niedziela, lutego 08, 2026

16. Eksperyment

 


- No w końcu - powitała nas od wejścia Doktorka, gdy zawitaliśmy pod jej laboratorium. - Ja też mam wszystko gotowe, jedziemy.
- Gotowe? Myślałem, że to my będziemy coś przygotowywać? W sensie do eksperymentu?
- No, samych siebie. - Doktorka otworzyła drzwi do sali, gdzie znajdowały się dwa łóżka oddzielone białym parawanem. Gigi właśnie ustawiała pakiety butelek z jakimś gęstym, kolorowym płynem jeden na drugim i popatrywała na nas z ukosa. - Dobra, tu macie ceraty na zmianę, ręczniki papierowe, koszule szpitalne, a tu są koktajle odżywcze - wskazała na pakiety.
- Co?
- Łazienkę macie tam, prysznic też jest… I jak, gotowi? - Klasnęła z entuzjazmem w dłonie.
- Ale o co tu chodzi, do ciężkiej cholery?! - Nie wytrzymałem, bo zacząłem czuć się naprawdę niepewnie. Co innego oglądać szpitalną salę, a co innego samemu na takiej leżeć. Zacząłem się mimowolnie wycofywać.
- Oj Kotuś, nie bądź taki… Zaraz. - Spojrzała na Eve, potem znowu na mnie i znowu na Eve. - Nie powiedziałaś mu, prawda - bardziej stwierdziła, niż zapytała Doktorka.
- No bo mówiła pani, że nie będzie problemu i w ogóle… - Eve patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem.
- Nie dam z siebie zrobić królika doświadczalnego. Nigdy więcej. Nie zgadzam się. - Nogi same mnie poniosły za drzwi, którymi trzasnąłem za sobą. Znalazłem się na korytarzu. Oparłem się o ścianę i osunąłem w dół, bo nogi same ugięły się pode mną. Obrazy tamtych wydarzeń zaczęły pojawiać mi się przed oczami najsilniej od długiego czasu; obrazy, o których tak bardzo chciałem zapomnieć. Milioner miał tak bardzo rację.

Zza drzwi dobiegała mnie kłótnia Doktorki i Eve.
- Dziecko drogie, no i coś ty narobiła? Lepiej idź go przekonaj, inaczej będę musiała poszukać zastępstwa, i to szybko…
- Nie! Proszę! A zresztą, skąd miałam wiedzieć?!
- Facet przeżył montaż protezy, tak ciężko się domyślić, że może nie lubić sali szpitalnych? Nie opowiadał ci o tym?
- My… nie wypytywałam go o to! Nie chciał o tym mówić!
- Nie gadacie ze sobą? Macacie się tylko?
- Proszę zejść ze mnie w końcu! Dosyć mam tego!
- Słuchaj no, idź tam i spróbuj przekonać. Użyj swoich wdzięków, pomasuj go tam, gdzie lubi, nie wiem jak i nie obchodzi mnie to. Jeśli go szybko nie sprowadzisz, to szukam zastępstwa, bo musimy to skończyć zanim wypłyniemy. Rozumiesz?
- Rozumiem.

Siedziałem skulony pod drzwiami, patrzyłem tępo przed siebie i próbowałem zrozumieć, co się ze mną dzieje. Dlaczego tak zareagowałem? Myślałem, że to już miałem za sobą, gdy dołączyli mnie do załogi “Arki”. Że będzie już normalnie, że ataki paniki się skończyły. Spałem niespokojnie, ale przynajmniej byłem w stanie spać. Ale od przybycia na Sopel za dużo rzeczy dotykało mojej przeszłości, a rozmowa z Milionerem tego poranka już zdecydowanie tego dotyczyła. Chcę wrócić na “Arkę”, chcę pracować, programować, siedzieć z nią razem do późnych godzin nocnych…

Drzwi laboratorium się otworzyły i wyszła do mnie Eve, ocierając łzy z policzków. Usiadła na podłodze obok mnie i oparła głowę o ścianę, siedzieliśmy tak chwilę w milczeniu. Skierowała twarz w moją stronę.

