niedziela, lutego 01, 2026

15. Milioner

 


Stałem przed wrotami Milionera dużo wcześniej, niż dziewiąta - w końcu mnie i wielu innych kadetów ulokowano w budynkach przystani, skąd miałem do umówionego miejsca tylko kilka minut spacerkiem. Hieny ulokowano w kilku wolnych pomieszczeniach laboratorium, a resztę gdzie tylko się da. Gdybyśmy nie mieli wypływać za kilka dni, to nie wiem, jaki plan administracja Sopla miała na długotrwałe zakwaterowanie wszystkich, skoro już teraz był problem z mieszkaniami, i to podobno spory.

Siedziałem tak na gołej skale tuż obok wrót, czekając na spotkanie. Musiałem przyznać przed samym sobą, że byłem mocno zestresowany. Przyzwyczaiłem się do uporządkowanego życia na lotniskowcu, obowiązkowych treningów, pracy z Eve, z którą świetnie się rozumieliśmy. Właściwie to w tej chwili zaczęło mi jej trochę brakować, tak sobie właśnie uświadomiłem. Wczorajszy dzień był bardzo długi, cała ta wycieczka może miejscami się dłużyła, ale tak dużo się dowiedziałem o Soplu i zrozumiałem tak wiele. Natomiast teraz po prostu czekałem na coś nieznanego i co dotyczyło bezpośrednio mnie. I co najgorsze, miałem czas myśleć.
Zacząłem powoli obracać małe kamyki w palcach protezy i kruszyć je na proszek - cokolwiek, byle tylko czymś się zająć.

- No cześć - znienacka pojawiła się przede mną Eve.
- O, witam cię - ucieszyłem się na jej widok. - I jak tam?
- Do bani - odpowiedziała ze skwaszoną miną. Była taka od wczoraj z powodu dogryzającej jej Doktorki, ale zdziwiłem się, że jej jeszcze nie przeszło.
- A co się stało? Coś z kwaterami? Z Kenem może… - Pieska nigdzie nie było widać.
- Nie, tu wszystko w porządku, a Ken został z dziewczynami. Ale musiałam jechać kolejką razem z nią… - Znowu się skrzywiła i pokazała palcem w głąb jaskini.

Biegała tam dziewczyna ubrana w wysokie buty, krótkie spodenki kończące się nad kolanami i grubą, szarą kurtkę z długimi rękawami i wysokim kołnierzem. Włosy koloru ciemny blond miała upięte po bokach głowy w dwa warkocze, była niewiele wyższa od Eve. Podbiegała do kadetów, o coś ich pytała, chwytała za ręce. Gestykulowała żywo i chyba próbowała się przytulać.

- Kto to jest?
- Jakaś wariatka. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. W wojsku szybko postawiliby ją do pionu.

Spróbowałem skierować rozmowę na inne tory, aby nieco polepszyć atmosferę.

- Dziś Doktorka zabiera was do stoczni, prawda? Monter nie mógł się zamknąć na ten temat, ty chyba też idziesz…?
- Nie.
- No okej, ale znowu chcesz ją drażnić, jak wczoraj w szatni?
- Uzgodniliśmy to.
- Aha…
- O trzynastej mamy do niej przyjść.
- Tak? Nie dostałem powiadomienia…
- Miałam ci przekazać.
- Okej…

Eve była, niecharakterystycznie dla niej, mocno skwaszona. Czyżby szalona dziewczyna z kolejki ją tak wkurzyła? Albo miało miejsce kolejne spięcie z naszą mentorką? Może później wróci jej humor na tyle, że będzie można sensowniej porozmawiać. Bo chyba nie złości się na mnie…

Z rozmyślań wyrwał mnie kobiecy głos, który wczoraj słyszeliśmy w gorących źródłach.

- No witam, skarbeńki! - Lily, tym razem z rozpuszczonymi włosami, no i w ubraniu, pojawiła się na stacji. Pomachała do nas, odmachałem jej nieśmiało, natomiast Eve założyła ręce na piersi i taksowała przybyłą kobietę wzrokiem.

