niedziela, czerwca 01, 2025

04. Doktorka


 




Po objawieniu się Skurwiela zamieszanie było spore, dlatego dowódcy zgodnie z zasadą “wojsko się nudzi” dowalili tyle zadań, że nie było czasu się nad tym wszystkim porządnie zastanowić. Oprócz testów fizycznych doszło tyle materiału do przerobienia na naszych mobilkach, że szybko znielubiłem ten mały, kwadratowy ekranik, choć tak poza tym zabawka z tego jest bardzo fajna - niestety nie miałem wiele czasu na czytanie moich ulubionych podręczników inżynierii. Zresztą wkrótce zaczął się czas egzaminów teoretycznych, które pisaliśmy w hangarach - całe rzędy młodych ludzi pochylonych nad swoimi ekranikami nie miały czasu roztrząsać incydentu ze Skurwielem. Tą zagadką zajmowała się góra, jak mniemam.



Parę dni później przypłynął do nas statek naukowy - Derpi zauważył, że była to inna jednostka niż ta, którą widział parę miesięcy temu. “Meteor” był poobijany i rozpaczliwie potrzebował napraw, a jego podnośniki prawie na pewno już nie działały, ale chyba żadnego innego nie było w pobliżu. Albo wszystkie poszły na dno, ale wolałem o takich rzeczach nie myśleć. Załoga w białych kitlach pokręciła się po lotniskowcu, porobili jakieś pomiary swoimi urządzeniami, porozmawiali z kilkoma osobami (ze mną jakoś nie) i zmyli się tak szybko, jak przybyli, w sumie nic specjalnego.



Dzika jazda z nauką i egzaminami trwała bardzo długo: jakieś cztery tygodnie, w sumie prawie czterdzieści dni. Przedmioty ścisłe nie był dla mnie problemem, gorzej z innymi, tych na szczęście nie było zbyt wiele - po co nam lingwistyka?

Wyniki przesyłano nam na mobilki oraz wywieszano oficjalną tabelę przed wejściem do mesy. niektórych to bardzo ekscytowało, ale ja nawet na nią nie patrzyłem. Grunt, że zrobiłem swoje, i to chyba nienajgorzej. Derpi dla odmiany chyba mocno się stresował, ale nie gadaliśmy o tym zbyt wiele.



Oficjalne zakończenie piekła egzaminów podkreśliło kolejne przybycie “Meteoru”. Wszyscy kadeci karnie ustawili się w największym hangarze, na parę minut wyszedł do nas Kapitan - wcześniej nawet go z bliska nie widziałem. Był to przygarbiony mężczyzna z czarną brodą, podkrążonymi oczami i czerwonym nosem, szedł trochę chwiejnym krokiem. Wybełkotał do mikrofonu krótkie podziękowania za nasz wysiłek, “teraz czeka na was przyszłość”, ale bez jakiegoś specjalnego entuzjazmu, i poszedł - no i dobrze, przynajmniej było krótko. Na nasze mobilki przyszły informacje, do której części lotniskowca mamy się udać, bo oto właśnie podzielono nas na specjalizacje na podstawie wyników naszych egzaminów.



Mi polecono iść do audytorium - nawet nie wiedziałem, że na lotniskowcu jest takie pomieszczenie. Mimo podniosłej nazwy była to kolejna sala z czarnymi, metalowymi ścianami i wielkim metalowym stołem z wieloma krzesłami, oświetlona mlecznym światłem. Czekało tam już kilka osób - na przykład Eve, ukryta za plecami niewiele wyższej od niej Hieny z kamiennym wyrazem twarzy i goglami na oczach. Te gogle były całkiem popularne - nie tylko eliminowały wady wzroku u tych, którzy z jakichś przyczyn nie mogli mieć operacji, ale pozwalały też na parę dodatkowych funkcji, jak łączność z różnymi interface’ami, tryb widzenia w podczerwieni i inne cuda. Fajna rzecz.

- Jestem Gigi - rzuciła do mnie to niczym wyzwanie. - Mówią na mnie Gremlin.


- Miło mi poznać, ja jestem…


- Wiem, Kot. - Ucięła i skierowała wzrok poza mnie, kończąc rozmowę. Eve tylko łypnęła na mnie wzrokiem typu “wiesz, jak jest”.



Oprócz mnie był też wysoki Padel, co akurat niespecjalnie mnie ucieszyło, oraz trzech innych kadetów, których znałem tylko z widzenia. Jako ostatni do audytorium wparował zdyszany Derpi.



- Uff… nie zaczęło się jeszcze.


- Ale co?


- Spotkanie z prowadzącym naszą specjalizację. Nie wiesz tego? - Cisnęła we mnie Gigi.


- Aha.



Tak staliśmy w krępującej ciszy parę minut, aż w końcu drzwi do audytorium się otworzyły i weszła nasza prowadząca.



Niewiele starsza od nas, wysoka i wiotka dziewczyna - w niczym nie przypominała umięśnionych Hien i kilku innych postawnych kobiet, które można było zobaczyć na lotniskowcu. Ubrana była w biały, rozpięty kitel, pod którym widać było fioletową koszulę i spodnie - dalekie od regulaminowych strojów. Górna część jej głowy była ciemnofioletową, matową płytką z okalającym ją złotym, trójkątnym szlaczkiem - jakby ktoś urwał jej część czaszki i wstawił kawałek metalu w ramach protezy. Chyba zresztą tak faktycznie było. W miejscu oczu wmontowane były gogle, większe niż u Gigi i prawie na pewno zamontowane na stałe. Z metalowej płytki rozchodziły się fioletowe, błyszczące żyły, sięgające na policzki - tył głowy to z kolei bardzo długie, sięgające pasa fioletowe włosy z wplecionymi złotymi ozdobami.



- No siema - rzuciła swobodnie.


Popatrzyliśmy po sobie.



- Tak wiem, rozpieprzyło mi płat czołowy - wskazała kciukiem na swoje czoło. - Pizdę zresztą też, pokazać wam?



Nie czekając na odpowiedź jedną ręką podniosła do góry koszulę, a drugą opuściła trochę spodnie. Faktycznie, na jej brzuchu widoczne były te same fioletowe żyły, zbiegające się w kierunku krocza, szczęśliwie zasłoniętego przez pas spodni. Choć moją uwagę bardziej przyciągnęły jej małe, obwisłe piersi, z sutkami zaklejonymi plastrami.



- Proszę pani! - Krzyknęła Eve, która jakoś naturalnie przemieściła się za moje plecy.


- Sierotko, tylko nie “pani”. Nazywam się Inez, ale mówią na mnie Doktorka. Witam wszystkich. Macie najsłabsze wyniki z testów fizycznych, ale najlepsze z teoretycznych. Wrzucili was do grupy badawczej. Jestem waszą prowadzącą i zabieram was z tego cyrku. Będzie fajnie! - Podniosła kciuk do góry.


- Ale… mamy opuścić lotniskowiec? Z cywilem? - Nie do końca to do mnie dotarło.


- Dziecko drogie, powiedz mi, jak się nazywa ten okręt?


- No… “Arka”.


- Bardziej pasowałoby “Zoo”, “Szpital” albo “Przytułek”.


- Proszę pani…! - Znowu wyrwało się Eve, czym ściągnęła na siebie spojrzenie grubych gogli.


- A ty co? - Popatrzyła najpierw na mnie, potem na przylepioną do mych pleców Eve, potem znowu na mnie. - Wsadzał ci już?



Jakoś zabrakło nam komentarza.



- Nawet gdyby stanął na wysokości zadania, to z tej mąki chleba nie będzie, rozumiecie? Wszystkie samiczki zdolne urodzić bobaski na ten nowy, wspaniały świat - wykonała zamaszysty gest ręką, aż musiałem się trochę odsunąć - siedzą w Soplu.



Popatrzyłem po reszcie, która była zawstydzona, tak zresztą jak i ja. Oprócz Padla, który pobladł wyraźnie i był napięty niczym struna.



- Właśnie, Sopel - kontynuowała Doktorka, która zaczęła dreptać od lewej do prawej, składając ręce za plecami. - Żadne z was się tam nie urodziło, wszyscy jesteście sierotami po ostatnim wielkim bombardowaniu. Ale w naszej sytuacji każda jednostka jest bezcenna! - Tryumfalnie uniosła w górę podniesiony palec. - Składamy do kupy! Przygarniamy! Eksperymentujemy! Każdy znajdzie swoje miejsce! I dlatego, kotuś - zwróciła się do mnie - wolno mi was zabrać ze sobą, bo mi najlepiej się przydacie. Kapujesz?



Ponownie nie miałem nic do dodania.



- Wszystko jasne? No to pakujcie swoje toboły, rano opuszczamy ten dom wariatów. “Meteor” zabierze nas do Sopla.





Następnego dnia do kajuty mojej i Derpiego wpadła Eve. Nie była do nikogo przylepiona, ale przed sobą miała zawieszona niemałej wielkości plecak.

- Chodźcie szybko! Zabierają Gabrielle!


- Kogo?


- No naszą Pedałkę! Doktorka też tam jest!



Ja i Derpi pobiegliśmy za Eve na pokład, gdzie była spuszczona drabinka prowadząca do “Meteoru”. Widziałem już z daleka jak Gabrielle: wysoka Hiena z kręconymi blond włosami, która według plotek bardzo lubiła podszczypywać koleżanki, stała ze spuszczoną głową w otoczeniu kilku naukowców w białych kitlach. Niedaleko stała też Doktorka.



Gabrielle była obejmowana przez Padla, przytulał ją. Trzymał dłoń na jej brzuchu.



Gdy ja, Derpi i Eve dobiegliśmy z naszymi tobołami, Doktorka właśnie skończyła rozmawiać z jednym ze swoich kolegów i obróciła się ku nam.

- O kuźwa - zaczęła.


- Co się dzieje?


- Wysoki zrobił blondynie dzidziusia. To nie powinno być możliwe. - Popukała się w roztargnieniu w swoje metalowe czoło. - Chyba z wami tu trochę zostanę.

sobota, maja 10, 2025

03. Zielony Skurwiel

 

 

Śniło mi się, że jestem nago razem z Eve. Nie, to nie tak - ona chowa się za moimi plecami i oboje stoimy na powierzchni oceanu, tej czarnej mazi, do której jak wpadniesz, to umierasz. Wokół szaleje burza, ale nam wcale nie jest zimno. Opieramy się podmuchom wiatru i widzimy, jak zmierza ku nam gigantyczna fala. Spoglądam w górę i widzę, że wysoko nad nami wiruje w idealnym porządku krąg jakichś olbrzymich obiektów, na które szalejąca burza też nie miała żadnego wpływu.

Obudziłem się.