- Nie jest dobrze, co?
- Nie jest.
- Słuchaj… Przepraszam. To była dziecinada z mojej strony - zaczęła. - Ja po prostu… Tak bardzo chciałam czegoś. Dla nas. Przyszłości. Nienawidzę “Arki”. Wrzucili nas tam, bo nie mieli co z nami zrobić. Faceci się tam sprawdzają, ale ja, Gigi, Kosa, inne… Wiesz, widziałam dziewczyny na Soplu, takie ładne, wystrzałowe, przecież my jesteśmy w porównaniu do nich mutantami… Bezpłodnym odpadem.
- Nie mów tak.
- Na lotniskowcu, a teraz nawet poza nim, nazywają nas “Hieny”, bo myślą, że… - Zaczęła łkać. - Zresztą sam wiesz. Mogę się z tego śmiać, mogę nie reagować na to w ogóle, ale to po prostu boli. Za każdym razem, gdy to słyszę. Nienawidzę tego. Nie chcę wracać na “Arkę”. Pamiętasz, gdy mówiłam, że uciekniemy razem z Riko…
- Pamiętam.
- To było takie naiwne. Nic mi nie wychodzi. Nawet teraz. - Zwiesiła głowę. - Ale ja chcę przyszłości. Wspólnej. Z tobą.

Zesztywniałem.

- Dogadujemy się, współpracujemy, rozumiemy się… przez większość czasu. Nigdy nawet nie myślałam, że ktoś taki w ogóle się pojawi, ale… jesteś. - Jej mała, drobna dłoń dotknęła mojego kolana.
- Nigdy o tym nie myślałem. - Odpowiedziałem do bólu szczerze. - Po prostu żyłem.
- A ja myślałam - ciągnęła niezrażona Eve. - I możemy żyć… razem. Posłuchaj - nachyliła się do mnie. - Nie musimy być na “Arce”. Przenieśmy się tutaj. Po tej całej “największej operacji” wrócimy, zamieszkamy tu, będziemy pracować, będziemy jak Gabrielle i Padel, na pewno się przydamy… - Przystanęła nade mną i objęła mnie. - Doktorka powiedziała, że załatwi nam mieszkanie za wzięcie udziału. - Mówiła mi teraz cicho do ucha. - Będziemy mieli dokąd wrócić, zamieszkamy tam… Zestarzejemy… - Poczułem jej łzy na moich policzkach.
- Daj mi chwilę.

Wstała, odeszła parę kroków w tył i wytarła policzki.

- To tylko test chemiczny. Nie będą nas kroić ani nic. Nie powinno boleć. Jeśli zacznie, jeśli będziesz miał dosyć, to po prostu pójdziemy sobie, dobra?
- Tak. Rozumiem. Chwila.

Eve nie mówiła już nic więcej, tylko wycofała się i zamknęła drzwi za sobą.

- I jak? - Słyszałem cichą rozmowę.
- Nie wiem. Dajmy mu chwilę.
- Jestem w szoku, naprawdę. Najpierw ty robisz fochy, a teraz facet… Spodziewałam się, że to on cię tu przywlecze za rękaw, a nie odwrotnie. Zaraz, powiedziałaś mu w ogóle o przewidywanych skutkach?

Doktorce odpowiedziała cisza, a po chwili usłyszałem metaliczne plaśnięcie, chyba po raz kolejny uderzyła się dłonią w czoło.

Eve miała rację. Może podeszła do tego od złej strony, ale skąd miała wiedzieć o moich problemach? Przecież celowo jej o nich nie mówiłem. Nie chciałem niszczyć tego, co udało nam się teraz zbudować. I desperacko nie chciałem wracać pamięcią do tamtych wydarzeń. Kiedyś może jej opowiem, ale jeszcze nie teraz, kiedy wszystko może się tak łatwo zawalić. Ale… ona myślała daleko naprzód o sprawach ważniejszych, podczas gdy ja, na dobrą sprawę, tylko się bawiłem. Okazała się doroślejsza ode mnie, a teraz cierpi przez moje dziwne zachowania. Może by tak wziąć w końcu odpowiedzialność, do cholery?

Wstałem, wziąłem głęboki oddech i wszedłem do laboratorium.