Ta była ubrana w ciasne spodnie i sweter, które razem wyglądały jak jednoczęściowy uniform i może właśnie nim były - wrażenie potęgował fakt, że całość miała jednolity, ciemnobrązowy kolor. Przez ramię miała przewieszoną średniej wielkości prostokątną torebkę i teraz szła ostrożnie ku nam, schodząc z gładkiej drogi i starając się nie przewrócić na kamieniach. Do wrót Milionera nie prowadziła żadna konkretna ścieżka.

- Jak tam, nie zmarzliście? W tej jaskini zawsze robi mi się zimno nie powiem w co, ha ha! - Klepnęła ręką o moją pierś. - A ty, koleżanko, co taka skrzywiona dzisiaj? - Z uśmiechem skierowała pytanie do Eve.
- A, takie tam. Możemy zaczynać? Już prawie czas.
- Jak najbardziej, ale tylko ten młody mężczyzna może wejść. - Położyła mi rękę na ramieniu. - Ty zostajesz tutaj. - Dodała zaskakująco surowym głosem.

Spojrzałem przepraszająco i wzruszyłem ramionami. Dość powiedzieć, że humor Eve się od tego nie polepszył.


Lilitu wyciągnęła ze swojej torby klockowate urządzenie z klawiaturą i słuchawką. Wystukała jakąś kombinację, uważając, żebym nie podglądnął, i przyłożyła słuchawkę do ucha. Po chwili kiwnęła głową i schowała urządzenie. Wrota zaczęły się rozsuwać, za nimi znajdowało się jasno oświetlone pomieszczenie wyłożone jasnoszarymi płytkami. Weszliśmy do środka i zatrzymaliśmy się. Na przeciwległej do wejścia ścianie były kolejne drzwi, tym razem mniejsze i miały słuchawkę podobną do tej na urządzeniu Lilitu, jak również ekran, który był wyłączony. Przed drzwiami usadowione było krzesło.

- Usiądź proszę i poczekaj - Powiedziała łagodnie Lily i skierowała się do wyjścia. Po chwili wrota zasunęły się za nią, równie cicho i szybko, jak się otworzyły.

Siedziałem tak chwilę przed czarnymi drzwiami, gapiąc się w lśniącą słuchawkę, a wyłączony ekran odbijał moją sylwetkę. Nie miałem pojęcia, jak długo mam tu siedzieć.

- Witam cię, młodzieńcze - ze słuchawki wybrzmiał męski, pewny głos. Ekran pozostał wyłączony.
- Witam - odezwałem się i skłoniłem, choć nie miałem pojęcia, czy rozmówca w ogóle mnie widzi.
- Nazywają mnie “Milioner”.
- Eee… a mnie “Kot”. - Uznałem, że to właściwy sposób na kontynuację rozmowy.
- Że jak? - Zdziwił się na głos. - Ha ha, to całe wojsko! - Zaśmiał się.

Nie tak sobie wyobrażałem tę rozmowę.

- I nikt nie mówi ci po imieniu?
- No, nie… Wolę przezwisko… - Podrapałem się w zakłopotaniu po głowie.
- O? A to dlaczego? Coś się stało?
- Dużo się stało. - Milioner najwyraźniej miał zamiar zadawać pytania dużo bardziej prywatne niż spoglądająca chciwie na moją protezę Doktorka, która bardzo się z nimi hamowała, żeby mnie nie spłoszyć. Dobrze to widziałem i wiedziałem, jak ją rozegrać. Natomiast nie miałem pojęcia, do czego zmierza ten cały Milioner i czego, do cholery, ode mnie chce.
- Opowiesz mi o tym?
- Nie.

Zapadła cisza.