Co za bzdury. Nie ma czegoś takiego jak prorocze sny, duchy, bóstwa i tak dalej - to tylko takie wymówki, usprawiedliwienia gdy czegoś nie rozumiesz, albo chcesz wcisnąć komuś jakiś kit. Zresztą i tak nie miałem czasu o tym myśleć, bo obudził mnie alarm. Nie ten najwyższy stopień, ale nakazujący i tak nam - którym jeszcze daleko do bycia w pełni wykwalifikowanym personelem - pozostanie w kajutach, rzecz jasna dla naszego bezpieczeństwa. Podniosłem moją metalową rękę, była dziwnie lekka. A teraz jeszcze cały lotniskowiec zaczął wibrować od ruchu wind wciągających mechy na pokład - a więc był to Skurwiel.

Niewiele nam mówią na temat tych gigantycznych cosiów - przede wszystkim to, że są śmiertelnie niebezpieczne i trzeba ich unikać za wszelką cenę. Nazwa formalna to EPM-cośtam, ale i tak każdy mówi na nie “Skurwiel”, bo takie są ogromne, dużo większe od naszego lotniskowca. Niewykrywalne przez radary i inne metody lokalizacji, nagle pojawiają się w pobliżu okrętów i wiszą w powietrzu. To sygnał, żeby zacząć lać w gacie i zmienić kurs. Większość wygląda jak szara lub granatowa bryła, ale niektóre to kłębowisko splątanych macek albo w ogóle cholera wie co. Pokazywali nam zdjęcia ze spotkania pancernika z takim mackowatym - podobno wpłynęli prosto w niego, poszatkował tymi mackami czarny metal kadłuba jakby ciął nożem folię. Zdecydowanie nie wolno go lekceważyć.
Skurwiel wygląda, jakby nie do końca istniał w naszym świecie - po prostu wisi sobie w powietrzu, nie rusza się, potem znika. Jedna bardzo ważna rzecz - grawitacja wokół Skurwiela ulega osłabieniu, choć jeśli dobrze rozumiem, to powinno być odwrotnie (testy z fizyki, matematyki czy chemii zawsze mi dobrze wychodziły, w przeciwieństwie do sprawdzianów fizycznych). Przy tej okazji nasz lotniskowiec wypuszcza mechy - eksperymentalne jednostki, kilkudziesięciometrowe humanoidalne roboty pilotowane przez… kogoś, plotki mówią, że przez te całe Modliszki. W normalnej grawitacji mechy nie mają prawa sprawnie się poruszać, ale w przestrzeni kosmicznej jak najbardziej - albo w pobliżu Skurwiela. Zresztą to i tak tylko do testów, bo mechy przy nim są jak muchy. Szkoda, że widziałem je tylko na zdjęciach i nagraniach, bo w przypadku pojawienia się tego bydlaka mamy siedzieć w kajutach.

To Skurwiel! - Derpi dopiero teraz się obudził.


***

W ciągu ostatniego tygodnia Hieny dołączały do nas w porze śniadania już codziennie, w związku z czym szybko przestały być taką sensacją, ale nadal trzymały się razem i nie wdawały w prawie żadne interakcje - może to przyjdzie z czasem. Dziś rano też weszły w grupie, Eve trzymała się za plecami postawnej blondyny z kręconymi włosami. Gdy przechodziły obok mojego stolika, pokazała ją dyskretnie palcem i bezgłośnie poruszyła ustami, formując: “Pedałka”. W odpowiedzi kiwnąłem dyskretnie głową w bok, wskazując na kolesia, który siedział przy stoliku obok mnie i ściskał dłonią moje ramię. Peda… to znaczy Padel, bo tak ma na imię, ma dość nieprzyjemne upodobanie do dotykania i ściskania innych facetów, stąd jego niewybredne przezwisko. Obecnie jednak wgapiał się w wysoką blond Hienę i chyba nawet zapomniał oddychać na chwilę, a już na pewno jego paluchy zaraz zgniotą mi bark. Ona chyba też posłała mu szybkie spojrzenie. Eve kiwnęła do mnie ze zrozumieniem.

***

Dołączyłem, jeśli można tak ten dynamiczny proces nazwać, jakoś w jednej trzeciej cyklu szkoleniowego, omijając sporo części teoretycznej i trafiając prosto w przygotowania fizyczne. Bez witaminek nie byłem w stanie dorównać reszcie, nie znaczy to jednak, że się nie starałem - właściwie to wypluwałem płuca na każdym treningu, co ostatecznie zaczęło się opłacać, bo byłem w stanie przynajmniej dotrwać do końca sesji. No i podnoszenie ciężarów szło lepiej dzięki protezie.
Właśnie trwała kolejna sesja treningowa na pasie startowym lotniskowca, pod - a jakże - zachmurzonym niebem, gdy znienacka potężny podmuch powietrza powalił nas wszystkich. Od razu to zobaczyliśmy: nieruchomo w powietrzu, nie tak daleko od nas, unosił się Skurwiel - dziwnie regularna, gigantyczna bryła szarego, matowego materiału, która nie miała prawa się unosić, a już na pewno nie pojawiać się tak znikąd. Natychmiast skierowano nas ku schodom ewakuacyjnym.

Przechodząc przez hangary minął nas wózek, pchany pospiesznie przez dwóch rosłych mechaników. Na wózku siedziała bezwładna postać, ubrana w czarny, obcisły kombinezon, podobny do tych, które nosiły Hieny - to też chyba była kobieta, ale jej cienkie kończyny nie były zakończone dłońmi, a brzuch był nadęty. Nóg nie stwierdzono. Górna połowa twarzy zasłonięta była dziwnym, jajowatym hełmem.
Nie miałem czasu się przyglądać, trwało to zaledwie kilka sekund, bo minęli nas w biegu i ruszyli w kierunku zamkniętych hangarów.
To chyba była Modliszka…? - Szepnęła do mnie Eve, która w międzyczasie jakoś znalazła się za moimi plecami.
No chyba. To one pilotują mechy? - Odpowiedziało mi wzruszenie ramion.

Nasza grupa wyszła na dolny pokład, ale zostaliśmy zatrzymani przez trenerów, pewnie żeby zrobić miejsce dla kolejnych pilotów wsiadających do mechów i myśliwców. Mieliśmy stamtąd idealny widok zarówno na pas startowy nad nami, jak i na Skurwiela. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że grawitacja jest słabsza - dużo łatwiej było mi poruszać moją ciężkawą protezą. Okręt zaczął wykonywać nagły zwrot, by ominąć kolosa, a kadłub zaczął wibrować od wind wynoszących mechy na górę, myśliwce miały do nich wkrótce dołączyć. Widzieliśmy, jak pierwszy mech z czarnego, lśniącego metalu wystartował, aby zdawać raport z aktywności gigantycznego przybysza. Skurwiel tymczasem wisiał w powietrzu tam, gdzie był i nie wydawało się, by to miało się szybko zmienić - na szczęście. Wyglądał hipnotyzująco, mózg nie do końca sobie radził ze zrozumieniem jego ogromu. Potężne niezrozumiałe coś na tle zachmurzonego nieba, wiszące kilkadziesiąt metrów nad czarnymi falami oceanu. Wyższy niż szerszy, bez żadnych kątów prostych, górna połowa nieco kulista - zacząłem wreszcie ogarniać to, co widzę.

Powoli zaczął się poruszać - jakby ustawiał się pod kątem, teraz przypominał nieco lufę działa ustawiającą się do wystrzału. Nie ma się czym chwalić, ale zacząłem dygotać ze strachu. Skurwiel znowu znieruchomiał, ustawiony w kierunku nieba, nie naszym. I wtedy zaczął się otwierać, niczym kwiat - jego górna część rozwarła się niczym płatki, a kolor zmienił się z szarego na zielony. Chmury rozstąpiły się, a intensywny promień jednego ze słońc trafił prosto w giganta. Czarna woda pod Skurwielem też zaczęła zmieniać kolor: z czarnego na niebieski, w ciągle rozszerzającym się kręgu. Trwało to chyba krótko, może pięć minut, nie wiem na pewno - po czym olbrzym zniknął. Staliśmy tak obserwując, jak efekty jego działalności stopniowo zanikają: chmury zakrywały niebo, a ocean znowu robił się czarny. Mech wylądował na windzie pokładu, bo grawitacja też wracała już do normy. Nami chwilowo nikt się nie interesował, bo trenerzy, personel militarny i w ogóle wszyscy nie wiedzieli, co teraz zrobić i co o tym myśleć. Niektórzy wokół mnie padli na kolana i złożyli ręce.

To chyba nazywa się “modlitwa”.

sobota, kwietnia 12, 2025

02. Kot


 

 

 Obudziłem się o tej samej godzinie co zawsze, znowu z tym samym tępym bólem prawej ręki. To znaczy tej ręki, co jej nie mam - urwało mi w wypadku. Dali mi lśniącą protezę, ale to cholerstwo jest dość ciężkie i do spania muszę kłaść je nieruchomo. Bark od tego mi sztywnieje, no i czasem czuć ból, zresztą nawet dość często. Ale to i tak lepsze niż nie mieć ręki.





- No i jak tam, znowu nic ci się nie śniło? - To Derpi z górnej koi, jak zawsze troskliwy.

- Nic a nic.

- Bo znowu się rzucałeś w nocy.

- Sorki.

Wygrzebaliśmy się z koi i zaczęliśmy krzątać po kajucie. Służba nie drużba. Dzięki protezie jestem pełnosprawny, a może nawet i trochę silniejszy - ale coś za coś, bo jest jeszcze jedna niedogodność…



- Zawsze zapominam, że to cholerstwo jest zimne - skomentował Derpi, gdy przypadkowo dotknąłem jego ramienia podczas przenoszenia pościeli.

- Idzie się przyzwyczaić.

- Słuchaj, nie ma problemu, gdy, no wiesz… Podcierasz się?

- Zapewniam cię, że nie.

- A podczas, no wiesz… - Wykonał posuwisty gest zaciśniętą dłonią.

- A dajże ty mi spokój.

Nie skomentowałem, bo nawet nie ma czego - nie będę się zwierzał z takich rzeczy Derpiemu, ale na tym sta… na tym okręcie nie tylko ręce opadają.

Poranne ćwiczenia zaczynają się od biegania wzdłuż pasa startowego i z powrotem. No bo jesteśmy na lotniskowcu - trzysta pięćdziesiąt metrów okrętu wojennego, sam nie wiem jak ciężkiego, pewnie ze sto tysięcy ton czarnego metalu, takiego jak moja proteza. Na początku była to inna jednostka pływająca, może nawet cywilna - ale dospawali potężne kratownice, założyli pokład i nazwali to lotniskowcem.

Jeśli spadniesz z pasa startowego to umierasz, bo wpadniesz do czarnej mazi, po której pływamy, i stamtąd już nic cię nie wyciągnie. Dolny pokład ma relingi, ale na pasie startowym zamontowali bariery energetyczne, które w razie potrzeby można wyłączyć. Mają tylko metr wysokości, więc gdyby ktoś naprawdę miał taki zamiar… zresztą nieważne.