***

- Tak jak, gotowi w końcu?
- Raczej tak.
- No i prawidłowo. Właśnie nasza wspólna przyjaciółka, ta oto Eve - Doktorka ceremonialnie wskazała na dziewczynę, która siedziała na krześle ze spuszczoną głową - podała mi do wiadomości, że nie powiedziała ci o niczym, nawet o naturze eksperymentu. Nie lubisz sal operacyjnych, to rozumiem, nikt nie wychodzi bez szwanku na psychice po instalacji protezy filamentowej. Ale mój eksperyment powinien być dla was dwojga, nie wiem, chyba przyjemny? Tak przy okazji: tak naprawdę wymyśliłaś go ty, drogi Pasożytku…
- Co? Ja? - Eve nagle podniosła głowę.
- Już kawałek czasu temu spytałaś, czy możemy możemy przestać pompować was witaminkami. Utkwiło mi to w głowie - stuknęła się w metalową płytkę - warto to zbadać i należycie się przygotować…
- Zaczynamy już? - Przerwała Gigi, która właśnie weszła do gabinetu z sali z łóżkami, wyraźnie zniecierpliwiona.
- Cicho bądź, tłumaczę teraz. - Doktorka pomachała ręką, żeby Gigi sobie poszła. - No dobra. Przeprowadziłam symulacje i skutki długofalowe nie będą drastyczne. Wystarczy lekki trening fizyczny by zapobiec atrofii mięśni, nic strasznego. Niestety zaraz po zaprzestaniu podawania miksu pewne funkcje mózgu i innych części ciała, do tej pory neutralizowane, prawdopodobnie uderzą mocno, nawet bardzo… - nasza prowadząca wyglądała na zakłopotaną, na co wskazywała próba podrapania się po głowie tam, gdzie była metalowa płytka.

Popatrzyłem niepewnie na Eve. “Nie bój się”, powiedziała bezgłośnie i złożyła ręce w błagalnym geście.
- Wasza dwójka najlepiej się do tego nadaje, bo przypadku gwałtownej reakcji załatwicie to między sobą. Chodźmy.

Weszliśmy za Doktorką ponownie do sali. Wziąłem parę głębokich oddechów; teraz, gdy nie byłem zaskoczony sytuacją i czułem wsparcie Eve, nie było tak znowu strasznie. Przytaknąłem i pokazałem Eve w górę uniesiony kciuk, na co odetchnęła z ulgą.

- No i fajno, słuchajcie teraz… Gigi, wynocha! Przestań się tu kręcić, co cię tak ciągnie do tego! Uspokój się, dobra?
- Dobra. - Burknęła Gigi i wyszła z gabinetu.
- Coś ją postrzeliło z tym… Nieważne. Zaczynamy od razu…
- Ale my już wzięliśmy witaminki? - Pokazałem pudełko, w którym były obowiązkowe tabletki. Co jakiś czas aplikowano nam je dożylnie, ale pudełka z tabletkami musieliśmy mieć przy sobie obowiązkowo.
- A tam, bzdury - Doktorka machnęła ręką lekceważąco. - One prawie nic nie zawierają. Najwięcej miksu jest w jedzeniu, które wam podajemy, bo to na lotniskowcu oszukać jest już dużo trudniej. Dlatego przygotowałam dla was te napoje odżywcze, które zastąpią wam wszystkie posiłki: śniadanie i obiadokolację. No i dadzą wam wystarczająco energii, żebyście nie padli ze zmęczenia…
- Zmęczenia?

Doktorka chciała spojrzeć Eve prosto w oczy, ale ta intensywnie patrzyła w ziemię. Westchnęła.

- Dziś na obiadokolację będą te koktajle, one nie zawierają miksu. Pierwszy objaw jest taki, że poczujecie się bardzo zmęczeni i senni. To celowy zabieg by wykryć tych, którzy mogliby próbować oszukać system. Ale prawdziwe efekty poczujecie nad ranem, kiedy podwzgórze, jądro migdałowate, kora przedczołowa, wyspa i wzgórze… No co, nie ja tak nazwałam te części mózgu… Przestaną być tłumione i zaczną reagować bardzo mocno. Potem efekt pójdzie na autonomiczny układ nerwowy i resztę ciała…
- I co to wszystko oznacza?
- To właśnie chcemy dokładnie sprawdzić, ale według moich przewidywań staniecie się tak podnieceni, że wypadałoby zamknąć drzwi i wyrzucić klucz.

***

Leżałem na szerokim łóżku szpitalnym, ubrany tylko w luźną białą koszulę sięgającą połowy ud. Na prześcieradło była nałożona foliowa cerata. Eve leżała za parawanem. Doktorka najpierw krótko porozmawiała z nią, a potem podeszła do mnie.

- No dobra, właśnie mija szósta godzina od ostatniego posiłku i według moich przewidywań wkrótce poczujecie się senni i osłabieni, to normalne. Oboje macie na klatce piersiowej wkłuty monitor funkcji życiowych, więc nie ma czego się bać. Pewnie pośpicie pięć-sześć godzin i zaczną pracować inne obszary… zobaczymy. Powodzenia! - Pomachała nam, starannie zamykając za sobą drzwi.

***

Przebudziłem się dość nagle, bo poczułem, że robi mi się gorąco. Leżałem na wznak i spojrzałem przed siebie - moje przyrodzenie utworzyło z luźnej koszuli sporej wielkości namiot. Po chwili Doktorka weszła na salę i podeszła do mnie. Bezceremonialnie podniosła poły koszuli.
- U ciebie reakcja zgodnie z przewidywaniami - zauważyła. - Leż spokojnie, nie dotykaj go! - Pogroziła palcem.

Polecenie było trudne do spełnienia, bo przyrodzenie pulsowało i domagało się uwagi, ale udało mi się powstrzymać.

Zza parawanu powolnym krokiem szła Eve, miała szybki oddech i wyraźne rumieńce. Doktorka trzymała ją za rękę, pewnie żeby się nie przewróciła.

- Kotuś, ty leż spokojnie, daj jej czas, delikatnie… - Zaczęła Doktorka, ale Eve zaczęła wspinać się na moje łóżko. - Albo nieważne.

Stała jeszcze chwilę patrząc, jak Eve siada na mnie okrakiem.

- To ja was zostawiam, będę monitorować funkcje… Gigi, wynocha stąd! - Usłyszałem jeszcze zza zamykanych drzwi.

Eve rozpięła swoją koszulę, sutki jej małych piersi były postawione na sztorc; nie mogłem się opanować, musiałem je dotknąć. Nad jednym z nich był widoczny filamentowy tatuaż. Chwyciła ciepłą dłonią moje jądra.

- To właśnie są 金玉.

Eve wzięła mojego członka do ręki, włożyła go sobie między nogi, wślizgnął się bez najmniejszego problemu. Zaczęliśmy się poruszać, najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Patrzyłem na twarz Eve jak zahipnotyzowany, dyszała przy każdym pchnięciu coraz mocniej, aż w końcu zaczęła jęczeć.

Przestaliśmy na chwilę, oboje byliśmy już mocno spoceni. Bez słowa zmieniliśmy pozycję: Eve powoli położyła się na plecach, a ja zacząłem poruszać biodrami. Zamknęła oczy.

Nie wiem ile to trwało ani kiedy dokładnie objęła mnie rękami i nogami. Miałem jej usta tuż obok ucha i czułem jej szybki oddech. W końcu jej mięśnie na chwilę ścisnęły się, a potem rozluźniły. Ja również w tym momencie uwolniłem wszystko, co miałem i padłem zdyszany. Leżeliśmy tak przez jakiś czas, nie wiem dokładnie jak długo. W końcu weszła Doktorka, niosąc strzykawki i małe pojemniczki. Eve szybko tylko zakryła dłonią tatuaż, poza tym leżeliśmy kompletnie nago.

- Wszystkie odczyty w spodziewanych normach - poinformowała nas, pobierając nam krew do badań. - Koniecznie wypijcie te koktajle jak już trochę odpoczniecie, ogarnijcie się i przygotujcie.
- Ale na co?
- Na drugą falę. No co? Trochę to potrwa, zanim wasz stan się unormuje, ale przynajmniej macie dobrą okazję rozładowania napięcia… - Zastanowiła się na chwilę. - No i dzięki odczytom powinnam być w stanie opracować środek łagodzący skutki odstawienne, dlatego cieszcie się! Wasze poświęcenie pomoże setkom, albo i tysiącom kadetów.

Pewnie byśmy się cieszyli, gdybyśmy nie zaczęli w tej chwili przytomnieć. Napięcie opadło i zacząłem myśleć racjonalnie, Eve chyba też - jej oddech się uspokoił, rumieńce trochę przybladły.

- Ja… pójdę się umyć. - Wstała ostrożnie, trzymając się za krocze. Mam nadzieję, że nie zrobiłem jej krzywdy, nie do końca zarejestrowałem to, co przed chwilą się wydarzyło. Siedziałem chwilę na krawędzi łóżka, próbując zebrać myśli. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych, to doświadczenie było cudowne i chciałem, by wydarzyło się znowu, ale z drugiej strony zaczął opanowywać mnie wstyd: Doktorka oglądała nas jak obiekty.

Eve wyszła spod prysznica, naga i lśniąca od wody, której nie wytarła dokładnie ręcznikiem. Chwyciła butelkę z koktajlem i zaczęła pić.

- Wiedziałaś, co to za eksperyment?
- No… mniej więcej.
- Ale mniej czy więcej?
- Raczej mniej.

Usiadła obok mnie.

- Doktorka opowiadała, że po zastopowaniu witaminek będziemy bardzo podnieceni przez jakiś czas, ale nie wie jak długo… Że chce stworzyć antidotum łagodzące te skutki odstawienne… I że pomożemy sobie nawzajem rozładować napięcie seksualne, skoro i tak już niby próbowaliśmy na “Arce”... 
Podczas burzy. - Nie pamiętam co wtedy mówiłem, ale najwyraźniej bardzo się to wtedy Eve spodobało. Przecież na “Arce” my nic tak naprawdę nie robiliśmy, to było takie kłamstwo by ukryć mój prawdziwy stan, a teraz wylądowaliśmy tutaj… To się porobiło. - Teraz ja idę się umyć.

Gdy wróciłem, zmieniliśmy ceraty, wypiliśmy jeszcze po koktajlu i położyliśmy obok siebie. Nie mieliśmy nigdy okazji wcześniej być tak blisko, a teraz było mi ciepło i błogo. I chciałem, by to trwało tak długo, jak to tylko możliwe.

Wkrótce potem przyszła kolejna fala reakcji naszych organizmów na odcięcie środków tłumiących, później były kolejne, aż straciłem rachubę. Gdyby nie koktajle energetyczne, to pewnie padlibyśmy z wyczerpania. I gdyby nie partner, to dla pojedynczej osoby to doświadczenie byłoby męczarnią. Doktorka regularnie przychodziła w przerwach i pobierała nam krew, Eve przestała już nawet przejmować się zakrywaniem tatuażu. Ja natomiast mogłem przysiąc, że widziałem Gigi zakradającą się do nas na chwilę, ale mogło mi się wydawać.

Obudziłem się po pauzie po kolejnym razie i tym razem poczułem, że kolejnej już nie będzie. Myślałem dużo jaśniej, moje serce biło spokojniej. Eve jeszcze spała, ale dalej miała wyraźne rumieńce, więc dla niej to chyba nie był jeszcze koniec. W końcu się obudziła, spojrzała na mnie rozbieganym wzrokiem i zaczęła delikatnie szarpać, ale widząc, że nie przynosi to spodziewanego efektu, zaczęła to robić sama ze sobą, patrząc na mnie wyczekująco. Po chwili zacisnęła powieki i wygięła się, ale jej orgazm tym razem też nie był tak gwałtowny, jak poprzednie. Chyba efekty odstawienne przeszły nam obojgu.