- No w sumie… - Podjął Milioner. - Jest to pewne rozczarowanie, ale z drugiej strony powinienem był tego oczekiwać…
- Niby dlaczego?
- Jeśli nie masz ochoty grać w otwarte karty, to ja nie będę się narzucał - głos zaśmiał się kpiąco. - Ale na pytania o twoje życie na lotniskowcu mi odpowiesz?
- To raczej mogę zrobić.
- No i świetnie! To zacznijmy: czy pracujesz tam dużo? Jak byś siebie ocenił?
- Pracujemy cały czas: śniadanie, obowiązkowe treningi, programowanie z Eve… To taka kadetka, ona zna się na językach… Często poza obowiązkowe godziny.
- Lubisz to?
- Tak.
- A ta Eve, lubisz ją?
- Tak.
- Czy zastanawiałeś się, co byś robił poza wojskiem? Gdyby nie było wojny?
- Nie. Chociaż…
- Chociaż?
- Eve parę razy wspominała o tym. Nie wiedziałem, co jej wtedy odpowiedzieć. Nie myślałem o tym.
- Czujesz się bezpiecznie w wojsku? Na tym lotniskowcu?
- Tak.
- To programowanie cię wciąga, dlaczego tak jest?
- Bo… to jest coś przydatnego, robimy rzeczy, z których ludzie korzystają, jak systemy komunikacji, zresztą jesteśmy za to chwaleni…
- Dobrze, chyba już mamy. Wiesz, na Ziemi, w czasach Pionierów popularność zdobyła pewna teoria filozoficzna…
- Ja nie mam pojęcia o filozofii.
- W wojsku nie uczą tego? No co za niespodzianka… - Podsumował sarkastycznie Milioner. - Ale pewien ziemski filozof użył ciekawego porównania i spróbuję ci je przedstawić, bo kiedyś mocno przemówiło do bardzo wielu ludzi. Wiesz, jak wygląda takie zwierzę, jeleń?
- Widziałem slajdy. Taki z dużymi rogami.
- No dokładnie. Jeden gatunek tego jelenia, jeleń olbrzymi, żył na Ziemi tysiące lat temu, a jego poroże miało rozpiętość jakichś czterech metrów…
- To bardzo ciekawe, ale…
- Spokojnie, daj mi chwilkę. Ten jeleń olbrzymi dzięki temu porożu mógł walczyć z innymi, to była de facto jego broń, tak więc ewolucja promowała większe, cięższe poroża. Aż w końcu poroże stawało się zbyt ciężkie, jeleń olbrzymi nie mógł swobodnie się poruszać i uciekać przed nowym, bardzo wrednym drapieżnikiem, jakim był człowiek pierwotny. Jak na razie wszystko jasne?
- Tak.
- Ewolucyjnie rodzaj ludzki wykształcił… samoświadomość. Na Ziemi człowiek to jedyny gatunek, który ma tak rozwinięte myśli na temat celu własnego istnienia, sensu życia, śmierci. Zadaje sobie pytania, na które nie istnieje satysfakcjonująca odpowiedź. Czuje się nieszczęśliwy, bo ta świadomość go przytłacza… Niczym przesadnie rozrośnięte poroże jelenia olbrzymiego.
- To jest jakaś interpretacja, ale co z tego? Skoro tacy jesteśmy, to musimy sobie z tym radzić, Prawda? Cóż może zmienić naturę człowieka? - Przytoczyłem, trochę bezmyślnie, usłyszany wczoraj tekst Doktorki.
- Tyle razy słyszałem to pytanie i niezmiennie mnie ono denerwuje. - Odpowiedział trochę zimno Milioner. - Zawsze mam ochotę odpowiedzieć: a jak zdefiniujesz naturę człowieka, czym ona jest, co uwzględnia? To jest takie pretensjonalne pytanie, które tak bardzo spłyca zagadnienie…
- No dobra, przepraszam, ale jaki to wszystko ma związek ze mną, z nami tutaj?
- W sumie to żaden, ale chciałem wprowadzić cię w to, jak ludzie radzą sobie z tym problemem. Według wspomnianego już filozofa człowiek poświęca bardzo dużo czasu i energii, by tę swoją świadomość przytłumić. Izolacja od informacji, zajmowanie uwagi czymś innym, albo sublimacja: przekierowanie swoich popędów na coś akceptowalnego… Pionierzy zresztą wybrali właśnie oddanie się eksploracji, odkryciom, pracy…
- No i?
- No i to wszystko widać u ciebie bardzo wyraźnie. Ciąży ci wielka świadomość czegoś, od czego uciekasz na przykład w pracę, czy też bardziej zabawę z tą twoją koleżanką, bo nie chcesz zadawać sobie pytań. Zaprzeczysz?
- Nie ma sensu zaprzeczać. - Podchody Milionera były oczywiste. - Ale po pierwsze: nie trzeba do tego jakiejś dawnej, ziemskiej filozofii, by to stwierdzić! Powiedziałem to już panu zaraz na początku rozmowy! Poza tym, jak sam pan powiedział, to nie jest nic wyjątkowego u ludzi, na przykład jedna z kadetek wierzy w istnienie duszy i praktykuje, za przeproszeniem, religię…
- O proszę! - Usłyszałem ożywienie w głosie Milionera. - Wiara w istnienie duszy, kolejna bardzo popularna rzecz na Ziemi, ale niekoniecznie tutaj. Zresztą nie bez powodu… Ale moment, ta religia… W co konkretnie wierzy twoja koleżanka? To znaczy domyślam się, ale to chyba możesz mi powiedzieć?
- W Skurwieli. To znaczy w Pierwotnych.
- “Skurwieli”? Ha ha ha! No całe wojsko po prostu! A taką ładną nazwę im nadałem, EPM, Emanacja Pierwotnego Mieszkańca… Wojsko jest takie głupie, że aż zabawne… Do czasu… Wierzy w to ktoś jeszcze?
- No, kilka innych Hien…
- Przepraszam, kto? “Hieny”?
- No, tak nazywamy czasem nasze koleżanki…
- Ale dlaczego? Skąd to się wzięło?
- No bo na wykładach mówili kiedyś, że samice hien są umięśnione i że mają, no, ten tego…
- Ha ha ha! Moment, to bardzo nieładnie wobec koleżanek, nie wypada się śmiać… Z drugiej strony, to przecież wojsko…

Udało mi się naszą nomenklaturą wprowadzić prawdopodobnie niezwykle inteligentnego i potężnego człowieka w zakłopotanie. Poczułem coś w rodzaju dumy.

- No dobrze. Pogadaliśmy sobie, ale niewiele z tego wyniknęło. Jak już mówiłem, nie grasz w otwarte karty.
- Pan też nie. Nawet nie stanął pan przede mną osobiście.
- No… tu mnie masz, przyznaję. Naciskałem cię trochę, ale wiesz, czego chcesz w najbliższej przyszłości i trzymasz się tego, jest to dla mnie jasne. Powiem ci tyle: dokładnie wiem, kim był twój ojciec i mam dość dobre pojęcie, czym się zajmował.
- Nie ma pan.
- I właśnie chciałem poznać od ciebie szczegóły - ciągnął niezrażony Milioner - ale rozumiem, że nie jesteś gotów o tym mówić. Zapamiętaj: gdy przejdzie ci ochota na zabawę w wojsko, gdy zmienią ci się priorytety, to wróć tu do mnie, a porozmawiamy na poważnie: opowiem ci o Pionierach, Ekspedycji i Pierwotnych i nawet o protezach, a przynajmniej tyle, ile sam wiem. I tak, spotkamy się twarzą w twarz. Ty w zamian opowiesz mi każdy szczegół, który zapamiętałeś, choć jak zgaduję, większość chcesz zapomnieć. Jeszcze tylko kilka rzeczy: mówił ci o paradoksie Banacha-Tarskiego?
- Trochę.
- O splątaniu kwantowym?
- Nie.
I-  jeszcze jedno… wybacz tę osobistą ciekawość, ale muszę zapytać: tu parles français?
- J’en ai appris un peu avec ma mère.
Ha ha ha! Ona! … Przepraszam.
Nie ma za co. - Odpowiedziałem ze skwaszoną miną. Milioner wiedział tak dużo.

***

Wrota Milionera zasuneły się cicho za mną. Byłem skołowany i czułem się, jakbym właśnie wyszedł z innego świata. Miałem miękkie nogi, musiałem ostrożnie stąpać po kamieniach. Oczywiste było, że Milioner wiedział o mojej przeszłości więcej niż ktokolwiek inny i owszem, chciałem wiedzieć dlaczego, ale nie na tyle, by zacząć mówić o przeszłości. Po prostu nie.

Eve podniosła się na mój widok i otaksowała mnie wzrokiem.

- I jak? W porządku? - Spytała niepewnie.
- W miarę. Bywało gorzej.
- Widziałeś go? Czy tam ich?
- Nie, gadał przez głośnik.
- O co cię pytał?
- Takie tam, proteza, różne rzeczy. Uczepił się tego niczym Doktorka, to chyba też był jakiś naukowiec.
- Aha.

Eve patrzyła na mnie w milczeniu, jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła tego z siebie wydusić. Gdy już-już miała coś powiedzieć, przerwał nam dziewczęcy głos.

- No cześć, chłopaki! Może wy mi pomożecie? Bo reszta to jakieś miękkie pały, i to dosłownie… - Wykonała gest ściskania ręką.

- Odwróciliśmy się oboje. Właśnie szła do nas po kamieniach dziewczyna w kurtce, ta wariatka, która tak mocno wkurzyła Eve.

- Słuchajcie, jest sprawa… Romi jestem, tak w ogóle. Mówią na mnie Rąbnięta, Wariatka, albo jeszcze gorzej, gdy myślą, że nie słyszę. Ale o co chodzi: czy znacie kogoś, kto przyjmuje na statek?
- Na okręt - poprawiłem odruchowo.
- No tam na okręt. Chcę płynąć z wami, chcę walczyć! - Podniosła do góry zaciśnięte pięści. - Potrafię strzelać - rozsunęła poły kurtki, miała na sobie pas i dwie kabury z jakimiś pistoletami. Wyglądały bardziej jak jakieś zabawki, ale wolałbym nie przekonywać się na sobie, czy naprawdę potrafią strzelać.

Zerknąłem szybko na Eve, ale ona emanowała zimną wrogością wobec Romi i raczej nie chciała być częścią tej konwersacji.

- Nie masz szkolenia, nie przyjmą cię…
- A tam, pieprzenie - Romi wyciągnęła pistolety z kabur i zaczęła nimi sprawnie żonglować. - Chciałabym mieć większe dłonie… Bo mogłabym trzymać większe gnaty!
- My jesteśmy tylko kadetami…
- No nie bądźcie tacy… - Romi położyła mi palec wskazujący na klatce piersiowej i zaczęła zjeżdżać nim coraz niżej. - Powiedzieli mi, że znacie Kapitana i inne szychy, możemy pomóc sobie nawzajem… - Patrzyłem się na jej umizgi beznamiętnie. - A może ty, taki ładny i młody, chłopiec jeszcze… - Romi skierowała swoją uwagę na Eve i zaczęła się do niej zbliżać.
- Bierz te ręce, bo ci je połamię.

Zaskoczona Romi cofnęła ręce jak oparzona.

- Dziewczyna? To na was mówią, te, no, Hieny, bo podobno macie…
- Wynoś się stąd.
- Mi to nie przeszkadza - Romi uśmiechnęła się szelmowsko. - W Piątej jest takie fajne miejsce, jak popytasz, to mnie tam znajdziesz. - Powiedziała z błyskiem w oku.
- Nie będę powtarzać - Eve postąpiła krok do przodu.
- Ależ zadziorna, aż mnie to nawilża! - Romi prowokowała, ale też zaczęła się cofać, co było bardzo rozsądne z jej strony. - No nic, buziaki! - Posłała nam wyimaginowanego całusa i odwróciła się, zmierzając w kierunku kolejki.
- Pieprzona zdzira. - Syknęła Eve na tyle głośno, że Romi musiała usłyszeć.
- Przestać? Kiedy mi w duszy gra, lala-lalalalalalaaaa! - Zaczęła sobie śpiewać na  cały głos.

- Ona chyba coś bierze… - Stwierdziłem, gdy już była na stacji.
- Tak, do buzi marynarzom - burknęła Eve.
- Przepraszam, co?
- Przecież są te filmiki z nią, nie kłam mi, że ich nie oglądacie - teraz Eve zaczęła mnie oskarżać.
- Jakie filmiki? Gdzie?
- Wszyscy oglądają, jak ona… Oj nieważne! - Prawie tupnęła nogą ze złości. Chyba nigdy jej takiej nie widziałem.
- Co ci się dzieje?
- Nic mi się nie dzieje. - Wyciągnęła mobilkę. - Jedziemy do laboratorium.
- My? Po co?
- Doktorka chyba już wróciła ze stoczni. Ma dla nas zadanie.
- Niby mieliśmy mieć wolne, ale jasne, czemu nie. Wiesz, co będziemy robić?
- Tak, eksperyment. Anonsuję nas.

Eksperymentów to ja już przeżyłem wiele. Nie o każdym z mojego otoczenia mogłem to powiedzieć.

Z pewnym ociąganiem ruszyłem za Eve w kierunku stacji, powoli, żeby nie trafić ponownie na Romi.

Brak komentarzy: