Po ostatnich wydarzeniach Doktorka zajęła się badaniem naszych Hien, o czym nie chciały za bardzo mówić - a przynajmniej Eve, bo z innymi nie miałem za bardzo kontaktu.
Sieć kontaktów społecznych Eve jest godna podziwu - wszelkie ploteczki, nowinki i pogłoski prędzej czy później trafią do niej. Podejrzewam, że kryjąc się za plecami innych po prostu jest w stanie skutecznie podsłuchiwać, ale ten wniosek lepiej zachowam dla siebie. Oczywiście trudno jest wiedzieć wszystko o każdym na lotniskowcu, jest tu nas ładnych parę tysięcy - zarówno kadetów, jak i regularnej załogi, w tym wysokiej klasy specjalistów oraz pracowników sekcji, których nazw nawet nie słyszeliśmy.
Badania Doktorki opóźniły zajęcia, które mieliśmy z nią mieć, więc zgodnie z zasadą “wojsko się nudzi” tymczasowo dołączono nas do specjalistycznych treningów walki wręcz. Po mojemu jest to średnio przydatne w obliczu bombardowania orbitalnego, które zniszczyło większość ludzkich osiedli, ale pewnie jest w tym jakiś sens.
W końcu jednak dostaliśmy wszyscy powiadomienia na nasze mobilki by zebrać się w znanym już audytorium, którym Doktorka zawładnęła niepodzielnie. Ja, Eve, Gigi, Derpi i trzech innych kadetów, których jeszcze dobrze nie poznałem, karnie ustawiło się w szeregu.
- Stwierdza się, co następuje - Doktorka wydawała się kpić z rygorystycznego żołnierskiego stylu wypowiedzi. - Regularnie pompujemy was różnymi specyfikami, między innymi takim obniżającym popęd płciowy. To podobno tani sposób na zwiększenie dyscypliny żołnierzy, unikamy też homoseksualizmu sytuacyjnego, z którym jest więcej problemów niż pożytku… Nie patrzcie tak na mnie, to nie ja wymyśliłam! - Podniosła ręce do góry w obronnym geście, widząc nasze miny. - Jednakowoż ten oto wspaniały specyfik nie działa jednakowo na każdego i zdarzają się pewne… anomalie. Jak dotąd wszystko jasne?
Jasne jak dwa słońca naraz, przynajmniej zachowania Padela i Gabrielle stały się dla nas łatwiejsze do zrozumienia.
- I teraz ostatnie wydarzenia… Kochane moje, nasze piecyki nie działają, bo albo brakuje im części, albo w moim przypadku w ogóle go już nie ma - wskazała na swój brzuch. - W przypadku Gabrielle… wszystko jakoś się odtworzyło, poukładało na nowo i zaczęło działać. Nie wiem w jaki sposób, bo nasza medycyna tego nie potrafi, przynajmniej na razie. Ale jestem pewna, że to w wyniku pojawienia się Pierwo… to znaczy Skurwiela. W połączeniu z odpornością organizmu Gabrielle na przynajmniej jeden ze specyfików dało to taki efekt…
- Proszę pani? - Odezwała się Eve. - Czy my możemy przestać przyjmować “witaminki”?
To pytanie wyraźnie wstrzymało i zaciekawiło Doktorkę.
- To… ciekawy pomysł. System wszedł w życie parę lat temu i nikt tego jeszcze nie testował, ale skutki uboczne mogą być… intensywne… - Spojrzała na mnie i na Eve. - Może kiedyś to sprawdzimy, ale na pewno nie teraz. Ale do rzeczy: jeśli pamiętacie, to mamy wojnę. Nie wystarczy dawać wszystkiego z siebie. Jeszcze niedawno sytuacja była beznadziejna, a tak naprawdę teraz nie jest o wiele lepiej.
Spojrzeliśmy po sobie w zaskoczeniu, bo takich rzeczy raczej nie wolno mówić.
- … Ale to prawda, bo wróg chce nas wszystkich zniszczyć, co do jednego. Usunąć. Wyczyścić. Wysterylizować planetę. Naprawdę paskudne rzeczy. I my też musimy robić naprawdę paskudne rzeczy, by przetrwać. - Zaczęła nerwowo grzebać w kieszeniach swojego białego fartucha. - Wy, jako naturalne talenty, które dołączą do grupy intelektualnej, prędzej czy później i tak je zauważycie, a ja też zazwyczaj mówię bezpośrednio…
Wyjęła jakiś papierowy rulonik i wsadziła sobie do ust, w drugiej ręce trzymała małe, metalowe pudełko.
- Dlatego też lepiej od razu zerwać tego strupa. Desperackie czasy wymagają desperackich kroków…
Otworzyła klapę pudełka i pojawił się płomień.
- Tu nie wolno…! - Krzyknęliśmy chyba wszyscy równocześnie, ale było już za późno. Na chwilę ogłuszył nas szczęk zamykanych grodzi, które skutecznie odizolowały audytorium od reszty okrętu. Lampy zgasły, a zamiast nich pojawiło się wirujące, czerwone światło alarmowe.
- Że jak? - Doktorka została z niezapalonym rulonikiem w ustach.
***
Siedzieliśmy tak już drugą godzinę. Eve przygrawitowała za moje plecy, reszta raczej w oddaleniu od siebie. Doktorka dreptała w kółko z rękami założonymi za plecy. Ja próbowałem pokombinować z zamkiem elektronicznym, ale ten szajs nie działał - audytorium zazwyczaj było otwarte i nikt z niego nie korzystał, stąd brak należytej konserwacji. Możliwe, że przyładowałem z frustracji parę razy moją protezą w drzwi, ale odpowiadało mi tylko dudnienie niczym dzwonu, które powodowało wibracje całego pomieszczenia (miałem wrażenie, że całego okrętu), więc szybko przestałem, czując na sobie wzrok reszty grupy.
- Po prostu nie rozumiem - nie wytrzymała. - Wytłumaczcie mi to jeszcze raz, jeśli jest wykryty pożar, to sekcja statku…
- Okrętu - odruchowo poprawił ją Derpi.
- Okrętu jest odcinana natychmiast, bez czasu na ewakuację?
- Witamy w wojsku - burknęła Gigi.
- A ty gremlinku, co taki naburmuszony?
- Oj nieważne!
- Siku, tak? - Milczenie Gigi głośno mówiło, że była to trafna diagnoza. - Wasze kombinezony nie mają funkcji filtracji? - Wszystkie Hieny nosiły te czarne skafandry z metalowymi kółkami, które wspomagały pracę kończyn; jak się okazuje, miały też dodatkowe funkcje.
- Nikt nie korzysta z tego przez te wszystkie rurki… Nieważne!
- Możesz zrobić w kącie, przecież nie ma się czego wstydzić. Podczas badań i tak widziałam wszystkie…
- Proszę pani! - Eve znowu miała dość niestosownych tyrad Doktorki.
Grodzie to jedno - odezwał się jeden z naszych do tej pory milczących kolegów. Nie wiedziałem jeszcze jak się nazywa, Doktorka pominęła tak nieistotny szczegół jak przedstawienie wszystkich członków grupy. - Audytorium ma służyć do narad dowództwa, w związku z tym jest izolowane. Rozmowy i urządzenia nie wychodzą poza te ściany. Jesteśmy jakby w takiej bańce. - To wyjaśniało, dlaczego nie możemy się z nikim skontaktować przez nasze mobilki.
Skoro zamek był zepsuty, to niewykluczone, że reszta systemów też była niesprawna i nikt nawet nie wie, że jesteśmy tu zamknięci. Nie żebym się bał, ale na pewno czułem się mocno nieswojo.
Jeszcze raz usiadłem do zamka, w końcu elektronika to coś, z czym radziłem sobie zazwyczaj bardzo dobrze. W końcu pożyczoną od Doktorki zapalniczką (tak się nazywało to metalowe pudełko) stopiłem izolację dwóch kapryśnych przewodów i gródź odcinająca drzwi wydała krótki syk oznaczający zwolnienie zaczepów. Korzystając z protezy i pomocy wszystkich podnieśliśmy ją do góry.
Tuż za progiem, na podłodze korytarza leżało dwóch techników, każdy w kałużach własnych wymiocin i moczu.
- Cofnąć się, opuścić gródź! - Krzyknęła Doktorka, a my automatycznie posłuchaliśmy rozkazu. Gródź spadła z hukiem. - To może być wirus! W moich kufrach mam kilka masek, załóżcie je.
Oprócz Doktorki maskę dostałem ja, Derpi, Eve i znawca lotniskowca. Podnieśliśmy gródź i wyszliśmy na korytarz, opuszczając ją za sobą. Całość operacji zajęła nam mniej niż pięć minut.
Doktorka przyklęknęła przy nieprzytomnych technikach.