***

- Raczej już po wszystkim. - Powiedziałem, gdy Doktorka skończyła pobierać krew.
- No w końcu. Zeszło dużo dłużej, niż przewidywałam, ale przynajmniej materiału do badań nie brakuje… No i w sumie brawo! Wytrenowani z was młodzi ludzie, pozazdrościć kondycji…
- Proszę pani… - Zaprotestowała słabo Eve.
- Dobra, dziękuję za udział, a teraz do łóżek i wyśpijcie się dobrze, bo jutro wypływamy…
- Co?!
- Ryćkaliście się przez prawie cztery dni, jeśli nie zauważyliście…
- Nie zauważyliśmy…
- Aha. No, na pewno nie był to czas zmarnowany! - Dźgnęła mnie palcem w protezę. - I znowu nie udało się tego zbadać.
- To straszne - odgryzłem się, nieco złośliwie jak na mnie.
- Proszę pani… a teraz… - Przypomniała się Eve, ubierając bieliznę.
- Spokojnie dziecko, w przeciwieństwie do ciebie ja wszystko już załatwiłam. - Wyciągnęła z kieszeni fartucha jakąś kartę. - Na mobilkach macie adres w Ósmej, na stacji będzie czekał facet w uniformie, zabierze was do mieszkania. Popatrzcie czy wszystko w porządku, potwierdzicie mu odbiór i załatwione, rozumiecie?
- Rozumiemy.

Szliśmy na miękkich nogach na stację, milczeliśmy w trakcie jazdy. Przejechaliśmy wielkie jaskinie i wjechaliśmy do tych mniejszych, sztucznych - Ósma była dalej w budowie, widać było potężne maszyny wiercące skałę i osobne tory z wagonami wywożącymi gruz.

Na stacji czekał na nas mężczyzna w szarym uniformie i czapce, przypominał trochę kogoś z personelu lotniskowca, tylko w przeciwieństwie do nich odnosił się do nas bardzo sympatycznie i entuzjastycznie.

- No witam, witam! Pogratulować! Chodźcie, chodźcie już! - Ponaglał, wnet by nas ciągnął za rękawy naszych kombinezonów. Czego on nam gratulował? Czyżby wiedział o eksperymencie? Jaki wstyd…

Weszliśmy do kompleksu mieszkaniowego wykutego w skale. Oświetlenie jeszcze nie działało w tej części jaskini zbyt dobrze, nie było porównania do tych największych. Na szczęście nasz przewodnik miał dużą latarkę, którą oświetlał nam drogę.
- Nie martwcie się! Mieszkania są oświetlone, tylko jeszcze tutaj trzeba będzie trochę poczekać! - Emocjonował się.

Weszliśmy na klatkę schodową i zaczęliśmy iść w górę.
- To na trzecim piętrze! Windy jeszcze nie ma, ale będzie! - Wyjaśniał przewodnik. Szliśmy przez jakiś czas w milczeniu.

- I jak? - Eve popatrywała na mnie niepewnie.
- Jak na razie okej. Chyba. - Odpowiedziałem.
- No, jesteśmy! - Odpowiedział przewodnik, gdy stanęliśmy przed czarnymi drzwiami. Wyciągnął swoją sporych rozmiarów mobilkę i wstukał parę danych. Drzwi otworzyły się - były na zawiasach, nie odsuwane jak na przykład wrota Milionera. - Zapraszam!

Weszliśmy do środka. Był tam duży pokój, jasno oświetlony przyjemnym ciepłem.
- Tu macie łazienkę i ubikację, wszystko działa! - Puścił wodę na pokaz. - Tam aneks kuchenny, wyposażenia jeszcze nie ma, ale za parę dni będzie, prezent od Sopla! - Puścił do nas oko. - Łóżko jest, podwójne rzecz jasna, pościel jest, szafa jest, na razie wystarczy! I jak, podoba się?
- No nawet… - Na pewno lepsze od naszych kwater na lotniskowcu czy sali laboratoryjnej. - A ty…?

Eve świeciły się oczy i nie musiałem czekać na odpowiedź.

- Dobra, to przyłóżcie tu odciski palców na potwierdzenie… i już! Dziękuję! I jeszcze raz gratulacje młodej parze! Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia! - Pomachał nam na odchodne, zamykając za sobą drzwi.

Stałem chwilę nieruchomo.

- Przepraszam, co?
- No… inaczej się nie dało tego załatwić… - Wzruszyła ramionami Eve, patrząc na mnie niewinnie.
- Ale… jak… i co teraz?
- Eee… Tam zrobimy Kenowi posłanie? - Wskazała na kąt sypialni.

Poczułem, że mam teraz naprawdę dużo do przemyślenia. Usiadłem na łóżku. Moim własnym łóżku.

Brak komentarzy: