespodzianka… - Podsumował sarkastycznie Milioner. - Ale pewien ziemski filozof użył ciekawego porównania i spróbuję ci je przedstawić, bo kiedyś mocno przemówiło do bardzo wielu ludzi. Wiesz, jak wygląda takie zwierzę, jeleń?
- Widziałem slajdy. Taki z dużymi rogami.
- No dokładnie. Jeden gatunek tego jelenia, jeleń olbrzymi, żył na Ziemi tysiące lat temu, a jego poroże miało rozpiętość jakichś czterech metrów…
- To bardzo ciekawe, ale…
- Spokojnie, daj mi chwilkę. Ten jeleń olbrzymi dzięki temu porożu mógł walczyć z innymi, to była de facto jego broń, tak więc ewolucja promowała większe, cięższe poroża. Aż w końcu poroże stawało się zbyt ciężkie, jeleń olbrzymi nie mógł swobodnie się poruszać i uciekać przed nowym, bardzo wrednym drapieżnikiem, jakim był człowiek pierwotny. Jak na razie wszystko jasne?
- Tak.
- Ewolucyjnie rodzaj ludzki wykształcił… samoświadomość. Na Ziemi człowiek to jedyny gatunek, który ma tak rozwinięte myśli na temat celu własnego istnienia, sensu życia, śmierci. Zadaje sobie pytania, na które nie istnieje satysfakcjonująca odpowiedź. Czuje się nieszczęśliwy, bo ta świadomość go przytłacza… Niczym przesadnie rozrośnięte poroże jelenia olbrzymiego.
- To jest jakaś interpretacja, ale co z tego? Skoro tacy jesteśmy, to musimy sobie z tym radzić, Prawda? Cóż może zmienić naturę człowieka? - Przytoczyłem, trochę bezmyślnie, usłyszany wczoraj tekst Doktorki.
- Tyle razy słyszałem to pytanie i niezmiennie mnie ono denerwuje. - Odpowiedział trochę zimno Milioner. - Zawsze mam ochotę odpowiedzieć: a jak zdefiniujesz naturę człowieka, czym ona jest, co uwzględnia? To jest takie pretensjonalne pytanie, które tak bardzo spłyca zagadnienie…
- No dobra, przepraszam, ale jaki to wszystko ma związek ze mną, z nami tutaj?
- W sumie to żaden, ale chciałem wprowadzić cię w to, jak ludzie radzą sobie z tym problemem. Według wspomnianego już filozofa człowiek poświęca bardzo dużo czasu i energii, by tę swoją świadomość przytłumić. Izolacja od informacji, zajmowanie uwagi czymś innym, albo sublimacja: przekierowanie swoich popędów na coś akceptowalnego… Pionierzy zresztą wybrali właśnie oddanie się eksploracji, odkryciom, pracy…
- No i?
- No i to wszystko widać u ciebie bardzo wyraźnie. Ciąży ci wielka świadomość czegoś, od czego uciekasz na przykład w pracę, czy też bardziej zabawę z tą twoją koleżanką, bo nie chcesz zadawać sobie pytań. Zaprzeczysz?
- Nie ma sensu zaprzeczać. - Podchody Milionera były oczywiste. - Ale po pierwsze: nie trzeba do tego jakiejś dawnej, ziemskiej filozofii, by to stwierdzić! Powiedziałem to już panu zaraz na początku rozmowy! Poza tym, jak sam pan powiedział, to nie jest nic wyjątkowego u ludzi, na przykład jedna z kadetek wierzy w istnienie duszy i praktykuje, za przeproszeniem, religię…
- O proszę! - Usłyszałem ożywienie w głosie Milionera. - Wiara w istnienie duszy, kolejna bardzo popularna rzecz na Ziemi, ale niekoniecznie tutaj. Zresztą nie bez powodu… Ale moment, ta religia… W co konkretnie wierzy twoja koleżanka? To znaczy domyślam się, ale to chyba możesz mi powiedzieć?
- W Skurwieli. To znaczy w Pierwotnych.
- “Skurwieli”? Ha ha ha! No całe wojsko po prostu! A taką ładną nazwę im nadałem, EPM, Emanacja Pierwotnego Mieszkańca… Wojsko jest takie głupie, że aż zabawne… Do czasu… Wierzy w to ktoś jeszcze?
- No, kilka innych Hien…
- Przepraszam, kto? “Hieny”?
- No, tak nazywamy czasem nasze koleżanki…
- Ale dlaczego? Skąd to się wzięło?
- No bo na wykładach mówili kiedyś, że samice hien są umięśnione i że mają, no, ten tego…
- Ha ha ha! Moment, to bardzo nieładnie wobec koleżanek, nie wypada się śmiać… Z drugiej strony, to przecież wojsko…

Udało mi się naszą nomenklaturą wprowadzić prawdopodobnie niezwykle inteligentnego i potężnego człowieka w zakłopotanie. Poczułem coś w rodzaju dumy.

- No dobrze. Pogadaliśmy sobie, ale niewiele z tego wyniknęło. Jak już mówiłem, nie grasz w otwarte karty.
- Pan też nie. Nawet nie stanął pan przede mną osobiście.
- No… tu mnie masz, przyznaję. Naciskałem cię trochę, ale wiesz, czego chcesz w najbliższej przyszłości i trzymasz się tego, jest to dla mnie jasne. Powiem ci tyle: dokładnie wiem, kim był twój ojciec i mam dość dobre pojęcie, czym się zajmował.
- Nie ma pan.
- I właśnie chciałem poznać od ciebie szczegóły - ciągnął niezrażony Milioner - ale rozumiem, że nie jesteś gotów o tym mówić. Zapamiętaj: gdy przejdzie ci ochota na zabawę w wojsko, gdy zmienią ci się priorytety, to wróć tu do mnie, a porozmawiamy na poważnie: opowiem ci o Pionierach, Ekspedycji i Pierwotnych i nawet o protezach, a przynajmniej tyle, ile sam wiem. I tak, spotkamy się twarzą w twarz. Ty w zamian opowiesz mi każdy szczegół, który zapamiętałeś, choć jak zgaduję, większość chcesz zapomnieć. Jeszcze tylko kilka rzeczy: mówił ci o paradoksie Banacha-Tarskiego?
- Trochę.
- O splątaniu kwantowym?
- Nie.
I-  jeszcze jedno… wybacz tę osobistą ciekawość, ale muszę zapytać: tu parles français?
- J’en ai appris un peu avec ma mère.
Ha ha ha! Ona! … Przepraszam.
Nie ma za co. - Odpowiedziałem ze skwaszoną miną. Milioner wiedział tak dużo.

***

Wrota Milionera zasuneły się cicho za mną. Byłem skołowany i czułem się, jakbym właśnie wyszedł z innego świata. Miałem miękkie nogi, musiałem ostrożnie stąpać po kamieniach. Oczywiste było, że Milioner wiedział o mojej przeszłości więcej niż ktokolwiek inny i owszem, chciałem wiedzieć dlaczego, ale nie na tyle, by zacząć mówić o przeszłości. Po prostu nie.

Eve podniosła się na mój widok i otaksowała mnie wzrokiem.

- I jak? W porządku? - Spytała niepewnie.
- W miarę. Bywało gorzej.
- Widziałeś go? Czy tam ich?
- Nie, gadał przez głośnik.
- O co cię pytał?
- Takie tam, proteza, różne rzeczy. Uczepił się tego niczym Doktorka, to chyba też był jakiś naukowiec.
- Aha.

Eve patrzyła na mnie w milczeniu, jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła tego z siebie wydusić. Gdy już-już miała coś powiedzieć, przerwał nam dziewczęcy głos.

- No cześć, chłopaki! Może wy mi pomożecie? Bo reszta to jakieś miękkie pały, i to dosłownie… - Wykonała gest ściskania ręką.

- Odwróciliśmy się oboje. Właśnie szła do nas po kamieniach dziewczyna w kurtce, ta wariatka, która tak mocno wkurzyła Eve.

- Słuchajcie, jest sprawa… Romi jestem, tak w ogóle. Mówią na mnie Rąbnięta, Wariatka, albo jeszcze gorzej, gdy myślą, że nie słyszę. Ale o co chodzi: czy znacie kogoś, kto przyjmuje na statek?
- Na okręt - poprawiłem odruchowo.
- No tam na okręt. Chcę płynąć z wami, chcę walczyć! - Podniosła do góry zaciśnięte pięści. - Potrafię strzelać - rozsunęła poły kurtki, miała na sobie pas i dwie kabury z jakimiś pistoletami. Wyglądały bardziej jak jakieś zabawki, ale wolałbym nie przekonywać się na sobie, czy naprawdę potrafią strzelać.

Zerknąłem szybko na Eve, ale ona emanowała zimną wrogością wobec Romi i raczej nie chciała być częścią tej konwersacji.

- Nie masz szkolenia, nie przyjmą cię…
- A tam, pieprzenie - Romi wyciągnęła pistolety z kabur i zaczęła nimi sprawnie żonglować. - Chciałabym mieć większe dłonie… Bo mogłabym trzymać większe gnaty!
- My jesteśmy tylko kadetami…
- No nie bądźcie tacy… - Romi położyła mi palec wskazujący na klatce piersiowej i zaczęła zjeżdżać nim coraz niżej. - Powiedzieli mi, że znacie Kapitana i inne szychy, możemy pomóc sobie nawzajem… - Patrzyłem się na jej umizgi beznamiętnie. - A może ty, taki ładny i młody, chłopiec jeszcze… - Romi skierowała swoją uwagę na Eve i zaczęła się do niej zbliżać.
- Bierz te ręce, bo ci je połamię.

Zaskoczona Romi cofnęła ręce jak oparzona.

- Dziewczyna? To na was mówią, te, no, Hieny, bo podobno macie…
- Wynoś się stąd.
- Mi to nie przeszkadza - Romi uśmiechnęła się szelmowsko. - W Piątej jest takie fajne miejsce, jak popytasz, to mnie tam znajdziesz. - Powiedziała z błyskiem w oku.
- Nie będę powtarzać - Eve postąpiła krok do przodu.
- Ależ zadziorna, aż mnie to nawilża! - Romi prowokowała, ale też zaczęła się cofać, co było bardzo rozsądne z jej strony. - No nic, buziaki! - Posłała nam wyimaginowanego całusa i odwróciła się, zmierzając w kierunku kolejki.
- Pieprzona zdzira. - Syknęła Eve na tyle głośno, że Romi musiała usłyszeć.
- Przestać? Kiedy mi w duszy gra, lala-lalalalalalaaaa! - Zaczęła sobie śpiewać na  cały głos.

- Ona chyba coś bierze… - Stwierdziłem, gdy już była na stacji.
- Tak, do buzi marynarzom - burknęła Eve.
- Przepraszam, co?
- Przecież są te filmiki z nią, nie kłam mi, że ich nie oglądacie - teraz Eve zaczęła mnie oskarżać.
- Jakie filmiki? Gdzie?
- Wszyscy oglądają, jak ona… Oj nieważne! - Prawie tupnęła nogą ze złości. Chyba nigdy jej takiej nie widziałem.
- Co ci się dzieje?
- Nic mi się nie dzieje. - Wyciągnęła mobilkę. - Jedziemy do laboratorium.
- My? Po co?
- Doktorka chyba już wróciła ze stoczni. Ma dla nas zadanie.
- Niby mieliśmy mieć wolne, ale jasne, czemu nie. Wiesz, co będziemy robić?
- Tak, eksperyment. Anonsuję nas.

Eksperymentów to ja już przeżyłem wiele. Nie o każdym z mojego otoczenia mogłem to powiedzieć.

Z pewnym ociąganiem ruszyłem za Eve w kierunku stacji, powoli, żeby nie trafić ponownie na Romi.