- Żyją, oddychają, puls trochę podwyższony. - Leżeli na boku, więc nie było ryzyka uduszenia się wymiocinami.
Podążaliśmy korytarzami między hangarami, wszędzie widok był taki sam - nieprzytomni ludzie, leżący na podłodze albo osunięci na krzesła przy swoich stanowiskach. Niektórzy wcześniej wymiotowali, niektórzy nie. Oprócz nas jednak nikt nie był przytomny. Było ich zbyt dużo, by sprawdzić stan wszystkich.
- Ja idę sprawdzić szpital, Derpi i Eve biegiem na mostek, Kot i Monter do sterowni reaktora! - Bez słowa wykonaliśmy instrukcję.
Wstyd przyznać, ale nadal słabo się orientowałem gdzie co jest na lotniskowcu oprócz miejsc, które odwiedzałem najczęściej. Wiedziałem, że reaktor jest bliżej dziobu, ale nic poza tym. Na szczęście Monter (poznałem przynajmniej jego ksywkę) wydawał się znać “Arkę” jak własną kieszeń.
-Czujesz to piszczenie w uszach?
-Trochę tak. Myślałem, że to od wibracji reaktora czy coś takiego?
-To nie powinno się… - Monter zwolnił, w końcu się zatrzymał i oparł o ścianę. Zgiął się wpół i padł nieprzytomny na podłogę korytarza.
Spojrzałem na drzwi sterowni, zza których dobiegał dziwny szum, wydawało mi się też, że widzę trochę czarnego dymu przecinanego błyskami.
***
Nie wiem, ile czasu minęło. Gdy otworzyłem oczy, patrzyły na mnie z góry Doktorka i Eve, nie miały już masek.
- Kotuś, pobudka!
- Ale… wirus…
- Obecności wirusa nie stwierdzono. Przyczyną jest coś innego..
- Prawie wszyscy już doszli do siebie - dodała Eve.
- Ty mi wyglądasz na okaz zdrowia, a już na pewno w porównaniu do Montera - dorzuciła Doktorka. - Wstawaj, idziemy do kapitana.
Cała nasza grupa weszła na mostek. Pobladły kapitan siedział na swoim fotelu, wachlując się folią z raportem.
- Tylko krótko.
- Zostaliśmy poddani działaniu skoncentrowanych impulsów magnetycznych, które zakłóciły pracę naszych mózgów. Źródło: nieznane, nie ma go już na okręcie. Większość załogi została poszkodowana, oprócz nas, zamkniętych w audytorium, i parę setek członków załogi w odleglejszych częściach “Arki”. Zgonów: zero. Stłuczeń i sprzątania wymiocin: wiele. Broni biologicznej nie stwierdzono. - Zwięźle wyjaśniła Doktorka.
- Rozumiem. Wrócić do swoich obowiązków.
- Nie. Musimy wrócić na Sopel, złożyć raport osobiście i opracować środki zaradcze.
- Odmawiam. Źródło zagrożenia zniknęło. Nie ma potrzeby centrali.
- To stanowi potencjalne zagrożenie…
- Jesteśmy w trakcie kluczowego szkolenia. Wkrótce zaczynają się manewry całej floty. Nie możemy ich opuścić.
- Tato! Musimy wrócić!
- Inez, proszę cię. Koniec dyskusji. - Kapitan obrócił się na krześle i nie patrzył już na nas. Wkurzona Doktorka obróciła się na pięcie i wyszła szybkim krokiem, a my potruchtaliśmy za nią, patrząc po sobie, wątek faktycznie wyglądał na zakończony definitywnie.
***
Kapitan nie był jedynym, który nie chciał, aby pewne informacje wyszły na jaw. Ja też nie powiedziałem nikomu, że chwilę po tym, jak Monter zemdlał, czarna mgła w korytarzu przede mną zgęstniała i przede mną pojawił się humanoidalny, czarny kształt, którego sylwetkę przecinały jasne błyski. Na pewno nikomu nie powiem, że usłyszałem od niego coś, co najpierw brzmiało jak zwykły radiowy szum, ale potem wyklarowało się w zrozumiałą dla mnie mowę, która brzmiała mniej więcej tak:
- Jestem Herold. Jestem… Omen.
I już na pewno nikomu bym nie powiedział, że gdy już osuwałem się na podłogę, to dotarło do mnie, że jedna jego ręka nie jest z czarnej mgły, tylko ludzka. Bo sam nie mogłem w to uwierzyć.
sobota, lipca 05, 2025
05. Omen
niedziela, czerwca 01, 2025
04. Doktorka
Po objawieniu się Skurwiela zamieszanie było spore, dlatego dowódcy zgodnie z zasadą “wojsko się nudzi” dowalili tyle zadań, że nie było czasu się nad tym wszystkim porządnie zastanowić. Oprócz testów fizycznych doszło tyle materiału do przerobienia na naszych mobilkach, że szybko znielubiłem ten mały, kwadratowy ekranik, choć tak poza tym zabawka z tego jest bardzo fajna - niestety nie miałem wiele czasu na czytanie moich ulubionych podręczników inżynierii. Zresztą wkrótce zaczął się czas egzaminów teoretycznych, które pisaliśmy w hangarach - całe rzędy młodych ludzi pochylonych nad swoimi ekranikami nie miały czasu roztrząsać incydentu ze Skurwielem. Tą zagadką zajmowała się góra, jak mniemam.
Parę dni później przypłynął do nas statek naukowy - Derpi zauważył, że była to inna jednostka niż ta, którą widział parę miesięcy temu. “Meteor” był poobijany i rozpaczliwie potrzebował napraw, a jego podnośniki prawie na pewno już nie działały, ale chyba żadnego innego nie było w pobliżu. Albo wszystkie poszły na dno, ale wolałem o takich rzeczach nie myśleć. Załoga w białych kitlach pokręciła się po lotniskowcu, porobili jakieś pomiary swoimi urządzeniami, porozmawiali z kilkoma osobami (ze mną jakoś nie) i zmyli się tak szybko, jak przybyli, w sumie nic specjalnego.
Dzika jazda z nauką i egzaminami trwała bardzo długo: jakieś cztery tygodnie, w sumie prawie czterdzieści dni. Przedmioty ścisłe nie był dla mnie problemem, gorzej z innymi, tych na szczęście nie było zbyt wiele - po co nam lingwistyka?
Wyniki przesyłano nam na mobilki oraz wywieszano oficjalną tabelę przed wejściem do mesy. niektórych to bardzo ekscytowało, ale ja nawet na nią nie patrzyłem. Grunt, że zrobiłem swoje, i to chyba nienajgorzej. Derpi dla odmiany chyba mocno się stresował, ale nie gadaliśmy o tym zbyt wiele.
Oficjalne zakończenie piekła egzaminów podkreśliło kolejne przybycie “Meteoru”. Wszyscy kadeci karnie ustawili się w największym hangarze, na parę minut wyszedł do nas Kapitan - wcześniej nawet go z bliska nie widziałem. Był to przygarbiony mężczyzna z czarną brodą, podkrążonymi oczami i czerwonym nosem, szedł trochę chwiejnym krokiem. Wybełkotał do mikrofonu krótkie podziękowania za nasz wysiłek, “teraz czeka na was przyszłość”, ale bez jakiegoś specjalnego entuzjazmu, i poszedł - no i dobrze, przynajmniej było krótko. Na nasze mobilki przyszły informacje, do której części lotniskowca mamy się udać, bo oto właśnie podzielono nas na specjalizacje na podstawie wyników naszych egzaminów.
Mi polecono iść do audytorium - nawet nie wiedziałem, że na lotniskowcu jest takie pomieszczenie. Mimo podniosłej nazwy była to kolejna sala z czarnymi, metalowymi ścianami i wielkim metalowym stołem z wieloma krzesłami, oświetlona mlecznym światłem. Czekało tam już kilka osób - na przykład Eve, ukryta za plecami niewiele wyższej od niej Hieny z kamiennym wyrazem twarzy i goglami na oczach. Te gogle były całkiem popularne - nie tylko eliminowały wady wzroku u tych, którzy z jakichś przyczyn nie mogli mieć operacji, ale pozwalały też na parę dodatkowych funkcji, jak łączność z różnymi interface’ami, tryb widzenia w podczerwieni i inne cuda. Fajna rzecz.
- Jestem Gigi - rzuciła do mnie to niczym wyzwanie. - Mówią na mnie Gremlin.
- Miło mi poznać, ja jestem…
- Wiem, Kot. - Ucięła i skierowała wzrok poza mnie, kończąc rozmowę. Eve tylko łypnęła na mnie wzrokiem typu “wiesz, jak jest”.
Oprócz mnie był też wysoki Padel, co akurat niespecjalnie mnie ucieszyło, oraz trzech innych kadetów, których znałem tylko z widzenia. Jako ostatni do audytorium wparował zdyszany Derpi.
- Uff… nie zaczęło się jeszcze.
- Ale co?
- Spotkanie z prowadzącym naszą specjalizację. Nie wiesz tego? - Cisnęła we mnie Gigi.
- Aha.
Tak staliśmy w krępującej ciszy parę minut, aż w końcu drzwi do audytorium się otworzyły i weszła nasza prowadząca.
Niewiele starsza od nas, wysoka i wiotka dziewczyna - w niczym nie przypominała umięśnionych Hien i kilku innych postawnych kobiet, które można było zobaczyć na lotniskowcu. Ubrana była w biały, rozpięty kitel, pod którym widać było fioletową koszulę i spodnie - dalekie od regulaminowych strojów. Górna część jej głowy była ciemnofioletową, matową płytką z okalającym ją złotym, trójkątnym szlaczkiem - jakby ktoś urwał jej część czaszki i wstawił kawałek metalu w ramach protezy. Chyba zresztą tak faktycznie było. W miejscu oczu wmontowane były gogle, większe niż u Gigi i prawie na pewno zamontowane na stałe. Z metalowej płytki rozchodziły się fioletowe, błyszczące żyły, sięgające na policzki - tył głowy to z kolei bardzo długie, sięgające pasa fioletowe włosy z wplecionymi złotymi ozdobami.
- No siema - rzuciła swobodnie.
Popatrzyliśmy po sobie.
- Tak wiem, rozpieprzyło mi płat czołowy - wskazała kciukiem na swoje czoło. - Pizdę zresztą też, pokazać wam?
Nie czekając na odpowiedź jedną ręką podniosła do góry koszulę, a drugą opuściła trochę spodnie. Faktycznie, na jej brzuchu widoczne były te same fioletowe żyły, zbiegające się w kierunku krocza, szczęśliwie zasłoniętego przez pas spodni. Choć moją uwagę bardziej przyciągnęły jej małe, obwisłe piersi, z sutkami zaklejonymi plastrami.
- Proszę pani! - Krzyknęła Eve, która jakoś naturalnie przemieściła się za moje plecy.
- Sierotko, tylko nie “pani”. Nazywam się Inez, ale mówią na mnie Doktorka. Witam wszystkich. Macie najsłabsze wyniki z testów fizycznych, ale najlepsze z teoretycznych. Wrzucili was do grupy badawczej. Jestem waszą prowadzącą i zabieram was z tego cyrku. Będzie fajnie! - Podniosła kciuk do góry.
- Ale… mamy opuścić lotniskowiec? Z cywilem? - Nie do końca to do mnie dotarło.
- Dziecko drogie, powiedz mi, jak się nazywa ten okręt?
- No… “Arka”.
- Bardziej pasowałoby “Zoo”, “Szpital” albo “Przytułek”.
- Proszę pani…! - Znowu wyrwało się Eve, czym ściągnęła na siebie spojrzenie grubych gogli.
- A ty co? - Popatrzyła najpierw na mnie, potem na przylepioną do mych pleców Eve, potem znowu na mnie. - Wsadzał ci już?
Jakoś zabrakło nam komentarza.
- Nawet gdyby stanął na wysokości zadania, to z tej mąki chleba nie będzie, rozumiecie? Wszystkie samiczki zdolne urodzić bobaski na ten nowy, wspaniały świat - wykonała zamaszysty gest ręką, aż musiałem się trochę odsunąć - siedzą w Soplu.
Popatrzyłem po reszcie, która była zawstydzona, tak zresztą jak i ja. Oprócz Padla, który pobladł wyraźnie i był napięty niczym struna.
- Właśnie, Sopel - kontynuowała Doktorka, która zaczęła dreptać od lewej do prawej, składając ręce za plecami. - Żadne z was się tam nie urodziło, wszyscy jesteście sierotami po ostatnim wielkim bombardowaniu. Ale w naszej sytuacji każda jednostka jest bezcenna! - Tryumfalnie uniosła w górę podniesiony palec. - Składamy do kupy! Przygarniamy! Eksperymentujemy! Każdy znajdzie swoje miejsce! I dlatego, kotuś - zwróciła się do mnie - wolno mi was zabrać ze sobą, bo mi najlepiej się przydacie. Kapujesz?
Ponownie nie miałem nic do dodania.
- Wszystko jasne? No to pakujcie swoje toboły, rano opuszczamy ten dom wariatów. “Meteor” zabierze nas do Sopla.
Następnego dnia do kajuty mojej i Derpiego wpadła Eve. Nie była do nikogo przylepiona, ale przed sobą miała zawieszona niemałej wielkości plecak.
- Chodźcie szybko! Zabierają Gabrielle!
- Kogo?
- No naszą Pedałkę! Doktorka też tam jest!
Ja i Derpi pobiegliśmy za Eve na pokład, gdzie była spuszczona drabinka prowadząca do “Meteoru”. Widziałem już z daleka jak Gabrielle: wysoka Hiena z kręconymi blond włosami, która według plotek bardzo lubiła podszczypywać koleżanki, stała ze spuszczoną głową w otoczeniu kilku naukowców w białych kitlach. Niedaleko stała też Doktorka.
Gabrielle była obejmowana przez Padla, przytulał ją. Trzymał dłoń na jej brzuchu.
Gdy ja, Derpi i Eve dobiegliśmy z naszymi tobołami, Doktorka właśnie skończyła rozmawiać z jednym ze swoich kolegów i obróciła się ku nam.
- O kuźwa - zaczęła.
- Co się dzieje?
- Wysoki zrobił blondynie dzidziusia. To nie powinno być możliwe. - Popukała się w roztargnieniu w swoje metalowe czoło. - Chyba z wami tu trochę zostanę.
sobota, maja 10, 2025
03. Zielony Skurwiel
Śniło mi się, że jestem nago razem z Eve. Nie, to nie tak - ona chowa się za moimi plecami i oboje stoimy na powierzchni oceanu, tej czarnej mazi, do której jak wpadniesz, to umierasz. Wokół szaleje burza, ale nam wcale nie jest zimno. Opieramy się podmuchom wiatru i widzimy, jak zmierza ku nam gigantyczna fala. Spoglądam w górę i widzę, że wysoko nad nami wiruje w idealnym porządku krąg jakichś olbrzymich obiektów, na które szalejąca burza też nie miała żadnego wpływu.
Obudziłem się.
Co za bzdury. Nie ma czegoś takiego jak prorocze sny, duchy, bóstwa i tak dalej - to tylko takie wymówki, usprawiedliwienia gdy czegoś nie rozumiesz, albo chcesz wcisnąć komuś jakiś kit. Zresztą i tak nie miałem czasu o tym myśleć, bo obudził mnie alarm. Nie ten najwyższy stopień, ale nakazujący i tak nam - którym jeszcze daleko do bycia w pełni wykwalifikowanym personelem - pozostanie w kajutach, rzecz jasna dla naszego bezpieczeństwa. Podniosłem moją metalową rękę, była dziwnie lekka. A teraz jeszcze cały lotniskowiec zaczął wibrować od ruchu wind wciągających mechy na pokład - a więc był to Skurwiel.
Niewiele nam mówią na temat tych gigantycznych cosiów - przede wszystkim to, że są śmiertelnie niebezpieczne i trzeba ich unikać za wszelką cenę. Nazwa formalna to EPM-cośtam, ale i tak każdy mówi na nie “Skurwiel”, bo takie są ogromne, dużo większe od naszego lotniskowca. Niewykrywalne przez radary i inne metody lokalizacji, nagle pojawiają się w pobliżu okrętów i wiszą w powietrzu. To sygnał, żeby zacząć lać w gacie i zmienić kurs. Większość wygląda jak szara lub granatowa bryła, ale niektóre to kłębowisko splątanych macek albo w ogóle cholera wie co. Pokazywali nam zdjęcia ze spotkania pancernika z takim mackowatym - podobno wpłynęli prosto w niego, poszatkował tymi mackami czarny metal kadłuba jakby ciął nożem folię. Zdecydowanie nie wolno go lekceważyć.
Skurwiel wygląda, jakby nie do końca istniał w naszym świecie - po prostu wisi sobie w powietrzu, nie rusza się, potem znika. Jedna bardzo ważna rzecz - grawitacja wokół Skurwiela ulega osłabieniu, choć jeśli dobrze rozumiem, to powinno być odwrotnie (testy z fizyki, matematyki czy chemii zawsze mi dobrze wychodziły, w przeciwieństwie do sprawdzianów fizycznych). Przy tej okazji nasz lotniskowiec wypuszcza mechy - eksperymentalne jednostki, kilkudziesięciometrowe humanoidalne roboty pilotowane przez… kogoś, plotki mówią, że przez te całe Modliszki. W normalnej grawitacji mechy nie mają prawa sprawnie się poruszać, ale w przestrzeni kosmicznej jak najbardziej - albo w pobliżu Skurwiela. Zresztą to i tak tylko do testów, bo mechy przy nim są jak muchy. Szkoda, że widziałem je tylko na zdjęciach i nagraniach, bo w przypadku pojawienia się tego bydlaka mamy siedzieć w kajutach.
To Skurwiel! - Derpi dopiero teraz się obudził.
***
W ciągu ostatniego tygodnia Hieny dołączały do nas w porze śniadania już codziennie, w związku z czym szybko przestały być taką sensacją, ale nadal trzymały się razem i nie wdawały w prawie żadne interakcje - może to przyjdzie z czasem. Dziś rano też weszły w grupie, Eve trzymała się za plecami postawnej blondyny z kręconymi włosami. Gdy przechodziły obok mojego stolika, pokazała ją dyskretnie palcem i bezgłośnie poruszyła ustami, formując: “Pedałka”. W odpowiedzi kiwnąłem dyskretnie głową w bok, wskazując na kolesia, który siedział przy stoliku obok mnie i ściskał dłonią moje ramię. Peda… to znaczy Padel, bo tak ma na imię, ma dość nieprzyjemne upodobanie do dotykania i ściskania innych facetów, stąd jego niewybredne przezwisko. Obecnie jednak wgapiał się w wysoką blond Hienę i chyba nawet zapomniał oddychać na chwilę, a już na pewno jego paluchy zaraz zgniotą mi bark. Ona chyba też posłała mu szybkie spojrzenie. Eve kiwnęła do mnie ze zrozumieniem.
***
Dołączyłem, jeśli można tak ten dynamiczny proces nazwać, jakoś w jednej trzeciej cyklu szkoleniowego, omijając sporo części teoretycznej i trafiając prosto w przygotowania fizyczne. Bez witaminek nie byłem w stanie dorównać reszcie, nie znaczy to jednak, że się nie starałem - właściwie to wypluwałem płuca na każdym treningu, co ostatecznie zaczęło się opłacać, bo byłem w stanie przynajmniej dotrwać do końca sesji. No i podnoszenie ciężarów szło lepiej dzięki protezie.
Właśnie trwała kolejna sesja treningowa na pasie startowym lotniskowca, pod - a jakże - zachmurzonym niebem, gdy znienacka potężny podmuch powietrza powalił nas wszystkich. Od razu to zobaczyliśmy: nieruchomo w powietrzu, nie tak daleko od nas, unosił się Skurwiel - dziwnie regularna, gigantyczna bryła szarego, matowego materiału, która nie miała prawa się unosić, a już na pewno nie pojawiać się tak znikąd. Natychmiast skierowano nas ku schodom ewakuacyjnym.
Przechodząc przez hangary minął nas wózek, pchany pospiesznie przez dwóch rosłych mechaników. Na wózku siedziała bezwładna postać, ubrana w czarny, obcisły kombinezon, podobny do tych, które nosiły Hieny - to też chyba była kobieta, ale jej cienkie kończyny nie były zakończone dłońmi, a brzuch był nadęty. Nóg nie stwierdzono. Górna połowa twarzy zasłonięta była dziwnym, jajowatym hełmem.
Nie miałem czasu się przyglądać, trwało to zaledwie kilka sekund, bo minęli nas w biegu i ruszyli w kierunku zamkniętych hangarów.
To chyba była Modliszka…? - Szepnęła do mnie Eve, która w międzyczasie jakoś znalazła się za moimi plecami.
No chyba. To one pilotują mechy? - Odpowiedziało mi wzruszenie ramion.
Nasza grupa wyszła na dolny pokład, ale zostaliśmy zatrzymani przez trenerów, pewnie żeby zrobić miejsce dla kolejnych pilotów wsiadających do mechów i myśliwców. Mieliśmy stamtąd idealny widok zarówno na pas startowy nad nami, jak i na Skurwiela. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że grawitacja jest słabsza - dużo łatwiej było mi poruszać moją ciężkawą protezą. Okręt zaczął wykonywać nagły zwrot, by ominąć kolosa, a kadłub zaczął wibrować od wind wynoszących mechy na górę, myśliwce miały do nich wkrótce dołączyć. Widzieliśmy, jak pierwszy mech z czarnego, lśniącego metalu wystartował, aby zdawać raport z aktywności gigantycznego przybysza. Skurwiel tymczasem wisiał w powietrzu tam, gdzie był i nie wydawało się, by to miało się szybko zmienić - na szczęście. Wyglądał hipnotyzująco, mózg nie do końca sobie radził ze zrozumieniem jego ogromu. Potężne niezrozumiałe coś na tle zachmurzonego nieba, wiszące kilkadziesiąt metrów nad czarnymi falami oceanu. Wyższy niż szerszy, bez żadnych kątów prostych, górna połowa nieco kulista - zacząłem wreszcie ogarniać to, co widzę.
Powoli zaczął się poruszać - jakby ustawiał się pod kątem, teraz przypominał nieco lufę działa ustawiającą się do wystrzału. Nie ma się czym chwalić, ale zacząłem dygotać ze strachu. Skurwiel znowu znieruchomiał, ustawiony w kierunku nieba, nie naszym. I wtedy zaczął się otwierać, niczym kwiat - jego górna część rozwarła się niczym płatki, a kolor zmienił się z szarego na zielony. Chmury rozstąpiły się, a intensywny promień jednego ze słońc trafił prosto w giganta. Czarna woda pod Skurwielem też zaczęła zmieniać kolor: z czarnego na niebieski, w ciągle rozszerzającym się kręgu. Trwało to chyba krótko, może pięć minut, nie wiem na pewno - po czym olbrzym zniknął. Staliśmy tak obserwując, jak efekty jego działalności stopniowo zanikają: chmury zakrywały niebo, a ocean znowu robił się czarny. Mech wylądował na windzie pokładu, bo grawitacja też wracała już do normy. Nami chwilowo nikt się nie interesował, bo trenerzy, personel militarny i w ogóle wszyscy nie wiedzieli, co teraz zrobić i co o tym myśleć. Niektórzy wokół mnie padli na kolana i złożyli ręce.
To chyba nazywa się “modlitwa”.
sobota, kwietnia 12, 2025
02. Kot
Obudziłem się o tej samej godzinie co zawsze, znowu z tym samym tępym bólem prawej ręki. To znaczy tej ręki, co jej nie mam - urwało mi w wypadku. Dali mi lśniącą protezę, ale to cholerstwo jest dość ciężkie i do spania muszę kłaść je nieruchomo. Bark od tego mi sztywnieje, no i czasem czuć ból, zresztą nawet dość często. Ale to i tak lepsze niż nie mieć ręki.
- No i jak tam, znowu nic ci się nie śniło? - To Derpi z górnej koi, jak zawsze troskliwy.
- Nic a nic.
- Bo znowu się rzucałeś w nocy.
- Sorki.
Wygrzebaliśmy się z koi i zaczęliśmy krzątać po kajucie. Służba nie drużba. Dzięki protezie jestem pełnosprawny, a może nawet i trochę silniejszy - ale coś za coś, bo jest jeszcze jedna niedogodność…
- Zawsze zapominam, że to cholerstwo jest zimne - skomentował Derpi, gdy przypadkowo dotknąłem jego ramienia podczas przenoszenia pościeli.
- Idzie się przyzwyczaić.
- Słuchaj, nie ma problemu, gdy, no wiesz… Podcierasz się?
- Zapewniam cię, że nie.
- A podczas, no wiesz… - Wykonał posuwisty gest zaciśniętą dłonią.
- A dajże ty mi spokój.
Nie skomentowałem, bo nawet nie ma czego - nie będę się zwierzał z takich rzeczy Derpiemu, ale na tym sta… na tym okręcie nie tylko ręce opadają.
Poranne ćwiczenia zaczynają się od biegania wzdłuż pasa startowego i z powrotem. No bo jesteśmy na lotniskowcu - trzysta pięćdziesiąt metrów okrętu wojennego, sam nie wiem jak ciężkiego, pewnie ze sto tysięcy ton czarnego metalu, takiego jak moja proteza. Na początku była to inna jednostka pływająca, może nawet cywilna - ale dospawali potężne kratownice, założyli pokład i nazwali to lotniskowcem.
Jeśli spadniesz z pasa startowego to umierasz, bo wpadniesz do czarnej mazi, po której pływamy, i stamtąd już nic cię nie wyciągnie. Dolny pokład ma relingi, ale na pasie startowym zamontowali bariery energetyczne, które w razie potrzeby można wyłączyć. Mają tylko metr wysokości, więc gdyby ktoś naprawdę miał taki zamiar… zresztą nieważne.
Zawsze jestem ostatni i najszybciej się męczę, odpadam z biegania dużo wcześniej niż reszta. Jak wie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o witaminki - to te zastrzyki, co nam dają. Inni są pompowani regularnie, mnie pewnie dają uboższy miks ze względu na protezę. Efektem tego nawet hieny mają większe mięśnie ode mnie… Oby tylko to…
Tak, widzę uśmieszki i słyszę drwiny jak siedzę zdyszany na drewnopodobnym pokładzie. Nie mam z tym problemu, na ich miejscu pewnie tak samo bym robił. Wołają na mnie “ej, kocie!”, jak chyba na każdego nowego, ale mam wrażenie, że do mnie to przylgnie na stałe. Kot. Mogło być gorzej, jednego kolesia nazywają “Pedał”, podobno nie bez powodu.
Gorzej, że za słowami idą czyny.
Nie urodziłem się wczoraj i postanowiłem podjąć najbardziej żołnierską decyzję, na jaką było mnie stać - nie wychylać się i w sytuacji zagrożenia po prostu spieprzać. Jakoś udało mi się ukryć w zakątku szatni, gdzie postanowiłem sobie posiedzieć i poczekać, aż wszyscy pójdą pod prysznice. Gdy sytuacja wyglądała na spokojną, rozebrałem się, owinąłem ręcznikiem, wziąłem płyn myjący i moją kartę aktywacyjną i sam poszedłem do najdalszej części prysznicowej, która wyglądała mi na pustą. Duży błąd, bo nie doceniłem przeciwnika.
- Co się kryjesz, kocie! - Usłyszałem za plecami. Zacząłem biec.
Gdy uznałem, że zniknąłem im za zakrętem, szybko dopadłem pierwszej wolnej kabiny i wślizgnąłem się do środka. Cicho zamknąłem drzwi za sobą i odwróciłem się.
Stała tam Hiena, chyba najniższa z całej grupy, miała ciemnobrązowe włosy i wielkie oczy wlepione we mnie. Zasłaniała się kurczowo trzymanym mokrym ręcznikiem, traktując go jako ostatnią linię obrony.
- Gdzie ten kot?!
- Patrz pod drzwi, pewnie siedzi tam gdzieś!
- Wybacz - szepnąłem do Hieny i chwyciłem ją lewą ręką w pasie, a protezą prawej chwyciłem się prysznica, unosząc nas oboje nad posadzkę. Rury, kadłub, moja proteza są z tego samego czarnego metalu, wytrzymają.
- Chyba już poszli - trzeba przyznać, że Hiena, mimo okoliczności, była całkiem opanowana; zaimponowało mi to. Opuściłem nas oboje i puściłem ją. W samą porę, bo robiło mi się… gorąco.
- Dzięki i wybacz, wiesz… Jak się nazywasz?
- Paso… to znaczy Eve.
- Że jak?
- Pasożyt. Takie przezwisko.
Są gorsze, pomyślałem, u nas jest ten Pedał przecież.
- Mogło być gorzej - dodała pospiesznie - u nas jedną nazywają… Pedałka.
- A… aha. - Zatkało mnie na chwilę, nie przeczę. - Na mnie wołają Kot, jak słyszałaś, i tak już chyba zostanie. A tak w ogóle to dlaczego jesteś tutaj? - Wskazałem na kabinę.
- U nas znowu nie działają prysznice, a moja karta była dalej aktywna, to pomyślałam… Zły pomysł, jak widzę - zmierzyła mnie od stóp do głów.
- Wybacz, potrzeba chwili… Czekaj, to źle zabrzmiało…
- Przyjmijmy, że rozumiem okoliczności - uśmiechnęła się krzywo. - Idź już sobie.
- Tak zrobię. To do zobaczenia, chyba. - Wyszedłem pospiesznie.
Pozostała część dnia upłynęła już bez takich przygód, bez problemu wróciłem do swojej kajuty, Derpiego jeszcze nie było. Krew nie woda, bo cały czas myślałem o moim spotkaniu z Eve (ksywka “Pasożyt” do niczego mi nie pasowała), krew pulsowała mi w głowie. Na szczęście zasnąłem szybko i mocno, jak zawsze, nawet powrót Derpiego do kajuty mnie nie obudził.
Tej nocy, po raz pierwszy w życiu, coś mi się śniło.
niedziela, lutego 23, 2025
01. Hieny
Siedziałem z Derpim przy śniadaniu, jak co rano. Atmosfera była nieco bardziej ożywiona ze względu na promienie słońca, coraz rzadszy widok za bulajem z powodu ołowianych chmur; to jednak było nic w porównaniu z tym, co za chwilę miało wybuchnąć.
- Hieny! Hieny przyszły!
- Hieny idą! Ale jaja!
- Dosłownie! Haha!
Na salę wkroczyła grupa dziewczyn: na czele szły najwyższe, opięte w czarne skafandry z metalowymi slotami do podpinania przewodów. Szerokie w barach, z mięśniami widocznymi pod ciasnym, lśniącym materiałem szły jak taran, lustrując wzrokiem otoczenie. Za nimi ciągnęło się kilka niższych, ze spuszczonym wzrokiem, jakby spojrzenie w bok miało zmienić je w kamień. To musiało wzbudzić zainteresowanie całego oddziału.
- Hiena, jak tam! Ile dziś wyciągnęłaś na klatę?!
Młody żołnierz dostał w odpowiedzi krzywy uśmiech i wyciągnięty środkowy palec.
- Takiego masz długiego? - Odwdzięczył się młodzian. Cała sala ryknęła śmiechem.
- Ale że jak? Po co one przyszły do naszej kantyny? - Spytałem.
- Do mesy, derp. Pewnie zjeść, jak zgaduję. W ich kwaterach coś się spierdzieliło, to wysłali je tutaj, coraz częściej tak jest.
- A co to są „hieny”?
- Stary, nie było cię na początku, to nie wiesz. Jak jeszcze był statek naukowy, to mieliśmy wykłady i taki dziadek opowiadał o różnych zwierzakach, które kiedyś istniały.
- W sensie tu, na statku?
- Na okręcie, derp. Ale nie tutaj, nie wiem gdzie dokładnie. Na którymś lądzie pewnie. No ale były takie na czterech nogach, hieny właśnie: i tam samice są większe i cięższe od samców, coś jak panienki tutaj, które muszą pompować chemikaliami, by się nadawały do czegoś w trakcie operacji specjalnych. Podobno nawet mają niby-fujarę…
- Nasze tutaj?!
- Hieny miały na pewno, a co do naszych to chyba nikt nie sprawdzał. A jeśli tak, to wolał się nie chwalić… W każdym razie po tamtym wykładzie nikt już nie nazywa ich inaczej niż „hieny”.
Grupa dziewczyn usiadła ze swoimi tackami przy jednym stole, wrzawa ucichła, wszystko wróciło na swoje zwyczajne tory.
- Nawet nie wiedziałem, że taki oddział w ogóle istnieje…
- Okręt jest ogromny i cholera wie, co tam jeszcze siedzi, może nawet sam Admirał nie ogarnia wszystkiego. Jest jeszcze parę takich grup żeńskich, z którymi już naprawdę nie chciałbyś się spotkać; na przykład te, co latają na tych lśniących prototypach, mało kto je widział, są osobnej sekcji zupełnie…
- A jak się nazywają?
- Modliszki.
sobota, czerwca 04, 2022
House of Five Leaves (Saraiya Goyou)
sobota, marca 05, 2022
tajemnicze OVA z otchłani dyskowej
sobota, lutego 19, 2022
Dr. Stone: Stone Wars
poniedziałek, grudnia 27, 2021
Ixion Saga DT
sobota, października 30, 2021
Kaiba
Kaiba od samego początku atakuje cię unikalnym stylem i inaczej nie będzie: albo to kupujesz, albo nie, bo niestandardowe projekty bardziej przypominają wczesne kreskówki Disneya z królikiem Oswaldem niż popularne anime. Dziwactwo to jednak działa na korzyść fabuły: bo oto w tym świecie osobowość danej istoty może być zamknięta w metalowym stożku i przeniesiona do innego ciała. Świat poznajemy oczami mocno przymulonego Kaiby, dla którego wszystko jest dziwne - i od razu dowiadujemy się, że mimo infantylnego stylu dzieją się tu rzeczy przykre, acz spodziewane.
Bo oto atrakcyjne ciała są sprzedawane zamożnym przez biednych, aby wyżywić rodzinę. Że - a jakże! - ciała mogą być wykorzystywane na różne zboczone sposoby. Albo że dzięki urządzeniu pozwalającemu wnikać w świat wspomnień danej osoby można odkryć naprawdę nieprzyjemne rzeczy. A życie generalnie w świecie tego anime można stracić bardzo łatwo.
![]() | |
| ambitne anime z silnym zacięciem artystycznym |
Ze względu na to wszystko seria potrafi być dość obciążająca emocjonalnie - zacząłem ją oglądać w momencie premiery, czyli w 2008 roku, i po epizodzie z Chroniko dałem sobie spokój, bo ten rok nie był dla mnie - delikatnie mówiąc - najlepszym. Obecnie, uzbrojony w wiedzę na temat tego, jakiego kalibru anime oglądam, postanowiłem zacząć od początku i obejrzeć całość.
Mimo wspomnianej już niezwykłej i dość obco wyglądającej oprawy, mniej więcej pierwsza połowa to jedna z najbardziej japońskich rzeczy, jakie oglądałem: fabuły poszczególnych odcinków opowiadają o trwaniu, cichym przemijaniu, o pokornej akceptacji swojego losu. Nie wierzysz? Obejrzyj sam, bo zdecydowanie warto. Natomiast druga połowa tej 12-odcinkowej serii odpala wątek główny, który prawie w ogóle mi nie podszedł - nie mogłem się w to wszystko wczuć, w dodatku jeden z odcinków (bodajże jedenasty) był tak bezdennie głupi, że aż sobie pomyślałem, że to celowe, na przykład: pewien koleś trzyma niezwykle ważną dla niego rzecz, dla której dokonał wielu paskudnych rzeczy, wygrał i właśnie jest w drodze na szczyt (literalnie, jedzie tam windą). Tak sobie pomyślałem wtedy, jakże tandetne byłoby, gdyby w tej chwili ten cenny przedmiot upuścił w przepaść - zgadnijcie, co się za chwilę stało...
Mimo według mnie słabej końcówki uważam, że Kaiba jest anime zdecydowanie godnym polecenia, i to nie tylko pretensjonalnym dupkom chwalącym każde anime, które wygląda trochę inaczej i nic poza tym - jak dla mnie Kaiba zawiera dostatecznie dużo naprawdę dobrej i wywołującej emocje fabuły, aby obejrzeć całość. Nie był to aż taki hit, jak się spodziewałem, ale i tak jest naprawdę dobrze.
sobota, września 25, 2021
Baka to Test to Shoukanjuu Ni!
Wiele, wiele lat temu miałem dużo więcej czasu na oglądanie anime. Wtedy byłem też bezrobotnym człowiekiem bez żadnych widocznych perspektyw i o bardzo niskiej samoocenie, więc generalnie nie żałuję zmiany tego stanu rzeczy. Mimo to udało się obejrzeć sporo, a część tytułów doczekała się również swoich kontynuacji, których do tej pory nie oglądałem.
Nie inaczej jest z Baka to Test, które jest kolejną szkolną komedią, jakich mamy literalnie setki, jednak setting tutaj jest nieco odmienny: uczniowie mogą przyzwać stworki, które toczą ze sobą pojedynki (za zgodą nauczyciela), a siły mają one tyle, ile punktów zdobył uczeń na testach. Jest też bardzo wyrazisty podział według poziomu zdolności, gdzie ci topowi mają luksusowe klasy, a ci najgorsi z klasy F siedzą przy swoich stolikach na podłodze. Całość jest jednak mocno na wesoło, co akcentuje nie tylko styl przypominający Sayonara Zetsubou Sensei w wersji light (częsta zmiana kolorów, dużo napisów na tablicach i tym podobne), ale też przegięte gagi, gdzie na przykład nad facetem nawiązującym jakąś relację z dziewczyną natychmiast zbiera się sąd kapturowy zazdrośników i wyznacza mu karę.
W 2018 roku oglądałem dwuodcinkową OVA o szkolnym festiwalu i bawiłem się na tyle dobrze, że postanowiłem ruszyć drugi sezon serii tv, który wisiał na mojej liście "currently watching" od, uch, wielu lat. Co do wrażeń...
Seria ma gagi, w liczbie nie większej niż liczba dwucyfrowa. I cały czas pokazuje je na zmianę, aż do znudzenia i jeszcze dalej. O ile w OVA oglądanej wiele lat po pierwszej serii te nie zdążą się znudzić, tak tutaj dość szybko miałem dosyć. Seria na swoje szczęście ukrywa w sobie odcinki odmienne, jak ten z przeszłością hurr durr pettanko dziewczyny i jej problemy z pokonaniem bariery językowej po przeprowadzce do Japonii, ale w mojej opinii nie było ich na tyle dużo, by uratować serię od monotonii. Mimo to nie jest źle, bo hiperaktywność dowozi tę produkcję do szczęśliwego końca, jednak myślałem, że będzie lepiej. Nie żałuję czasu poświęconego na dokończenie tej serii, ale jednak nie mam go aż tak wiele, żeby wyrzucić z głowy myśl, że mogłem obejrzeć coś ciekawszego.
sobota, września 11, 2021
dwudziesta rocznica zamachu na World Trade Center
Trudno uwierzyć, że minęło już tyle lat. Pamiętam to doskonale - zaczynałem właśnie trzecią klasę technikum, miałem wtedy siedemnaście lat. Po powrocie ze szkoły zawsze włączałem tv i przełączając kanały zobaczyłem, że wszędzie serwisy informacyjne nadają o tragedii: samolot wbił się w jedną z wież słynnego budynku World Trade Center i mówiono o "wypadku". Oglądałem na żywo, jak wbijał się drugi: to było bodajże pierwsze ujęcie z poniższego filmiku, z helikoptera telewizji ABC:
W tym momencie już nikt nie miał wątpliwości, co się stało - to był precyzyjnie zaplanowany zamach terrorystyczny. Porwane zostały jeszcze dwa samoloty, z których jeden uderzył w Pentagon, a drugi rozbił się na polach, ponieważ pasażerowie podjęli próbę odzyskania kontroli nad samolotem. Wszyscy zginęli.
Ale to zniszczenie World Trade Center zapisało się w umysłach milionów, a może nawet i miliardów ludzi - również i w moim. To było coś kompletnie nierealnego, jak z filmu - tyle że tutaj ludzie musieli podejmować decyzję o tym, czy skoczyć na pewną śmierć, czy spalić się żywcem (ludzie w pobliżu musieli uważać nie tylko na spadające fragmenty wieżowca, ale też na spadające ciała). Jakąś godzinę później pierwsza z wież zawaliła się, wznosząc chmurę pyłu, która sunęła ulicami niczym w scenie destrukcji z filmu "Dzień Niepodległości". Jakiś czas potem zawaliła się druga, grzebiąc między innymi ponad trzystu ratowników, próbujących ewakuować jak największą ilość ludzi.
Sytuacja była tak nierzeczywista, że naprawdę nie wiadomo było, jak na nią zareagować: jedni płakali i przejęli się losami ofiar, drudzy szydzili z tych pierwszych. Naturalną reakcją obronną umysłu przed traumatycznymi wiadomościami jest żartowanie z tego - tak więc przez pewien czas krążyło mnóstwo niepoprawnych politycznie żartów, lepszych i gorszych (pamiętam, jak na maturze mój kolega zrobił z długopisu i ekierki samolot i wbił go w kartony z sokiem).
Potem naturalnie zaczął się kręcić biznes, komentarze, dochodzenia, polityka i generalnie próba wyciągnięcia z tej tragedii jak najwięcej, jak to zazwyczaj się dzieje przy tak wstrząsających wydarzeniach. Pośród szczerych wyrazów żałoby pojawili się też ludzie cynicznie wykorzystujący sytuację do swoich celów, grając na ludzkich emocjach.
Za jedną z bardziej kuriozalnych reakcji uważam komiks (?) Arta Spiegelmana (tak, tego od "Maus") "In the Shadow of No Towers". Opisuje on tam, jak próbuje odnaleźć córkę, która chodziła do szkoły na Manhattanie - i cały chaos i szalone reakcje ludzi na tę tragedię. Dość powiedzieć, że w Stanach nikt za bardzo nie chciał mu tego wydać.
Jednak minęło już tyle czasu - gruzowisko uprzątnięto i postawiono tam One World Trade Center, a kilka innych wieżowców w pobliżu też jest ukończonych lub wkrótce zostanie. Obecnie mamy dużo więcej nowych problemów i zamach na WTC powoli przechodzi do historii, ale przez wiele lat jego konsekwencje wpływały na nasze życie. Niestety nic dobrego z tego nie wynikło dla nikogo: zwiększyły nienawiść do muzułmanów i podejrzliwość według wszelkich obcych chociażby (przez pewien czas u mnie w biurze pracował osobnik z Algierii - dość powiedzieć, że miejsca długo nie zagrzał, choć głównie z własnej winy). Skuteczność tego ataku ośmieliła innych szaleńców, stąd zamachy w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech ("jak tam somsiedzie, znowu zamach?") i wiele innych. Na lotniskach przechodzisz szczegółowe kontrole i nie możesz zabrać między innymi większych pojemników z płynami - pamiętam, jak na którymś z londyńskich lotnisk nawet widziałem specjalny zlew, do którego musisz wylać nadmiarowe płyny, jeśli przez nieuwagę jakieś zabrałeś.
Atak na WTC był brutalnym przebudzeniem dla ludzi w moim wieku i trochę starszych, że powojenny świat właśnie się zmienił - i to na gorsze, nawet jeśli wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.
sobota, września 04, 2021
Super Mobile Legend Dinagiga
Anime zainteresowałem się pod sam koniec lat 90., a Final Fantasy VII oraz Dragon Ball, który wtedy zaczynał lecieć na nieistniejącym już od blisko dwudziestu lat kanale RTL7, wydatnie w tym pomogły. W przeciwieństwie do dzisiaj, gdzie literalnie możesz włączyć swój smart tv i na najpopularniejszym serwisie streamingowym możesz jakieś tam anime obejrzeć, wtedy dostęp do czegoś innego niż mainstream był mocno utrudniony. Ale jednak człowiek miał świadomość, że gdzieś tam ukryty jest świat hen... to znaczy anime odmiennego od tego, co można zobaczyć w popołudniowym paśmie kreskówek.
Super Mobile Legend Dinagiga to dwuodcinkowa OVA z końca lat 90., jeśli to nie jest oczywiste już po samej okładce. Nie ma się za bardzo o czym rozpisywać: mamy genki girl, która ma Ukrytą Moc, mamy Tajemniczą Dziewczynę z Przeszłością, mamy też kilka oczywistych zrzynek z Evangeliona w postaci pseudomistycznego bełkotu i dziwacznych mechów. Całość jest po prostu przeciętna, ale według mnie solidna, dlatego bardzo niska średnia ocena na MAL (nieco poniżej 5) raczej mnie dziwi.
Ale jest jedna rzecz: w paśmie kodowanym Canal+ puszczano właśnie tego typu rzeczy. Canal+ nadawało (nie mówcie mi, że nadaje dalej) kodowany sygnał, za oglądanie/odkodowanie którego trzeba było dodatkowo zabulić, kupując dekoder. Takie to były czasy, że znaleźli się ludzie gotowi płacić za oglądanie "13 Posterunku", ale było też parę innych, ciekawych rzeczy, jak na przykład "South Park", który miał wtedy swoje pierwsze sezony i był sensacją. Było też Armitage III, Iria i parę innych i nie zdziwiłbym się, jeśli Dinagiga była wśród nich.
Czasy wymieniania się kasetami VHS z nagraniami paskudnie zakodowanych, ale dających się oglądać zapomnianych OVA, hentajów i odcinków South Park słusznie minęły, ale z drugiej strony trochę szkoda - nawet przeciętne produkcje, które udało się wyszarpać, stawały się przez sam ten fakt atrakcyjne i tajemnicze. Oh well.
sobota, sierpnia 21, 2021
Rokka no Yuusha / Braves of the Six Flowers / 六花の勇者
The Book of Bantorra to jedno z moich ulubionych anime w ogóle, którego fabuła zawierała takie odpały, że mało która seria może się równać. 27 odcinków adaptowało 10 tomików light novel, co zmusza studio do wycinania bulszitu i zostawiania tego, co najważniejsze - zabieg ten potrafi być zbawienny i może uchronić widza przed dużą dawką czegoś, co pieszczotliwie nazywam "smętnym pierdoleniem" - postacie w light novels potrafią snuć bardzo abstrakcyjne przemyślenia i porównania, które może dla przeciętnego Japończyka mają jakiś sens, ale zazwyczaj rozwalają się o mur kiepskiego tłumaczenia na angielski. Tymczasem anime Rokka no Yuusha na adaptację jednego tomiku light novel poświęca 12 odcinków...
Pierwsze, co zwraca uwagę, to stylistyka - budynki i niektóre stroje przypominają te cywilizacji Ameryki Południowej, dorżniętych potem przez konkwistadorów. Nic z tego dla fabuły anime nie wynika, a przynajmniej ja tego nie zauważyłem. Nieważne - lore jest takie, że co jakiś czas na półwyspie pełnym toksycznego syfu odradza się Demon Lord, wysyłający zastępy potworów, by mordowały mieszkańców kontynentu. Jednak bogini wyznacza do walki z nim sześciu Bohaterów, których łatwo można poznać po tym, że na ich ciele pojawia się symbol kwiatu złożonego z sześciu płatków. Bohaterowie mają się zebrać, pójść do krainy toksycznego syfu i naklepać Demon Lorda, aby zapewnić ludziom spokój na kolejne parę setek lat.
Oprócz tego istnieją tak zwani "Święci", którzy dysponują jakąś mocą: przywoływania ostrzy, poruszania skał, tworzenia mgły, wywoływania ognia i tak dalej. Albo anime kiepsko to tłumaczy, albo ten system mocy nie ma sensu - niby może być tylko jeden Święty danego "typu" i wszyscy są znani, ale pojawiają się nowe typy, o których wcześniej nie słyszano; Święci mogą być równocześnie Bohaterami; Święci mogą być nawet silniejsi od niektórych Bohaterów i tak dalej. Miałem ochotę czepiać się dużo większej ilości szczegółów, no ale dobra: odradza się Demon Lord, a powołani Bohaterowie wyruszają w podróż, oto i oni:
Adlet Mayer. Wyobraźcie sobie zawsze pozytywnego i pełnego energii bohatera shounena, a potem odejmijcie wszystkie cechy, które mogą sprawić, że bohater jest sympatyczny. Adlet jest denerwującym, natarczywym błaznem, który każdemu wciska kit, że jest "najsilniejszym człowiekiem", choć tak naprawdę jest tylko w miarę zwinny i ma dużo dziwnych broni, niczym ninja. Choć i tak najwięcej czasu spędza na mówieniu o przyjaźni, zaufaniu i uczuciach - w tak naiwny i irytujący sposób, że nawet pozostali Bohaterowie mają go za uciążliwego głupca, a co dopiero widz. Aha, to główna postać tego anime.
Nashetania (Loei Piena Augustra) to księżniczka zagrożonego królestwa, jedna z Szóstki i równocześnie Święta od Ostrzy: potrafi generować je z powietrza i ciskać we wroga, z dość dobrym skutkiem - ostrza skutecznie szatkują tak potwory, jak i otoczenie. Sama w sobie jest dość słaba i jeśli ktoś podejdzie ją z zaskoczenia, to jeden strzał na maskę i leży. Ma swojego simpa (o nim za chwilę), który robi za tanka, podczas gdy Nashetania jest damage dealerem.
Z charakteru naiwna, zupełnie jak ktoś, kto całe życie spędził w pałacu, i bez większego doświadczenia w prawdziwej bitwie. Jako jedyna zaufała Adletowi, denerwującemu przybłędzie znikąd, i razem wyruszają w podróż, gdy pojawia się omen zwiastujący powrót Demon Lorda. Czerwone oczy i strój przypominający królicze uszy wyglądają dość tandetnie, poza tym anime chyba próbuje ją sprzedać jako materiał fanserwisowy #nikogo.
Goldov to wspomniany simp-tank księżniczki, wierny niczym pies. Przeciętny pies ma jednak bardziej interesującą i złożoną osobowość od tego osobnika, który zazwyczaj zajmuje się opieraniem o ścianę i mruczeniem pod nosem swoim zaskakująco niskim jak na nastolatka głosem. Potrafi mocno przyklepać i jest bardzo silny, ale jego strój kojarzy mi się ze... ślimakiem? Pewnie przez ten hełm. Klatkę piersiową spina mu pas, który wygląda jak biustonosz i całość wygląda niezwykle wręcz obciachowo.
Flemie/Fremy nosi pasek na klatce piersiowej jako biustonosz i wygląda to niezwykle atrakcyjnie, design 10/10 would order a wallscroll. Z przyjemnością też informuję, że cosplay Flemie istnieje. Niestety tu pozytywy się kończą - osobowość tej postaci to angsty kuudere, jeśli można to tak opisać: zimna........ wycofana........ pragnie zabić wszystkich............... za to, co mi zrobili.............
Mimo że Flemie ma odpowiedzi na wiele pytań fabularnych, reszta pyta ją tylko o mizerną część tego, czego powinni się dowiedzieć. Między nią a Adletem wydaje się iskrzyć, ale wszelkie próby wyrażenia emocji przez którąś ze stron to solidna dawka cringe'u, a w najlepszym przypadku nudziarstwa.
Po paru odcinkach Bohaterowie w końcu zbierają się w umówionym miejscu przy świątyni w sercu dżungli, gdzie ma być aktywowana magiczna mgielna bariera, która odgrodzi resztę kontynentu od wydostających się z przeklętego półwyspu demonów. Nie pytajcie mnie, jak to dokładnie działa, bo nie do końca to zrozumiałem, ale najważniejsze jest to, że cały plan się sypie i KTOŚ za wcześnie aktywował barierę, przez co Bohaterowie zostają uwięzieni i muszą znaleźć sposób, jak się wydostać. No i ustalić, kto spośród nich jest fałszywy, bo miało być sześciu Bohaterów, a przyszło siedmiu.
Pozostali to:
Maura - wysoka pani w fioletowej sukni (?). Święta od Gór, która potrafi potężnie przyklepać. Ma wyraźne skłonności przywódcze i nauczycielskie, bo jest jedyną osobą, której słucha pewien denerwujący dzieciak. Niestety szybko się też denerwuje i bardzo nie lubi rzeczy, które nie pasują do jej poglądów.
Chamot - wspomniany irytujący dzieciak w zielonych szmatkach, przez co przypomina trochę żabę. Wszystkich podejrzanych najchętniej by torturowała albo z miejsca zabiła - bo jeśli nie są prawdziwi, to od razu będą wiedzieć (jeden płatek ze znamienia Bohatera stanie się u wszystkich czarny). Ma jakąś potężną moc i jest w stanie nią naklepać każdemu, stąd jej bezczelność. Nosi też cały czas ze sobą kłos - po co? By wywołać odruch wymiotny, proste.
Hans - płatny zabójca, co stanowi dowód, że wśród kryteriów wyboru stosowanych przez boginię moralność czy pobożność nie mają priorytetu. Hans jest chyba jeszcze bardziej bezczelny niż Chamot, jak również stylizuje się na kota (czy też catboya): ma sztuczny (chyba?) ogon i co chwilę wplata "nyaa" w swoje wypowiedzi. Jego śmiech jest tak denerwujący, że gdyby to zrobił obok mnie, prawdopodobnie spróbowałbym zrobić mu krzywdę - co niestety źle by się dla mnie skończyło, bo Hans jest niezwykle zwinny i zna swoje rzemiosło. Można powiedzieć, że ma te "kocie ruchy"... I will see myself out.
Fabuła od tego momentu rozwija się tak, jak można to przewidzieć: Bohaterowie omawiają reguły aktywacji bariery i stają się coraz bardziej podejrzliwi wobec siebie. Dramatyczna szarpanina ciągnie się aż do finałowego odcinka, bo dopiero wtedy zostaje ujawnione, kto jest fałszywym bohaterem. Niestety intrygi nie są jakieś specjalnie wyrafinowane i raczej stanowią głównie pretekst do młócki - a według mnie szkoda, bo była szansa na porządną fabułę detektywistyczną, gdzie każda z postaci ma jakiś motyw, została przyłapana na jakimś kłamstwie i widz sam może się zaangażować i próbować odgadnąć, kto jest sprawcą. Tutaj ten element jest znacznie zredukowany.
No ale mamy finałowy odcinek i przyszedł czas na ujawnienie, który z Bohaterów jest fałszywy i to jest główny powód tego, że zdecydowałem się o tym anime napisać. Bo ustalenie tożsamości sprawcy następuje literalnie tak: "lol właśnie żeśmy znaleźli pod ziemią kamienne tablice dokładnie opisujące, jak aktywować barierę i teraz już wiemy, że to właśnie ta osoba to zrobiła xD"
Jako widz jesteś niemal bez szans, by samemu się domyśleć - to tak jak w powieści detektywistycznej na samym końcu okazuje się, że mordercą był ktoś, kto na kartach powieści wcześniej się w ogóle nie pojawił. Uważam, że jest to mocno nie fair i przez to całą fabułę mam za tandetę - a szkoda, bo było kilka ciekawych wątków dotyczących natury potworów, o których powiedziano nam bardzo mało. Na końcu pojawia się ciekawy plot twist, którym Bohaterowie jednak "nie mają teraz czasu się zająć", co tylko dopełnia w moich oczach obraz bałaganu i tandety.
Ile z tego można było uniknąć, gdyby twórcy anime krytyczniej podeszli do materiału źródłowego? Czy kolejne sezony byłyby lepsze? Tego się nie dowiemy, bo anime zaliczyło klapę i kontynuacji prawie na pewno nie będzie. Samej light novel powstało w sumie sześć tomików (plus jakiś jednotomowy spin-off) i od paru lat seria jest w zawieszeniu, czyli w praktyce porzucona.
O ile autor nie pisze czegoś innego pod pseudonimem, to chyba w ogóle zmienił karierę, bo nic innego już nie wydał - a szkoda. Ja sam mam ostrożną ochotę sięgnąć po kolejne tomiki light novel (wszystkie zostały przetłumaczone na angielski), ale biorąc pod uwagę powyższe chyba dam sobie spokój.
sobota, grudnia 05, 2020
Tatakau Shisho: The Book of Bantorra
Jakieś dziesięć lat temu uciekinierzy ze studia Gonzo założyli własne: David Production. Dziś już słynne za sprawą adaptacji JoJo na pierwszą w historii tej zasłużonej mangi serię telewizyjną, łatwych początków nie miało, szczególnie, że na jedną ze swoich pierwszych serii wybrali temat tak trudny, jak Tatakau Shisho: The Book of Bantorra.
Anime pojawiło się trochę znikąd i jak samo David Production, początek miało trudny. Pamiętam, jak wielu ludzi dropnęło oglądanie już po pierwszym epizodzie, odrzuconych zamotaną fabułą i kiepskimi elementami CGI (tak, kolego ImpulseM, do dzisiaj ci to pamiętam). Na dokładkę można też dorzucić, hm, spartański opening 1 z piosenką Ali „wszystkie utwory są takie same” Project, do którego dopiero po paru odcinkach dorobiono jakąś animację, którą jednak już trudno było zapomnieć: do obadania jest tutaj https://vimeo.com/13660917 i jest 18+ tak na dobrą sprawę. Zresztą design postaci żeńskich, szczególnie na okładkach tomików light novel (bo mamy do czynienia z adaptacją serii mikropowieści), bardziej wskazuje na anime w stylu innych „książek” (Bible Black, jeśli ktoś nie załapał), niż na coś konkretnego. Mimo tych przeciwności ja zostałem i bardzo się z tego cieszę, bo jest to jedno z najlepszych anime, jakie oglądałem w życiu.
O co chodzi: ludzie po śmierci zamieniają się w książki. A konkretniej: w kamienne tablice. Po ich dotknięciu można poznać wspomnienia zmarłego. Książki te składowane są w bibliotece i strzeżone przez „uzbrojonych bibliotekarzy” (Tatakau Shisho), którzy pilnują, by książkom nic się nie stało, ścigają złodziei i handlarzy wspomnieniową pornografią (nie żartuję). Szefową jest niejaka Hamyutz Meseta, pani z cyckami tak wielkimi, że nawet inne postacie zwracają na to uwagę (a przecież to anime!), której w walce mało kto jest w stanie przyfikać. Poszczególni „bibliotekarze” mają też – a jakże – różne magiczne zdolności, którymi posługują się w walce z adwersarzami.
Co w tym anime jest takiego dobrego? Teraz już znam dobre porównanie: fabuła potrafi wykręcić takie wywijasy, jak pewna raczej znana już gra: NieR. Sytuacja może wywrócić się do góry nogami w ciągu kilku odcinków. Gdy myślisz, że sytuacja jest poukładana, to przyłazi jakiś mocarz, do którego nikt nie ma startu. Dowiadujemy się o postaciach i o samej Bibliotece rzeczy, których lepiej byłoby nie wiedzieć. Jeden tomik light novel to kilka odcinków anime, a potem akcja potrafi mocno „przeskoczyć” i nikt się nie przejmuje, czy kogoś polubiłeś albo sądziłeś, że jest tak, a nie inaczej. Cały czas dzieje się coś nowego i zaskakującego, aż do samego końca, które – w sumie mój jedyny zarzut – nie jest satysfakcjonujące i do końca miałem nadzieję na jakiś ostatni plot twist, no ale niestety zostaliśmy z tym, co się stało i trzeba sobie z tym poradzić.
Nie chcę zdradzać jakichś szczegółów z fabuły – po prostu sam spróbuj obejrzeć. Anime popularności żadnej nie zdobyło i dość trudno jest je polubić, a wiele wymienionych wcześniej cech może odrzucić już na starcie, ale według mnie warto dać mu szansę i obejrzeć przynajmniej pierwsze 5-6 odcinków. Ja, na ten przykład, nabrałem ochoty, by obejrzeć je ponownie...
(tekst pierwotnie powstał na potrzeby cyklu "Kultura" na PPE)

















