niedziela, sierpnia 31, 2025

07. Listy

 

Zostaliśmy podzieleni na grupy i skierowani do naszych pierwszych zadań. Monter i Derpi poszli do hangarów odrzutowców, Gamoń i Młotek dostali mapy jakiejś wyspy z tego co widziałem, Gigi poczłapała do gabinetów medycznych jak na ścięcie. Ja zostałem z Eve w audytorium, które powoli zmieniało się w pokój analiz: wnieśliśmy tam szeroki stół, kilka stacji roboczych z dostępem do sieci okrętowej i parę innych sprzętów. Czekaliśmy teraz karnie na naszą mentorkę, zastanawiając się, czym to nas obdarzy.

Piszczenie kółek oznajmiło przybycie Doktorki. Ciągnęła ona za sobą mały wózek ze skrzynką o wymiarach około pięćdziesiąt na pięćdziesiąt centymetrów. Zatrzymała się przed stołem.
    - Kotuś, ty jesteś dobrze wyposażony: daj tę oto skrzyneczkę na stół. - Poobijane metalowe pudło wyglądało na bardzo ciężkie, na szczęście miało również uchwyt. Doktorka zaczęła operować kluczem przy jednym z otworów. - Swoją drogą dość dziwna ta twoja proteza, kiedy ci ją założyli, w sensie od kiedy ją masz…?
    - Od zawsze.
    - A tak w ogóle to ma być co? - Wtrąciła się Eve.
    - Jajco - oświadczyła z dumą Doktorka, gdy udało jej się aktywować kluczem jakiś mechanizm i boki pudła opadły, odsłaniając owalny, metalowy kształt w środku. - To jedna z ostatnich nagranych kapsuł, które miały polecieć na orbitę i być przesłane na Ziemię. Śmieszne, wiem - odpowiedziała doktorka, widząc nasze zdziwione miny.

Obecnie wysyłanie czegokolwiek na orbitę wydaje się być absurdalne. Sztuczna inteligencja zbombardowała wszystkie instalacje do tego zdolne piętnaście lat temu, jak również miasta, wioski, farmy, floty, wieże transmisyjne, serwerownie… Ze skupisk ludzkich przetrwał jedynie Sopel.

    - Esia zrobiła to co zrobiła i setki, albo i tysiące jakże ważnych informacji nie zostały wysłane na planetę, z której przybyliśmy.

Eve aż wzdrygnęło. Pieszczotliwego imienia sztucznej inteligencji “Esia” prawie nigdy się nie słyszało, to tak jak nazywać mordercę swojej rodziny “wujaszkiem”. To chyba miało nawet być imię żeńskie, no ale kto słyszał o imionach żeńskich kończących się na “a”?

    - Podobno dawno temu każdy mógł nagrać co tylko chciał, i to nawet anonimowo, i po prostu sobie wysłać. Jeśli uda się wam ten egzemplarz naprawić i odczytać, to pewnie zobaczycie niekoniecznie przyjemne treści - Doktorka znowu odruchowo próbowała się podrapać po metalowym czole - ale może akurat jest tam coś wartościowego, co może nam się przydać. To konkretne jajco w ogóle się nie aktywuje po podłączeniu i nikt za bardzo nie miał czasu się tym zająć, ale może wam się uda. Jakby coś, to mobilkujcie - rzuciła odwracając się od nas. Po chwili z korytarza dało się już tylko słyszeć pisk kółek wózka.



Siedziałem nad tym szajsem do dwudziestej piątej. Eve znalazła w bazie schematy i za pomocą narzędzi odsłoniłem gniazda; Doktorka nie powiedziała nam, jak mocno to cholerstwo jest uszkodzone. Gdyby oznajmiła, że poleciało na orbitę i spadło z powrotem, to wcale bym się nie zdziwił. W końcu jednak po paru modyfikacjach wtyczki i dołożeniu zmontowanego na szybko stabilizatora udało się doprowadzić napięcie. Zaskakująco delikatna i wybredna technologia jak na coś, co miało polecieć na orbitę. Przynajmniej system operacyjny tego ustrojstwa nie był niekompatybilny z naszym - na ekranie pojawiły się nam jakieś pliki, mniejsze i większe. Eve otworzyła pierwszy z nich i naszym oczom ukazała się kasza złożona z różnego rodzaju znaków.
Poszedłem spać, natomiast do ekranu przyspawała się Eve i zaczęła swoją część pracy.

    - Wstawaj - obudziło mnie mało subtelne szarpanie za ramię. - Chyba mam. - Oczy Eve świeciły się z ekscytacji, mimo niewątpliwego niewyspania.

Podszedłem do monitora.

    - Dekoder jajca nie działa, ale próbowałam oficjalnych tabel i jedna z nich przetłumaczyła to wszystko na ciągi cyfr i tu już mamy konkretny rezultat: liczby odnoszą się bezpośrednio do liter alfabetu. Większość wiadomości to zwykłe listy, więc można już zacząć czytać. - Spojrzała na mnie wyczekująco. Dostała rumieńców.
    - Ale jest więcej, prawda?
    - Oczywiście! Niektóre ciągi cyfr dawały bezsensowne wyniki. Trochę mi to zajęło, ale liczby odnoszą się do zupełnie innych tabel, a konkretniej do kluczy i ich pozycji w ideogramie.
    - Przepraszam, co?
    - Pionierzy używali wspólnego języka, ale w swoich społecznościach korzystali z tych, których używali na Ziemi. Niektóre języki zamiast alfabetów używają ideogramów, które muszą być dużo bardziej skomplikowanie, co nie?
    - Tak…?
    - Te ideogramy akurat poznałam na podstawie liczby kluczy, których jest 214… - Do Eve wreszcie dotarło, że nic z tego nie rozumiem. - No dobra, popatrz tu: te liczby oznaczają części składowe ideogramu, a te ich pozycję. Dzięki temu można odtworzyć ideogram. To jest taka instrukcja pokazująca który element trzeba wziąć i w którym miejscu umieścić, aby otrzymać wynik. Nie wszystko tak tu działa, bo jest jeszcze parę partykuł… Takich tak jakby parametrów lub warunków modyfikujących wyraz.
    - Aha! - Wreszcie zacząłem zaczynać rozumieć. Równocześnie cieszyłem się, że Eve to ogarnia, bo ja bym poległ marnie. Nie mogłem wyjść z podziwu.
    - Maszyna nie ze wszystkim sobie radzi, ale dzięki temu, co mam, mogę w miarę te teksty odczytać i zrozumieć. Najdłuższy z nich to ten dziennik czy pamiętnik, 異世界の日記、第一章、「不協和」...
    - Eee… a po naszemu?
    - “Pamiętnik z innego świata: rozdział pierwszy, >>Dysonans<<”.

***

Widzę kosmos. Gwiazdy, przestrzeń, piękny pas asteroidów, cudowną planetę pod nami. Tak wielu się tam przeniosło i po prostu tam mieszkają, żyją i umierają. Mówi się, że nie są tacy jak my, ale nigdy nie wierzyłam, nie przeszkadzało mi to. Natomiast to, co dzieje się tutaj, zaczyna mi przeszkadzać. On nie jest jeszcze przekonany, ale ja nie chcę tu zostać.

    - Kosmos? To jakieś zapiski z czasów pionierów? Mamy jakieś daty plików czy coś takiego?
    - Nie, system jajca nie zapisuje daty plików, nie wiem w sumie czemu.
    - Na Ziemi mają inny czas, może dlatego.

Przekonałam go. Babcia słusznie uczyła, że żołądek mężczyzny ma być pełny, a 金玉 opróżnione (─‿‿─)
Mamy miejsce w lądowniku, mówią, że to już pewnie ostatni, że więcej nie będzie. Nie mówię nikomu, że lecimy. Widziałam przemoc, widziałam martwych. Tak bardzo się boję.


    - Co to był ten wyraz nieprzetłumaczony?
    - Kiedyś ci powiem.

Przywitali mnie na lądowisku. Uściskali mnie, dali kosz z jedzeniem, zaprowadzili do mojego nowego mieszkania. Jest większe niż cały nasz sektor kapsuł. Jestem tu tak bardzo sama. Dlaczego nie przyszedł? Czy żyje?

O ile pamiętnik to do tej pory było tylko kilka fragmentów, tak teraz zapełniały go codzienne raporty: o sprzątaniu, pracy na różnych stanowiskach (praca na roli, biurowa, naprawa i konserwacja pojazdów i wiele innych). Czytaliśmy na zmianę i nie natrafiliśmy na nic wyjątkowego, aż dotarliśmy do końca.

Nie tak miało być. Dysonans, który czułam, nigdy nie zniknął. Jest nawet gorzej, tu też wszyscy się boją, wszędzie pojazdy wojskowe, transporty pocisków i zaopatrzenia na te wielkie statki. Drogie siostry i bracia z Ziemi, na pewno nie tego chcieliście. Miało być lepiej, inaczej. Przepraszam, że nie mam nic lepszego Wam do przekazania. Mają zawiesić wiadomości na czas nieokreślony. Gdy je przywrócą, to opiszę Wam dokładnie, co się działo w tym czasie.

    - I koniec wpisu. To chyba nawet nie zostało wysłane. Potem Ziemia nie dostała od nas żadnej więcej… - Zobaczyłem, że Eve ma łzy w oczach i postanowiłem się zamknąć.

***

Młodym to się teraz w dupach poprzewracało. Wszystko mają podstawione pod nos, a jeszcze im źle. Za moich czasów wszystko trzeba było robić samemu; mój ojciec, jeden z pionierów, uczył mnie fachu, własnymi rękami stawialiśmy tę stocznię. Potem weszły w użycie drukarki metalu i już wszystko szło z prefabrykatów, ale pierwsze szkielety wznosiliśmy sami. A potem piękne statki, kontenerowce przewożące nasze towary na inne kontynenty, to oczekiwanie, co inni osadnicy przyślą nam… to były czasy. Teraz już tego wszystkiego nie ma, drukuje się z czarnego metalu narzędzia wojny, odrzutowce, śmigłowce, inne duperszwance… Mój piękny kontenerowiec mają przerabiać na lotniskowiec, no życzę powodzenia, bo to nie ma prawa dobrze działać. No i teraz mamy to nazywać “okrętem”, a nie “statkiem”. Statek to statek, szkielet, kadłub, podkład. Jak kogoś to boli, to ma kotwicę wetkniętą za głęboko wiadomo gdzie.


    - Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, co będzie potem?
    - Przepraszam, co?
    - No… ćwiczenia, manewry, ale co potem? Jakaś akcja? Co będzie za dziesięć, dwadzieścia lat? Myślałeś o tym kiedyś?
    - Nie. Nigdy. Absolutnie.
    - A… aha. No okej.

Znowu wyszedł ze mnie stary zgred, ale nie usunę tego, co już napisałem. To nie jest do końca sprawiedliwe: ludzie wcześniej nie mieli zimnej fuzji, wody z powietrza, farm białka - podobno kiedyś trzeba było hodować zwierzęta i je zabijać na mięso, no co za barbarzyństwo. Które, jak się okazuje, dalej tkwi w człowieku: tu miało być inaczej, a wyszło jak zawsze. Wszyscy sieją panikę, boją się, że orbita będzie nas atakować. Tylko czym, ja się pytam? Kamieniami będą w nas rzucać? Ktoś ma własny interes w tym całym zamieszaniu, pewnie ci dziwacy z Sopla, nie znoszę tych kretynów.

    - Oni zdawali sobie sprawę z tego, co się stanie.
    - Nie wszyscy wierzyli, jak się okazuje, ale z drugiej strony co mieli zrobić?
    - Ktoś jednak miał dobre pomysły, ta cała flota i zbrojenia. Bez tego nie zostałoby nic.
    - Też nie do końca: Monter opowiadał, że choć wiele okrętów, które były podczas bombardowania w ruchu, ocalało, tak pływające miasta i okręty przy nich zacumowane poszły w proch. Były zbyt statycznym celem. Niektórych do dzisiaj jeszcze nie znaleźli, może nawet poszły na dno, choć były budowane na gęstych plamach czarnego oceanu.
    - Pływające miasta? Coś słyszałam o tym, ale nie wiem za bardzo…
    - Monter ci powie więcej, niż sobie tego życzysz, ma pewnie jeszcze model takiego miasta gdzieś u siebie…
    - Ma, widziałam.
    - Gdzie?! Kiedy?!
    - Jak byłam u niego. Drukował coś dla mnie, a potem Doktorka kazała nam przenieść jego rzeczy… głównie modele… do hangaru.
    - A. Aha.

W każdym razie, moi drodzy Ziemianie… zawiedliśmy was i siebie. Chcieliśmy dobrze i na początku tak właśnie było, ale potem znowu zaczęły się pieprzone podziały, które teraz niszczą to, co zbudowaliśmy. Stary już jestem. Będzie co będzie.


***

    - Miałaś rację, te duże pliki to zdjęcia, tylko jakoś dziwnie zakodowane czy tam skompresowane. - Dzięki Eve zacząłem rozumieć języki programowania, choć te wszystkie ideogramy, fleksje i wyjątki ludzkich języków pozostały dla mnie czarną magią.
    - Wyświetlenie tego trochę potrwa, bez gotowych tabel odwołań wszystko będzie musiało być przeliczane osobno… - Eve przełączała się między ekranami, monitorując postępy.
    - Ale wracając do tych języków, ideogramów, skąd ty to wiesz w ogóle?
    - To po prostu… zawsze mnie interesowało, tak jakoś. - Wzruszyła ramionami.

Zapadła niezręczna cisza.

    - Hej, mamy pierwsze zdjęcie, ciekawe co to je-

Zatkało mnie na chwilę. Eve uważnie przyjrzała się zdjęciu, a potem mnie.

    - Nie patrz tak na mnie, nie wiem, dlaczego ktoś miałby przesyłać zdjęcie swojego przyrodzenia przez spory kawałek wszechświata aż na Ziemię.
    - Jakby miał się czym chwalić. - Podsumowała.

Kolejne zdjęcia na szczęście były bardziej treściwe: miasta z rzędami równych, małych domków, hale fabryczne, potężne drukarki czarnego metalu, trochę pól uprawnych… No i dzieci. Wszędzie mnóstwo dzieci.

    - To jesteśmy… my. To jest nasze pokolenie.
    - Mogliśmy żyć w takich miastach, gdyby nie to wszystko… - Eve od czasu do czasu musiała robić sobie przerwy podczas czytania listów, ale zdjęcia były dla niej szczególnie ciężkie.
    - Jest jak jest - powiedziałem, bez szczególnego przekonania.

Chwila milczenia.

    - Mama mnie tego uczyła.
    - Co proszę?
    - Języka, wiesz, ideogramów.
    - Aha.
    - Pamiętam taką kolorową mobilkę, tak uczyła mnie rysować i czytać. Bardzo to lubiłam, chwaliła mnie, że jestem w tym dobra.

Obróciła się od ekranu w moją stronę.
    - Nie pamiętam wiele więcej oprócz tego domu i ogrodu, miałam tylko kilka lat. Samego bombardowania kompletnie nie pamiętam, dopiero potem jak już byłam na statku z innymi dziećmi. Czy tam okręcie.

Wyciągnąłem rękę w jej stronę, chyba chciałem wykonać gest pocieszenia, sam nie wiem. Przerwał nam dźwięk oznajmiający, że kolejne zdjęcie się wyrenderowało.

    - I co mamy tym razem? - Eve przesunęła się w stronę ekranu i kliknęła.
    - Znowu małe dzieci, tym razem kąpiące się w morzu… Nie jest czarne, tak przy okazji.
    - Nawet jest jakiś komentarz tekstowy, zaraz odkoduję, bo to coś prostego… “uohhhhhh”?
    - Chyba znowu jakiś kretyn marnuje pamięć urządzenia, trzeba zacząć kasować takie rzeczy. Powoli odniechciewa mi się patrzeć na kolejne…
    - Ale czekaj, na następnym jest coś innego… To jakaś góra? Ktoś się wybrał w głąb któregoś kontynentu?! Jak on to przysłał?

Podekscytowani byliśmy oboje.

    - Tu jest jeszcze plik tekstowy zaraz obok, dawaj odkodowanie…
    - “Wy głupie chuje”. Tego naprawdę nikt nie sprawdzał… - Człowiek naprawdę był już zmęczony. Po zapewnieniu anonimowości ludzie się nie kontrolowali w tym, co piszą.
    - Czytaj dalej - mimo to Eve była zainteresowana. - Tu musi być w końcu coś ciekawego.


Jeśli tyle dla was znaczy takie zaangażowanie jak moje… a zresztą, szkoda czasu na to wszystko. “Gatunek może być inwazyjny”? Sami jesteśmy gatunek inwazyjny i nikt się nie rzuca. Moje drony w końcu znalazły dogodne miejsce i tam właśnie wyruszam, po tylu latach upokorzeń. Nie macie dronów? To się walcie, bo ja wam mojej technologii nie dam. To durne jajco poleci na Ziemię i nikt z osadników tego nie przeczyta, co cieszy mnie niesamowicie. Już spakowałem wszystko do łazika, razem z laboratorium, komponentami, i własną drukarką. Żebym ja, wasz pieprzony dobroczyńca, musiał się prosić o czas pracy drukarki przemysłowej, to jest po prostu skandal na skalę kosmiczną. Ale ja nie będę nikogo o nic prosił, zabieram swoje zabawki i opuszczam to szambo. Mój plan to stworzenie samowystarczalnego ośrodka, gdzie będę mógł w spokoju pracować nad moimi pomysłami i prowadzić badania. I będę otoczony prawdziwymi przyjaciółmi, którym zapewnię wszystko, czego tylko będą potrzebowali. Żegnam ozięble. Jeśli jakiś kolega Ziemianin z otwartym umysłem to przeczyta i chciałby mnie odwiedzić, to zapraszam - podaję koordynaty…
    - Chyba wreszcie mamy coś wartościowego! Wrzuć to na mapę!

Żadnych map satelitarnych rzecz jasna nie mieliśmy, tylko to, co ocalało sprzed bombardowania, które zmieniło nieco geografię, ale koordynaty pokazywały pasmo górskie w głębi największego kontynentu, kawałek drogi od największego miasta, które kiedyś istniało na tej planecie.
Był to spory zawód, bo nie mieliśmy możliwości dotarcia tam - odrzutowiec ma zasięg, ale nie wyląduje. Baterie w mechach nie pozwalały na tak długi lot. Nie mieliśmy właściwego pojazdu.

    - Wreszcie coś, co możemy dodać do raportu, ale nie ma jeszcze powodu do alarmu. Warto jednak się zastanowić…
    - Patrz tutaj! Mamy kolejne zdjęcie!
    - O szlag. Mobilkuj po Doktorkę.

Ta po jakimś czasie przyszła do audytorium i zerknęła na najnowsze zdjęcie, które się wyrenderowało. W zamyśleniu podeszła do automatu hadwao, dało się słyszeć cichą eksplozję. Wyjęła z niego szklankę wody, przepłukała gardło.


    - Wiecie, co to jest?
    - No… pływające miasto?
    - Tak, jedno z pierwszych, jakie powstało.
    - Zgadza się, są koordynaty, jest też nazwa “FC-03”, czyli “floating city”...
    - Sierotki wy moje. - Zwróciła się do nas Doktorka. - To ostatnie miasto, którego nigdy nie znaleźliśmy. Mobilkuję do Kapitana.


niedziela, sierpnia 10, 2025

06. Modliszki


 

 

Po całym tym zamieszaniu wreszcie przyszedł czas na właściwe zajęcia. W audytorium, którego drzwi wyjęto z zawiasów a grodzie podparto metalowymi sztabami, Doktorka rozstawiła tablice dla każdego z nas i rozdała pisaki. Na mobilki dostaliśmy zestaw pytań do wyboru i musieliśmy wybrać trzy, które najbardziej nam pasują. Ja zacząłem rysować schematy elektroniczne oraz konwertować liczby na system binarny i szesnastkowy, bo wydało mi się to najłatwiejsze. Eve na tablicy po mojej lewej zaczęła pisać jakieś tajemnicze ideogramy, to chyba był obcy język - niewiele z tego zrozumiałem, ale szło jej to bardzo sprawnie i co chwila zerkałem z ukosa jak pruje z pisaniem symboli, które widziałem pierwszy raz w życiu.

Gigi po mojej prawej z kolei wściekle atakowała swoją tablicę rysując narządy wewnętrzne oraz pisząc formuły chemiczne. Nasza nowa mentorka najwyraźniej została jej nowym głównym wrogiem, bo tylko mruczała pod nosem, jak to faceci będą Doktorkę trzymać, a Gigi czerwonym mazakiem “wypisze jej >>C I P A<< na tym metalowym łbie”. Derpi stojący po jej prawej popatrzył tylko na mnie, wzruszyłem ramionami. Mój kolega jeszcze nie wybrał swoich pytań i drapał się po głowie, ale nawet nie miałem jak mu pomóc.

Monter rzecz jasna rzucił się na pytania dotyczące budowy lotniskowca, natomiast dwóch ostatnich z naszej grupy, którzy zawsze trzymali się razem, zaczęło na swoich tablicach kreślić mapy, symbole i strzałki, bo wybrali pytania dotyczące taktyki na polu walki.

Niższy i bardziej krępy z tej pary na imię miał Henri, ale wszyscy nazywali go Młotek - prawdopodobnie ze względu na fizjonomię sugerującą dość niski poziom inteligencji, ale nic bardziej mylnego: Młotek był w swoim żywiole i szalał z mazakiem po tablicy.

Jego kolega, wysoki i dość wątłej budowy mimo przyjmowanych witaminek, nazywał się Tell, ale zyskał też niewybredne przezwisko: Gamoń, ze względu na dość wolne odpowiedzi i reakcje na to, co się do niego mówi, podobno miał też pewne problemy z poruszaniem się i często wpadał na krzesła czy stoły, ku rozbawieniu otoczenia.

Odkąd się tu pojawiłem, Gamoń i Młotek trzymali się razem i spędzali każdą wolną chwilę (a wiele ich nie mieliśmy) przy jakiejś grze planszowej, czemu za bardzo się nie przyglądałem - dopiero teraz dodałem dwa do dwóch i zrozumiałem, że to były scenariusze strategiczne, bo mniej więcej to samo właśnie kreślili na swoich tablicach z zapałem i szybkością, której na pierwszy rzut oka trudno było się po nich spodziewać.

Wszyscy już skończyli oprócz Derpiego, który powoli skrobał odpowiedź na ostatnie wybrane przez siebie pytanie, gdy do audytorium weszła Doktorka. Omiotła wzrokiem nasze dokonania.

- Bardzo ładnie, sierotki wy moje - podsumowała. Czuć od niej było dziwny zapach, chyba wypaliła na pokładzie ten przeklęty zwinięty skrawek, albo kilka, jak nam tłumaczyła: “dla uspokojenia”. - Ćwiczenie trochę niepotrzebne, ale chciałam potwierdzić wasze wyniki na żywca. W sumie nic nowego… - Podeszła do tablicy Eve. - Wykrywanie wzorców, gramatyka innych języków, kody. Pięknie.

Tablica Gigi zawierała odpowiedzi na pytania z dziedziny biologii i medycyny, Doktorka podeszła i wskazała na naszą niską koleżankę palcem, uśmiechając się złośliwie.

- Kocham cię, Gremlinku. - Gigi nie kryła grymasu obrzydzenia.

Tablice Montera, Młotka i Gamonia tylko omiotła wzrokiem, ale na dłużej zatrzymała się przy tej Derpiego.

- No dobra. Każde z was ma konkretny talent, który na pewno dobrze wykorzystamy, na przykład ty zostaniesz moją asystentką, Gremlinku - posłała Gigi całusa, co zmieniło wyraz obrzydzenia w bezbrzeżne przerażenie. - Derpi jest tu trochę wyjątkiem: ma szeroką wiedzę z różnych dziedzin, aż trochę to dziwne jak dobrą, ale żadnej specjalizacji. No może poza awiacją.

Derpi też trochę się wystraszył, ale starał się tego po sobie nie pokazywać. Zresztą i tak przeczuwałem, że to tylko taki długi wstęp do tego, co Doktorka naprawdę zamierza powiedzieć i nie myliłem się.

- Ostatnio ktoś włączył system alarmowy i nam przerwano, no ale dobra. - Odruchowo zaczęła gmerać dłonią w kieszeni w poszukiwaniu skręta, którego już tam dawno nie było. - Ten tego, mamy wojnę, i generalnie nie idzie nam za dobrze, bo bombardowanie orbitalne prawie nas zmiotło, zniszczyło wszystkie instalacje naziemne, siły zbrojne i zrujnowało ekosystem planety.

Ta katastrofa miała miejsce jakieś piętnaście lat temu i niezbyt pamiętam te wydarzenia, ale czarnego oceanu pokrywającego większą część planety na przykład wcześniej nie było. Chyba.

- Walczymy tym, co mamy, ale desperackie czasy wymagają desperackich środków, że tak powiem… - Zamyśliła się. - No dobra, chcę wam pokazać, że choć od czasu bombardowania nie było żadnych kolejnych starć, to musimy cały czas się przygotowywać. I się bronić. Chodźcie za mną.

Szliśmy korytarzami przez hangary różnego typu odrzutowców, pieczołowicie remontowanych przez dziesiątki inżynierów. Monter nie mógł oderwać od nich wzroku, ale gdy weszliśmy do ostatniego hangaru to stanął jak wryty.

Stały tam mechy.

W specjalnie powiększonym hangarze stały dziesięciometrowe, humanoidalne kształty przytwierdzone do wielkich rusztowań. Rusztowania miały kilka wind umożliwiających mechanikom, i zapewne też pilotom, wygodny dostęp do całej konstrukcji. Zaraz, przecież pilotami mechów są…?

- Oddział Modliszek jest… specjalny. Bardzo. - Podjęła temat Doktorka. Mamy dziesięć mechów, Modliszek jest pięć. Mechy nie nadają się do sprawnej walki na powierzchni planety, nie przy tej grawitacji, ale przestrzeń kosmiczna to zupełnie inna sprawa. Jednak ze względu na przeciążenia nie każdy może je pilotować. - Wskazała palcem na korpus najbliższego robota, który zawierał kulistą kabinę. - Chodźcie.

Korytarz obok hangaru zalany był trupiobladym światłem.
- Teraz przedstawię was Modliszkom. Chcę was poprosić… o szacunek, szacunek dla ich poświęcenia. Należy im się za to całe cierpienie, które dla nas znoszą. - Chyba wszyscy byliśmy w szoku na tę nagłą zmianę tonu Doktorki. - Poświęciłyśmy… one poświęciły wiele i znoszą wielki ból, aby próbować nas ocalić. Możliwe, że są naszą jedyną nadzieją, bo to chyba nasz ostatni as w rękawie przeciw wrogowi.

Wszyscy słuchaliśmy z uwagą, a najbardziej przejęty był chyba Derpi. Doktorka wstukała kod i dodatkowo użyła swojej karty, odcisku dłoni i próbki głosu. Odczyt siatkówki był z przyczyn oczywistych niemożliwy.

Szliśmy kolejnym długim korytarzem, na końcu którego było wielkie pomieszczenie z wielkimi szybami, za którymi były jakieś fosforyzujące światła. Przed drzwiami na krześle siedziała wysoka, chuda niczym Doktorka kobieta z brązowymi włosami do ramion, ubrana w zielony mundur. Na głowie miała przepisową wojskową czapkę, przy pasie kaburę z pistoletem. W rękach ściskała bicz. Głowę miała opuszczoną i uznałem, że drzemała.

Doktorka zatrzymała się kilkanaście metrów przed wojskową.
- Witaj, Noin. Dalej nie śpisz w łóżku?
- Dalej. Semper fi, wiesz przecież. - Podniosła głowę i uśmiechnęła się blado. - Widzę, że masz gości.
- Tak, to nasze sierotki. Tak jak ci mówiłam: chcę im pokazać pełne spektrum tego, co robimy i co zapewne sami będą musieli w jakimś zakresie robić. I że wojna to bardzo smutna sprawa.

Noin i Doktorka przez chwilę milczały.

- Jestem Noin, nazywają mnie Twarda - wykonała gest mówiący “tak, wiem”. Przezwisk nie wybiera się samemu. Otaksowała nas wzrokiem.

- No dobra, wchodźcie - westchnęła i zaczęła kolejną procedurę otwierania drzwi, tym razem również pokazując swoją siatkówkę do odczytu. Trochę to trwało.

Czekaliśmy w skupieniu.

- Co to znaczy “semper fi”? - Szepnąłem do Eve.
- “Zawsze wierni” - odpowiedziała bez chwili wahania.

Weszliśmy wszyscy do pomieszczenia pełnego różnych sprzętów: pomp, filtrów, szafek z różnymi substancjami, ekranów z odczytami pomiarów. Za wielkimi szybami widzieliśmy wielkie, okrągłe wanny, wypełnione fosforyzującym światłem. Do każdej wanny spływały z sufitu pęki grubych kabli i rur. W każdej wannie była jakaś postać, prawie wyglądająca na człowieka - blada i chuda, z ramionami zakończonymi jakimiś długimi, ostro zakończonymi kośćmi zamiast dłoni. Głowy postaci od nosa w górę były zasłonięte hełmami, do których przypięte te wszystkie pęki kabli. Grube rury doczepione były do wanien.

- Oto Modliszki, o których na pewno słyszeliście już wcześniej. To są… moje koleżanki. Pracowałyśmy nad nowym napędem, który umożliwiłby manipulację grawitacją, ale straciłyśmy kontrolę nad obiektem. Jako młodsza asystentka spisywałam odczyty w pomieszczeniu obok, dlatego ucierpiałam najmniej, ale eksplozja poszatkowała resztę zespołu… - Spojrzała w górę na Noin.
- Byłam tam obserwatorem wojskowym. Osłoniły mnie. - Powiedziała Twarda. - Wyciągnęłam je jedna po drugiej.
- Wsadzili nas do tych wanien z płynem antybakteryjnym, mnie poskładali jak umieli. Z koleżankami nie poszło już tak dobrze, ale dalej utrzymujemy je przy życiu, na ich własne życzenie zresztą, bo każdy musi się przydać. One… cierpią, możliwe, że nie będą chciały z wami rozmawiać. Zresztą Trzy i Pięć nie mają już gardeł.
- Chcą, żeby nazywać je wyłącznie numerami, od jeden do pięć, od wanien, w których leżą - skrzywiła się Twarda. - Uszanujcie to proszę. Uszanujcie ich poświęcenie dla sprawy.

Drzwi odsunęły się i weszliśmy w ciszy, nie wiedząc dokładnie jak się zachować. W wannach leżało pięć kobiet: ich blade ciała były nagie, widzieliśmy małe piersi i nabrzmiałe brzuchy, do których podłączone były dodatkowe rury. Pod skórą pracowały jakieś pompy. Żadna nie miała nóg.

- To jest Jeden… - Doktorka szeptała, ale Jeden i tak ją usłyszała i skierowała swój hełm w naszą stronę, najwyraźniej wyrwana z drzemki. Wzdrygnęliśmy się.

- Zaraz, to przecież Inez! No czeeeść! Jak tam?! - Zaszczebiotała przyjaźnie i pomachała do nas długim kikutem dłoni. Byliśmy w szoku, łącznie z Doktorką. Twarda uśmiechała się szelmowsko.
- No cześć, Jeden… - Nasza mentorka rozglądała się w poszukiwaniu pomocy, ale w nas go na pewno nie znalazła. Pozostałe Modliszki też zaczęły się budzić.
- Inez przyszła!
- Nasza koleżanka!
- A co tak źle wyglądasz?
- Inezka-Pinezka!
- Płaska jak deska - mruknęła pod nosem Gigi, wykazując spory brak samokrytyki.

Trzy i Pięć mówić nie mogły, ale też zaczęły przyjaźnie machać kikutami w naszą stronę, odmachałem niepewnie. Za oczy najwyraźniej służyły im metalowe hełmy, które można było w razie czego odpiąć od pęków kabli.

- Dawno cię u nas nie było! - Zagadała Dwa.
- I przyprowadziłaś nam chłopów, ogiery pewnie - dodała Cztery.
- To znaczy, tego… - Nasza mentorka szarpnęła głową w stronę Noin. - Od kiedy takie są?!
- Od jakiegoś czasu. Na początku budziły się z marazmu na minutę czy dwie, co i wcześniej się zdarzało, ale od paru dni są jak dawniej, a może nawet i… bardziej. - Zerknęła w stronę Pięć, która machała w stronę Derpiego i zachęcała go, by podszedł bliżej. - Miałam cię wezwać, ale już zapowiedziałaś wizytę z podopiecznymi. Trochę się opóźniło ze względu na incydent, ale jest jak jest.

Doktorka w końcu się ogarnęła; podeszła do Jeden i zapytała prosto z mostu:

- Dlaczego?
- Duchy.
- Co proszę?
- Gdy masz duchy, to masz wszystko - uśmiechnęła się szeroko. Pozostałe Modliszki też wyglądały na szczęśliwe. - Każdy dzień był taki sam, okazyjnie ładowali nas do akwariów w mechach, żeby wykonać parę minut lotu. Ale podczas ostatniego coś się zmieniło, nie wiem, naprawiło… Mamy duchy. Tu w środku - ostrożnie wskazała kikutem na swoją bladą pierś. - One nam mówią, że wszystko będzie dobrze i że nie trzeba się bać. Żyjemy i to jest najważniejsze. Prawda?
- Prawda! - Ostro zakończone kikuty zostały uniesione w geście zwycięstwa.

Doktorka popatrzyła na Twardą i na nas.

- Ostatni lot miał miejsce podczas pojawienia się Skurwiela. - Poczułem się w obowiązku powiedzieć tę oczywistą rzecz.


***

Czekaliśmy na zewnątrz, aż Doktorka pożegna się z Modliszkami i wyjdzie do nas. Zamknęła drzwi za sobą i oparła się o ścianę, wzdychając ciężko.

- Emanacje Pierwotnych były do tej pory destrukcyjne, a teraz… - Odruchowo próbowała się podrapać po metalowym czole. Po chwili przypomniała sobie o naszej obecności. - Z jednej strony to są fantastyczne wieści, z drugiej trochę nie wyszło. - Zwróciła się do nas. - Chciałam wam pokazać tę paskudną stronę wojny, że nasze działania to również cierpienie i poświęcenie, abyście mieli pełną świadomość tego, co robimy, ale to akurat nie wyszło.

Zadumała się na chwilę.

- Zamiast tego powinnam wam pokazać, jak pozyskujemy białko. Może kiedyś.

sobota, lipca 05, 2025

05. Omen


 

 Po ostatnich wydarzeniach Doktorka zajęła się badaniem naszych Hien, o czym nie chciały za bardzo mówić - a przynajmniej Eve, bo z innymi nie miałem za bardzo kontaktu.

Sieć kontaktów społecznych Eve jest godna podziwu - wszelkie ploteczki, nowinki i pogłoski prędzej czy później trafią do niej. Podejrzewam, że kryjąc się za plecami innych po prostu jest w stanie skutecznie podsłuchiwać, ale ten wniosek lepiej zachowam dla siebie. Oczywiście trudno jest wiedzieć wszystko o każdym na lotniskowcu, jest tu nas ładnych parę tysięcy - zarówno kadetów, jak i regularnej załogi, w tym wysokiej klasy specjalistów oraz pracowników sekcji, których nazw nawet nie słyszeliśmy.

Badania Doktorki opóźniły zajęcia, które mieliśmy z nią mieć, więc zgodnie z zasadą “wojsko się nudzi” tymczasowo dołączono nas do specjalistycznych treningów walki wręcz. Po mojemu jest to średnio przydatne w obliczu bombardowania orbitalnego, które zniszczyło większość ludzkich osiedli, ale pewnie jest w tym jakiś sens.

W końcu jednak dostaliśmy wszyscy powiadomienia na nasze mobilki by zebrać się w znanym już audytorium, którym Doktorka zawładnęła niepodzielnie. Ja, Eve, Gigi, Derpi i trzech innych kadetów, których jeszcze dobrze nie poznałem, karnie ustawiło się w szeregu.

- Stwierdza się, co następuje - Doktorka wydawała się kpić z rygorystycznego żołnierskiego stylu wypowiedzi. - Regularnie pompujemy was różnymi specyfikami, między innymi takim obniżającym popęd płciowy. To podobno tani sposób na zwiększenie dyscypliny żołnierzy, unikamy też homoseksualizmu sytuacyjnego, z którym jest więcej problemów niż pożytku… Nie patrzcie tak na mnie, to nie ja wymyśliłam! - Podniosła ręce do góry w obronnym geście, widząc nasze miny. - Jednakowoż ten oto wspaniały specyfik nie działa jednakowo na każdego i zdarzają się pewne… anomalie. Jak dotąd wszystko jasne?

Jasne jak dwa słońca naraz, przynajmniej zachowania Padela i Gabrielle stały się dla nas łatwiejsze do zrozumienia.

- I teraz ostatnie wydarzenia… Kochane moje, nasze piecyki nie działają, bo albo brakuje im części, albo w moim przypadku w ogóle go już nie ma - wskazała na swój brzuch. - W przypadku Gabrielle… wszystko jakoś się odtworzyło, poukładało na nowo i zaczęło działać. Nie wiem w jaki sposób, bo nasza medycyna tego nie potrafi, przynajmniej na razie. Ale jestem pewna, że to w wyniku pojawienia się Pierwo… to znaczy Skurwiela. W połączeniu z odpornością organizmu Gabrielle na przynajmniej jeden ze specyfików dało to taki efekt…
- Proszę pani? - Odezwała się Eve. - Czy my możemy przestać przyjmować “witaminki”?

To pytanie wyraźnie wstrzymało i zaciekawiło Doktorkę.

- To… ciekawy pomysł. System wszedł w życie parę lat temu i nikt tego jeszcze nie testował, ale skutki uboczne mogą być… intensywne… - Spojrzała na mnie i na Eve. - Może kiedyś to sprawdzimy, ale na pewno nie teraz. Ale do rzeczy: jeśli pamiętacie, to mamy wojnę. Nie wystarczy dawać wszystkiego z siebie. Jeszcze niedawno sytuacja była beznadziejna, a tak naprawdę teraz nie jest o wiele lepiej.

Spojrzeliśmy po sobie w zaskoczeniu, bo takich rzeczy raczej nie wolno mówić.

- … Ale to prawda, bo wróg chce nas wszystkich zniszczyć, co do jednego. Usunąć. Wyczyścić. Wysterylizować planetę. Naprawdę paskudne rzeczy. I my też musimy robić naprawdę paskudne rzeczy, by przetrwać. - Zaczęła nerwowo grzebać w kieszeniach swojego białego fartucha. - Wy, jako naturalne talenty, które dołączą do grupy intelektualnej, prędzej czy później i tak je zauważycie, a ja też zazwyczaj mówię bezpośrednio…

Wyjęła jakiś papierowy rulonik i wsadziła sobie do ust, w drugiej ręce trzymała małe, metalowe pudełko.

- Dlatego też lepiej od razu zerwać tego strupa. Desperackie czasy wymagają desperackich kroków…

Otworzyła klapę pudełka i pojawił się płomień.

- Tu nie wolno…! - Krzyknęliśmy chyba wszyscy równocześnie, ale było już za późno. Na chwilę ogłuszył nas szczęk zamykanych grodzi, które skutecznie odizolowały audytorium od reszty okrętu. Lampy zgasły, a zamiast nich pojawiło się wirujące, czerwone światło alarmowe.

- Że jak? - Doktorka została z niezapalonym rulonikiem w ustach.

***

Siedzieliśmy tak już drugą godzinę. Eve przygrawitowała za moje plecy, reszta raczej w oddaleniu od siebie. Doktorka dreptała w kółko z rękami założonymi za plecy. Ja próbowałem pokombinować z zamkiem elektronicznym, ale ten szajs nie działał - audytorium zazwyczaj było otwarte i nikt z niego nie korzystał, stąd brak należytej konserwacji. Możliwe, że przyładowałem z frustracji parę razy moją protezą w drzwi, ale odpowiadało mi tylko dudnienie niczym dzwonu, które powodowało wibracje całego pomieszczenia (miałem wrażenie, że całego okrętu), więc szybko przestałem, czując na sobie wzrok reszty grupy.

- Po prostu nie rozumiem - nie wytrzymała. - Wytłumaczcie mi to jeszcze raz, jeśli jest wykryty pożar, to sekcja statku…
- Okrętu - odruchowo poprawił ją Derpi.
- Okrętu jest odcinana natychmiast, bez czasu na ewakuację?
- Witamy w wojsku - burknęła Gigi.
- A ty gremlinku, co taki naburmuszony?
- Oj nieważne!
- Siku, tak? - Milczenie Gigi głośno mówiło, że była to trafna diagnoza. - Wasze kombinezony nie mają funkcji filtracji? - Wszystkie Hieny nosiły te czarne skafandry z metalowymi kółkami, które wspomagały pracę kończyn; jak się okazuje, miały też dodatkowe funkcje.
- Nikt nie korzysta z tego przez te wszystkie rurki… Nieważne!
- Możesz zrobić w kącie, przecież nie ma się czego wstydzić. Podczas badań i tak widziałam wszystkie…
- Proszę pani! - Eve znowu miała dość niestosownych tyrad Doktorki.

Grodzie to jedno - odezwał się jeden z naszych do tej pory milczących kolegów. Nie wiedziałem jeszcze jak się nazywa, Doktorka pominęła tak nieistotny szczegół jak przedstawienie wszystkich członków grupy. - Audytorium ma służyć do narad dowództwa, w związku z tym jest izolowane. Rozmowy i urządzenia nie wychodzą poza te ściany. Jesteśmy jakby w takiej bańce. - To wyjaśniało, dlaczego nie możemy się z nikim skontaktować przez nasze mobilki.

Skoro zamek był zepsuty, to niewykluczone, że reszta systemów też była niesprawna i nikt nawet nie wie, że jesteśmy tu zamknięci. Nie żebym się bał, ale na pewno czułem się mocno nieswojo.
Jeszcze raz usiadłem do zamka, w końcu elektronika to coś, z czym radziłem sobie zazwyczaj bardzo dobrze. W końcu pożyczoną od Doktorki zapalniczką (tak się nazywało to metalowe pudełko) stopiłem izolację dwóch kapryśnych przewodów i gródź odcinająca drzwi wydała krótki syk oznaczający zwolnienie zaczepów. Korzystając z protezy i pomocy wszystkich podnieśliśmy ją do góry.

Tuż za progiem, na podłodze korytarza leżało dwóch techników, każdy w kałużach własnych wymiocin i moczu.

- Cofnąć się, opuścić gródź! - Krzyknęła Doktorka, a my automatycznie posłuchaliśmy rozkazu. Gródź spadła z hukiem. - To może być wirus! W moich kufrach mam kilka masek, załóżcie je.

Oprócz Doktorki maskę dostałem ja, Derpi, Eve i znawca lotniskowca. Podnieśliśmy gródź i wyszliśmy na korytarz, opuszczając ją za sobą. Całość operacji zajęła nam mniej niż pięć minut.

Doktorka przyklęknęła przy nieprzytomnych technikach.

- Żyją, oddychają, puls trochę podwyższony. - Leżeli na boku, więc nie było ryzyka uduszenia się wymiocinami.
Podążaliśmy korytarzami między hangarami, wszędzie widok był taki sam - nieprzytomni ludzie, leżący na podłodze albo osunięci na krzesła przy swoich stanowiskach. Niektórzy wcześniej wymiotowali, niektórzy nie. Oprócz nas jednak nikt nie był przytomny. Było ich zbyt dużo, by sprawdzić stan wszystkich.
- Ja idę sprawdzić szpital, Derpi i Eve biegiem na mostek, Kot i Monter do sterowni reaktora! - Bez słowa wykonaliśmy instrukcję.

Wstyd przyznać, ale nadal słabo się orientowałem gdzie co jest na lotniskowcu oprócz miejsc, które odwiedzałem najczęściej. Wiedziałem, że reaktor jest bliżej dziobu, ale nic poza tym. Na szczęście Monter (poznałem przynajmniej jego ksywkę) wydawał się znać “Arkę” jak własną kieszeń.

-Czujesz to piszczenie w uszach?
-Trochę tak. Myślałem, że to od wibracji reaktora czy coś takiego?
-To nie powinno się… - Monter zwolnił, w końcu się zatrzymał i oparł o ścianę. Zgiął się wpół i padł nieprzytomny na podłogę korytarza.

Spojrzałem na drzwi sterowni, zza których dobiegał dziwny szum, wydawało mi się też, że widzę trochę czarnego dymu przecinanego błyskami.

***

Nie wiem, ile czasu minęło. Gdy otworzyłem oczy, patrzyły na mnie z góry Doktorka i Eve, nie miały już masek.
- Kotuś, pobudka!
- Ale… wirus…
- Obecności wirusa nie stwierdzono. Przyczyną jest coś innego..
- Prawie wszyscy już doszli do siebie - dodała Eve.
- Ty mi wyglądasz na okaz zdrowia, a już na pewno w porównaniu do Montera - dorzuciła Doktorka. - Wstawaj, idziemy do kapitana.

Cała nasza grupa weszła na mostek. Pobladły kapitan siedział na swoim fotelu, wachlując się folią z raportem.
- Tylko krótko.
- Zostaliśmy poddani działaniu skoncentrowanych impulsów magnetycznych, które zakłóciły pracę naszych mózgów. Źródło: nieznane, nie ma go już na okręcie. Większość załogi została poszkodowana, oprócz nas, zamkniętych w audytorium, i parę setek członków załogi w odleglejszych częściach “Arki”. Zgonów: zero. Stłuczeń i sprzątania wymiocin: wiele. Broni biologicznej nie stwierdzono. - Zwięźle wyjaśniła Doktorka.
- Rozumiem. Wrócić do swoich obowiązków.
- Nie. Musimy wrócić na Sopel, złożyć raport osobiście i opracować środki zaradcze.
- Odmawiam. Źródło zagrożenia zniknęło. Nie ma potrzeby centrali.
- To stanowi potencjalne zagrożenie…
- Jesteśmy w trakcie kluczowego szkolenia. Wkrótce zaczynają się manewry całej floty. Nie możemy ich opuścić.
- Tato! Musimy wrócić!
- Inez, proszę cię. Koniec dyskusji. - Kapitan obrócił się na krześle i nie patrzył już na nas. Wkurzona Doktorka obróciła się na pięcie i wyszła szybkim krokiem, a my potruchtaliśmy za nią, patrząc po sobie, wątek faktycznie wyglądał na zakończony definitywnie.

***

Kapitan nie był jedynym, który nie chciał, aby pewne informacje wyszły na jaw. Ja też nie powiedziałem nikomu, że chwilę po tym, jak Monter zemdlał, czarna mgła w korytarzu przede mną zgęstniała i przede mną pojawił się humanoidalny, czarny kształt, którego sylwetkę przecinały jasne błyski. Na pewno nikomu nie powiem, że usłyszałem od niego coś, co najpierw brzmiało jak zwykły radiowy szum, ale potem wyklarowało się w zrozumiałą dla mnie mowę, która brzmiała mniej więcej tak:
- Jestem Herold. Jestem… Omen.

I już na pewno nikomu bym nie powiedział, że gdy już osuwałem się na podłogę, to dotarło do mnie, że jedna jego ręka nie jest z czarnej mgły, tylko ludzka. Bo sam nie mogłem w to uwierzyć.

niedziela, czerwca 01, 2025

04. Doktorka


 




Po objawieniu się Skurwiela zamieszanie było spore, dlatego dowódcy zgodnie z zasadą “wojsko się nudzi” dowalili tyle zadań, że nie było czasu się nad tym wszystkim porządnie zastanowić. Oprócz testów fizycznych doszło tyle materiału do przerobienia na naszych mobilkach, że szybko znielubiłem ten mały, kwadratowy ekranik, choć tak poza tym zabawka z tego jest bardzo fajna - niestety nie miałem wiele czasu na czytanie moich ulubionych podręczników inżynierii. Zresztą wkrótce zaczął się czas egzaminów teoretycznych, które pisaliśmy w hangarach - całe rzędy młodych ludzi pochylonych nad swoimi ekranikami nie miały czasu roztrząsać incydentu ze Skurwielem. Tą zagadką zajmowała się góra, jak mniemam.



Parę dni później przypłynął do nas statek naukowy - Derpi zauważył, że była to inna jednostka niż ta, którą widział parę miesięcy temu. “Meteor” był poobijany i rozpaczliwie potrzebował napraw, a jego podnośniki prawie na pewno już nie działały, ale chyba żadnego innego nie było w pobliżu. Albo wszystkie poszły na dno, ale wolałem o takich rzeczach nie myśleć. Załoga w białych kitlach pokręciła się po lotniskowcu, porobili jakieś pomiary swoimi urządzeniami, porozmawiali z kilkoma osobami (ze mną jakoś nie) i zmyli się tak szybko, jak przybyli, w sumie nic specjalnego.



Dzika jazda z nauką i egzaminami trwała bardzo długo: jakieś cztery tygodnie, w sumie prawie czterdzieści dni. Przedmioty ścisłe nie był dla mnie problemem, gorzej z innymi, tych na szczęście nie było zbyt wiele - po co nam lingwistyka?

Wyniki przesyłano nam na mobilki oraz wywieszano oficjalną tabelę przed wejściem do mesy. niektórych to bardzo ekscytowało, ale ja nawet na nią nie patrzyłem. Grunt, że zrobiłem swoje, i to chyba nienajgorzej. Derpi dla odmiany chyba mocno się stresował, ale nie gadaliśmy o tym zbyt wiele.



Oficjalne zakończenie piekła egzaminów podkreśliło kolejne przybycie “Meteoru”. Wszyscy kadeci karnie ustawili się w największym hangarze, na parę minut wyszedł do nas Kapitan - wcześniej nawet go z bliska nie widziałem. Był to przygarbiony mężczyzna z czarną brodą, podkrążonymi oczami i czerwonym nosem, szedł trochę chwiejnym krokiem. Wybełkotał do mikrofonu krótkie podziękowania za nasz wysiłek, “teraz czeka na was przyszłość”, ale bez jakiegoś specjalnego entuzjazmu, i poszedł - no i dobrze, przynajmniej było krótko. Na nasze mobilki przyszły informacje, do której części lotniskowca mamy się udać, bo oto właśnie podzielono nas na specjalizacje na podstawie wyników naszych egzaminów.



Mi polecono iść do audytorium - nawet nie wiedziałem, że na lotniskowcu jest takie pomieszczenie. Mimo podniosłej nazwy była to kolejna sala z czarnymi, metalowymi ścianami i wielkim metalowym stołem z wieloma krzesłami, oświetlona mlecznym światłem. Czekało tam już kilka osób - na przykład Eve, ukryta za plecami niewiele wyższej od niej Hieny z kamiennym wyrazem twarzy i goglami na oczach. Te gogle były całkiem popularne - nie tylko eliminowały wady wzroku u tych, którzy z jakichś przyczyn nie mogli mieć operacji, ale pozwalały też na parę dodatkowych funkcji, jak łączność z różnymi interface’ami, tryb widzenia w podczerwieni i inne cuda. Fajna rzecz.

- Jestem Gigi - rzuciła do mnie to niczym wyzwanie. - Mówią na mnie Gremlin.


- Miło mi poznać, ja jestem…


- Wiem, Kot. - Ucięła i skierowała wzrok poza mnie, kończąc rozmowę. Eve tylko łypnęła na mnie wzrokiem typu “wiesz, jak jest”.



Oprócz mnie był też wysoki Padel, co akurat niespecjalnie mnie ucieszyło, oraz trzech innych kadetów, których znałem tylko z widzenia. Jako ostatni do audytorium wparował zdyszany Derpi.



- Uff… nie zaczęło się jeszcze.


- Ale co?


- Spotkanie z prowadzącym naszą specjalizację. Nie wiesz tego? - Cisnęła we mnie Gigi.


- Aha.



Tak staliśmy w krępującej ciszy parę minut, aż w końcu drzwi do audytorium się otworzyły i weszła nasza prowadząca.



Niewiele starsza od nas, wysoka i wiotka dziewczyna - w niczym nie przypominała umięśnionych Hien i kilku innych postawnych kobiet, które można było zobaczyć na lotniskowcu. Ubrana była w biały, rozpięty kitel, pod którym widać było fioletową koszulę i spodnie - dalekie od regulaminowych strojów. Górna część jej głowy była ciemnofioletową, matową płytką z okalającym ją złotym, trójkątnym szlaczkiem - jakby ktoś urwał jej część czaszki i wstawił kawałek metalu w ramach protezy. Chyba zresztą tak faktycznie było. W miejscu oczu wmontowane były gogle, większe niż u Gigi i prawie na pewno zamontowane na stałe. Z metalowej płytki rozchodziły się fioletowe, błyszczące żyły, sięgające na policzki - tył głowy to z kolei bardzo długie, sięgające pasa fioletowe włosy z wplecionymi złotymi ozdobami.



- No siema - rzuciła swobodnie.


Popatrzyliśmy po sobie.



- Tak wiem, rozpieprzyło mi płat czołowy - wskazała kciukiem na swoje czoło. - Pizdę zresztą też, pokazać wam?



Nie czekając na odpowiedź jedną ręką podniosła do góry koszulę, a drugą opuściła trochę spodnie. Faktycznie, na jej brzuchu widoczne były te same fioletowe żyły, zbiegające się w kierunku krocza, szczęśliwie zasłoniętego przez pas spodni. Choć moją uwagę bardziej przyciągnęły jej małe, obwisłe piersi, z sutkami zaklejonymi plastrami.



- Proszę pani! - Krzyknęła Eve, która jakoś naturalnie przemieściła się za moje plecy.


- Sierotko, tylko nie “pani”. Nazywam się Inez, ale mówią na mnie Doktorka. Witam wszystkich. Macie najsłabsze wyniki z testów fizycznych, ale najlepsze z teoretycznych. Wrzucili was do grupy badawczej. Jestem waszą prowadzącą i zabieram was z tego cyrku. Będzie fajnie! - Podniosła kciuk do góry.


- Ale… mamy opuścić lotniskowiec? Z cywilem? - Nie do końca to do mnie dotarło.


- Dziecko drogie, powiedz mi, jak się nazywa ten okręt?


- No… “Arka”.


- Bardziej pasowałoby “Zoo”, “Szpital” albo “Przytułek”.


- Proszę pani…! - Znowu wyrwało się Eve, czym ściągnęła na siebie spojrzenie grubych gogli.


- A ty co? - Popatrzyła najpierw na mnie, potem na przylepioną do mych pleców Eve, potem znowu na mnie. - Wsadzał ci już?



Jakoś zabrakło nam komentarza.



- Nawet gdyby stanął na wysokości zadania, to z tej mąki chleba nie będzie, rozumiecie? Wszystkie samiczki zdolne urodzić bobaski na ten nowy, wspaniały świat - wykonała zamaszysty gest ręką, aż musiałem się trochę odsunąć - siedzą w Soplu.



Popatrzyłem po reszcie, która była zawstydzona, tak zresztą jak i ja. Oprócz Padla, który pobladł wyraźnie i był napięty niczym struna.



- Właśnie, Sopel - kontynuowała Doktorka, która zaczęła dreptać od lewej do prawej, składając ręce za plecami. - Żadne z was się tam nie urodziło, wszyscy jesteście sierotami po ostatnim wielkim bombardowaniu. Ale w naszej sytuacji każda jednostka jest bezcenna! - Tryumfalnie uniosła w górę podniesiony palec. - Składamy do kupy! Przygarniamy! Eksperymentujemy! Każdy znajdzie swoje miejsce! I dlatego, kotuś - zwróciła się do mnie - wolno mi was zabrać ze sobą, bo mi najlepiej się przydacie. Kapujesz?



Ponownie nie miałem nic do dodania.



- Wszystko jasne? No to pakujcie swoje toboły, rano opuszczamy ten dom wariatów. “Meteor” zabierze nas do Sopla.





Następnego dnia do kajuty mojej i Derpiego wpadła Eve. Nie była do nikogo przylepiona, ale przed sobą miała zawieszona niemałej wielkości plecak.

- Chodźcie szybko! Zabierają Gabrielle!


- Kogo?


- No naszą Pedałkę! Doktorka też tam jest!



Ja i Derpi pobiegliśmy za Eve na pokład, gdzie była spuszczona drabinka prowadząca do “Meteoru”. Widziałem już z daleka jak Gabrielle: wysoka Hiena z kręconymi blond włosami, która według plotek bardzo lubiła podszczypywać koleżanki, stała ze spuszczoną głową w otoczeniu kilku naukowców w białych kitlach. Niedaleko stała też Doktorka.



Gabrielle była obejmowana przez Padla, przytulał ją. Trzymał dłoń na jej brzuchu.



Gdy ja, Derpi i Eve dobiegliśmy z naszymi tobołami, Doktorka właśnie skończyła rozmawiać z jednym ze swoich kolegów i obróciła się ku nam.

- O kuźwa - zaczęła.


- Co się dzieje?


- Wysoki zrobił blondynie dzidziusia. To nie powinno być możliwe. - Popukała się w roztargnieniu w swoje metalowe czoło. - Chyba z wami tu trochę zostanę.

sobota, maja 10, 2025

03. Zielony Skurwiel

 

 

Śniło mi się, że jestem nago razem z Eve. Nie, to nie tak - ona chowa się za moimi plecami i oboje stoimy na powierzchni oceanu, tej czarnej mazi, do której jak wpadniesz, to umierasz. Wokół szaleje burza, ale nam wcale nie jest zimno. Opieramy się podmuchom wiatru i widzimy, jak zmierza ku nam gigantyczna fala. Spoglądam w górę i widzę, że wysoko nad nami wiruje w idealnym porządku krąg jakichś olbrzymich obiektów, na które szalejąca burza też nie miała żadnego wpływu.

Obudziłem się.

Co za bzdury. Nie ma czegoś takiego jak prorocze sny, duchy, bóstwa i tak dalej - to tylko takie wymówki, usprawiedliwienia gdy czegoś nie rozumiesz, albo chcesz wcisnąć komuś jakiś kit. Zresztą i tak nie miałem czasu o tym myśleć, bo obudził mnie alarm. Nie ten najwyższy stopień, ale nakazujący i tak nam - którym jeszcze daleko do bycia w pełni wykwalifikowanym personelem - pozostanie w kajutach, rzecz jasna dla naszego bezpieczeństwa. Podniosłem moją metalową rękę, była dziwnie lekka. A teraz jeszcze cały lotniskowiec zaczął wibrować od ruchu wind wciągających mechy na pokład - a więc był to Skurwiel.

Niewiele nam mówią na temat tych gigantycznych cosiów - przede wszystkim to, że są śmiertelnie niebezpieczne i trzeba ich unikać za wszelką cenę. Nazwa formalna to EPM-cośtam, ale i tak każdy mówi na nie “Skurwiel”, bo takie są ogromne, dużo większe od naszego lotniskowca. Niewykrywalne przez radary i inne metody lokalizacji, nagle pojawiają się w pobliżu okrętów i wiszą w powietrzu. To sygnał, żeby zacząć lać w gacie i zmienić kurs. Większość wygląda jak szara lub granatowa bryła, ale niektóre to kłębowisko splątanych macek albo w ogóle cholera wie co. Pokazywali nam zdjęcia ze spotkania pancernika z takim mackowatym - podobno wpłynęli prosto w niego, poszatkował tymi mackami czarny metal kadłuba jakby ciął nożem folię. Zdecydowanie nie wolno go lekceważyć.
Skurwiel wygląda, jakby nie do końca istniał w naszym świecie - po prostu wisi sobie w powietrzu, nie rusza się, potem znika. Jedna bardzo ważna rzecz - grawitacja wokół Skurwiela ulega osłabieniu, choć jeśli dobrze rozumiem, to powinno być odwrotnie (testy z fizyki, matematyki czy chemii zawsze mi dobrze wychodziły, w przeciwieństwie do sprawdzianów fizycznych). Przy tej okazji nasz lotniskowiec wypuszcza mechy - eksperymentalne jednostki, kilkudziesięciometrowe humanoidalne roboty pilotowane przez… kogoś, plotki mówią, że przez te całe Modliszki. W normalnej grawitacji mechy nie mają prawa sprawnie się poruszać, ale w przestrzeni kosmicznej jak najbardziej - albo w pobliżu Skurwiela. Zresztą to i tak tylko do testów, bo mechy przy nim są jak muchy. Szkoda, że widziałem je tylko na zdjęciach i nagraniach, bo w przypadku pojawienia się tego bydlaka mamy siedzieć w kajutach.

To Skurwiel! - Derpi dopiero teraz się obudził.


***

W ciągu ostatniego tygodnia Hieny dołączały do nas w porze śniadania już codziennie, w związku z czym szybko przestały być taką sensacją, ale nadal trzymały się razem i nie wdawały w prawie żadne interakcje - może to przyjdzie z czasem. Dziś rano też weszły w grupie, Eve trzymała się za plecami postawnej blondyny z kręconymi włosami. Gdy przechodziły obok mojego stolika, pokazała ją dyskretnie palcem i bezgłośnie poruszyła ustami, formując: “Pedałka”. W odpowiedzi kiwnąłem dyskretnie głową w bok, wskazując na kolesia, który siedział przy stoliku obok mnie i ściskał dłonią moje ramię. Peda… to znaczy Padel, bo tak ma na imię, ma dość nieprzyjemne upodobanie do dotykania i ściskania innych facetów, stąd jego niewybredne przezwisko. Obecnie jednak wgapiał się w wysoką blond Hienę i chyba nawet zapomniał oddychać na chwilę, a już na pewno jego paluchy zaraz zgniotą mi bark. Ona chyba też posłała mu szybkie spojrzenie. Eve kiwnęła do mnie ze zrozumieniem.

***

Dołączyłem, jeśli można tak ten dynamiczny proces nazwać, jakoś w jednej trzeciej cyklu szkoleniowego, omijając sporo części teoretycznej i trafiając prosto w przygotowania fizyczne. Bez witaminek nie byłem w stanie dorównać reszcie, nie znaczy to jednak, że się nie starałem - właściwie to wypluwałem płuca na każdym treningu, co ostatecznie zaczęło się opłacać, bo byłem w stanie przynajmniej dotrwać do końca sesji. No i podnoszenie ciężarów szło lepiej dzięki protezie.
Właśnie trwała kolejna sesja treningowa na pasie startowym lotniskowca, pod - a jakże - zachmurzonym niebem, gdy znienacka potężny podmuch powietrza powalił nas wszystkich. Od razu to zobaczyliśmy: nieruchomo w powietrzu, nie tak daleko od nas, unosił się Skurwiel - dziwnie regularna, gigantyczna bryła szarego, matowego materiału, która nie miała prawa się unosić, a już na pewno nie pojawiać się tak znikąd. Natychmiast skierowano nas ku schodom ewakuacyjnym.

Przechodząc przez hangary minął nas wózek, pchany pospiesznie przez dwóch rosłych mechaników. Na wózku siedziała bezwładna postać, ubrana w czarny, obcisły kombinezon, podobny do tych, które nosiły Hieny - to też chyba była kobieta, ale jej cienkie kończyny nie były zakończone dłońmi, a brzuch był nadęty. Nóg nie stwierdzono. Górna połowa twarzy zasłonięta była dziwnym, jajowatym hełmem.
Nie miałem czasu się przyglądać, trwało to zaledwie kilka sekund, bo minęli nas w biegu i ruszyli w kierunku zamkniętych hangarów.
To chyba była Modliszka…? - Szepnęła do mnie Eve, która w międzyczasie jakoś znalazła się za moimi plecami.
No chyba. To one pilotują mechy? - Odpowiedziało mi wzruszenie ramion.

Nasza grupa wyszła na dolny pokład, ale zostaliśmy zatrzymani przez trenerów, pewnie żeby zrobić miejsce dla kolejnych pilotów wsiadających do mechów i myśliwców. Mieliśmy stamtąd idealny widok zarówno na pas startowy nad nami, jak i na Skurwiela. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że grawitacja jest słabsza - dużo łatwiej było mi poruszać moją ciężkawą protezą. Okręt zaczął wykonywać nagły zwrot, by ominąć kolosa, a kadłub zaczął wibrować od wind wynoszących mechy na górę, myśliwce miały do nich wkrótce dołączyć. Widzieliśmy, jak pierwszy mech z czarnego, lśniącego metalu wystartował, aby zdawać raport z aktywności gigantycznego przybysza. Skurwiel tymczasem wisiał w powietrzu tam, gdzie był i nie wydawało się, by to miało się szybko zmienić - na szczęście. Wyglądał hipnotyzująco, mózg nie do końca sobie radził ze zrozumieniem jego ogromu. Potężne niezrozumiałe coś na tle zachmurzonego nieba, wiszące kilkadziesiąt metrów nad czarnymi falami oceanu. Wyższy niż szerszy, bez żadnych kątów prostych, górna połowa nieco kulista - zacząłem wreszcie ogarniać to, co widzę.

Powoli zaczął się poruszać - jakby ustawiał się pod kątem, teraz przypominał nieco lufę działa ustawiającą się do wystrzału. Nie ma się czym chwalić, ale zacząłem dygotać ze strachu. Skurwiel znowu znieruchomiał, ustawiony w kierunku nieba, nie naszym. I wtedy zaczął się otwierać, niczym kwiat - jego górna część rozwarła się niczym płatki, a kolor zmienił się z szarego na zielony. Chmury rozstąpiły się, a intensywny promień jednego ze słońc trafił prosto w giganta. Czarna woda pod Skurwielem też zaczęła zmieniać kolor: z czarnego na niebieski, w ciągle rozszerzającym się kręgu. Trwało to chyba krótko, może pięć minut, nie wiem na pewno - po czym olbrzym zniknął. Staliśmy tak obserwując, jak efekty jego działalności stopniowo zanikają: chmury zakrywały niebo, a ocean znowu robił się czarny. Mech wylądował na windzie pokładu, bo grawitacja też wracała już do normy. Nami chwilowo nikt się nie interesował, bo trenerzy, personel militarny i w ogóle wszyscy nie wiedzieli, co teraz zrobić i co o tym myśleć. Niektórzy wokół mnie padli na kolana i złożyli ręce.

To chyba nazywa się “modlitwa”.

sobota, kwietnia 12, 2025

02. Kot


 

 

 Obudziłem się o tej samej godzinie co zawsze, znowu z tym samym tępym bólem prawej ręki. To znaczy tej ręki, co jej nie mam - urwało mi w wypadku. Dali mi lśniącą protezę, ale to cholerstwo jest dość ciężkie i do spania muszę kłaść je nieruchomo. Bark od tego mi sztywnieje, no i czasem czuć ból, zresztą nawet dość często. Ale to i tak lepsze niż nie mieć ręki.





- No i jak tam, znowu nic ci się nie śniło? - To Derpi z górnej koi, jak zawsze troskliwy.

- Nic a nic.

- Bo znowu się rzucałeś w nocy.

- Sorki.

Wygrzebaliśmy się z koi i zaczęliśmy krzątać po kajucie. Służba nie drużba. Dzięki protezie jestem pełnosprawny, a może nawet i trochę silniejszy - ale coś za coś, bo jest jeszcze jedna niedogodność…



- Zawsze zapominam, że to cholerstwo jest zimne - skomentował Derpi, gdy przypadkowo dotknąłem jego ramienia podczas przenoszenia pościeli.

- Idzie się przyzwyczaić.

- Słuchaj, nie ma problemu, gdy, no wiesz… Podcierasz się?

- Zapewniam cię, że nie.

- A podczas, no wiesz… - Wykonał posuwisty gest zaciśniętą dłonią.

- A dajże ty mi spokój.

Nie skomentowałem, bo nawet nie ma czego - nie będę się zwierzał z takich rzeczy Derpiemu, ale na tym sta… na tym okręcie nie tylko ręce opadają.

Poranne ćwiczenia zaczynają się od biegania wzdłuż pasa startowego i z powrotem. No bo jesteśmy na lotniskowcu - trzysta pięćdziesiąt metrów okrętu wojennego, sam nie wiem jak ciężkiego, pewnie ze sto tysięcy ton czarnego metalu, takiego jak moja proteza. Na początku była to inna jednostka pływająca, może nawet cywilna - ale dospawali potężne kratownice, założyli pokład i nazwali to lotniskowcem.

Jeśli spadniesz z pasa startowego to umierasz, bo wpadniesz do czarnej mazi, po której pływamy, i stamtąd już nic cię nie wyciągnie. Dolny pokład ma relingi, ale na pasie startowym zamontowali bariery energetyczne, które w razie potrzeby można wyłączyć. Mają tylko metr wysokości, więc gdyby ktoś naprawdę miał taki zamiar… zresztą nieważne.

Zawsze jestem ostatni i najszybciej się męczę, odpadam z biegania dużo wcześniej niż reszta. Jak wie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o witaminki - to te zastrzyki, co nam dają. Inni są pompowani regularnie, mnie pewnie dają uboższy miks ze względu na protezę. Efektem tego nawet hieny mają większe mięśnie ode mnie… Oby tylko to…

Tak, widzę uśmieszki i słyszę drwiny jak siedzę zdyszany na drewnopodobnym pokładzie. Nie mam z tym problemu, na ich miejscu pewnie tak samo bym robił. Wołają na mnie “ej, kocie!”, jak chyba na każdego nowego, ale mam wrażenie, że do mnie to przylgnie na stałe. Kot. Mogło być gorzej, jednego kolesia nazywają “Pedał”, podobno nie bez powodu.

Gorzej, że za słowami idą czyny.

Nie urodziłem się wczoraj i postanowiłem podjąć najbardziej żołnierską decyzję, na jaką było mnie stać - nie wychylać się i w sytuacji zagrożenia po prostu spieprzać. Jakoś udało mi się ukryć w zakątku szatni, gdzie postanowiłem sobie posiedzieć i poczekać, aż wszyscy pójdą pod prysznice. Gdy sytuacja wyglądała na spokojną, rozebrałem się, owinąłem ręcznikiem, wziąłem płyn myjący i moją kartę aktywacyjną i sam poszedłem do najdalszej części prysznicowej, która wyglądała mi na pustą. Duży błąd, bo nie doceniłem przeciwnika.



- Co się kryjesz, kocie! - Usłyszałem za plecami. Zacząłem biec.

Gdy uznałem, że zniknąłem im za zakrętem, szybko dopadłem pierwszej wolnej kabiny i wślizgnąłem się do środka. Cicho zamknąłem drzwi za sobą i odwróciłem się.

Stała tam Hiena, chyba najniższa z całej grupy, miała ciemnobrązowe włosy i wielkie oczy wlepione we mnie. Zasłaniała się kurczowo trzymanym mokrym ręcznikiem, traktując go jako ostatnią linię obrony.



- Gdzie ten kot?!

- Patrz pod drzwi, pewnie siedzi tam gdzieś!



- Wybacz - szepnąłem do Hieny i chwyciłem ją lewą ręką w pasie, a protezą prawej chwyciłem się prysznica, unosząc nas oboje nad posadzkę. Rury, kadłub, moja proteza są z tego samego czarnego metalu, wytrzymają.



- Chyba już poszli - trzeba przyznać, że Hiena, mimo okoliczności, była całkiem opanowana; zaimponowało mi to. Opuściłem nas oboje i puściłem ją. W samą porę, bo robiło mi się… gorąco.

- Dzięki i wybacz, wiesz… Jak się nazywasz?

- Paso… to znaczy Eve.

- Że jak?

- Pasożyt. Takie przezwisko.

Są gorsze, pomyślałem, u nas jest ten Pedał przecież.



- Mogło być gorzej - dodała pospiesznie - u nas jedną nazywają… Pedałka.

- A… aha. - Zatkało mnie na chwilę, nie przeczę. - Na mnie wołają Kot, jak słyszałaś, i tak już chyba zostanie. A tak w ogóle to dlaczego jesteś tutaj? - Wskazałem na kabinę.

- U nas znowu nie działają prysznice, a moja karta była dalej aktywna, to pomyślałam… Zły pomysł, jak widzę - zmierzyła mnie od stóp do głów.

- Wybacz, potrzeba chwili… Czekaj, to źle zabrzmiało…

- Przyjmijmy, że rozumiem okoliczności - uśmiechnęła się krzywo. - Idź już sobie.

- Tak zrobię. To do zobaczenia, chyba. - Wyszedłem pospiesznie.

Pozostała część dnia upłynęła już bez takich przygód, bez problemu wróciłem do swojej kajuty, Derpiego jeszcze nie było. Krew nie woda, bo cały czas myślałem o moim spotkaniu z Eve (ksywka “Pasożyt” do niczego mi nie pasowała), krew pulsowała mi w głowie. Na szczęście zasnąłem szybko i mocno, jak zawsze, nawet powrót Derpiego do kajuty mnie nie obudził.

Tej nocy, po raz pierwszy w życiu, coś mi się śniło.

niedziela, lutego 23, 2025

01. Hieny


 

 

 

Siedziałem z Derpim przy śniadaniu, jak co rano. Atmosfera była nieco bardziej ożywiona ze względu na promienie słońca, coraz rzadszy widok za bulajem z powodu ołowianych chmur; to jednak było nic w porównaniu z tym, co za chwilę miało wybuchnąć.

 

- Hieny! Hieny przyszły!

- Hieny idą! Ale jaja!

- Dosłownie! Haha!

 

Na salę wkroczyła grupa dziewczyn: na czele szły najwyższe, opięte w czarne skafandry z metalowymi slotami do podpinania przewodów. Szerokie w barach, z mięśniami widocznymi pod ciasnym, lśniącym materiałem szły jak taran, lustrując wzrokiem otoczenie. Za nimi ciągnęło się kilka niższych, ze spuszczonym wzrokiem, jakby spojrzenie w bok miało zmienić je w kamień. To musiało wzbudzić zainteresowanie całego oddziału.

 

- Hiena, jak tam! Ile dziś wyciągnęłaś na klatę?!

 

Młody żołnierz dostał w odpowiedzi krzywy uśmiech i wyciągnięty środkowy palec.

 

- Takiego masz długiego? - Odwdzięczył się młodzian. Cała sala ryknęła śmiechem.

 

- Ale że jak? Po co one przyszły do naszej kantyny? - Spytałem.

- Do mesy, derp. Pewnie zjeść, jak zgaduję. W ich kwaterach coś się spierdzieliło, to wysłali je tutaj, coraz częściej tak jest.

- A co to są „hieny”?

- Stary, nie było cię na początku, to nie wiesz. Jak jeszcze był statek naukowy, to mieliśmy wykłady i taki dziadek opowiadał o różnych zwierzakach, które kiedyś istniały.

- W sensie tu, na statku?

- Na okręcie, derp. Ale nie tutaj, nie wiem gdzie dokładnie. Na którymś lądzie pewnie. No ale były takie na czterech nogach, hieny właśnie: i tam samice są większe i cięższe od samców, coś jak panienki tutaj, które muszą pompować chemikaliami, by się nadawały do czegoś w trakcie operacji specjalnych. Podobno nawet mają niby-fujarę…

- Nasze tutaj?!

- Hieny miały na pewno, a co do naszych to chyba nikt nie sprawdzał. A jeśli tak, to wolał się nie chwalić… W każdym razie po tamtym wykładzie nikt już nie nazywa ich inaczej niż „hieny”.

 

Grupa dziewczyn usiadła ze swoimi tackami przy jednym stole, wrzawa ucichła, wszystko wróciło na swoje zwyczajne tory.

 

- Nawet nie wiedziałem, że taki oddział w ogóle istnieje…

- Okręt jest ogromny i cholera wie, co tam jeszcze siedzi, może nawet sam Admirał nie ogarnia wszystkiego. Jest jeszcze parę takich grup żeńskich, z którymi już naprawdę nie chciałbyś się spotkać; na przykład te, co latają na tych lśniących prototypach, mało kto je widział, są osobnej sekcji zupełnie…

- A jak się nazywają?

- Modliszki.

sobota, czerwca 04, 2022

House of Five Leaves (Saraiya Goyou)

Z racji zastosowanego stylu postacie w tym anime wyglądały mi na smutne, zamyślone i z bagażem tragicznych doświadczeń. Było to wrażenie kompletnie mylne i szkoda, że obejrzałem serię dopiero teraz.
Główny bohater jest samurajem, i to dość sprawnym, choć widz prawie nie ma szans tego zobaczyć. Masa-san jest bowiem osobą o bardzo skrytym charakterze, brak mu pewności siebie i unika konfrontacji, gdy tylko może. W związku z tym jest wywalany z każdej kolejnej "samurajskiej" pracy i przyjdzie mu literalnie kopać rowy, by się utrzymać. Jednak pewnego dnia los styka go z niejakim Yaichim - człowiekiem olewającym prawie wszystko dookoła oraz prowadzącym mocno kontrowersyjną (mówiąc delikatnie) i na pewno nielegalną działalność polegającą na porywaniu dzieci z bogatych domów z żądaniem okupu. Jego współpracownicy mówią, że oni tak tylko pomagają, że porywają dzieci z domów, w których nie są dobrze traktowane i tak dalej, ale powoli sami przestają w to wierzyć. Yaichi, zafascynowany łagodną osobowością Masa-san, próbuje go wciągnąć w swój proceder, nawet mimo wyraźnego oporu samego zainteresowanego przed wikłaniem się w przestępczą działalność. Czy w związku z tym anime jest o świecie bezwzględnych przestępców w okresie Edo? No niezbyt - jest to bowiem przeważnie lekka opowieść obyczajowa o przemyśleniach Masa-san na temat ludzi, ich historiach i życiu codziennym w tamtych czasach. Są też momenty bardziej dramatyczne i nieprzyjemne, jak to w życiu - ale nic na siłę i na pewno bez popadania w ekstrema. Jest to anime dojrzałe, ale nie "edgy". Jest to anime powolne i prawie pozbawione akcji, ale nie nudziłem się ani chwili. Polecam.

sobota, marca 05, 2022

tajemnicze OVA z otchłani dyskowej

W czasach zamierzchłych, z przyczyn nieustalonych pościągałem jakieś OVA. Po dość długim okresie leżakowania postanowiłem się nad nimi ulitować i w końcu je obejrzeć, nim ruszę z oglądaniem kolejnych serii - a przynajmniej 25 minut zaraz po przyjściu do pracy przeważnie udaje się wygospodarować. Obejrzałem wiele z tego, co miałem zachomikowane i poniżej opisuję w kilku zdaniach co z tego eksperymentu wyszło.
Tono to Issho - adaptacja 4-koma, czyli czteroobrazkowego, humorystycznego komiksu. Ten konkretnie stroi sobie żarty z japońskich postaci historycznych ery Sengoku, niestety moja wiedza na ten temat jest przyzerowa. Dodatkowo tu i tam pokazują się japońscy celebryci, o których moja wiedza jest prawdopodobnie wręcz ujemna, bo znam tylko Hard Gaya. Choć całość była dla mnie zbyt hermetyczna, to obejrzałem z fascynacją podobną tej, jaką prawdopodobnie bym czuł oglądając istotę pozaziemską, więc raczej na plus, choć nie polecam.
Kimetsu no Yaiba: Mugen Ressha-hen - manga Demon Slayer na rynku amerykańskim rozwaliła konkurencję niczym gówno po polu, a film tylko kontynuuje tryumfalny pochód tej marki. O ile dla mnie osobiście pierwsza seria tv jest "zaledwie" dobra/bardzo dobra, tak film podobał mi się bardzo: mało bulszitu, mało Zenitsu, za to dużo akcji i emocji. Naturalna kontynuacja pierwszej serii, podkreślająca jej najmocniejsze strony.
Ginga no Uo Ursa Minor Blue - chłopiec mieszka sobie z dziadkiem w dziwnym obserwatorium, skąd czasami wypływają na morze gwiazd, obserwując świat pod nimi. Całość jest bardzo bajkowa, sympatyczna i okazyjnie dziwna bez żadnego konkretnego powodu i daje się przy tym wysiedzieć do końca.
Kyoufu no Bio Ningen Saishuu Kyoushi - prostszy tytuł to "Ultimate Teacher". Do szkoły pełnej chuliganów w opanowanej przez mniejszości etniczne Japonii (???) przybywa superkozak, który chce wszystkich porozstawiać po kątach. Przeciwstawić mu się może tylko panienka, która jest najsilniejsza ze wszystkich nastoletnich bandziorów, ale jej słabym punktem jest ujawnienie koloru jej majtasów. W skrócie: całość jest mocno absurdalna, niestety wiele dziwactw zmierza donikąd i nawet nie wiem, co ma być w nich śmiesznego (a bycie wystawionym przez 20+ lat na "japoński humor" nauczyło mnie wiele), a postacie były dla mnie niesympatyczne. W skrócie: jak dla mnie wujnia.
Code Geass: Nunnally in Wonderland - Code Geass oglądałem jak jeszcze byłem na studiach, a to było jakieś 15 lat temu. Anime, wyraźnie niskobudżetowe i będące głównie zabawą dla fanów, w umiarkowanie wesoły sposób przydziela role znane z "Alicji w Krainie Czarów" postaciom z anime, niestety większość z nich zapomniałem i nawet nie wiem, po co tam były. Wyłącznie dla fanów Code Geass, którzy nawet po kilkunastu latach żyją wspomnieniami.
Fairy Tail x Rave - spotkanie postaci z dwóch różnych mang Hiro Mashimy. Rave nie czytałem i nie mam pojęcia, co się tam dzieje, natomiast Fairy Tail całkiem lubię, nawet jeśli z mało ambitnych powodów (potężny fanserwis, kozacka muzyka w anime). Brak znajomości Rave przeszkadzał trochę w odbiorze, nie żeby autor bardzo głęboko wchodził w psychologię postaci - jest dużo pomyłek, durnych tekstów i walk, czyli wszystko, czego oczekiwałem i nic ponadto.
Midori no Neko - czyli Zielony Kot. Adaptacja jednej z krótkich opowieści autorstwa Osamu Tezuki, o którym powinieneś przynajmniej coś słyszeć. W skrócie: na Ziemi pojawiają się zielone koty, które swoim opiekunom zapewniają szczęście, co jednak w dłuższej perspektywie jest zgubne. Opowieść jest dość durna, ale całość pruje do przodu tak ostro, że oglądałem to z szeroko otwartymi oczami i otworem gębowym. Nie jest to dzieło sztuki, ale upakowane tak gęsto, że ciężko było się oderwać.
So Ra No Wo To Specials - serię tv odbierałem jako "moeszajs z ambicjami", który jednak nigdy nie poszedł z lore wystarczająco daleko jak na moje gusta. Pierwszy odcinek specjalny niewiele pomaga w zmianie tego poglądu, ale drugi wreszcie mówi więcej o świecie otaczającym nasz posterunek i ostatecznie był dla mnie satysfakcjonujący.
Trava: Fist Planet - OVA późniejszego twórcy filmu Redline, gdzie zresztą niektóre postacie z Trava się pojawiają, styl graficzny jest zresztą podobny. O ile Redline jedzie na amfetaminie, tak bohaterowie tej OVA wyglądają raczej na spokojnie zjaranych, mają dziwne dialogi i przez większość czasu raczej wolno kontaktują co się dzieje. Produkcja ma niewątpliwe walory artystyczne, ale według mnie podobnie jak film Redline jest to przerost formy nad treścią, w dodatku w tym przypadku brakuje sporo dzikiej energii filmu.
Ranma ½: Akumu! Shunmin Kou - Ranmy ani nie czytałem, ani nie oglądałem. Szanuję, ale seria jest długa i zawsze wydawało mi się, że całość jest zbyt powolna, by się angażować. Ta OVA pruje do przodu niesamowicie i atakuje cię coraz to innymi postaciami, akcjami i pomysłami. Oczywiście wszystkie te schematy widziałeś już wiele razy, ale skompresowane w jeden hiperaktywny odcinek po prostu bawią.
Grandeek - chyba jest to prolog mangi i na tym moja wiedza się kończy. Jakaś panna ma miecz, w którym mieszka dziadek dający jej wskazówki. Mieczy z duchami w środku jest na tym świecie więcej i niektóre są dosyć wredne, na przykład w OVA pewien duch mści się na zdrajcach, którzy doprowadzili do śmierci jego właściciela. Rozgrywa się to wszystko w dość ciekawym otoczeniu, pełnym starych wodociągów, czyżby jakiś mocno postapokaliptyczny świat? Niestety całość jest chyba zbyt ambitna, bo jest po prostu nudno i cały czas miałem wrażenie, że tę relatywnie prostą historię da się opowiedzieć lepiej i żwawiej. Ale bez tragedii.

sobota, lutego 19, 2022

Dr. Stone: Stone Wars

Dr Stone jaki jest, każdy widzi. Adresowany raczej do młodszej części publiki (szacuję, że w przedziale wiekowym 10-13 lat - nie bijcie), z mocno przegiętą fabułą i twarzami postaci żeńskich, na których może lądować Boeing z Maseczkami. Jest to jak dla mnie jedno z lepszych anime, jakie miałem przyjemność oglądać w ostatnich paru latach.
Stone Wars to już druga seria, opowiadająca o ataku na bazę Tsukasy, pragnącego stworzyć prymitywny świat superludzi, w opozycji do Senku, który chce uratować siedem miliardów skamieniałych istnień i przywrócić naukę do stanu sprzed kataklizmu, do czego ten koleżka - gdzie chemia, fizyka, biologia i reszta nauk ścisłych are his bitch (suck it down) - jest całkowicie zdolny. Pierwsza seria osiągnęła jak dla mnie poziom geniuszu (a przynajmniej Scen, Które Zapamiętam) opowieścią o ojcu Senku, która w swojej konkluzji miała element rodem z Xenogears. Seria druga ma tylko dwanaście odcinków, ale jest... intensywna, ponieważ wszystkie przygotowania i wynalazki z pierwszej serii znajdują tutaj swój użytek. Maszyna parowa, telefon, walkie-talkie (bo smartfony to nie są i nie będą, dopóki Senku nie oplecie planety na powrót satelitami): to wszystko zostanie wykorzystane do odzyskania "magicznej" jaskini, gdzie jest składnik zdolny nie tylko ożywiać skamieniałych ludzi, ale też posłuży do wyprodukowania dynamitu, który wysadzi (ha!) plan Tsukasy w powietrze. Nowy wynalazek to "tarcza z papieru", której zrozumienie kompletnie mnie zniszczyło, bo literalnie karoserie samochodów w naszym świecie są produkowane na tej samej zasadzie.
Nie spoilując zanadto: dowiemy się, dlaczego Tsukasa jest taki, jaki jest i będzie emocjonalny climax tej historii. Będzie plot twist, będzie akcja, będą cuda z kapelusza wyczarowane przez Senku, przy których MakGajwer to nowicjusz. I anime sprzedało mi to wszystko w sposób przekonujący, fascynujący i dało poczucie dużej satysfakcji, co nie zdarza się często. Ale, podobnie jak część pierwsza, dało mi jeszcze coś, co brzmi może górnolotnie, ale dalej jest prawdziwe: dumę z osiągnięć cywilizacji. Często sobie myślę, że lepiej byłoby nam bez tych ynternetów, irytujących clickbaitów, wynalazków oddalających ludzi od siebie (atomizacja społeczeństwa, jeśli chcemy poudawać mądrych). Ale Dr. Stone pokazuje mi, jak cudownym wynalazkiem są lekarstwa, ile trudu i pomyślunku trzeba, aby zrobić lodówkę albo zwykłą baterię czy żarówkę. Najczęściej postęp technologiczny wspominany jest w kontekście zanieczyszczenia środowiska (które najprawdopodobniej wkrótce zmieni naszą cywilizację to na znacznie gorszą) i broni masowej zagłady, ale jest też ta dobra, optymistyczna strona - i tym uczuciem Dr. Stone wręcz promieniuje.

poniedziałek, grudnia 27, 2021

Ixion Saga DT

Ixion Saga to była gra online chyba podobna do Monster Huntera - nie wiem za dokładnie, bo serwery zostały wyłączone już dawno temu i nawet screenshoty z niej nie pokazują się w google tak od razu. Grze towarzyszyła seria anime "Ixion Saga DT" - nie mam pojęcia w jakim stopniu i czy w ogóle była ona powiązana z grą, ale prawdopodobnie w ogóle.
"DT" w tytule ma oznaczać "Dimensional Transfer", ale od samego openingu jest silnie sugerowane, że "DT" pochodzi od "doutei" (童貞) czyli "prawiczek", co głównemu bohaterowi mocno przeszkadza, choć bodaj w czwartym odcinku spędził noc z transwestytą. Ale od początku - ciupiący maniakalnie w gry wideo młodzieniec zostaje przeniesiony do fantastycznego świata, a więc mamy do czynienia z ISEKAI! Isekai często mnie odrzuca, bo wprowadza te wszystkie statystyki, levele, czary, klasy postaci i tak dalej z gier wideo, na czym przedstawiany świat najczęściej traci. Tu na szczęście tych wszystkich śmieci nie ma, a Ixion Saga DT ma inne ambicje: chce łączyć randomową komedię z fabułą i tu spoiler: udaje im się.
Reżyser anime ponoć ten sam, co Gintamy, która też rzekomo łączy komedię z fabułą - nie wiem, Gintamę odpuściłem sobie dosyć szybko. Natomiast w Ixion Saga od początku wiadomo co i jak: nasz młodzieniec spada z nieba (literalnie) loli księżniczce i jej dwóm ochroniarzom, pakerowi walczącemu mieczem i pannie z pistoletami. Ta grupa ma za zadanie dyskretnie ją odeskortować do odległego miasta, gdzie nastąpią jej zaślubiny z jakimś księciem, co jest bardzo ważne z politycznego punktu widzenia. Po drodze oczywiście mają pasmo przedziwnych przygód, łącznie z zakładaniem nowej religii i śpiewaniem karaoke, ale anime nie ogranicza się tylko do tych postaci: ładnych parę epizodów koncentruje się głównie na grupie ścigających ich dziwaków, wynajętnych przez jakieś szare eminencje, by zatrzymać księżniczkę i tym samym ślub. Zresztą o wszystkich bohaterach dowiadujemy się całkiem sporo: a to nasz główny bohater w pewnym momencie odczuwa gigantyczną tęskotę za domem i reszta ekipy próbuje mu pomóc, na przykład próbując zrobić hamburgera i colę (co w tym świecie fantasy wymaga zgromadzenia najbardziej toksycznych i niebezpiecznych składników... w naszym zresztą też). Albo mięśniak z mieczem okazuje się być kochającym zwierzęta i inteligentnym człowiekiem z wykształceniem architektonicznym. Albo panna z pistoletami już w pierwszym odcinku okazuje się być faceetem, a łzawa backstory tej postaci, sprzedana w jednym z epizodów, okazuje się byc jednym wielkim kitem. Albo loli księżniczka okazuje się być... a zresztą sami już wiecie, gdzie to zmierza.
W każdym razie: jak dla mnie anime łączyło randumb komedię z całkiem przyswajalną fabułą w sposób bardzo udany. Po prostu byłem ciekaw, co będzie dalej, jaka będzie kolejna przygoda, w jakie to dziwne rejony zawędruje nasza ekipa. Dzięki nieco bardziej rozbudowanym charakterom (w porównaniu do standardowego czysto komediowego anime) seria mocno zyskuje i jest po prostu bardzo dobra. Warto obejrzeć całe, mimo niemałej liczby odcinków.

sobota, października 30, 2021

Kaiba

 Kaiba od samego początku atakuje cię unikalnym stylem i inaczej nie będzie: albo to kupujesz, albo nie, bo niestandardowe projekty bardziej przypominają wczesne kreskówki Disneya z królikiem Oswaldem niż popularne anime. Dziwactwo to jednak działa na korzyść fabuły: bo oto w tym świecie osobowość danej istoty może być zamknięta w metalowym stożku i przeniesiona do innego ciała. Świat poznajemy oczami mocno przymulonego Kaiby, dla którego wszystko jest dziwne - i od razu dowiadujemy się, że mimo infantylnego stylu dzieją się tu rzeczy przykre, acz spodziewane.

 


Bo oto atrakcyjne ciała są sprzedawane zamożnym przez biednych, aby wyżywić rodzinę. Że - a jakże! - ciała mogą być wykorzystywane na różne zboczone sposoby. Albo że dzięki urządzeniu pozwalającemu wnikać w świat wspomnień danej osoby można odkryć naprawdę nieprzyjemne rzeczy. A życie generalnie w świecie tego anime można stracić bardzo łatwo.

 

ambitne anime z silnym zacięciem artystycznym
 

Ze względu na to wszystko seria potrafi być dość obciążająca emocjonalnie - zacząłem ją oglądać w momencie premiery, czyli w 2008 roku, i po epizodzie z Chroniko dałem sobie spokój, bo ten rok nie był dla mnie - delikatnie mówiąc - najlepszym. Obecnie, uzbrojony w wiedzę na temat tego, jakiego kalibru anime oglądam, postanowiłem zacząć od początku i obejrzeć całość.

 

 

Mimo wspomnianej już niezwykłej i dość obco wyglądającej oprawy, mniej więcej pierwsza połowa to jedna z najbardziej japońskich rzeczy, jakie oglądałem: fabuły poszczególnych odcinków opowiadają o trwaniu, cichym przemijaniu, o pokornej akceptacji swojego losu. Nie wierzysz? Obejrzyj sam, bo zdecydowanie warto. Natomiast druga połowa tej 12-odcinkowej serii odpala wątek główny, który prawie w ogóle mi nie podszedł - nie mogłem się w to wszystko wczuć, w dodatku jeden z odcinków (bodajże jedenasty) był tak bezdennie głupi, że aż sobie pomyślałem, że to celowe, na przykład: pewien koleś trzyma niezwykle ważną dla niego rzecz, dla której dokonał wielu paskudnych rzeczy, wygrał i właśnie jest w drodze na szczyt (literalnie, jedzie tam windą). Tak sobie pomyślałem wtedy, jakże tandetne byłoby, gdyby w tej chwili ten cenny przedmiot upuścił w przepaść - zgadnijcie, co się za chwilę stało...


Mimo według mnie słabej końcówki uważam, że Kaiba jest anime zdecydowanie godnym polecenia, i to nie tylko pretensjonalnym dupkom chwalącym każde anime, które wygląda trochę inaczej i nic poza tym - jak dla mnie Kaiba zawiera dostatecznie dużo naprawdę dobrej i wywołującej emocje fabuły, aby obejrzeć całość. Nie był to aż taki hit, jak się spodziewałem, ale i tak jest naprawdę dobrze.