Zawsze jestem ostatni i najszybciej się męczę, odpadam z biegania dużo wcześniej niż reszta. Jak wie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o witaminki - to te zastrzyki, co nam dają. Inni są pompowani regularnie, mnie pewnie dają uboższy miks ze względu na protezę. Efektem tego nawet hieny mają większe mięśnie ode mnie… Oby tylko to…

Tak, widzę uśmieszki i słyszę drwiny jak siedzę zdyszany na drewnopodobnym pokładzie. Nie mam z tym problemu, na ich miejscu pewnie tak samo bym robił. Wołają na mnie “ej, kocie!”, jak chyba na każdego nowego, ale mam wrażenie, że do mnie to przylgnie na stałe. Kot. Mogło być gorzej, jednego kolesia nazywają “Pedał”, podobno nie bez powodu.

Gorzej, że za słowami idą czyny.

Nie urodziłem się wczoraj i postanowiłem podjąć najbardziej żołnierską decyzję, na jaką było mnie stać - nie wychylać się i w sytuacji zagrożenia po prostu spieprzać. Jakoś udało mi się ukryć w zakątku szatni, gdzie postanowiłem sobie posiedzieć i poczekać, aż wszyscy pójdą pod prysznice. Gdy sytuacja wyglądała na spokojną, rozebrałem się, owinąłem ręcznikiem, wziąłem płyn myjący i moją kartę aktywacyjną i sam poszedłem do najdalszej części prysznicowej, która wyglądała mi na pustą. Duży błąd, bo nie doceniłem przeciwnika.



- Co się kryjesz, kocie! - Usłyszałem za plecami. Zacząłem biec.

Gdy uznałem, że zniknąłem im za zakrętem, szybko dopadłem pierwszej wolnej kabiny i wślizgnąłem się do środka. Cicho zamknąłem drzwi za sobą i odwróciłem się.

Stała tam Hiena, chyba najniższa z całej grupy, miała ciemnobrązowe włosy i wielkie oczy wlepione we mnie. Zasłaniała się kurczowo trzymanym mokrym ręcznikiem, traktując go jako ostatnią linię obrony.



- Gdzie ten kot?!

- Patrz pod drzwi, pewnie siedzi tam gdzieś!



- Wybacz - szepnąłem do Hieny i chwyciłem ją lewą ręką w pasie, a protezą prawej chwyciłem się prysznica, unosząc nas oboje nad posadzkę. Rury, kadłub, moja proteza są z tego samego czarnego metalu, wytrzymają.



- Chyba już poszli - trzeba przyznać, że Hiena, mimo okoliczności, była całkiem opanowana; zaimponowało mi to. Opuściłem nas oboje i puściłem ją. W samą porę, bo robiło mi się… gorąco.

- Dzięki i wybacz, wiesz… Jak się nazywasz?

- Paso… to znaczy Eve.

- Że jak?

- Pasożyt. Takie przezwisko.

Są gorsze, pomyślałem, u nas jest ten Pedał przecież.



- Mogło być gorzej - dodała pospiesznie - u nas jedną nazywają… Pedałka.

- A… aha. - Zatkało mnie na chwilę, nie przeczę. - Na mnie wołają Kot, jak słyszałaś, i tak już chyba zostanie. A tak w ogóle to dlaczego jesteś tutaj? - Wskazałem na kabinę.

- U nas znowu nie działają prysznice, a moja karta była dalej aktywna, to pomyślałam… Zły pomysł, jak widzę - zmierzyła mnie od stóp do głów.

- Wybacz, potrzeba chwili… Czekaj, to źle zabrzmiało…

- Przyjmijmy, że rozumiem okoliczności - uśmiechnęła się krzywo. - Idź już sobie.

- Tak zrobię. To do zobaczenia, chyba. - Wyszedłem pospiesznie.

Pozostała część dnia upłynęła już bez takich przygód, bez problemu wróciłem do swojej kajuty, Derpiego jeszcze nie było. Krew nie woda, bo cały czas myślałem o moim spotkaniu z Eve (ksywka “Pasożyt” do niczego mi nie pasowała), krew pulsowała mi w głowie. Na szczęście zasnąłem szybko i mocno, jak zawsze, nawet powrót Derpiego do kajuty mnie nie obudził.

Tej nocy, po raz pierwszy w życiu, coś mi się śniło.

niedziela, lutego 23, 2025

01. Hieny


 

 

 

Siedziałem z Derpim przy śniadaniu, jak co rano. Atmosfera była nieco bardziej ożywiona ze względu na promienie słońca, coraz rzadszy widok za bulajem z powodu ołowianych chmur; to jednak było nic w porównaniu z tym, co za chwilę miało wybuchnąć.

 

- Hieny! Hieny przyszły!

- Hieny idą! Ale jaja!

- Dosłownie! Haha!

 

Na salę wkroczyła grupa dziewczyn: na czele szły najwyższe, opięte w czarne skafandry z metalowymi slotami do podpinania przewodów. Szerokie w barach, z mięśniami widocznymi pod ciasnym, lśniącym materiałem szły jak taran, lustrując wzrokiem otoczenie. Za nimi ciągnęło się kilka niższych, ze spuszczonym wzrokiem, jakby spojrzenie w bok miało zmienić je w kamień. To musiało wzbudzić zainteresowanie całego oddziału.

 

- Hiena, jak tam! Ile dziś wyciągnęłaś na klatę?!

 

Młody żołnierz dostał w odpowiedzi krzywy uśmiech i wyciągnięty środkowy palec.

 

- Takiego masz długiego? - Odwdzięczył się młodzian. Cała sala ryknęła śmiechem.

 

- Ale że jak? Po co one przyszły do naszej kantyny? - Spytałem.

- Do mesy, derp. Pewnie zjeść, jak zgaduję. W ich kwaterach coś się spierdzieliło, to wysłali je tutaj, coraz częściej tak jest.

- A co to są „hieny”?

- Stary, nie było cię na początku, to nie wiesz. Jak jeszcze był statek naukowy, to mieliśmy wykłady i taki dziadek opowiadał o różnych zwierzakach, które kiedyś istniały.

- W sensie tu, na statku?

- Na okręcie, derp. Ale nie tutaj, nie wiem gdzie dokładnie. Na którymś lądzie pewnie. No ale były takie na czterech nogach, hieny właśnie: i tam samice są większe i cięższe od samców, coś jak panienki tutaj, które muszą pompować chemikaliami, by się nadawały do czegoś w trakcie operacji specjalnych. Podobno nawet mają niby-fujarę…

- Nasze tutaj?!

- Hieny miały na pewno, a co do naszych to chyba nikt nie sprawdzał. A jeśli tak, to wolał się nie chwalić… W każdym razie po tamtym wykładzie nikt już nie nazywa ich inaczej niż „hieny”.

 

Grupa dziewczyn usiadła ze swoimi tackami przy jednym stole, wrzawa ucichła, wszystko wróciło na swoje zwyczajne tory.

 

- Nawet nie wiedziałem, że taki oddział w ogóle istnieje…

- Okręt jest ogromny i cholera wie, co tam jeszcze siedzi, może nawet sam Admirał nie ogarnia wszystkiego. Jest jeszcze parę takich grup żeńskich, z którymi już naprawdę nie chciałbyś się spotkać; na przykład te, co latają na tych lśniących prototypach, mało kto je widział, są osobnej sekcji zupełnie…

- A jak się nazywają?

- Modliszki.

sobota, czerwca 04, 2022

House of Five Leaves (Saraiya Goyou)

Z racji zastosowanego stylu postacie w tym anime wyglądały mi na smutne, zamyślone i z bagażem tragicznych doświadczeń. Było to wrażenie kompletnie mylne i szkoda, że obejrzałem serię dopiero teraz.
Główny bohater jest samurajem, i to dość sprawnym, choć widz prawie nie ma szans tego zobaczyć. Masa-san jest bowiem osobą o bardzo skrytym charakterze, brak mu pewności siebie i unika konfrontacji, gdy tylko może. W związku z tym jest wywalany z każdej kolejnej "samurajskiej" pracy i przyjdzie mu literalnie kopać rowy, by się utrzymać. Jednak pewnego dnia los styka go z niejakim Yaichim - człowiekiem olewającym prawie wszystko dookoła oraz prowadzącym mocno kontrowersyjną (mówiąc delikatnie) i na pewno nielegalną działalność polegającą na porywaniu dzieci z bogatych domów z żądaniem okupu. Jego współpracownicy mówią, że oni tak tylko pomagają, że porywają dzieci z domów, w których nie są dobrze traktowane i tak dalej, ale powoli sami przestają w to wierzyć. Yaichi, zafascynowany łagodną osobowością Masa-san, próbuje go wciągnąć w swój proceder, nawet mimo wyraźnego oporu samego zainteresowanego przed wikłaniem się w przestępczą działalność. Czy w związku z tym anime jest o świecie bezwzględnych przestępców w okresie Edo? No niezbyt - jest to bowiem przeważnie lekka opowieść obyczajowa o przemyśleniach Masa-san na temat ludzi, ich historiach i życiu codziennym w tamtych czasach. Są też momenty bardziej dramatyczne i nieprzyjemne, jak to w życiu - ale nic na siłę i na pewno bez popadania w ekstrema. Jest to anime dojrzałe, ale nie "edgy". Jest to anime powolne i prawie pozbawione akcji, ale nie nudziłem się ani chwili. Polecam.

sobota, marca 05, 2022

tajemnicze OVA z otchłani dyskowej

W czasach zamierzchłych, z przyczyn nieustalonych pościągałem jakieś OVA. Po dość długim okresie leżakowania postanowiłem się nad nimi ulitować i w końcu je obejrzeć, nim ruszę z oglądaniem kolejnych serii - a przynajmniej 25 minut zaraz po przyjściu do pracy przeważnie udaje się wygospodarować. Obejrzałem wiele z tego, co miałem zachomikowane i poniżej opisuję w kilku zdaniach co z tego eksperymentu wyszło.
Tono to Issho - adaptacja 4-koma, czyli czteroobrazkowego, humorystycznego komiksu. Ten konkretnie stroi sobie żarty z japońskich postaci historycznych ery Sengoku, niestety moja wiedza na ten temat jest przyzerowa. Dodatkowo tu i tam pokazują się japońscy celebryci, o których moja wiedza jest prawdopodobnie wręcz ujemna, bo znam tylko Hard Gaya. Choć całość była dla mnie zbyt hermetyczna, to obejrzałem z fascynacją podobną tej, jaką prawdopodobnie bym czuł oglądając istotę pozaziemską, więc raczej na plus, choć nie polecam.
Kimetsu no Yaiba: Mugen Ressha-hen - manga Demon Slayer na rynku amerykańskim rozwaliła konkurencję niczym gówno po polu, a film tylko kontynuuje tryumfalny pochód tej marki. O ile dla mnie osobiście pierwsza seria tv jest "zaledwie" dobra/bardzo dobra, tak film podobał mi się bardzo: mało bulszitu, mało Zenitsu, za to dużo akcji i emocji. Naturalna kontynuacja pierwszej serii, podkreślająca jej najmocniejsze strony.
Ginga no Uo Ursa Minor Blue - chłopiec mieszka sobie z dziadkiem w dziwnym obserwatorium, skąd czasami wypływają na morze gwiazd, obserwując świat pod nimi. Całość jest bardzo bajkowa, sympatyczna i okazyjnie dziwna bez żadnego konkretnego powodu i daje się przy tym wysiedzieć do końca.
Kyoufu no Bio Ningen Saishuu Kyoushi - prostszy tytuł to "Ultimate Teacher". Do szkoły pełnej chuliganów w opanowanej przez mniejszości etniczne Japonii (???) przybywa superkozak, który chce wszystkich porozstawiać po kątach. Przeciwstawić mu się może tylko panienka, która jest najsilniejsza ze wszystkich nastoletnich bandziorów, ale jej słabym punktem jest ujawnienie koloru jej majtasów. W skrócie: całość jest mocno absurdalna, niestety wiele dziwactw zmierza donikąd i nawet nie wiem, co ma być w nich śmiesznego (a bycie wystawionym przez 20+ lat na "japoński humor" nauczyło mnie wiele), a postacie były dla mnie niesympatyczne. W skrócie: jak dla mnie wujnia.
Code Geass: Nunnally in Wonderland - Code Geass oglądałem jak jeszcze byłem na studiach, a to było jakieś 15 lat temu. Anime, wyraźnie niskobudżetowe i będące głównie zabawą dla fanów, w umiarkowanie wesoły sposób przydziela role znane z "Alicji w Krainie Czarów" postaciom z anime, niestety większość z nich zapomniałem i nawet nie wiem, po co tam były. Wyłącznie dla fanów Code Geass, którzy nawet po kilkunastu latach żyją wspomnieniami.
Fairy Tail x Rave - spotkanie postaci z dwóch różnych mang Hiro Mashimy. Rave nie czytałem i nie mam pojęcia, co się tam dzieje, natomiast Fairy Tail całkiem lubię, nawet jeśli z mało ambitnych powodów (potężny fanserwis, kozacka muzyka w anime). Brak znajomości Rave przeszkadzał trochę w odbiorze, nie żeby autor bardzo głęboko wchodził w psychologię postaci - jest dużo pomyłek, durnych tekstów i walk, czyli wszystko, czego oczekiwałem i nic ponadto.
Midori no Neko - czyli Zielony Kot. Adaptacja jednej z krótkich opowieści autorstwa Osamu Tezuki, o którym powinieneś przynajmniej coś słyszeć. W skrócie: na Ziemi pojawiają się zielone koty, które swoim opiekunom zapewniają szczęście, co jednak w dłuższej perspektywie jest zgubne. Opowieść jest dość durna, ale całość pruje do przodu tak ostro, że oglądałem to z szeroko otwartymi oczami i otworem gębowym. Nie jest to dzieło sztuki, ale upakowane tak gęsto, że ciężko było się oderwać.
So Ra No Wo To Specials - serię tv odbierałem jako "moeszajs z ambicjami", który jednak nigdy nie poszedł z lore wystarczająco daleko jak na moje gusta. Pierwszy odcinek specjalny niewiele pomaga w zmianie tego poglądu, ale drugi wreszcie mówi więcej o świecie otaczającym nasz posterunek i ostatecznie był dla mnie satysfakcjonujący.
Trava: Fist Planet - OVA późniejszego twórcy filmu Redline, gdzie zresztą niektóre postacie z Trava się pojawiają, styl graficzny jest zresztą podobny. O ile Redline jedzie na amfetaminie, tak bohaterowie tej OVA wyglądają raczej na spokojnie zjaranych, mają dziwne dialogi i przez większość czasu raczej wolno kontaktują co się dzieje. Produkcja ma niewątpliwe walory artystyczne, ale według mnie podobnie jak film Redline jest to przerost formy nad treścią, w dodatku w tym przypadku brakuje sporo dzikiej energii filmu.
Ranma ½: Akumu! Shunmin Kou - Ranmy ani nie czytałem, ani nie oglądałem. Szanuję, ale seria jest długa i zawsze wydawało mi się, że całość jest zbyt powolna, by się angażować. Ta OVA pruje do przodu niesamowicie i atakuje cię coraz to innymi postaciami, akcjami i pomysłami. Oczywiście wszystkie te schematy widziałeś już wiele razy, ale skompresowane w jeden hiperaktywny odcinek po prostu bawią.
Grandeek - chyba jest to prolog mangi i na tym moja wiedza się kończy. Jakaś panna ma miecz, w którym mieszka dziadek dający jej wskazówki. Mieczy z duchami w środku jest na tym świecie więcej i niektóre są dosyć wredne, na przykład w OVA pewien duch mści się na zdrajcach, którzy doprowadzili do śmierci jego właściciela. Rozgrywa się to wszystko w dość ciekawym otoczeniu, pełnym starych wodociągów, czyżby jakiś mocno postapokaliptyczny świat? Niestety całość jest chyba zbyt ambitna, bo jest po prostu nudno i cały czas miałem wrażenie, że tę relatywnie prostą historię da się opowiedzieć lepiej i żwawiej. Ale bez tragedii.

sobota, lutego 19, 2022

Dr. Stone: Stone Wars

Dr Stone jaki jest, każdy widzi. Adresowany raczej do młodszej części publiki (szacuję, że w przedziale wiekowym 10-13 lat - nie bijcie), z mocno przegiętą fabułą i twarzami postaci żeńskich, na których może lądować Boeing z Maseczkami. Jest to jak dla mnie jedno z lepszych anime, jakie miałem przyjemność oglądać w ostatnich paru latach.
Stone Wars to już druga seria, opowiadająca o ataku na bazę Tsukasy, pragnącego stworzyć prymitywny świat superludzi, w opozycji do Senku, który chce uratować siedem miliardów skamieniałych istnień i przywrócić naukę do stanu sprzed kataklizmu, do czego ten koleżka - gdzie chemia, fizyka, biologia i reszta nauk ścisłych are his bitch (suck it down) - jest całkowicie zdolny. Pierwsza seria osiągnęła jak dla mnie poziom geniuszu (a przynajmniej Scen, Które Zapamiętam) opowieścią o ojcu Senku, która w swojej konkluzji miała element rodem z Xenogears. Seria druga ma tylko dwanaście odcinków, ale jest... intensywna, ponieważ wszystkie przygotowania i wynalazki z pierwszej serii znajdują tutaj swój użytek. Maszyna parowa, telefon, walkie-talkie (bo smartfony to nie są i nie będą, dopóki Senku nie oplecie planety na powrót satelitami): to wszystko zostanie wykorzystane do odzyskania "magicznej" jaskini, gdzie jest składnik zdolny nie tylko ożywiać skamieniałych ludzi, ale też posłuży do wyprodukowania dynamitu, który wysadzi (ha!) plan Tsukasy w powietrze. Nowy wynalazek to "tarcza z papieru", której zrozumienie kompletnie mnie zniszczyło, bo literalnie karoserie samochodów w naszym świecie są produkowane na tej samej zasadzie.
Nie spoilując zanadto: dowiemy się, dlaczego Tsukasa jest taki, jaki jest i będzie emocjonalny climax tej historii. Będzie plot twist, będzie akcja, będą cuda z kapelusza wyczarowane przez Senku, przy których MakGajwer to nowicjusz. I anime sprzedało mi to wszystko w sposób przekonujący, fascynujący i dało poczucie dużej satysfakcji, co nie zdarza się często. Ale, podobnie jak część pierwsza, dało mi jeszcze coś, co brzmi może górnolotnie, ale dalej jest prawdziwe: dumę z osiągnięć cywilizacji. Często sobie myślę, że lepiej byłoby nam bez tych ynternetów, irytujących clickbaitów, wynalazków oddalających ludzi od siebie (atomizacja społeczeństwa, jeśli chcemy poudawać mądrych). Ale Dr. Stone pokazuje mi, jak cudownym wynalazkiem są lekarstwa, ile trudu i pomyślunku trzeba, aby zrobić lodówkę albo zwykłą baterię czy żarówkę. Najczęściej postęp technologiczny wspominany jest w kontekście zanieczyszczenia środowiska (które najprawdopodobniej wkrótce zmieni naszą cywilizację to na znacznie gorszą) i broni masowej zagłady, ale jest też ta dobra, optymistyczna strona - i tym uczuciem Dr. Stone wręcz promieniuje.

poniedziałek, grudnia 27, 2021

Ixion Saga DT

Ixion Saga to była gra online chyba podobna do Monster Huntera - nie wiem za dokładnie, bo serwery zostały wyłączone już dawno temu i nawet screenshoty z niej nie pokazują się w google tak od razu. Grze towarzyszyła seria anime "Ixion Saga DT" - nie mam pojęcia w jakim stopniu i czy w ogóle była ona powiązana z grą, ale prawdopodobnie w ogóle.
"DT" w tytule ma oznaczać "Dimensional Transfer", ale od samego openingu jest silnie sugerowane, że "DT" pochodzi od "doutei" (童貞) czyli "prawiczek", co głównemu bohaterowi mocno przeszkadza, choć bodaj w czwartym odcinku spędził noc z transwestytą. Ale od początku - ciupiący maniakalnie w gry wideo młodzieniec zostaje przeniesiony do fantastycznego świata, a więc mamy do czynienia z ISEKAI! Isekai często mnie odrzuca, bo wprowadza te wszystkie statystyki, levele, czary, klasy postaci i tak dalej z gier wideo, na czym przedstawiany świat najczęściej traci. Tu na szczęście tych wszystkich śmieci nie ma, a Ixion Saga DT ma inne ambicje: chce łączyć randomową komedię z fabułą i tu spoiler: udaje im się.
Reżyser anime ponoć ten sam, co Gintamy, która też rzekomo łączy komedię z fabułą - nie wiem, Gintamę odpuściłem sobie dosyć szybko. Natomiast w Ixion Saga od początku wiadomo co i jak: nasz młodzieniec spada z nieba (literalnie) loli księżniczce i jej dwóm ochroniarzom, pakerowi walczącemu mieczem i pannie z pistoletami. Ta grupa ma za zadanie dyskretnie ją odeskortować do odległego miasta, gdzie nastąpią jej zaślubiny z jakimś księciem, co jest bardzo ważne z politycznego punktu widzenia. Po drodze oczywiście mają pasmo przedziwnych przygód, łącznie z zakładaniem nowej religii i śpiewaniem karaoke, ale anime nie ogranicza się tylko do tych postaci: ładnych parę epizodów koncentruje się głównie na grupie ścigających ich dziwaków, wynajętnych przez jakieś szare eminencje, by zatrzymać księżniczkę i tym samym ślub. Zresztą o wszystkich bohaterach dowiadujemy się całkiem sporo: a to nasz główny bohater w pewnym momencie odczuwa gigantyczną tęskotę za domem i reszta ekipy próbuje mu pomóc, na przykład próbując zrobić hamburgera i colę (co w tym świecie fantasy wymaga zgromadzenia najbardziej toksycznych i niebezpiecznych składników... w naszym zresztą też). Albo mięśniak z mieczem okazuje się być kochającym zwierzęta i inteligentnym człowiekiem z wykształceniem architektonicznym. Albo panna z pistoletami już w pierwszym odcinku okazuje się być faceetem, a łzawa backstory tej postaci, sprzedana w jednym z epizodów, okazuje się byc jednym wielkim kitem. Albo loli księżniczka okazuje się być... a zresztą sami już wiecie, gdzie to zmierza.
W każdym razie: jak dla mnie anime łączyło randumb komedię z całkiem przyswajalną fabułą w sposób bardzo udany. Po prostu byłem ciekaw, co będzie dalej, jaka będzie kolejna przygoda, w jakie to dziwne rejony zawędruje nasza ekipa. Dzięki nieco bardziej rozbudowanym charakterom (w porównaniu do standardowego czysto komediowego anime) seria mocno zyskuje i jest po prostu bardzo dobra. Warto obejrzeć całe, mimo niemałej liczby odcinków.

sobota, października 30, 2021

Kaiba

 Kaiba od samego początku atakuje cię unikalnym stylem i inaczej nie będzie: albo to kupujesz, albo nie, bo niestandardowe projekty bardziej przypominają wczesne kreskówki Disneya z królikiem Oswaldem niż popularne anime. Dziwactwo to jednak działa na korzyść fabuły: bo oto w tym świecie osobowość danej istoty może być zamknięta w metalowym stożku i przeniesiona do innego ciała. Świat poznajemy oczami mocno przymulonego Kaiby, dla którego wszystko jest dziwne - i od razu dowiadujemy się, że mimo infantylnego stylu dzieją się tu rzeczy przykre, acz spodziewane.

 


Bo oto atrakcyjne ciała są sprzedawane zamożnym przez biednych, aby wyżywić rodzinę. Że - a jakże! - ciała mogą być wykorzystywane na różne zboczone sposoby. Albo że dzięki urządzeniu pozwalającemu wnikać w świat wspomnień danej osoby można odkryć naprawdę nieprzyjemne rzeczy. A życie generalnie w świecie tego anime można stracić bardzo łatwo.

 

ambitne anime z silnym zacięciem artystycznym
 

Ze względu na to wszystko seria potrafi być dość obciążająca emocjonalnie - zacząłem ją oglądać w momencie premiery, czyli w 2008 roku, i po epizodzie z Chroniko dałem sobie spokój, bo ten rok nie był dla mnie - delikatnie mówiąc - najlepszym. Obecnie, uzbrojony w wiedzę na temat tego, jakiego kalibru anime oglądam, postanowiłem zacząć od początku i obejrzeć całość.

 

 

Mimo wspomnianej już niezwykłej i dość obco wyglądającej oprawy, mniej więcej pierwsza połowa to jedna z najbardziej japońskich rzeczy, jakie oglądałem: fabuły poszczególnych odcinków opowiadają o trwaniu, cichym przemijaniu, o pokornej akceptacji swojego losu. Nie wierzysz? Obejrzyj sam, bo zdecydowanie warto. Natomiast druga połowa tej 12-odcinkowej serii odpala wątek główny, który prawie w ogóle mi nie podszedł - nie mogłem się w to wszystko wczuć, w dodatku jeden z odcinków (bodajże jedenasty) był tak bezdennie głupi, że aż sobie pomyślałem, że to celowe, na przykład: pewien koleś trzyma niezwykle ważną dla niego rzecz, dla której dokonał wielu paskudnych rzeczy, wygrał i właśnie jest w drodze na szczyt (literalnie, jedzie tam windą). Tak sobie pomyślałem wtedy, jakże tandetne byłoby, gdyby w tej chwili ten cenny przedmiot upuścił w przepaść - zgadnijcie, co się za chwilę stało...


Mimo według mnie słabej końcówki uważam, że Kaiba jest anime zdecydowanie godnym polecenia, i to nie tylko pretensjonalnym dupkom chwalącym każde anime, które wygląda trochę inaczej i nic poza tym - jak dla mnie Kaiba zawiera dostatecznie dużo naprawdę dobrej i wywołującej emocje fabuły, aby obejrzeć całość. Nie był to aż taki hit, jak się spodziewałem, ale i tak jest naprawdę dobrze.


sobota, września 25, 2021

Baka to Test to Shoukanjuu Ni!

Wiele, wiele lat temu miałem dużo więcej czasu na oglądanie anime. Wtedy byłem też bezrobotnym człowiekiem bez żadnych widocznych perspektyw i o bardzo niskiej samoocenie, więc generalnie nie żałuję zmiany tego stanu rzeczy. Mimo to udało się obejrzeć sporo, a część tytułów doczekała się również swoich kontynuacji, których do tej pory nie oglądałem.



Nie inaczej jest z Baka to Test, które jest kolejną szkolną komedią, jakich mamy literalnie setki, jednak setting tutaj jest nieco odmienny: uczniowie mogą przyzwać stworki, które toczą ze sobą pojedynki (za zgodą nauczyciela), a siły mają one tyle, ile punktów zdobył uczeń na testach. Jest też bardzo wyrazisty podział według poziomu zdolności, gdzie ci topowi mają luksusowe klasy, a ci najgorsi z klasy F siedzą przy swoich stolikach na podłodze. Całość jest jednak mocno na wesoło, co akcentuje nie tylko styl przypominający Sayonara Zetsubou Sensei w wersji light (częsta zmiana kolorów, dużo napisów na tablicach i tym podobne), ale też przegięte gagi, gdzie na przykład nad facetem nawiązującym jakąś relację z dziewczyną natychmiast zbiera się sąd kapturowy zazdrośników i wyznacza mu karę.

W 2018 roku oglądałem dwuodcinkową OVA o szkolnym festiwalu i bawiłem się na tyle dobrze, że postanowiłem ruszyć drugi sezon serii tv, który wisiał na mojej liście "currently watching" od, uch, wielu lat. Co do wrażeń...

Seria ma gagi, w liczbie nie większej niż liczba dwucyfrowa. I cały czas pokazuje je na zmianę, aż do znudzenia i jeszcze dalej. O ile w OVA oglądanej wiele lat po pierwszej serii te nie zdążą się znudzić, tak tutaj dość szybko miałem dosyć. Seria na swoje szczęście ukrywa w sobie odcinki odmienne, jak ten z przeszłością hurr durr pettanko dziewczyny i jej problemy z pokonaniem bariery językowej po przeprowadzce do Japonii, ale w mojej opinii nie było ich na tyle dużo, by uratować serię od monotonii. Mimo to nie jest źle, bo hiperaktywność dowozi tę produkcję do szczęśliwego końca, jednak myślałem, że będzie lepiej. Nie żałuję czasu poświęconego na dokończenie tej serii, ale jednak nie mam go aż tak wiele, żeby wyrzucić z głowy myśl, że mogłem obejrzeć coś ciekawszego.

sobota, września 11, 2021

dwudziesta rocznica zamachu na World Trade Center

Trudno uwierzyć, że minęło już tyle lat. Pamiętam to doskonale - zaczynałem właśnie trzecią klasę technikum, miałem wtedy siedemnaście lat. Po powrocie ze szkoły zawsze włączałem tv i przełączając kanały zobaczyłem, że wszędzie serwisy informacyjne nadają o tragedii: samolot wbił się w jedną z wież słynnego budynku World Trade Center i mówiono o "wypadku". Oglądałem na żywo, jak wbijał się drugi: to było bodajże pierwsze ujęcie z poniższego filmiku, z helikoptera telewizji ABC:

W tym momencie już nikt nie miał wątpliwości, co się stało - to był precyzyjnie zaplanowany zamach terrorystyczny. Porwane zostały jeszcze dwa samoloty, z których jeden uderzył w Pentagon, a drugi rozbił się na polach, ponieważ pasażerowie podjęli próbę odzyskania kontroli nad samolotem. Wszyscy zginęli.

Ale to zniszczenie World Trade Center zapisało się w umysłach milionów, a może nawet i miliardów ludzi - również i w moim. To było coś kompletnie nierealnego, jak z filmu - tyle że tutaj ludzie musieli podejmować decyzję o tym, czy skoczyć na pewną śmierć, czy spalić się żywcem (ludzie w pobliżu musieli uważać nie tylko na spadające fragmenty wieżowca, ale też na spadające ciała). Jakąś godzinę później pierwsza z wież zawaliła się, wznosząc chmurę pyłu, która sunęła ulicami niczym w scenie destrukcji z filmu "Dzień Niepodległości". Jakiś czas potem zawaliła się druga, grzebiąc między innymi ponad trzystu ratowników, próbujących ewakuować jak największą ilość ludzi.

Sytuacja była tak nierzeczywista, że naprawdę nie wiadomo było, jak na nią zareagować: jedni płakali i przejęli się losami ofiar, drudzy szydzili z tych pierwszych. Naturalną reakcją obronną umysłu przed traumatycznymi wiadomościami jest żartowanie z tego - tak więc przez pewien czas krążyło mnóstwo niepoprawnych politycznie żartów, lepszych i gorszych (pamiętam, jak na maturze mój kolega zrobił z długopisu i ekierki samolot i wbił go w kartony z sokiem).

Potem naturalnie zaczął się kręcić biznes, komentarze, dochodzenia, polityka i generalnie próba wyciągnięcia z tej tragedii jak najwięcej, jak to zazwyczaj się dzieje przy tak wstrząsających wydarzeniach. Pośród szczerych wyrazów żałoby pojawili się też ludzie cynicznie wykorzystujący sytuację do swoich celów, grając na ludzkich emocjach.

 

Za jedną z bardziej kuriozalnych reakcji uważam komiks (?) Arta Spiegelmana (tak, tego od "Maus") "In the Shadow of No Towers". Opisuje on tam, jak próbuje odnaleźć córkę, która chodziła do szkoły na Manhattanie - i cały chaos i szalone reakcje ludzi na tę tragedię. Dość powiedzieć, że w Stanach nikt za bardzo nie chciał mu tego wydać.



Jednak minęło już tyle czasu - gruzowisko uprzątnięto i postawiono tam One World Trade Center, a kilka innych wieżowców w pobliżu też jest ukończonych lub wkrótce zostanie. Obecnie mamy dużo więcej nowych problemów i zamach na WTC powoli przechodzi do historii, ale przez wiele lat jego konsekwencje wpływały na nasze życie. Niestety nic dobrego z tego nie wynikło dla nikogo: zwiększyły nienawiść do muzułmanów i podejrzliwość według wszelkich obcych chociażby (przez pewien czas u mnie w biurze pracował osobnik z Algierii - dość powiedzieć, że miejsca długo nie zagrzał, choć głównie z własnej winy). Skuteczność tego ataku ośmieliła innych szaleńców, stąd zamachy w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech ("jak tam somsiedzie, znowu zamach?") i wiele innych. Na lotniskach przechodzisz szczegółowe kontrole i nie możesz zabrać między innymi większych pojemników z płynami - pamiętam, jak na którymś z londyńskich lotnisk nawet widziałem specjalny zlew, do którego musisz wylać nadmiarowe płyny, jeśli przez nieuwagę jakieś zabrałeś.

Atak na WTC był brutalnym przebudzeniem dla ludzi w moim wieku i trochę starszych, że powojenny świat właśnie się zmienił - i to na gorsze, nawet jeśli wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.

sobota, września 04, 2021

Super Mobile Legend Dinagiga

Anime zainteresowałem się pod sam koniec lat 90., a Final Fantasy VII oraz Dragon Ball, który wtedy zaczynał lecieć na nieistniejącym już od blisko dwudziestu lat kanale RTL7, wydatnie w tym pomogły. W przeciwieństwie do dzisiaj, gdzie literalnie możesz włączyć swój smart tv i na najpopularniejszym serwisie streamingowym możesz jakieś tam anime obejrzeć, wtedy dostęp do czegoś innego niż mainstream był mocno utrudniony. Ale jednak człowiek miał świadomość, że gdzieś tam ukryty jest świat hen... to znaczy anime odmiennego od tego, co można zobaczyć w popołudniowym paśmie kreskówek.

 


 

 

Super Mobile Legend Dinagiga to dwuodcinkowa OVA z końca lat 90., jeśli to nie jest oczywiste już po samej okładce. Nie ma się za bardzo o czym rozpisywać: mamy genki girl, która ma Ukrytą Moc, mamy Tajemniczą Dziewczynę z Przeszłością, mamy też kilka oczywistych zrzynek z Evangeliona w postaci pseudomistycznego bełkotu i dziwacznych mechów. Całość jest po prostu przeciętna, ale według mnie solidna, dlatego bardzo niska średnia ocena na MAL (nieco poniżej 5) raczej mnie dziwi.

Ale jest jedna rzecz: w paśmie kodowanym Canal+ puszczano właśnie tego typu rzeczy. Canal+ nadawało (nie mówcie mi, że nadaje dalej) kodowany sygnał, za oglądanie/odkodowanie którego trzeba było dodatkowo zabulić, kupując dekoder. Takie to były czasy, że znaleźli się ludzie gotowi płacić za oglądanie "13 Posterunku", ale było też parę innych, ciekawych rzeczy, jak na przykład "South Park", który miał wtedy swoje pierwsze sezony i był sensacją. Było też Armitage III, Iria i parę innych i nie zdziwiłbym się, jeśli Dinagiga była wśród nich.

Czasy wymieniania się kasetami VHS z nagraniami paskudnie zakodowanych, ale dających się oglądać zapomnianych OVA, hentajów i odcinków South Park słusznie minęły, ale z drugiej strony trochę szkoda - nawet przeciętne produkcje, które udało się wyszarpać, stawały się przez sam ten fakt atrakcyjne i tajemnicze. Oh well.

sobota, sierpnia 21, 2021

Rokka no Yuusha / Braves of the Six Flowers / 六花の勇者

The Book of Bantorra to jedno z moich ulubionych anime w ogóle, którego fabuła zawierała takie odpały, że mało która seria może się równać. 27 odcinków adaptowało 10 tomików light novel, co zmusza studio do wycinania bulszitu i zostawiania tego, co najważniejsze - zabieg ten potrafi być zbawienny i może uchronić widza przed dużą dawką czegoś, co pieszczotliwie nazywam "smętnym pierdoleniem" - postacie w light novels potrafią snuć bardzo abstrakcyjne przemyślenia i porównania, które może dla przeciętnego Japończyka mają jakiś sens, ale zazwyczaj rozwalają się o mur kiepskiego tłumaczenia na angielski. Tymczasem anime Rokka no Yuusha na adaptację jednego tomiku light novel poświęca 12 odcinków...

Pierwsze, co zwraca uwagę, to stylistyka - budynki i niektóre stroje przypominają te cywilizacji Ameryki Południowej, dorżniętych potem przez konkwistadorów. Nic z tego dla fabuły anime nie wynika, a przynajmniej ja tego nie zauważyłem. Nieważne - lore jest takie, że co jakiś czas na półwyspie pełnym toksycznego syfu odradza się Demon Lord, wysyłający zastępy potworów, by mordowały mieszkańców kontynentu. Jednak bogini wyznacza do walki z nim sześciu Bohaterów, których łatwo można poznać po tym, że na ich ciele pojawia się symbol kwiatu złożonego z sześciu płatków. Bohaterowie mają się zebrać, pójść do krainy toksycznego syfu i naklepać Demon Lorda, aby zapewnić ludziom spokój na kolejne parę setek lat.

Oprócz tego istnieją tak zwani "Święci", którzy dysponują jakąś mocą: przywoływania ostrzy, poruszania skał, tworzenia mgły, wywoływania ognia i tak dalej. Albo anime kiepsko to tłumaczy, albo ten system mocy nie ma sensu - niby może być tylko jeden Święty danego "typu" i wszyscy są znani, ale pojawiają się nowe typy, o których wcześniej nie słyszano; Święci mogą być równocześnie Bohaterami; Święci mogą być nawet silniejsi od niektórych Bohaterów i tak dalej. Miałem ochotę czepiać się dużo większej ilości szczegółów, no ale dobra: odradza się Demon Lord, a powołani Bohaterowie wyruszają w podróż, oto i oni:


Adlet Mayer. Wyobraźcie sobie zawsze pozytywnego i pełnego energii bohatera shounena, a potem odejmijcie wszystkie cechy, które mogą sprawić, że bohater jest sympatyczny. Adlet jest denerwującym, natarczywym błaznem, który każdemu wciska kit, że jest "najsilniejszym człowiekiem", choć tak naprawdę jest tylko w miarę zwinny i ma dużo dziwnych broni, niczym ninja. Choć i tak najwięcej czasu spędza na mówieniu o przyjaźni, zaufaniu i uczuciach - w tak naiwny i irytujący sposób, że nawet pozostali Bohaterowie mają go za uciążliwego głupca, a co dopiero widz. Aha, to główna postać tego anime.


Nashetania (Loei Piena Augustra) to księżniczka zagrożonego królestwa, jedna z Szóstki i równocześnie Święta od Ostrzy: potrafi generować je z powietrza i ciskać we wroga, z dość dobrym skutkiem - ostrza skutecznie szatkują tak potwory, jak i otoczenie. Sama w sobie jest dość słaba i jeśli ktoś podejdzie ją z zaskoczenia, to jeden strzał na maskę i leży. Ma swojego simpa (o nim za chwilę), który robi za tanka, podczas gdy Nashetania jest damage dealerem.

Z charakteru naiwna, zupełnie jak ktoś, kto całe życie spędził w pałacu, i bez większego doświadczenia w prawdziwej bitwie. Jako jedyna zaufała Adletowi, denerwującemu przybłędzie znikąd, i razem wyruszają w podróż, gdy pojawia się omen zwiastujący powrót Demon Lorda. Czerwone oczy i strój przypominający królicze uszy wyglądają dość tandetnie, poza tym anime chyba próbuje ją sprzedać jako materiał fanserwisowy #nikogo.

 

Goldov to wspomniany simp-tank księżniczki, wierny niczym pies. Przeciętny pies ma jednak bardziej interesującą i złożoną osobowość od tego osobnika, który zazwyczaj zajmuje się opieraniem o ścianę i mruczeniem pod nosem swoim zaskakująco niskim jak na nastolatka głosem. Potrafi mocno przyklepać i jest bardzo silny, ale jego strój kojarzy mi się ze... ślimakiem? Pewnie przez ten hełm. Klatkę piersiową spina mu pas, który wygląda jak biustonosz i całość wygląda niezwykle wręcz obciachowo.




Flemie/Fremy nosi pasek na klatce piersiowej jako biustonosz i wygląda to niezwykle atrakcyjnie, design 10/10 would order a wallscroll. Z przyjemnością też informuję, że cosplay Flemie istnieje. Niestety tu pozytywy się kończą - osobowość tej postaci to angsty kuudere, jeśli można to tak opisać: zimna........ wycofana........ pragnie zabić wszystkich............... za to, co mi zrobili.............

Mimo że Flemie ma odpowiedzi na wiele pytań fabularnych, reszta pyta ją tylko o mizerną część tego, czego powinni się dowiedzieć. Między nią a Adletem wydaje się iskrzyć, ale wszelkie próby wyrażenia emocji przez którąś ze stron to solidna dawka cringe'u, a w najlepszym przypadku nudziarstwa.





Po paru odcinkach Bohaterowie w końcu zbierają się w umówionym miejscu przy świątyni w sercu dżungli, gdzie ma być aktywowana magiczna mgielna bariera, która odgrodzi resztę kontynentu od wydostających się z przeklętego półwyspu demonów. Nie pytajcie mnie, jak to dokładnie działa, bo nie do końca to zrozumiałem, ale najważniejsze jest to, że cały plan się sypie i KTOŚ za wcześnie aktywował barierę, przez co Bohaterowie zostają uwięzieni i muszą znaleźć sposób, jak się wydostać. No i ustalić, kto spośród nich jest fałszywy, bo miało być sześciu Bohaterów, a przyszło siedmiu.

 

 

Pozostali to:

Maura - wysoka pani w fioletowej sukni (?). Święta od Gór, która potrafi potężnie przyklepać. Ma wyraźne skłonności przywódcze i nauczycielskie, bo jest jedyną osobą, której słucha pewien denerwujący dzieciak. Niestety szybko się też denerwuje i bardzo nie lubi rzeczy, które nie pasują do jej poglądów.

Chamot - wspomniany irytujący dzieciak w zielonych szmatkach, przez co przypomina trochę żabę. Wszystkich podejrzanych najchętniej by torturowała albo z miejsca zabiła - bo jeśli nie są prawdziwi, to od razu będą wiedzieć (jeden płatek ze znamienia Bohatera stanie się u wszystkich czarny). Ma jakąś potężną moc i jest w stanie nią naklepać każdemu, stąd jej bezczelność. Nosi też cały czas ze sobą kłos - po co? By wywołać odruch wymiotny, proste.

Hans - płatny zabójca, co stanowi dowód, że wśród kryteriów wyboru stosowanych przez boginię moralność czy pobożność nie mają priorytetu. Hans jest chyba jeszcze bardziej bezczelny niż Chamot, jak również stylizuje się na kota (czy też catboya): ma sztuczny (chyba?) ogon i co chwilę wplata "nyaa" w swoje wypowiedzi. Jego śmiech jest tak denerwujący, że gdyby to zrobił obok mnie, prawdopodobnie spróbowałbym zrobić mu krzywdę - co niestety źle by się dla mnie skończyło, bo Hans jest niezwykle zwinny i zna swoje rzemiosło. Można powiedzieć, że ma te "kocie ruchy"... I will see myself out.


Fabuła od tego momentu rozwija się tak, jak można to przewidzieć: Bohaterowie omawiają reguły aktywacji bariery i stają się coraz bardziej podejrzliwi wobec siebie. Dramatyczna szarpanina ciągnie się aż do finałowego odcinka, bo dopiero wtedy zostaje ujawnione, kto jest fałszywym bohaterem. Niestety intrygi nie są jakieś specjalnie wyrafinowane i raczej stanowią głównie pretekst do młócki - a według mnie szkoda, bo była szansa na porządną fabułę detektywistyczną, gdzie każda z postaci ma jakiś motyw, została przyłapana na jakimś kłamstwie i widz sam może się zaangażować i próbować odgadnąć, kto jest sprawcą. Tutaj ten element jest znacznie zredukowany.

No ale mamy finałowy odcinek i przyszedł czas na ujawnienie, który z Bohaterów jest fałszywy i to jest główny powód tego, że zdecydowałem się o tym anime napisać. Bo ustalenie tożsamości sprawcy następuje literalnie tak: "lol właśnie żeśmy znaleźli pod ziemią kamienne tablice dokładnie opisujące, jak aktywować barierę i teraz już wiemy, że to właśnie ta osoba to zrobiła xD"

Jako widz jesteś niemal bez szans, by samemu się domyśleć - to tak jak w powieści detektywistycznej na samym końcu okazuje się, że mordercą był ktoś, kto na kartach powieści wcześniej się w ogóle nie pojawił. Uważam, że jest to mocno nie fair i przez to całą fabułę mam za tandetę - a szkoda, bo było kilka ciekawych wątków dotyczących natury potworów, o których powiedziano nam bardzo mało. Na końcu pojawia się ciekawy plot twist, którym Bohaterowie jednak "nie mają teraz czasu się zająć", co tylko dopełnia w moich oczach obraz bałaganu i tandety.

Ile z tego można było uniknąć, gdyby twórcy anime krytyczniej podeszli do materiału źródłowego? Czy kolejne sezony byłyby lepsze? Tego się nie dowiemy, bo anime zaliczyło klapę i kontynuacji prawie na pewno nie będzie. Samej light novel powstało w sumie sześć tomików (plus jakiś jednotomowy spin-off) i od paru lat seria jest w zawieszeniu, czyli w praktyce porzucona.

O ile autor nie pisze czegoś innego pod pseudonimem, to chyba w ogóle zmienił karierę, bo nic innego już nie wydał - a szkoda. Ja sam mam ostrożną ochotę sięgnąć po kolejne tomiki light novel (wszystkie zostały przetłumaczone na angielski), ale biorąc pod uwagę powyższe chyba dam sobie spokój.

sobota, grudnia 05, 2020

Tatakau Shisho: The Book of Bantorra

 

Jakieś dziesięć lat temu uciekinierzy ze studia Gonzo założyli własne: David Production. Dziś już słynne za sprawą adaptacji JoJo na pierwszą w historii tej zasłużonej mangi serię telewizyjną, łatwych początków nie miało, szczególnie, że na jedną ze swoich pierwszych serii wybrali temat tak trudny, jak Tatakau Shisho: The Book of Bantorra.

 


 

Anime pojawiło się trochę znikąd i jak samo David Production, początek miało trudny. Pamiętam, jak wielu ludzi dropnęło oglądanie już po pierwszym epizodzie, odrzuconych zamotaną fabułą i kiepskimi elementami CGI (tak, kolego ImpulseM, do dzisiaj ci to pamiętam). Na dokładkę można też dorzucić, hm, spartański opening 1 z piosenką Ali „wszystkie utwory są takie same” Project, do którego dopiero po paru odcinkach dorobiono jakąś animację, którą jednak już trudno było zapomnieć: do obadania jest tutaj https://vimeo.com/13660917 i jest 18+ tak na dobrą sprawę. Zresztą design postaci żeńskich, szczególnie na okładkach tomików light novel (bo mamy do czynienia z adaptacją serii mikropowieści), bardziej wskazuje na anime w stylu innych „książek” (Bible Black, jeśli ktoś nie załapał), niż na coś konkretnego. Mimo tych przeciwności ja zostałem i bardzo się z tego cieszę, bo jest to jedno z najlepszych anime, jakie oglądałem w życiu.

O co chodzi: ludzie po śmierci zamieniają się w książki. A konkretniej: w kamienne tablice. Po ich dotknięciu można poznać wspomnienia zmarłego. Książki te składowane są w bibliotece i strzeżone przez „uzbrojonych bibliotekarzy” (Tatakau Shisho), którzy pilnują, by książkom nic się nie stało, ścigają złodziei i handlarzy wspomnieniową pornografią (nie żartuję). Szefową jest niejaka Hamyutz Meseta, pani z cyckami tak wielkimi, że nawet inne postacie zwracają na to uwagę (a przecież to anime!), której w walce mało kto jest w stanie przyfikać. Poszczególni „bibliotekarze” mają też – a jakże – różne magiczne zdolności, którymi posługują się w walce z adwersarzami.

Co w tym anime jest takiego dobrego? Teraz już znam dobre porównanie: fabuła potrafi wykręcić takie wywijasy, jak pewna raczej znana już gra: NieR. Sytuacja może wywrócić się do góry nogami w ciągu kilku odcinków. Gdy myślisz, że sytuacja jest poukładana, to przyłazi jakiś mocarz, do którego nikt nie ma startu. Dowiadujemy się o postaciach i o samej Bibliotece rzeczy, których lepiej byłoby nie wiedzieć. Jeden tomik light novel to kilka odcinków anime, a potem akcja potrafi mocno „przeskoczyć” i nikt się nie przejmuje, czy kogoś polubiłeś albo sądziłeś, że jest tak, a nie inaczej. Cały czas dzieje się coś nowego i zaskakującego, aż do samego końca, które – w sumie mój jedyny zarzut – nie jest satysfakcjonujące i do końca miałem nadzieję na jakiś ostatni plot twist, no ale niestety zostaliśmy z tym, co się stało i trzeba sobie z tym poradzić.

Nie chcę zdradzać jakichś szczegółów z fabuły – po prostu sam spróbuj obejrzeć. Anime popularności żadnej nie zdobyło i dość trudno jest je polubić, a wiele wymienionych wcześniej cech może odrzucić już na starcie, ale według mnie warto dać mu szansę i obejrzeć przynajmniej pierwsze 5-6 odcinków. Ja, na ten przykład, nabrałem ochoty, by obejrzeć je ponownie...

(tekst pierwotnie powstał na potrzeby cyklu "Kultura" na PPE)

sobota, listopada 28, 2020

Vshojo

Przy eksplozji popularności HoloEN wiadome było, że szybko pojawią się ludzie chcący wykroić kawałek tortu również dla siebie, stąd mnóstwo niezależnych vtuberek mówiących po angielsku. Również naturalne jest to, że powstanie większa agencja zrzeszająca i/lub kreująca tego typu postacie wyłącznie na rynek japoński no i mamy: Vshojo. Dość długo myślałem, że powinno to być "Vshoujo", "vtuberowa dziewczyna" czy coś takiego, ale jak dopiero wczoraj doczytałem, to powinno być "bishojo", czyli "piękna dziewczyna"... I dalej powinno to być "shoujo", ale ja nie o tym.

Założyciele tego interesu to:

- koleś imieniem Justin, który był w ekipie zmieniającej Justin.tv w znany i nielubiany Twitch. Chyba nie jest za specjalnie skłonny do wyprowadzania ludzi z błędu, że nie jest "tym" Justinem (współzałożycielem), tylko "innym" Justinem,

- koleś, który robi jakieś dziwne gry i piosenki.

 


 

 

Na sam start zabawiać ma nas siedem postaci, z których większość i tak już znamy i będzie prawdopodobnie z tego wielki problem, o czym za chwilę. Talenty to:

Apricot/Froot/że jak - nie mam za bardzo pojęcia kto to jest i czy ta vtuberka miała jakieś wcześniejsze wcielenie, czy to dopiero jest jej debiut. Rysuje.

Zentreya - smoczyca z wielkimi cyckami, która siedzi w tym interesie już kilka lat. Podczas streamów porozumiewa się albo tekstowo, albo korzysta z syntezatora mowy, więc najprawdopodobniej jest to facet.

Hime Hajime - grana przez Sydsnap (żona czy tam narzeczona Gigguka, anituberka), co jest tajemnicą tak źle skrywaną jak to, że Gawr Gura to Senzawa. Jeszcze nie zadebiutowała, w związku z czym nie wiem, czy jej postać ograniczy się wyłącznie do "ara ara moje cycory są tak wielkie, że aż strzela mi kręgosłup". "Hime" to "księżniczka", "hajime" to "początek", a "hime hajime" to "pierwszy seks w nowym roku", ponieważ język japoński.

Nyatasha Nyanners - osoba z chyba największym "elektoratem negatywnym". Wiele lat temu, będąc znacznie młodszą, baitowała pedofili na 4chanie, by potem przyjąć postawę anti-gamergate i anty-4chanową. Ostatecznie została vtuberką i tak jest do chwili obecnej.

Silvervale - wprawdzie nic nie wiem o tej postaci, ale działa w biznesie już jakiś czas i jej avatar chyba wyjaśnia wiele. Podobno potrafi być dość histeryczna.

Projekt Melody - jakiś czas temu było o niej dość głośno z racji tego, że masturbująca się wirtualna postać odbiera chleb prawdziwym camgirls masturbującym się w sposób prawidłowy. Okazuje się, że potrafi ona przyciągnąć szerszą publikę niż ta, która zadowoli się wyłącznie odgłosem dyszenia do mikrofonu i tekstami "jestem hentai czy jestem sztuką" i została "safe for work" vtuberką. Widziałem parę klipów z nią i osobiście nie jestem przekonany do jej talentów poza operowaniem wirtualnym łapskiem w okolicach wirtualnego krocza postaci jako żywo przypominającej Neptunię.

Ironmouse - chyba jedyna postać z tej grupy, którą lubię. Potrafi śpiewać (według mnie bardzo dobrze/świetnie) i rzucać według mnie zabawnymi tekstami, bez przesadnej dramy. Chyba ma córkę, jeśli dobrze pamiętam. Jej głos to czyste anime, który najprawdopodobniej jest efektem jej ciężkiej choroby: ma CVID, czyli silne zaburzenia systemu immunologicznego, dużo leży w łóżku i jest podpięta do jakichś rur. Oczywiście zawsze jest pytanie: do yu rele beleb, czyli nie ma pewności, że ta opowieść o chorobie jest prawdziwa, czy to jakaś szeroko zakrojona mistyfikacja obliczona na wyciągnięcie kasy od widzów, ale według mnie nie. Za to jej fanbase podobno jest absolutnie toksyczna, choć szczęśliwie tego osobiście nie sprawdzałem.


Na chwilę obecną Vshojo według mnie najpóźniej za pół roku zacznie generować dramaty, które nikomu nie są potrzebne: po pierwsze założyciele wydają się być parą śmieszków, a nie osób gotowych na ciężką walkę o pozycję i pieniądze dla siebie i swoich talentów. Również prawie wszystkie ich vtuberki to osoby, które miały indywidualną karierę i do tej pory były niezależne. W przypadku takiego Hololive większość osób dostało avatary i technologię od firmy, jest związane kontraktami, ma wytyczone reguły postępowania, jest wprowadzane w grupach stworzonych do współpracy ze sobą. To rozwiązanie ma swoje wady, ale struktura na pewno jest dość solidna: nawet jeśli dziewczyny się żrą poza "kamerami", to chyba nic nigdy z tego nie przeciekło na ekran. W przypadku Vshojo, gdy zejdą się indywidualności z określonym dorobkiem, to jest spora szansa, że szybko pojawią się konflikty, podgrupy i inne ciekawe dynamiki społeczne - czas pokaże.

niedziela, listopada 22, 2020

[na szybko] Re: Zero, część pierwsza sezonu drugiego

Pierwszym moim wpisem na tym wyciągniętym z odmętów niepamięci blogu była opinia o pierwszej serii Re: Zero, które to anime wzięło mnie kompletnie z zaskoczenia. Kolejne wpisy, sądząc po ilości wyświetleń, radzą sobie "nieco" gorzej, podobnie jak pierwsza część drugiej serii Re: Zero haha lol #zaorane. Oto trzy powody dlaczego tak uważam:

1. Brak elementu zaskoczenia. Pierwszą serię oglądałem z takim podejściem, że jest to coś co najwyżej przeciętnego i popularnego jedynie dzięki memom "kocham Remilię". Seria okazała się być zbiorem różnorodnych pomysłów, gnała przed siebie od zagadek niemal detektywistycznych po sceny batalistyczne i szarpnęła mnie parę razy, o czym zresztą pisałem. Seria druga też ma parę plot twistów, które jednak rzadko mają jakiś istotny wpływ na coś, bo toną one w morzu bzdur. 



 

 2. Morze bzdur. Moja hipoteza jest taka, że w pierwszej serii poleciano z adaptacją light novels całkiem szybko, w związku z czym sporo dialogów (i związanego z nimi rozwodnienia fabuły i cringe'u) poszło pod nóż. Ta część zdaje się adaptować wszystko dużo bardziej szczegółowo, w związku z czym bohaterowie pierniczą o sprawach, które mnie nie interesują, nie mają w danej chwili znaczenia albo *mogą* być ważne później, a nie idzie ich spamiętać. Jakieś klony? Loli z biblioteki nie chce żyć i czeka 400 lat na wuj wie kogo? Królicza bestia? Wiedźmy toczą jakąś kłótnię nie wiadomo w sumie o co? Może to moja wina, bo z racji zmęczenia pracą mój mózg nie pracuje na pełnych obrotach i mogłem po prostu tego wszystkiego nie zrozumieć, ale chyba nie.

 


 



3. Nuda. Przez większą część serii albo ganiają się po ciemnym lesie, albo siedzą na defaultowej tapecie Windows XP i piją płyny owodniowe ducha (?) uważającej się za sprytną wiedźmy (najlepsza postać jak na razie btw). Większość emocjonalnych "peaków" z pierwszej serii jest według mnie źle pokazana, czyli bez należytego podbicia, jak i payoffu: wielki potwór masakruje mieszkańców samobójczo rzucających się w obronie Subaru, ale potem ten wątek znika to tak szybko, jak się pojawił i w sumie nie ma na Subaru wpływu. Homoczarodziej morduje Ram i Garfiela, a potem daje się zeżreć żywcem przez króliki, ale co z tego? Mamy epizod z rodzicami Subaru, ale jego historia ani mnie nie poruszyła, ani nawet nie jestem pewien, czy sam sobie tego wszystkiego nie wymyślił, żeby poczuć się lepiej. Są dobre momenty, tak jak cały pierwszy odcinek, yandere Emilia, plot twist z Roswaalem, ale znowu nie do końca to wszystko rozumiem.


 

Jakoś spodziewałem się, że kontynuacja nie porwie mnie tak jak pierwsza seria, ale jak dla mnie było jeszcze gorzej, niż się obawiałem. Nawet się nie złościłem na to wszystko - po prostu obejrzałem i jakoś znienacka się skończyło, tyle. Były dobre momenty, wartości produkcyjne są nadal wysokie i Echidna jest spoko, ale gdybym zobaczył coś takiego jako pierwsze, to na pewno nie oglądałbym dalszego ciągu.

sobota, listopada 21, 2020

Marzenia

Nie jest tajemnicą ani zaskoczeniem, że uważnie śledzę to, co się dzieje w vtuberowym świecie Hololive - o ile oglądanie pełnych transmisji zdarza mi się może raz na tydzień (bo po prostu nie mam na to czasu), tak wszelkie klipy ogląda mi się bardzo łatwo, a i od czasu do czasu wejdę na jakiś stream, by obejrzeć fragment na żywo. Ostatnio zdarzyło mi się trafić na czytanie superczatów u koleżanki Kiary; jej popisy nie przypadają wszystkim do gustu, ale z drugiej strony ten, kto został, to został na dobre i teksty o "kulcie" nie są takie znowu przesadzone według mnie.


 

 Zdaniem części widzów Kiara wychodzi do publiki z sercem na dłoni i przekazuje autentyczne, pozytywne emocje, tak bardzo w tych trudnych dla psychiki czasach potrzebne. Oczywiście w tym momencie należy przytoczyć ważne, niełatwe pytanie nie-koleżanki Artii: "do yu rele beleb", a konkretniej: "jak mocno bierzesz sobie do serca to, gdy postać na ekranie mówi, że cię kocha". Dla mnie osobiście tego typu teksty nigdy za wiele nie robiły oprócz komunikowania faktu, że osoba występująca dziękuje widowni za obecność i docenia zaangażowanie.



Natomiast po drugiej stronie ekranu siedzi żywy człowiek i podczas dziesiątek i setek godzin śmieszkowania będą momenty, gdy wyjdzie na wierzch bardziej realistyczne oblicze. Czy vtuber mówi to z wyrachowania, by widownia poczuła się zaangażowana i zaczęła sypać kasą w superczatach, czy przebijają się autentyczne, szczere emocje, pozostaje kwestią otwartą i zależy od indywidualnej interpretacji każdego widza.



Wracając do mojego przypadkowego wbicia na czytanie superczatów przez Kiarę: akurat trafiłem na fragment, gdzie dziękuje ona widzom za to, że "pozwolili jej spełnić marzenia". Ponoć działo się u niej kiepsko (coś czytałem na ten temat, ale po co powtarzać paskudne rzeczy), ale w końcu trafiła na robotę w Hololive i od tego czasu praktycznie "żyje swoim marzeniem", w co akurat wierzę - obserwując dziki entuzjazm i graniczącą z ADHD aktywność tak na YT, jak i Twitterze. To grozi szybkim wypaleniem, ale na razie nie myślmy o tym.
Wspomniała również, aby nie zapomnieć o swoich marzeniach - i choć jest to ekstremalnie banalne, oczywiste i ograne do granic możliwości, akurat mocno do mnie trafiło, bo i moment był odpowiedni.




Jakie były i jakie są teraz moje marzenia? Kiedyś chciałem zostać... pisarzem. Uważam, że mam jakąś drobną iskrę talentu w tej dziedzinie, ale za mało, by napisać coś - opowiadanie, powieść - co porwie rzesze ludzi, zapewni mi dostatek i sprawi, że będę "żył tym marzeniem": że ludzie będą chcieli więcej tego, co wymyślę, że będą się nad tym zastanawiać i o tym dyskutować, że znajdą się nerdzi dopytujące o najdrobniejsze szczegóły. Wiele lat temu prowadziłem w Action Magu kącik z opowiadaniami, posyłałem jakieś swoje próby do paru czasopism, raz na parę lat siądę i napiszę kilka stron, ale nic z tego - bo widzę, jak bardzo jest to słabe i że nie ma szans w konkurencji nawet z tymi dostępnymi na rynku rzeczami, które osobiście uważam za szajs; dlatego jak szybko zaczynam coś pisać, tak szybko to porzucam.



Jakoś tam twórczo robię coś na YouTube, ale po sześciu latach zabawy w to bez jakiegoś istotnego sukcesu też się w tym temacie wypaliłem i w tym roku mocno przyciąłem swoją aktywność. Po prostu po tym, ile pracy poszło na przykład w polskie napisy do NieR czy krótki filmik o Fire Punch postanowiłem, że można swój twórczy czas wykorzystać efektywniej. Po zweryfikowaniu wszystkiego moim marzeniem jest dobicie do 1000 subskrypcji - a że tempo przyrostu popularności kanału to jakieś 100 subów rocznie, więc może się to uda zanim dobiegnę czterdziestki.


Od prawie dwóch lat mocno zaangażowałem się też w coś, co powinienem zacząć już jakieś dwadzieścia lat temu - naukę języków obcych, w czym, dla odmiany od wszystkiego innego, mam jakieś regularne postępy. Geniuszem nie jestem, ale jeśli włożysz odpowiednio dużą ilość godzin w naukę, to siłą rzeczy będziesz lepszy i brak "talentu" można w dość sporym stopniu skompensować zwykłym grindem. Z niemieckim mam w tym roku olbrzymi progres - na tyle, że chyba wszedłem na to osławione "plateau", gdzie czujesz się w miarę komfortowo i trochę czasu zajmie, zanim znowu nastąpi zauważalny progres w drodze poprzez poziom średniozaawansowany. Moim marzeniem jest zdać w przyszłym roku na certyfikat B1 - bo o ile przez większość życia wszelkie certyfikaty językowe miałem w pogardzie, tak z wbicia certyfikatu C2 z angielskiego w ubiegłym roku cieszyłem się jak chyba z niczego innego w życiu.

Prawdopodobnie jestem też gotowy na poziom N4 z japońskiego - tu progres jest dużo wolniejszy, bo im dalej w las, tym język ten robi się coraz bardziej obcy. Dodatkowo z certyfikatem aspekt "uczenia się pod egzamin" (uważania na wszelkie pułapki typowe dla testów jednokrotnego wyboru) gra dużo większą rolę niż przy egzaminach z angielskiego czy niemieckiego (gdzie stawia się na sprawdzenie normalnej komunikacji: czytania, pisania, rozumienia ze słuchu, rozmowy). Czy będę w stanie to zrobić? Powoli przestaje to być marzeniem, a realnym celem do osiągnięcia, co jeszcze rok temu wydawało się być odległą przeszłością.


Powyższe wnioski są dość oczywiste i jasne, ale potrzebowałem jakiegoś impulsu, by się nad tym zastanowić i pozbierać w całość. Do końca roku i przerwy świątecznej zostało już tylko kilka tygodni i powinno udać się dotrwać.